Czytałem ten materiał dwa razy i w dalszym ciągu włos mi się jeży na głowie!
Do czego zmierzamy, temu, w jak szybkim czasie dzieją się złe rzeczy przeciwko normalnym ludziom, poraża...... Zamieszczam ten materiał, gdyż być może nie wszyscy go czytali...
Znalezione w sieci:
Ta sprawa jest tak bulwersująca, że zabrakło nam słów aby ją
skomentować. W tym kraju napuszczona przez WKZ policja może wejść do
każdego i w majestacie prawa o
kraść go np. z rodzinnych pamiątek.
Tuż po 6 rano do drzwi schorowanego gdyńskiego kolekcjonera zapukali
policjanci. To, co się później stało, dla jednych było wstępem do
odzyskiwania zrabowanych państwu dóbr, dla innych próbą kradzieży
prywatnej kolekcji w majestacie prawa.
W tym środowisku wieści
rozchodzą się szybko. Od kilku tygodni dzwonią do niego kolekcjonerzy z
całej Polski. Pytają, czy to prawda.
- Prawda - odpowiada. Czasem
dodaje, że czuje się jak bohater powieści Franza Kafki. I że nie
spocznie, póki nie odzyska zbiorów gromadzonych od 50 lat, na które
wydawał każdą zaoszczędzoną złotówkę.
Jacek Urbański, kolekcjoner
z Gdyni, mówi, że wcześniej bał się tylko włamywaczy i oszustów. Kiedy
przed dwudziestoma laty w „Gońcu Rumskim” miał ukazać się o nim artykuł,
zastrzegł, by nie pojawiły się tam zdjęcie i adres. - Tak, bałem się,
by przez przestępców nie stracić kolekcji - śmieje się gorzko. - A teraz
wszystko zabrano mi w majestacie prawa. Nawet książki. Czuję się jak
matka, która straciła swoje dzieci.
Polityka państwa zapukała do drzwi kolekcjonera
Marek Seyda
Policjanci zastukali do drzwi mieszkania Urbańskiego w czwartek, 9
sierpnia, tuż po godzinie 6 rano. Pokazali podpisane przez prokurator
Joannę Świątek postanowienie nakazujące wydanie „zbiorów zabytkowych
monet datowanych na okres średniowiecza, późniejszego osadnictwa, bitew
napoleońskich i okresu II wojny światowej”, które Urbański jako „ordon3”
zaoferował między 27 a 30 kwietnia tego roku do sprzedaży na portalu
Allegro.
- Policjant chciał, bym mu wydał konkretne trzy monety-
opowiada Urbański. - Minęły ponad 3 miesiące od aukcji, poprosiłem więc,
by pokazał zdjęcia, żebym wiedział, o jakie monety mu chodzi. Odparł,
że zdjęć zapomniał, ale za to mogą wziąć wszystko, co mam.
Po
jakimś czasie w mieszkaniu Urbańskiego pojawili się przedstawiciele
Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków. Kobieta i mężczyzna. Kobieta
miała powiedzieć, że zbiory kolekcjonera nie leżą w sferze zainteresowań
urzędu konserwatora. Mężczyzna, że leżą. I że jego kolega pisze pracę
magisterską, więc przydadzą się znalezione u kolekcjonera zabytkowe
plomby, używane przed wiekami do zabezpieczania towarów i pomieszczeń.
- Gdzie ma pan wykrywacz? - zapytali policjanci.
- Nie mam - odparł. - Nigdy go nie używałem, to sprzeczne z moimi zasadami. Zbiory odziedziczyłem, kupiłem lub wymieniłem.
Podczas przeszukania wykrywacza nie znaleziono.
Następnie prokurator ręcznie dopisała do postanowienia żądanie „wydania
rzeczy mogących stanowić dowód w sprawie, których posiadanie jest
zabronione, mogących posłużyć do popełnienia przestępstwa”. Po ośmiu
godzinach funkcjonariusze opuścili mieszkanie Urbańskiego, zabierając
dziesięć dużych kartonów wypełnionych monetami, znakami pielgrzymimi,
plombami, książkami. Tylko w jednym z mniejszych kartonów znajdowały się
1203 plomby ze zbiorów prof. Jerzego Wiśniewskiego, nestora polskich
kolekcjonerów,podarowane Urbańskiemu. Zabrano też komputer.
-
Sprawa jest bulwersująca - mówi mec. Sławomir Chibowski, prawnik
reprezentujący kolekcjonera. - Nie ma żadnych dowodów, świadczących o
nielegalnym pochodzeniu prywatnej własności mojego klienta. Wygląda to
tak, jakby do pani domu weszła policja i zabrała zabytkowe sztućce po
dziadkach, żądając, by to pani udowodniła ich pochodzenie.
Bez litości
- Komenda Miejska Policji w Gdyni prowadzi pod nadzorem Prokuratury
Rejonowej w Gdyni postępowanie przygotowawcze, w trakcie którego zostały
zabezpieczone przedmioty osoby, która prowadziła ich sprzedaż za
pośrednictwem jednego z portali internetowych - potwierdza kom.
Krzysztof Kuśmierczyk, rzecznik prasowy gdyńskiej policji. - Z uwagi na
dobro prowadzonego postępowania na tę chwilę mogę udzielić jedynie
informacji, że postępowanie jest w toku i w zależności od ustaleń
poczynionych przez śledczych podejmowane będą dalsze decyzje w tej
sprawie.
Prokurator Grażyna Wawryniuk, rzeczniczka Prokuratury
Okręgowej w Gdańsku, dodaje, że postępowanie wobec Jacka Urbańskiego
zostało zainicjowane przez wydział ds. walki z Cyberprzestępczością KWP w
Gdańsku. Policjanci, analizując jedną ze stron internetowych, zwrócili
uwagę na osobę, która w ostatnim czasie regularnie wystawiała na
sprzedaż zabytkowe przedmioty.
- Wszczęto postępowanie w sprawie,
a nie przeciw komuś - podkreśla prokurator Wawryniuk. Przedmioty
zabezpieczono na poczet postępowania, obecnie śledczy ustalają, czy nie
zostały pozyskane nielegalnie.
Akcja policji to nie przypadek. Od
początku roku obowiązuje znowelizowana ustawa o ochronie zabytków i
opiece nad zabytkami, która m.in. miała uderzyć w nielegalnych
poszukiwaczy, krążących po lasach z wykrywaczami. Obecnie wykopanie
obiektów archeologicznych bez zezwolenia nie jest już tylko
wykroczeniem, ale przestępstwem zagrożonym karą do dwóch lat pozbawienia
wolności. Wcześniej także rozporządzeniem ministra kultury nakazano
antykwariatom, galeriom i prywatnym handlarzom prowadzenie ksiąg
ewidencyjnych, rejestrujących każdy sprzedany zabytek w cenie powyżej 10
tys. zł.
- Polityka państwa jest oczywista - mówi prywatnie
osoba związana z ochroną zabytków. - Pod przykrywką różnego rodzaju grup
miłośników historii lub kolekcjonerskich działają osoby będące tak
naprawdę złodziejami i paserami. Niby nic nie znajdują, a potem na
różnych serwisach pojawiają się oferty sprzedaży zabytków
archeologicznych. W resorcie kultury postanowiono się za to zabrać,
policja też ma działać bez litości.
W lutym tego roku zostało
podpisane porozumienie pomiędzy generalnym konserwatorem zabytków a
komendantem głównym policji w sprawie „współdziałania w zakresie
zapobiegania i zwalczania przestępczości skierowanej przeciwko zabytkom
oraz innym dobrom kultury”. Podobne porozumienie z komendantem
wojewódzkim policji w Gdańsku w maju podpisała Agnieszka Kowalska,
pomorska wojewódzka konserwator zabytków. Stąd obecność przedstawicieli
urzędu konserwatora zabytków w domu kolekcjonera.
- Przebiegu
postępowania nie będziemy komentować- mówi Marcin Tymiński, rzecznik
WUKZ w Gdańsku. - Chciałbym jednak przypomnieć, że zabytki
archeologiczne są własnością Skarbu Państwa. Osoby prywatne nie mogą
nimi handlować. Jeśli ktoś ma taką kolekcję, powinien ją zalegalizować,
tworząc np. fundację lub muzeum. Próba sprzedaży może spowodować
zainteresowanie policji. Przy czym na detalistów nikt nie zwraca uwagi,
ale już przy oferowaniu większej liczby przedmiotów, trzeba liczyć się z
problemami.
- Tylko skąd wniosek, że kolekcja mojego klienta
składa się z zabytków archeologicznych? - zastanawia się mec. Chibowski.
- Z definicji jasno wynika, iż zabytek ruchomy jest zabytkiem
archeologicznym tylko wtedy, gdy znajduje się w obrębie nieruchomości -
na jej powierzchni lub pod powierzchnią, w warstwie kulturowej
zawierającej ślady działalności człowieka. Nie ma żadnych dowodów, że
kolekcja pana Urbańskiego została nielegalnie wydobyta ze stanowiska
archeologicznego. Stosowana przez urzędników interpretacja mogłaby
oznaczać, że każdy zabytek ruchomy (moneta, plomba itp. itd.) musiałby
mieć status zabytku archeologicznego. W konsekwencji wszystko byłoby
własnością Skarbu Państwa.
Mecenas przypomina, że prawo dopuszcza
własność osób fizycznych w odniesieniu do zabytków. I nie dziwi się
zaniepokojeniu w środowisku kolekcjonerów, którzy boją się, że państwo
zamierza położyć rękę na ich prywatnej własności.
Denar z Desy
Przygoda z monetami zaczęła się, gdy Jacek Urbański miał kilka lat.
Ojciec, oficer Marynarki Handlowej, z każdego rejsu przywoził synowi
garść egzotycznych drobniaków. Kiedy Jacek skończył 9 lat, jego zbiór
ważył już przeszło 30 kg. A potem zmarł dziadek, Julian Samulewicz,
pozostawiając wnukowi przeszło 200 starych monet. Wśród nich
najcenniejszą pamiątkę rodzinną, trzygroszówkę Augusta III.
-
Wiedziałem, że to będzie moja pasja - wspomina Urbański. - Miałem 11
lat, gdy ściskając kieszonkowe w dłoni, wszedłem do Desy w Gdyni. Tam za
30 złotych kupiłem swój pierwszy denar Maksymiliana II Habsburga.
Zbierał monety, ucząc się w gdyńskiej „szóstce”, zbierał podczas studiów prawniczych na Uniwersytecie Gdańskim.
- Wyrzucono mnie ze studiów na piątym roku - opowiada. - Za obecność
podczas strajku 13 grudnia 1981 r. w Stoczni Gdańskiej. Trafiłem do celi
64 Zakładu Karnego w Starogardzie Gd.
Po wyjściu na wolność
próbował ułożyć sobie życie. Po rozpadzie pierwszego małżeństwa wyjechał
do Rabki. Tam z drugiego związku przyszły na świat bliźniaki - syn i
córka. W Rabce był sklep numizmatyczny, jego właściciel namówił Jacka na
wyjazd na Słowację, gdzie do miejscowości Martin zjeżdżali się
kolekcjonerzy z Niemiec, Słowacji, Czech i Polski.
Rodzice
osiedli w Australii. Pojechał do nich. Tuż przed śmiercią matka dała mu
pieniądze na powrót do kraju. Wszystko wydał w sklepie numizmatycznym.
Pracował legalnie w Norwegii, co zarobił, przeznaczał na kolejne zakupy
do kolekcji. Działał najpierw w rumskim, a potem w Gdyńskim Klubie
Kolekcjonerów.
- W Trójmieście korzystałem z ogromnej wiedzy
prof. Jerzego Wiśniewskiego - wspomina. - Nietuzinkowej postaci, jednego
z największych kolekcjonerów przedmiotów z cyny, którego zbiory
prezentowano podczas wielu wystaw muzealnych. Regularnie go odwiedzałem,
spędzaliśmy ze sobą całe dnie. Profesor proponował mi nawet, bym
sporządził pierwszy w Europie katalog plomb tekstylnych.
Profesor, odznaczony m.in. przez ministra kultury Złotą Odznaką za
Opiekę nad Zabytkami, zmarł w ub. roku w wieku 95 lat. Jego rodzina
przekazała Jackowi Urbańskiemu część plomb, gdańskich żetonów,
odważników, starych psich numerków z XIX -wiecznego Gdańska oraz
naparstków ze zbiorów profesora.
Dostał też woreczek ze średniowiecznymi znakami pielgrzymimi.
Jakimś dziwnym trafem do policyjnego depozytu nie trafiła jedna z
pamiątek po profesorze - średniowieczny znak pielgrzymi w kształcie wozu
drabiniastego.
- Piękny, prawda? - Urbański kładzie na dłoni kilkusetletnie cacko.
Sytuacja absurdalna
Przed dziesięcioma laty Urbański zaczął kupować i sprzedawać w
internecie swoje zbiory. Ostatnio sytuacja się zmieniła - dziś częściej
już sprzedaje, niż kupuje. Dlaczego?
- Przeżyłem tragedię, zmarł
mój syn - odpowiada cicho. - Po tej tragedii posypało mi się zdrowie.
Migotanie przedsionków, usunięcie części żołądka, problemy z krwią. Nie
zliczę już, ile razy lądowałem w szpitalu. Spytałem córki, czy
interesuje ją moja kolekcja. Powiedziała, że nie. I że powinienem
pomyśleć wreszcie o sobie, o leczeniu, może jakimś samochodzie. A nie
tylko wszystko przeznaczać na jeden cel.
Stąd na Allegro oferty „ordona3”, te same, którymi zainteresowała się policja.
Edward Zimmermann, publicysta historyczny, sekretarz Gdyńskiego Klubu
Kolekcjonerów, uważa, że w tym przypadku pomylono praworządnego,
poważnego kolekcjonera, który niemal od pół wieku gromadzi swoje zbiory,
z eksploratorem, który nielegalnie wydobywa z ziemi monety i inne
artefakty za pomocą wykrywacza metali i według obecnie obowiązującego
prawa jest przestępcą.
- Jacka Urbańskiego, którego jestem
rówieśnikiem, przez kilkadziesiąt lat spotykałem na giełdach
kolekcjonerskich, gdzie poszukiwałem starych pocztówek i fotografii,
m.in. na Poczcie Głównej w Gdyni, w budynku dworca PKP Gdynia Główna, a
później w Miejskim Domu Kultury w Rumi i Muzeum Miasta Gdyni - wspomina.
- Jest on członkiem Gdyńskiego Klubu Kolekcjonerów od początku jego
istnienia . Często przygotowywał prelekcje i prezentacje z zakresu
numizmatyki, podobnie jak przez kilkanaście lat w Sekcji Historycznej
Miejskiego Domu Kultury w Rumi. Ponoć w jego sprawie pracownik służb
konserwatorskich miał stwierdzić, że nie wolno posiadać starych monet.
To jakieś nieporozumienie, biorąc pod uwagę fakt, że już na początku lat
siedemdziesiątych XX w. w państwowej Desie w Gdyni przy ul.
Świętojańskiej można było kupić mające około 2 tys. lat pospolite monety
rzymskie po 10 zł… Co dla moich szkolnych kolegów, początkujących
zbieraczy monet, stanowiło równowartość dwóch batonów krymskich. Tak
stare monety były dla nich wtedy powodem do dumy, a teraz okazuje się,
że mogą być powodem do potraktowania ich jak przestępców.
Dr
Jarosław Dutkowski, prezes Stowarzyszenia Numizmatyków Profesjonalnych,
od 25 lat rzeczoznawca i biegły sądowy w dziedzinie numizmatyki, określa
działania wobec Jacka Urbańskiego jako „sytuację wyjątkowo absurdalną”.
- Do tej pory policja raczej nie wchodziła o godzinie 6 rano do
mieszkań kolekcjonerów- mówi dr Dutkowski. - W kręgu ich zainteresowań
były raczej osoby chodzące po lasach z wykrywaczami. Nie przypominam
sobie żadnej takiej sytuacji z ostatnich lat. Odwrócono relacje prawne,
stawiając człowieka w sytuacji, gdy to nie jemu udowadnia się
popełnienie przestępstwa, ale on musi udowodnić, że przestępcą nie jest.
Kiedy (i czy) oddadzą ?
Przez kilka dni po zabraniu kolekcji Jacek Urbański codziennie
odwiedzał KMP w Gdyni, by uczestniczyć w dokładnym opisaniu każdego
zabranego przedmiotu.
- Chociaż słyszałem komentarze, że - tu
użyję innego słowa - niegrzeczne jest zmuszanie funkcjonariuszy
państwowej służby do liczenia tysięcy przedmiotów i robienia im zdjęć,
bardzo się przy tym upierałem - opowiada. - Muszę być pewny, że wszystko
do mnie wróci. Chociaż nie wiem, kiedy...
Ponoć śledczy
zamierzają zwrócić się o opinie biegłych, którzy mają ocenić, czy
Urbański zbierał zwykłe zabytki, czy zabytki archeologiczne. Biegłych
będzie zapewne co najmniej troje - jeden od monet, jeden od plomb i
naparstków (tych samych, które prof. Wiśniewski wcześniej użyczał na
wystawy w państwowych muzeach), a jeden od znaków pielgrzymich.
Co prawda ze skompletowaniem biegłych może być kłopot, więc kolekcja
poleży jeszcze w policyjnym depozycie. W dodatku i tak ich opinia
najwyżej pozwoli na stwierdzenie, jakie numizmaty z jakiego okresu
znajdują się w kolekcji Urbańskiego. Biegli nie odpowiedzą na pytanie,
bo skąd mogliby to wiedzieć, kiedy i w jaki sposób znalazły się one w
zbiorach gdyńskiego kolekcjonera. Mówiąc krótko - nie przesądzą, czy są
one zabytkami archeologicznymi, na których rękę mogłoby położyć państwo.
W tej sytuacji mec. Chibowski, argumentując, że samo posiadanie
zabytkowych przedmiotów nie jest w Polsce nielegalne, wystąpił do
Prokuratury Rejonowej w Gdyni o zwrot wywiezionej z domu Urbańskiego
kolekcji.
- Jeśli nie oddadzą, pójdę nawet do Strasburga - mówi
zdeterminowany Jacek Urbański. - To jest grabież! Już raz, przed
sześcioma laty, Polska przegrała podobny proces przed Europejskim
Trybunałem Praw Człowieka. Oskarżenie wniósł kolekcjoner broni, były
harcerz i uczestnik ruchu oporu, ekspert współpracujący m.in. z Muzeum
Powstania Warszawskiego, któremu zarekwirowano całą kolekcję. Trybunał
uznał, że zostało naruszone prawo do spokojnego korzystania z własności,
nakazał zwrot kolekcji i wypłatę odszkodowania.
Na razie w domu Urbańskiego nadal dzwonią telefony. Cierpliwie odpowiada na pytania o postępy śledztwa.
- Sytuacja kolekcjonera z Gdyni to swoisty papierek lakmusowy - mówi
jeden ze znanych numizmatyków. - Decyzja prokuratury pokaże, czy każdy z
nas - pasjonat, właściciel zabytkowych zbiorów - może czuć się w Polsce
bezpieczny.