Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 grudnia 2022

Niemieckie Gimnazjum - Zgierz - Wycieczka - Heimatbote - 5/1966

 

Gdzie znajduje się budynek tego gimnazjum w Zgierzu? 

Heimatbote 6/1966

Bardzo nieprogramowa wycieczka szkolna

    Zgierskie Niemieckie Gimnazjum Realne cieszyło się dobrą opinią w krótkim okresie swojego istnienia (1919-1925). Uczyli tu znani nauczyciele, jak miejscowy poeta Julian Will i miejscowy historyk Albert Breyer. Gdy w 1925 roku z powodów finansowych gimnazjum musiało zostać zamknięte, część uczniów przejęło niemieckie Gimnazjum w Łodzi i Gimnazjum w Sompolnie.

    A teraz pozwólcie, że opowiem wam o pewnym doświadczeniu z tamtych czasów. W przeciwieństwie do Gimnazjum Niemieckiego w Łodzi (lDG), Gimnazjum Niemieckie w Zgierzu często organizowało wycieczki klasowe i szkolne. Było to zasługą przede wszystkim naszego nauczyciela i lokalnego historyka Breyera. Większość z nich to były jednodniowe wycieczki w bezpośrednie okolice Zgierza. Większe wycieczki zdarzały się rzadko ze względu na koszty, ale zawsze były dla uczniów "wydarzeniem". Szczególnie wyraźnie pamiętam szkolną wycieczkę do Gdańska, bo była ona zupełnie nie zaplanowana. Niestety nie potrafię powiedzieć, w którym roku odbyła się ta wycieczka. Koszty podróży, które przed wyjazdem wpłaciliśmy do administracji szkoły, poniósł jeden z naszych nauczycieli. Kiedy wysiedliśmy z zatłoczonego pociągu w Kutnie, kieszonkowiec wykorzystał powstały tłok i ukradł naszemu nauczycielowi portfel z wszystkimi naszymi środkami na podróż. Choć kradzież została natychmiast zauważona i policja otoczyła kordonem stację, złodziejowi udało się uciec. Teraz dobre rady były drogie. Czy powinniśmy przerwać ledwo rozpoczętą podróż i wrócić do Zgierza? Ponieważ mieliśmy już kupione bilety do Gdańska i wszyscy mieli jakieś kieszonkowe, postanowiliśmy odbyć podróż do Gdańska. Kiedy dotarliśmy do celu, nawiązaliśmy kontakt z niemiecką organizacją studencką, która natychmiast zgodziła się wesprzeć nas słowem i czynem. Niemieccy studenci zapewnili nam tanie noclegi w schronisku młodzieżowym, a nawet zorganizowali zbiórkę pieniędzy. W ten sposób udało nam się odbyć wycieczkę statkiem do Olivy, podczas której niektórzy z nas dostali choroby morskiej. Dodatkowo studenci zgłosili się nieodpłatnie jako nasi przewodnicy. Ostatecznie więc można było mówić o prawie udanym wyjeździe. W każdym razie było to wydarzenie pełne wrażeń i różnorodne.

    Jedynie jedzenie było trochę jednostronne ze względu na ograniczone fundusze: nigdy nie jadłem tylu wędzonych fląder co w Gdańsku!

                                                                                                      Irene Kerber z domu Ludwig


Niemieckie Gimnazjum w Zgierzu
Na zdjęciu od lewej do prawej: nauczyciel Löffler, nauczycielka panna Funke, dyrektor szkoły Wolf (później wyemigrował do USA), nauczycielka panna Irene Krusche (zginęła w bombardowaniu Zgierza w 1939 roku) i nauczyciel Banek. Zdjęcie zostało wykonane na dziedzińcu szkolnym Gimnazjum. Nauczyciele siedzą na nieczynnej fontannie, w tle widać część budynku szkoły.

Deutsches Gymnasium Zgierz
Auf dem Bilde sehen wir von links nach rechts: Lehrer Löffler, Lehrerin Frl. Funke, Direktor Wolf (später nach USA ausgewandert), Lehrerin Frl. Irene Krusche (1939 beim Bomben angriff auf Zgierz umgekommen) und Lehrer Banek. Das Bild wurde im Pausenhof des Gymnasiums aufgenommen. Die Lehrer sitzen auf einem stillgelegten Springbrunnen; im Hintergrund ist ein Teil des Schulgebäudes zu sehen.



Ein ganz unprogrammgemößer Schulausflug

    Das Zgierzer Deutsche Realgymnasium erfreute sich in der kurzen Zeit seines Bestehens (1919-1925) eines guten Rufes. So bekannte Pädagogen wie der Heimatdichter Julian Will und der Heimatforscher Albert Breyer haben hier ihre lehrtätigkeit ausgeübt. Als das Gymnasium im Jahre 1925 aus finanziellen Gründen aufgelöst werden mußte, wurden die Schüler zum Teil vom Lodzer Deutschen Gymnasium und vom Gymnasium in Sompolno übernommen.

    Nun möge ein Erlebnis aus jener Zeit folgen. Im Gegensatz zum Deutschen Gymnasium in Lodz (lDG) veranstaltete das Zgierzer Deutsche Gymnasium häufig Klassen- und Schulausflüge. Das war besonders ein Verdienst unseres lehrers und Heimatforschers Breyer. Meist handelte es sich um Tagesausflüge in die nähere Umgebung von Zgierz. Größere Ausflüge waren wegen der damit verbundenen Kosten selten, aber für die Schüler jedesmal ein "Ereignis". Besonders deutlich erinnere ich mich an den Schul- ausflug nach Danzig, der mir vor allem deshalb so deutlich in Erinnerung geblieben ist, weil er völlig unprogrammgemäß verlief. leider kann ich heute nicht sagen, in welchem Jahr dieser Ausflug stattfand wir fuhren mit mehreren Lehrern mit dem Zug von Zgierz in Richtung Kutno, wo wir in den Zug nach Danzig umsteigen mußten. Die Reisekosten, die wir vor Antritt der Fahrt bei der Schulleitung eingezahlt hatten, führte einer unserer Lehrer mit sich. Als wir in Kutno aus dem überfüllten Zug stiegen, nutzte ein Taschendieb das dabei entstehende Gedränge aus, um unserem Lehrer die Brieftasche mit unseren gesamten Reisemitteln zu entwenden. Obwohl der Diebstahl sofort bemerkt wurde und die Polizei den Bahnhof absperrte, gelang es dem Dieb zu entkommen. Nun war guter Rat teuer. Sollten wir die kaum begonnene Reise abbrechen und nach Zgierz zurückfahren? Da wir die Fahrkarten bereits bis Danzig gelöst hatten und alle über etwas Taschengeld verfügten, beschlossen wir, die Fahrt nach Danzig durchzuführen. Am Reiseziel angekommen, setzten wir uns mit der deutschen Studentenschaft in Verbindung, die sich sogleich bereitfand, uns mit Rat und Tat zu unterstützen. Die deutschen Studenten verschafften uns in der Jugendherberge eine billige Unterkunft und veranstalteten sogar eine Geldsammlung. Auf diese Weise konnten wir noch eine Schiffsreise nach Oliva unternehmen, auf der mancher von uns seekrank wurde. Außerdem stellten sich die Studenten unentgeltlich als Fremdenführer zur Verfügung. So konnten wir am Ende von einer fast gelungenen Reise sprechen. Jedenfalls war sie erlebnisreich und abwechslungsvoll.

    Lediglich die Ernährung war infolge der knappen Geldmittel etwas einseitig: Ich habe nie wieder so viele geräucherte Flundern gegessen wie in Danzig!

                                                                                                      Irene Kerber geb. Ludwig

czwartek, 15 listopada 2018

Polityka państwa zapukała do drzwi kolekcjonera - Dziennik Bałtycki - Policja - Prokuratura




   Czytałem ten materiał dwa razy i w dalszym ciągu włos mi się jeży na głowie!
Do czego zmierzamy, temu, w jak szybkim czasie dzieją się złe rzeczy przeciwko normalnym ludziom, poraża...... Zamieszczam ten materiał, gdyż być może nie wszyscy go czytali...


Znalezione w sieci:

Polityka państwa zapukała do drzwi kolekcjonera - plus ...







Ta sprawa jest tak bulwersująca, że zabrakło nam słów aby ją skomentować. W tym kraju napuszczona przez WKZ policja może wejść do każdego i w majestacie prawa okraść go np. z rodzinnych pamiątek.
Tuż po 6 rano do drzwi schorowanego gdyńskiego kolekcjonera zapukali policjanci. To, co się później stało, dla jednych było wstępem do odzyskiwania zrabowanych państwu dóbr, dla innych próbą kradzieży prywatnej kolekcji w majestacie prawa.
W tym środowisku wieści rozchodzą się szybko. Od kilku tygodni dzwonią do niego kolekcjonerzy z całej Polski. Pytają, czy to prawda.
- Prawda - odpowiada. Czasem dodaje, że czuje się jak bohater powieści Franza Kafki. I że nie spocznie, póki nie odzyska zbiorów gromadzonych od 50 lat, na które wydawał każdą zaoszczędzoną złotówkę.
Jacek Urbański, kolekcjoner z Gdyni, mówi, że wcześniej bał się tylko włamywaczy i oszustów. Kiedy przed dwudziestoma laty w „Gońcu Rumskim” miał ukazać się o nim artykuł, zastrzegł, by nie pojawiły się tam zdjęcie i adres. - Tak, bałem się, by przez przestępców nie stracić kolekcji - śmieje się gorzko. - A teraz wszystko zabrano mi w majestacie prawa. Nawet książki. Czuję się jak matka, która straciła swoje dzieci.
Polityka państwa zapukała do drzwi kolekcjonera
Marek Seyda
Policjanci zastukali do drzwi mieszkania Urbańskiego w czwartek, 9 sierpnia, tuż po godzinie 6 rano. Pokazali podpisane przez prokurator Joannę Świątek postanowienie nakazujące wydanie „zbiorów zabytkowych monet datowanych na okres średniowiecza, późniejszego osadnictwa, bitew napoleońskich i okresu II wojny światowej”, które Urbański jako „ordon3” zaoferował między 27 a 30 kwietnia tego roku do sprzedaży na portalu Allegro.
- Policjant chciał, bym mu wydał konkretne trzy monety- opowiada Urbański. - Minęły ponad 3 miesiące od aukcji, poprosiłem więc, by pokazał zdjęcia, żebym wiedział, o jakie monety mu chodzi. Odparł, że zdjęć zapomniał, ale za to mogą wziąć wszystko, co mam.
Po jakimś czasie w mieszkaniu Urbańskiego pojawili się przedstawiciele Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków. Kobieta i mężczyzna. Kobieta miała powiedzieć, że zbiory kolekcjonera nie leżą w sferze zainteresowań urzędu konserwatora. Mężczyzna, że leżą. I że jego kolega pisze pracę magisterską, więc przydadzą się znalezione u kolekcjonera zabytkowe plomby, używane przed wiekami do zabezpieczania towarów i pomieszczeń.
- Gdzie ma pan wykrywacz? - zapytali policjanci.
- Nie mam - odparł. - Nigdy go nie używałem, to sprzeczne z moimi zasadami. Zbiory odziedziczyłem, kupiłem lub wymieniłem.
Podczas przeszukania wykrywacza nie znaleziono.
Następnie prokurator ręcznie dopisała do postanowienia żądanie „wydania rzeczy mogących stanowić dowód w sprawie, których posiadanie jest zabronione, mogących posłużyć do popełnienia przestępstwa”. Po ośmiu godzinach funkcjonariusze opuścili mieszkanie Urbańskiego, zabierając dziesięć dużych kartonów wypełnionych monetami, znakami pielgrzymimi, plombami, książkami. Tylko w jednym z mniejszych kartonów znajdowały się 1203 plomby ze zbiorów prof. Jerzego Wiśniewskiego, nestora polskich kolekcjonerów,podarowane Urbańskiemu. Zabrano też komputer.
- Sprawa jest bulwersująca - mówi mec. Sławomir Chibowski, prawnik reprezentujący kolekcjonera. - Nie ma żadnych dowodów, świadczących o nielegalnym pochodzeniu prywatnej własności mojego klienta. Wygląda to tak, jakby do pani domu weszła policja i zabrała zabytkowe sztućce po dziadkach, żądając, by to pani udowodniła ich pochodzenie.
Bez litości
- Komenda Miejska Policji w Gdyni prowadzi pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Gdyni postępowanie przygotowawcze, w trakcie którego zostały zabezpieczone przedmioty osoby, która prowadziła ich sprzedaż za pośrednictwem jednego z portali internetowych - potwierdza kom. Krzysztof Kuśmierczyk, rzecznik prasowy gdyńskiej policji. - Z uwagi na dobro prowadzonego postępowania na tę chwilę mogę udzielić jedynie informacji, że postępowanie jest w toku i w zależności od ustaleń poczynionych przez śledczych podejmowane będą dalsze decyzje w tej sprawie.
Prokurator Grażyna Wawryniuk, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, dodaje, że postępowanie wobec Jacka Urbańskiego zostało zainicjowane przez wydział ds. walki z Cyberprzestępczością KWP w Gdańsku. Policjanci, analizując jedną ze stron internetowych, zwrócili uwagę na osobę, która w ostatnim czasie regularnie wystawiała na sprzedaż zabytkowe przedmioty.
- Wszczęto postępowanie w sprawie, a nie przeciw komuś - podkreśla prokurator Wawryniuk. Przedmioty zabezpieczono na poczet postępowania, obecnie śledczy ustalają, czy nie zostały pozyskane nielegalnie.
Akcja policji to nie przypadek. Od początku roku obowiązuje znowelizowana ustawa o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami, która m.in. miała uderzyć w nielegalnych poszukiwaczy, krążących po lasach z wykrywaczami. Obecnie wykopanie obiektów archeologicznych bez zezwolenia nie jest już tylko wykroczeniem, ale przestępstwem zagrożonym karą do dwóch lat pozbawienia wolności. Wcześniej także rozporządzeniem ministra kultury nakazano antykwariatom, galeriom i prywatnym handlarzom prowadzenie ksiąg ewidencyjnych, rejestrujących każdy sprzedany zabytek w cenie powyżej 10 tys. zł.
- Polityka państwa jest oczywista - mówi prywatnie osoba związana z ochroną zabytków. - Pod przykrywką różnego rodzaju grup miłośników historii lub kolekcjonerskich działają osoby będące tak naprawdę złodziejami i paserami. Niby nic nie znajdują, a potem na różnych serwisach pojawiają się oferty sprzedaży zabytków archeologicznych. W resorcie kultury postanowiono się za to zabrać, policja też ma działać bez litości.
W lutym tego roku zostało podpisane porozumienie pomiędzy generalnym konserwatorem zabytków a komendantem głównym policji w sprawie „współdziałania w zakresie zapobiegania i zwalczania przestępczości skierowanej przeciwko zabytkom oraz innym dobrom kultury”. Podobne porozumienie z komendantem wojewódzkim policji w Gdańsku w maju podpisała Agnieszka Kowalska, pomorska wojewódzka konserwator zabytków. Stąd obecność przedstawicieli urzędu konserwatora zabytków w domu kolekcjonera.
- Przebiegu postępowania nie będziemy komentować- mówi Marcin Tymiński, rzecznik WUKZ w Gdańsku. - Chciałbym jednak przypomnieć, że zabytki archeologiczne są własnością Skarbu Państwa. Osoby prywatne nie mogą nimi handlować. Jeśli ktoś ma taką kolekcję, powinien ją zalegalizować, tworząc np. fundację lub muzeum. Próba sprzedaży może spowodować zainteresowanie policji. Przy czym na detalistów nikt nie zwraca uwagi, ale już przy oferowaniu większej liczby przedmiotów, trzeba liczyć się z problemami.
- Tylko skąd wniosek, że kolekcja mojego klienta składa się z zabytków archeologicznych? - zastanawia się mec. Chibowski. - Z definicji jasno wynika, iż zabytek ruchomy jest zabytkiem archeologicznym tylko wtedy, gdy znajduje się w obrębie nieruchomości - na jej powierzchni lub pod powierzchnią, w warstwie kulturowej zawierającej ślady działalności człowieka. Nie ma żadnych dowodów, że kolekcja pana Urbańskiego została nielegalnie wydobyta ze stanowiska archeologicznego. Stosowana przez urzędników interpretacja mogłaby oznaczać, że każdy zabytek ruchomy (moneta, plomba itp. itd.) musiałby mieć status zabytku archeologicznego. W konsekwencji wszystko byłoby własnością Skarbu Państwa.
Mecenas przypomina, że prawo dopuszcza własność osób fizycznych w odniesieniu do zabytków. I nie dziwi się zaniepokojeniu w środowisku kolekcjonerów, którzy boją się, że państwo zamierza położyć rękę na ich prywatnej własności.
Denar z Desy
Przygoda z monetami zaczęła się, gdy Jacek Urbański miał kilka lat. Ojciec, oficer Marynarki Handlowej, z każdego rejsu przywoził synowi garść egzotycznych drobniaków. Kiedy Jacek skończył 9 lat, jego zbiór ważył już przeszło 30 kg. A potem zmarł dziadek, Julian Samulewicz, pozostawiając wnukowi przeszło 200 starych monet. Wśród nich najcenniejszą pamiątkę rodzinną, trzygroszówkę Augusta III.
- Wiedziałem, że to będzie moja pasja - wspomina Urbański. - Miałem 11 lat, gdy ściskając kieszonkowe w dłoni, wszedłem do Desy w Gdyni. Tam za 30 złotych kupiłem swój pierwszy denar Maksymiliana II Habsburga.
Zbierał monety, ucząc się w gdyńskiej „szóstce”, zbierał podczas studiów prawniczych na Uniwersytecie Gdańskim.
- Wyrzucono mnie ze studiów na piątym roku - opowiada. - Za obecność podczas strajku 13 grudnia 1981 r. w Stoczni Gdańskiej. Trafiłem do celi 64 Zakładu Karnego w Starogardzie Gd.
Po wyjściu na wolność próbował ułożyć sobie życie. Po rozpadzie pierwszego małżeństwa wyjechał do Rabki. Tam z drugiego związku przyszły na świat bliźniaki - syn i córka. W Rabce był sklep numizmatyczny, jego właściciel namówił Jacka na wyjazd na Słowację, gdzie do miejscowości Martin zjeżdżali się kolekcjonerzy z Niemiec, Słowacji, Czech i Polski.
Rodzice osiedli w Australii. Pojechał do nich. Tuż przed śmiercią matka dała mu pieniądze na powrót do kraju. Wszystko wydał w sklepie numizmatycznym.
Pracował legalnie w Norwegii, co zarobił, przeznaczał na kolejne zakupy do kolekcji. Działał najpierw w rumskim, a potem w Gdyńskim Klubie Kolekcjonerów.
- W Trójmieście korzystałem z ogromnej wiedzy prof. Jerzego Wiśniewskiego - wspomina. - Nietuzinkowej postaci, jednego z największych kolekcjonerów przedmiotów z cyny, którego zbiory prezentowano podczas wielu wystaw muzealnych. Regularnie go odwiedzałem, spędzaliśmy ze sobą całe dnie. Profesor proponował mi nawet, bym sporządził pierwszy w Europie katalog plomb tekstylnych.
Profesor, odznaczony m.in. przez ministra kultury Złotą Odznaką za Opiekę nad Zabytkami, zmarł w ub. roku w wieku 95 lat. Jego rodzina przekazała Jackowi Urbańskiemu część plomb, gdańskich żetonów, odważników, starych psich numerków z XIX -wiecznego Gdańska oraz naparstków ze zbiorów profesora.
Dostał też woreczek ze średniowiecznymi znakami pielgrzymimi.
Jakimś dziwnym trafem do policyjnego depozytu nie trafiła jedna z pamiątek po profesorze - średniowieczny znak pielgrzymi w kształcie wozu drabiniastego.
- Piękny, prawda? - Urbański kładzie na dłoni kilkusetletnie cacko.
Sytuacja absurdalna
Przed dziesięcioma laty Urbański zaczął kupować i sprzedawać w internecie swoje zbiory. Ostatnio sytuacja się zmieniła - dziś częściej już sprzedaje, niż kupuje. Dlaczego?
- Przeżyłem tragedię, zmarł mój syn - odpowiada cicho. - Po tej tragedii posypało mi się zdrowie. Migotanie przedsionków, usunięcie części żołądka, problemy z krwią. Nie zliczę już, ile razy lądowałem w szpitalu. Spytałem córki, czy interesuje ją moja kolekcja. Powiedziała, że nie. I że powinienem pomyśleć wreszcie o sobie, o leczeniu, może jakimś samochodzie. A nie tylko wszystko przeznaczać na jeden cel.
Stąd na Allegro oferty „ordona3”, te same, którymi zainteresowała się policja.
Edward Zimmermann, publicysta historyczny, sekretarz Gdyńskiego Klubu Kolekcjonerów, uważa, że w tym przypadku pomylono praworządnego, poważnego kolekcjonera, który niemal od pół wieku gromadzi swoje zbiory, z eksploratorem, który nielegalnie wydobywa z ziemi monety i inne artefakty za pomocą wykrywacza metali i według obecnie obowiązującego prawa jest przestępcą.
- Jacka Urbańskiego, którego jestem rówieśnikiem, przez kilkadziesiąt lat spotykałem na giełdach kolekcjonerskich, gdzie poszukiwałem starych pocztówek i fotografii, m.in. na Poczcie Głównej w Gdyni, w budynku dworca PKP Gdynia Główna, a później w Miejskim Domu Kultury w Rumi i Muzeum Miasta Gdyni - wspomina. - Jest on członkiem Gdyńskiego Klubu Kolekcjonerów od początku jego istnienia . Często przygotowywał prelekcje i prezentacje z zakresu numizmatyki, podobnie jak przez kilkanaście lat w Sekcji Historycznej Miejskiego Domu Kultury w Rumi. Ponoć w jego sprawie pracownik służb konserwatorskich miał stwierdzić, że nie wolno posiadać starych monet. To jakieś nieporozumienie, biorąc pod uwagę fakt, że już na początku lat siedemdziesiątych XX w. w państwowej Desie w Gdyni przy ul. Świętojańskiej można było kupić mające około 2 tys. lat pospolite monety rzymskie po 10 zł… Co dla moich szkolnych kolegów, początkujących zbieraczy monet, stanowiło równowartość dwóch batonów krymskich. Tak stare monety były dla nich wtedy powodem do dumy, a teraz okazuje się, że mogą być powodem do potraktowania ich jak przestępców.
Dr Jarosław Dutkowski, prezes Stowarzyszenia Numizmatyków Profesjonalnych, od 25 lat rzeczoznawca i biegły sądowy w dziedzinie numizmatyki, określa działania wobec Jacka Urbańskiego jako „sytuację wyjątkowo absurdalną”.
- Do tej pory policja raczej nie wchodziła o godzinie 6 rano do mieszkań kolekcjonerów- mówi dr Dutkowski. - W kręgu ich zainteresowań były raczej osoby chodzące po lasach z wykrywaczami. Nie przypominam sobie żadnej takiej sytuacji z ostatnich lat. Odwrócono relacje prawne, stawiając człowieka w sytuacji, gdy to nie jemu udowadnia się popełnienie przestępstwa, ale on musi udowodnić, że przestępcą nie jest.
Kiedy (i czy) oddadzą ?
Przez kilka dni po zabraniu kolekcji Jacek Urbański codziennie odwiedzał KMP w Gdyni, by uczestniczyć w dokładnym opisaniu każdego zabranego przedmiotu.
- Chociaż słyszałem komentarze, że - tu użyję innego słowa - niegrzeczne jest zmuszanie funkcjonariuszy państwowej służby do liczenia tysięcy przedmiotów i robienia im zdjęć, bardzo się przy tym upierałem - opowiada. - Muszę być pewny, że wszystko do mnie wróci. Chociaż nie wiem, kiedy...
Ponoć śledczy zamierzają zwrócić się o opinie biegłych, którzy mają ocenić, czy Urbański zbierał zwykłe zabytki, czy zabytki archeologiczne. Biegłych będzie zapewne co najmniej troje - jeden od monet, jeden od plomb i naparstków (tych samych, które prof. Wiśniewski wcześniej użyczał na wystawy w państwowych muzeach), a jeden od znaków pielgrzymich.
Co prawda ze skompletowaniem biegłych może być kłopot, więc kolekcja poleży jeszcze w policyjnym depozycie. W dodatku i tak ich opinia najwyżej pozwoli na stwierdzenie, jakie numizmaty z jakiego okresu znajdują się w kolekcji Urbańskiego. Biegli nie odpowiedzą na pytanie, bo skąd mogliby to wiedzieć, kiedy i w jaki sposób znalazły się one w zbiorach gdyńskiego kolekcjonera. Mówiąc krótko - nie przesądzą, czy są one zabytkami archeologicznymi, na których rękę mogłoby położyć państwo.
W tej sytuacji mec. Chibowski, argumentując, że samo posiadanie zabytkowych przedmiotów nie jest w Polsce nielegalne, wystąpił do Prokuratury Rejonowej w Gdyni o zwrot wywiezionej z domu Urbańskiego kolekcji.
- Jeśli nie oddadzą, pójdę nawet do Strasburga - mówi zdeterminowany Jacek Urbański. - To jest grabież! Już raz, przed sześcioma laty, Polska przegrała podobny proces przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. Oskarżenie wniósł kolekcjoner broni, były harcerz i uczestnik ruchu oporu, ekspert współpracujący m.in. z Muzeum Powstania Warszawskiego, któremu zarekwirowano całą kolekcję. Trybunał uznał, że zostało naruszone prawo do spokojnego korzystania z własności, nakazał zwrot kolekcji i wypłatę odszkodowania.
Na razie w domu Urbańskiego nadal dzwonią telefony. Cierpliwie odpowiada na pytania o postępy śledztwa.
- Sytuacja kolekcjonera z Gdyni to swoisty papierek lakmusowy - mówi jeden ze znanych numizmatyków. - Decyzja prokuratury pokaże, czy każdy z nas - pasjonat, właściciel zabytkowych zbiorów - może czuć się w Polsce bezpieczny.

sobota, 17 grudnia 2016

Sopot - Zoppot - Gdańsk - Danzig - Zatoka Gdańska - Molo - Hotel - Podróże - 1920-45

Ładny i ciekawy plakat z lat międzywojennych (zbiory własne), reklamujący rejsy wycieczkowe na Bałtyckim Wybrzeżu. Mam w swoich zbiorach, zdjęcia, pocztówki w których pisano: jedziemy w Sopoty, taka nazwa była najczęściej używana. Sopot do chwili obecnej, jest perełką Wybrzeża, zachował się przepiękny Grand Hotel zbudowany w latach 1924-27. W tym hotelu najczęstszymi gośćmi byli gracze pobliskiego Kasyna. Przebogata jest historia tego hotelu w okresie 2 wojny światowej. Na początku września 1939 był Kwaterą Główną Adolfa Hitlera. W tym budynki, 1 października 1939 roku akt kapitulacji Helu podpisał komandor Marian Majewski i kapitan Antoni Kasztelan. W latach 1944-45 mieścił się szpital wojskowy. Po zdobyciu Sopotu w marcu 1945 roku, hotel stał się siedzibą Armii Czerwonej, na szczęście w krótkim czasie przejęło go Polskie Wojsko, stał się lazaretem wojskowym. Pierwszy Prezydent Sopotu, Antoni Turek uzyskał zgodę na przejęcie sławnego hotelu dla miast Sopot. Nie mniejszą sławą cieszy się Molo, któż na nim nie spacerował !
Prezentowane pocztówki pochodzą z moich zbiorów, wszystkie pochodzą z lat międzywojennych..