Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PIERWSZE DNI WOJNY W SKARŻYSKU I SZYDŁOWCU. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PIERWSZE DNI WOJNY W SKARŻYSKU I SZYDŁOWCU. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 maja 2022

Feliks Bernas Lubecki - Powstanie Warszawskie - Muranów - Batalion „Czata 49” - Pogrzeby - Rękopis - 1939-45 - cz.26

 Spotkałem dziewczynę, którą jeszcze dziś widzę przed soba. Była to w każdym calu piękność. Blondynka z pięknymi puklami włosów, niebieskie oczy, wzrost średni, zgrabniutka jak sarna, w mundurze i oficerkach. Trudno było od dziewczyny oderwać oczy. Przyszła do nas chyba z "Pięści" (może z "Miotły") razem z innymi chłopakami, w tym był jeden bardzo sympatyczny podchorąży.  Chyba od razu przypadliśmy sobie z dziewczyną do serca. Zaczęliśmy rozmawiać, opowiadać o sobie. Było jakoś spokojniej tego wieczora. Dowiedziałem się, że ma obywatelstwo brazylijskie (matka Polka, ojciec Brazylijczyk, pracował chyba w ambasadzie), ze chce studiować medycynę po wojnie. Podała mi swoje nazwisko. Pamiętałem je długo. Nie zapisałem i po latach uleciało z pamięci. Rozmawialiśmy przytuleni do siebie do późnej nocy. Pocałowaliśmy się nawet na dobranoc. Wszystko to było tak szybko, ale wtedy trzeba było szybko zyć. Czułem, bo przecież wiedzieć nie mogłem, że kogoś takiego spotyka się w życiu niesłychanie rzadko. To był taki czas, że ani pozy, ani na płytkie flirciki, ani na kłamstwo, czy fałsz wśród nas młodych nie mogło mieć miejsca. W każdym razie tam w tym piekle, koszmarze, który śni mi się do dziś po nocach. Stąd tak czułem. Rozstaliśmy się późno w nocy, ostrzegając się wzajemnie, by na siebie uważać, uważać zwłaszcza teraz, kiedy - musieliśmy to czuć oboje - zaczynało się między nami dziać coś pięknego, bardzo wzniosłego. Nie zdążyłem jeszcze zasnąć, gdy wpadł podchorąży, o którym mówiłem. Dziewczyna nie zyje! Jakby mnie grom poraził. Okazało się, że na ochotnika poszła na nocną wartę w wewnętrznej bramie. Wybuchł dosłownie jeden pocisk z granatnika, słyszałem go dobrze. Odłamek w skroń i śmierć na miejscu. Zerwałem się i pobiegłem. Leżała już w pokoju na I piętrze. Jakby spała. Twarzyczka spokojna, alabastrowa. W skroni, lub tuż nad - malenka dziurka 2-3 milimetry i cieniutka stróżka krwi. Spłakałem się serdecznie, płakali zresztą wszyscy obecni w pokoju. Następnego dnia był pogrzeb, na naszym podwórku. Chłopcy postarali się o deski i dziewczyna spoczęła w prawie prawdziwej trumnie. Znalazły się jeszcze kwiatki.

    W dniu 18 sierpnia Niemcy już od świtu zaczęli bombardowanie Starego Miasta. Strzelała artyleria z Burakowa, Cytadeli, z Pragi; bił cięzkimi pociskami pociąg pancerny z linii obwodowej, międliły miasto moździerze salwowe i rakietowe oraz moździerz kolejowy (tzw. Moerser), gdzieś z pod Włoch czy Ursusa, umieszczony na wielkiej platformie kolejowej (kaliber pocisku 610 mm). Po tym huraganowym ogniu, wspartym jeszcze bombardowaniem samolotów nurkowych - stukasów, Niemcy przystąpili do ataku na remizę tramwajową. Poprzedzały ich czołgi. "Czata 49" zostaje ponownie przerzucona na Muranów, by wzmocnić oddziały podpułkownika "Leśniaka". Ten ostatni zostaje ranny, jego zatępca zabity. Zajezdnia utrzymana.

    W nocy z 18/19 sierpnia nastepuje ewakuacja umysłowo chorych ze szpitala Jana Bożego. Wrzawa, jak temu towarzyszyła, ściąga na pozycje powstańców nawałę ogniową. Oddziały broniące Muranowa padają z nóg ze zmęczenia, ale wszystkie stanowiska wytrzymują niemiecki ogień. Następnego dnia goliat uderza w bramę naszego domu. Siedzę od tego miejsca kilkadziesiąt metrów w korytarzu bez okien, drzwi zamknięte. Wybuch jest tak silny, że w tym miejscu (w lewej oficynie) dostaję cegłami po głowie i plecach. Frontowa ściana naszego budynku (chyba 3, lub 4 piętra) runęła. Wielu zasypanych koleów, w tym kompania kapitana Zgody (również cichciemny). Chodził on w charakterystycznych saperkach z złótej skóry. Z gruzów wystawały tylko saperki, które jego i wielu jego kolegów uratowały. Zostali szybko odkopani, więcej lub mniej kontuzjowani, niektórzy ciężko ranni. Duże straty od tego goliata poniosła również ludność cywilna w piwnicach, zwłaszcza tych z frontu. Zostali wyduszeni samym podmuchem i zasypani. Wieczorem na naszym podwórzu zobaczyłem makabryczny widok kilkudziesięciu zwłok ludzi ułożonych równo wdłuż ścian. Nie było już domu w Warszawie a raczej podwórza, czy skweru, na którym nie byłoby mogił. Stare Miasto to była kondensacja tych wszystkich nieszczęść, bo na nim wyładowywała się cała furia ataku, prowadzonego już od kilku dni z pruską metodycznością i hitlerowskim barbarzyństwem.

Żródło: Ruiny kościoła i szpitala św. Jana Bożego. Warszawa, 1945. fot. Autor nieznany, Muzeum Powstania Warszawskiego

Trudno opisać doprawdy to, co sie teraz działo. Niemcy dostawali posiłki z 9-ej armii. Niemcy śpieszyli się, bo na wschodnim brzegu Wisły naciskali Rosjanie. Musieli mieć czyste zaplecze frontu. Piekło trwało teraz od świtu do późnej nocy, a nie rzadko całą noc. Pamiętam przypadek, jaki miał chyba porucznik "Piotr", albo podporucznik "Mały". Niemcy wdarli się do domu, nasi nie rezygnowali. Bronili się jeszcze w piwnicy. Porucznik "Piotr" strzelał do Niemca w piwnicy. Widział, że trafił go raz i drugi. Niemiec upadł i strzelał dalej, aż do śmierci. Taka była zajadłość ataku i obrony. Z dokumentów Niemca wynikało, że był to zdegradowany za jakieś przestępstwa oficer, który miał przyrzeczenie przywrócenia stopnia za udział w zwalczaniu Powstania. Tacy to kryminaliści (bo nie był to odosobniony przypadek) walczyli z nami na Muranowie. Nie można sobie wyobrazić w jakich warunkach żyła ludność cywilna.To osobny rozdziqał, opisany dokładnie i wielokrotnie. Cierpienia tych ludzi, często z maleńkimi dziećmi, nękanych jak i my, ale bez broni w ręku, bardziej jeszcze głodnych, schorowanych - przechodziły ludzką wyobraźnię. W tej fazie walki na Muranowie ludność zaczęła domagać się zaprzestania oporu. Dotąd znosili wszystko bez szmrania. Wytrzymałość ludzka ma swoje granice nawet w tak bohaterskim MIeście. Pułkownik "Paweł", dowódca odcinka północnego Grupy Północ, wobec takiej sytuacji, a przede wszystkim groźby kompletnego wyniszczenia oddziałów, decyduje się na przesunięcie oddziałó do PWPW. "Czata 49" w nocy z 20/21 sierpnia przechodzi ul. Mławską 3/5.

FRANCISZEK RATAJ – pseudonim Paweł ( 9.10.1894-30.11.1958)

W trakcie powstania warszawskiego, dowódca odwodu Okręgu Warszawskiego AK, tworzącego od 3 sierpnia Zgrupowanie "Paweł (Batalion NOW-AK "Antoni" oraz Batalion "Wigry") podporządkowanego Zgrupowaniu "Radosław". Od 2 sierpnia walczył na Woli w rejonie cmentarzy, 6 sierpnia wycofując się na Stare Miasto. Od 13 sierpnia był dowódcą odcinka północnego, w Grupie AK Północ. Po przejściu do Śródmieścia, 5 września objął dowództwo zachodniego odcinka obrony, zaś od 20 września 1944 r. objął dowództwo 15. Pułku Piechoty "Wilków" AK.

Źródło: 

Powstańcze Biogramy - Franciszek Rataj - Muzeum ...

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

FRANCISZEK RATAJ - Pseudonym Pawel ( 9.10.1894-30.11.1958)

Während des Warschauer Aufstands Kommandeur der Reserveeinheit des Warschauer Bezirks der Heimatarmee, die ab dem 3. August die Gruppe "Pawel" (NOW-AK Bataillon "Antoni" und Bataillon "Wigry") bildete und der Gruppe "Radoslaw" unterstellt war. Ab dem 2. August kämpfte er in Wola, im Bereich der Friedhöfe, und am 6. August zog er sich nach Stare Miasto zurück. Ab dem 13. August war er Kommandeur des nördlichen Abschnitts der Heeresgruppe Nord. Nach seiner Verlegung nach Srodmiescie übernahm er am 5. September das Kommando über den westlichen Abschnitt der Verteidigung und ab dem 20. September 1944 das Kommando über das 15. Infanterieregiment "Wölfe" der AK.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

FRANCISZEK RATAJ - pseudonym Pawel ( 9.10.1894-30.11.1958)

During the Warsaw Uprising, commander of the reserve unit of Warsaw District of Home Army, forming from 3rd August the "Pawel" Group (NOW-AK "Antoni" Battalion and "Wigry" Battalion), subordinated to "Radoslaw" Group. From August 2 he was fighting in Wola, in the area of cemeteries, and on August 6 withdrawing to Stare Miasto. From August 13 he was commander of the northern section, in the Home Army Group North. After moving to Srodmiescie, on September 5 he took command of the western section of the defence, and from September 20, 1944, he took command of the 15th Infantry Regiment "Wolves" of the AK.


-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ich traf das Mädchen, das ich heute noch vor mir sehe. Sie war in jeder Hinsicht eine Schönheit. Blond mit schönen Locken, blaue Augen, mittelgroß, wohlgeformt wie ein Reh, trägt eine Uniform und Springerstiefel. Es war schwer, die Augen von dem Mädchen abzuwenden. Sie kam wahrscheinlich aus "Piesc" zu uns (vielleicht aus "Miotla"), zusammen mit anderen Jungen, darunter ein sehr netter Offiziersanwärter.  Wahrscheinlich haben das Mädchen und ich uns sofort ineinander verliebt. Wir fingen an zu reden und erzählten Geschichten über uns. An diesem Abend war es irgendwie ruhiger. Ich fand heraus, dass sie die brasilianische Staatsbürgerschaft hatte (ihre Mutter war Polin, ihr Vater Brasilianer, ich glaube, er arbeitete bei der Botschaft) und dass sie nach dem Krieg Medizin studieren wollte. Sie nannte mir ihren Namen. Ich erinnerte mich lange Zeit daran. Ich habe es nicht aufgeschrieben und Jahre später ist es aus meinem Gedächtnis verschwunden. Wir haben bis spät in die Nacht hinein miteinander gekuschelt. Wir haben uns sogar einen Gutenachtkuss gegeben. Es ging alles so schnell, aber man musste ja auch schnell leben. Ich hatte das Gefühl, weil ich es nicht wissen konnte, dass es äußerst selten ist, dass man so jemandem im Leben begegnet. Es war eine Zeit, in der Posen, oberflächliche Flirts, Lügen und Unwahrheiten unter uns Jugendlichen keinen Platz hatten. Jedenfalls hatte ich in dieser Hölle einen Alptraum, von dem ich heute noch nachts träume. So habe ich mich auch gefühlt. Wir trennten uns spät in der Nacht und ermahnten uns gegenseitig, aufeinander aufzupassen, vorsichtig zu sein, besonders jetzt, da - wir müssen es beide gespürt haben - etwas Schönes, sehr Erhabenes zwischen uns zu geschehen begann. Ich hatte es noch nicht geschafft, einzuschlafen, als der Kadett, von dem ich sprach, hereinstürmte. Das Mädchen ist tot! Es war, als ob mich ein Blitz getroffen hätte. Es stellte sich heraus, dass sie sich freiwillig für die Nachtwache am inneren Tor gemeldet hatte. Eine Kugel aus dem Granatwerfer ist buchstäblich explodiert, ich habe es gut gehört. Ein Schrapnell in der Schläfe und Tod auf der Stelle. Ich sprang auf und rannte los. Sie befand sich bereits in dem Zimmer im ersten Stock. Als ob sie schlafen würde. Ihr Gesicht war ruhig, wie aus Alabaster. In der Schläfe oder direkt darüber - ein winziges Loch von 2-3 Millimetern und ein dünnes Rinnsal von Blut. Ich weinte herzlich, wie auch alle anderen Anwesenden im Raum. Am nächsten Tag fand eine Beerdigung in unserem Hinterhof statt. Die Jungen kümmerten sich um die Bretter und das Mädchen wurde in einem fast echten Sarg beigesetzt. Es gab auch Blumen.

     Am 18. August begannen die Deutschen bereits im Morgengrauen mit der Bombardierung der Altstadt. Die Artillerie aus Buraków, Cytadela und Praga feuerte; ein Panzerzug von der Peripherielinie wurde mit schweren Granaten beschossen, Salven- und Raketenmörser zerstörten die Stadt, ebenso wie ein Eisenbahnmörser (der so genannte Moerser), der irgendwo in der Nähe von Włochy oder Ursus auf einem großen Bahnsteig platziert war (Kaliber 610 mm). Nach diesem Orkanfeuer, unterstützt durch den Beschuss von Stukas, begannen die Deutschen mit dem Angriff auf das Straßenbahndepot. Ihnen waren Panzer vorausgefahren. "Czata 49" wurde erneut nach Muranow verlegt, um die Einheiten von Oberstleutnant "Lesniak" zu verstärken. Letzterer wurde verwundet, sein Stellvertreter getötet. Das Depot wurde gehalten.

    In der Nacht vom 18. auf den 19. August wurden die psychisch Kranken aus dem Jan Bozy Krankenhaus evakuiert. Die damit einhergehenden Unruhen führten zu einem heftigen Beschuss der Stellungen der Aufständischen. Die Einheiten, die Muranow verteidigen, fallen vor Erschöpfung zurück, aber alle Stellungen halten dem deutschen Feuer stand. Am nächsten Tag schlägt der Goliath gegen das Tor unseres Hauses. Ich sitze einige Dutzend Meter von diesem Ort entfernt in einem fensterlosen Korridor, die Tür ist geschlossen. Die Explosion ist so stark, dass ich an dieser Stelle (im linken Anbau) Ziegelsteine auf Kopf und Rücken bekomme. Die Vorderwand unseres Gebäudes (wahrscheinlich 3. oder 4. Stock) ist eingestürzt. Viele Menschen wurden begraben, darunter auch eine Kompanie von Hauptmann Zgody (ebenfalls stumm). Er ging in charakteristischen Sappern aus Altleder. Nur die Sappeure ragten aus den Trümmern heraus, was ihn und viele seiner Kollegen rettete. Sie wurden schnell ausgegraben, mehr oder weniger verletzt, einige sogar schwer verwundet. Auch die Zivilbevölkerung in den Kellern, insbesondere an der Front, erlitt schwere Verluste durch diesen Giganten. Sie wurden von der Explosion selbst erdrückt und verschüttet. Abends bot sich mir in unserem Hof ein makabrer Anblick: mehrere Dutzend menschliche Leichen, die gleichmäßig an den Wänden aufgestapelt waren. Es gab kein Haus mehr in Warschau, oder vielmehr keinen Hof oder Platz ohne Gräber. Die Altstadt war das Kondensat all dieser Unglücke, denn auf ihr entlud sich die ganze Wut des Angriffs, der schon seit mehreren Tagen mit preußischer Methodik und hitlerischer Barbarei geführt wurde.

    Es ist wirklich schwierig zu beschreiben, was jetzt geschah. Die Deutschen erhielten Verstärkung von der 9. Armee. Die Deutschen waren in Eile, denn die Russen drängten auf das Ostufer der Weichsel. Sie mussten eine klare Front haben. Die Hölle dauerte nun von der Morgendämmerung bis spät in die Nacht, und nicht selten die ganze Nacht. Ich erinnere mich an einen Fall, den Leutnant "Piotr" oder Oberleutnant "Mały" wahrscheinlich hatte. Die Deutschen sind in das Haus eingedrungen, aber unsere Leute haben nicht aufgegeben. Sie haben sich noch im Keller verteidigt. Leutnant "Piotr" schoss auf den Deutschen im Keller. Er sah, dass er ihn einmal schlug und dann noch einmal. Der Deutsche fiel zu Boden und schoss weiter, bis er starb. So erbittert waren Angriff und Verteidigung. Aus den Unterlagen der Deutschen ging hervor, dass es sich um einen wegen einiger Verbrechen degradierten Offizier handelte, dem für die Teilnahme an der Aufstandsbekämpfung die Wiederherstellung seines Ranges versprochen worden war. Solche Verbrecher (denn es war kein Einzelfall) kämpften mit uns in Muranow. Man kann sich nicht vorstellen, unter welchen Bedingungen die Zivilbevölkerung lebte, was in einem eigenen Kapitel ausführlich und mehrfach beschrieben wird. Das Leid dieser Menschen, oft mit kleinen Kindern, bedrängt wie wir, aber ohne Waffen in der Hand, noch hungriger, kränker - war jenseits der menschlichen Vorstellungskraft. In dieser Phase des Kampfes in Muranów begann die Bevölkerung, die Beendigung des Widerstandes zu fordern. Bis jetzt hatten sie alles ohne Murren ertragen. Die menschliche Ausdauer hat selbst in einer so heldenhaften Stadt ihre Grenzen. Oberst "Pawel", der Befehlshaber des nördlichen Teils der Gruppe Nord, beschloss angesichts dieser Situation und vor allem angesichts der drohenden völligen Vernichtung der Einheiten, die Einheiten nach PWPW zu verlegen. "Czata 49" in der Nacht vom 20. auf den 21. August durch die Mlawska-Straße 3/5.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


I met the girl I still see before me today. She was a beauty in every way. Blonde with beautiful locks of hair, blue eyes, average height, shapely like a deer, wearing a uniform and jackboots. It was hard to take your eyes off the girl. She came to us probably from "Piesc" (maybe from "Miotla") together with other boys, including one very nice officer cadet.  Probably the girl and I instantly fell in love. We started talking, telling stories about ourselves. It was somehow calmer that evening. I found out that she had Brazilian citizenship (her mother was Polish, her father Brazilian, I think he worked at the embassy), that she wanted to study medicine after the war. She gave me her name. I remembered it for a long time. I didn't write it down and years later it faded from my memory. We talked cuddled together late into the night. We even kissed each other goodnight. It was all so fast, but then you had to live fast. I felt, as I could not have known, that it is extremely rare to meet someone like that in one's life. It was a time when poses, shallow flirtations, lies and falsehoods had no place among us youngsters. Anyway, there in that hell, a nightmare that I still dream about to this day at night. That's how I felt. We parted late at night, warning each other to watch out for each other, to be careful especially now that - we must have felt it both - something beautiful, very sublime was beginning to happen between us. I had not yet managed to fall asleep when the cadet of whom I spoke rushed in. The girl is dead! As if I had been struck by a thunderbolt. It turned out that she had volunteered for the night guard in the inner gate. Literally one bullet from the grenade launcher exploded, I heard it well. A shrapnel in the temple and death on the spot. I jumped up and ran. She was already lying in the room on the first floor. As if she was sleeping. Her face was calm, alabaster. In the temple, or just above it - a tiny hole 2-3 millimetres and a thin trickle of blood. I cried heartily, as did everyone present in the room. The next day there was a funeral, in our backyard. The boys took care of the boards and the girl was laid to rest in an almost real coffin. There were also flowers.

    On August 18 the Germans started bombarding the Old Town already from dawn. The artillery from Buraków, Cytadela, Praga fired; an armored train from the peripheral line hit with heavy shells, salvo mortars and rocket mortars crushed the city, as well as a railway mortar (the so-called Moerser), somewhere near Włochy or Ursus, placed on a huge railway platform (610 mm shell caliber). After that hurricane fire, supported by the bombardment of diving planes - Stukas, the Germans started to attack the tramway depot. They were preceded by tanks. "Czata 49" was again moved to Muranow to reinforce the units of Lieutenant Colonel "Lesniak". The latter was wounded, his deputy killed. The depot was held.

     In the night of 18/19 August the mentally ill from Jan Bozy hospital were evacuated. The turmoil that accompanied it brought an onslaught of fire on the insurgents' positions. The units defending Muranow fall down from exhaustion, but all the positions withstand the German fire. The next day the Goliath hits the gate of our house. I am sitting from this place several dozen metres in a corridor without windows, the door closed. The explosion is so strong that at this point (in the left annex) I get bricks on my head and back. The front wall of our building (probably 3rd or 4th floor) collapsed. Many people were buried, including a company of captain Zgody (also silent). He was walking in characteristic sappers made of scrap leather. Only the sappers protruded from the rubble, which saved him and many of his colleagues. They were quickly dug out, more or less injured, some seriously wounded. Heavy losses from this goliath were also suffered by civilians in the basements, especially those at the front. They were smothered by the blast itself and buried. In the evening, in our yard I saw a macabre sight of several dozens of human corpses stacked evenly along the walls. There was no more house in Warsaw, or rather no more yard or square without graves. The Old Town was the condensation of all these misfortunes, because the whole fury of the attack, conducted already for several days with Prussian methodicalness and Hitlerite barbarity, was unloaded on it.

    It is really difficult to describe what was happening now. The Germans were receiving reinforcements from the 9th Army. The Germans were in a hurry, because the Russians were pressing on the eastern bank of the Vistula. They had to have a clear front. Hell now lasted from dawn until late at night, and not infrequently all night. I remember a case that Lieutenant "Piotr" or Second Lieutenant "Mały" probably had. The Germans broke into the house, but our people did not give up. They were still defending themselves in the basement. Lieutenant "Piotr" was shooting at the German in the cellar. He saw that he hit him once and then again. The German fell down and kept shooting until he died. Such was the acrimony of attack and defence. From the German's documents it turned out that he was an officer demoted for some crimes, who had been promised to restore his rank for the participation in fighting the Uprising. Such criminals (because it was not an isolated case) fought with us in Muranow. One can't imagine in what conditions lived the civilian population.This is a separate chapter, described in detail and many times. The suffering of these people, often with small children, harassed like us, but without weapons in hand, even hungrier, sicker - was beyond human imagination. During this phase of the struggle in Muranów, the population began to demand that resistance cease. So far they had endured everything without a murmur. Human endurance has its limits even in such a heroic City. Colonel "Pawel", the commander of the northern section of the North Group, faced with such a situation, and above all, with the threat of complete annihilation of the units, decided to move the units to PWPW. "Czata 49" in the night of 20/21 August passes through 3/5 Mlawska Street.

sobota, 21 maja 2022

Feliks Bernas Lubecki - Powstanie Warszawskie - Muranów - Batalion „Czata 49” - Antoni Kończal "Gram"- Rękopis - 1939-45 - cz.25

                                             M U R A N Ó W

    W dniu 13 sierpnia Batalion "Czata 49" przesunięty został na Muranów, aby tam bronić już rdzennego Starego Miasta, wespół - między innymi - z oddziałami Zgrupowania "Leśnik".

    Kwateruję z majorem "Witoldem", podporucznikiem "Gramem"* i łacznikami na ul. Przebieg nr. .... O ile dobrze pamiętam, była to duża kamienica, zamknięta w czworobok trzema oficynami, z dużą zamykaną bramą od ulicy i drugą w rogu dwu oficyn. Tu nie mieliśmy ani jednego dnia wytchnienia. Następował atak za atakiem od świtu do późnego zmierzchu. Niemcy użyli wszystkich dostępnych środków walki, poza moździerzami kolejowymi, bojąc się razić swoich. Za to już od 10 sierpnia zaczęli używać tzw. "goljatów". Były to małe czołgi - miny z silnikiem benzynowym ustawiane z dużego czołgu na kierunek i odpalane przy pomocy 3-przewodowego kabla, trzymanego w ręku puszczającego minę. Odpalenie mogło nastąpić w każdej chwili. Wystarczy zniszczyć kabel granatami, lub przeciąc go, aby unieszkodliwić "goliata". Nafaszerowany był on 50-ma kilogramami materiałow wybuchowych, silnie sprasowanych kostek dynamitu. Łatwo się to napisało, ale zniszczenie kabla nie było takie proste, bo "goliat" był w polu widzenia czołgu, lub samochodu pancernego z całą siła ognia tych broni. Już 14 sierpnia nastąpiło silne natarcie niemieckie na Muranów. Niemcom, którzy atakowali po bardzo silnym przygotowaniu artyleryjskim, udało się wedrzeć między Kedyw a oddziały podpułkownika "Leśnika". Po południu przeciwuderzenie wykonane przez "Brodę" i "Cztę 49" wypchnęło Niemców. W nocy tego dnia był zrzut z samolotów alianckich. Niemcy tak już zmasowali obronę przeciwlotniczą, że zestrzelili 3 maszyny. Jedna z nich spadła na ul. Miodowej. Cała załoga kanadyjska zginęła. Wymontowano z samolotu ka-emy.

    W nocy z 16/17 sierpnia "Czata 49" wykonała na rozkaz Dowódcy Grupy Północ natarcie na Stawki, bowiem tego dnia przebijać się miały do nas oddziały z Kampinosu. Natarcie było tak gwałtowne, że zaskoczeni Niemcy opuścili zarówno szkołę, jak i magazyny. Do tego natarcia strzelałęm rakietą jako sygnał rozpoczęcia. Major "Witold" trzymał się tam do godziny 3 rano. ale nie doczekwszy się oddziałów z Puszczy, zagrożony odcięciem, wycofał się. Oddziały z Kampinosu były w rejonie cmentarza powąskowskiego poprzedniej nocy, ale nie zaatakowały niczego nie przewidujących Niemców i przeszły na Żolibórz. Następnego dnia znowu piekło bombardowań z wszelkiej broni, po czym silne natarcie skierowane gównie na skarzyżowanie: Żoliborska, Przebieg, Bonifraterska. Oddziały Zgrupowania "Leśnik", umocnione oddziałami "Czaty 49", odpierają to natarcie. Po południu silny szturm wsparty 3-ma goljatami. Jeden z nich wyrządził dużo szkód w naszych oddziałach (5 osób zabitych, 10 rannych). Oddziały "Czaty 49" usiłują obsadzić gruzy i zgliszcza ul. Pokornej. Dostają silny ogień i zagrożone odcięciem z północy i południa w nocy z 17/18 sierpnia przesunięte zostają do szpitala Jana Bożego na ul. Bonifrasterską.

    Muranów - to morze płomieni. Jednym z głównych punktów oporu była zajezdnia tramwajowa, obkładana ogniem po całych dniach. Często chodziłem z majorem "Witoldem", zwykle nocą, do podpułkownika "Radosława", u którego odbywały się odprawy dowódców batalionów. Chodziliśmy z ul. Przebieg, ul. Bonifraterską, obok kościoła Jana Bożego, ul. Sapieżyńską, Mławską. Czasem chodziłem tam sam z meldunkami, lub innymi poleceniami. Jednego razu szedłem sam około północy. Wokół płonęło wszystko, paliła się nwet część gruzów w getcie. Trzeba było omijać plątaniny przewodów, rur, lejów po bombach. W pewnej chwili cofnąłem nogę, by nie wejść na zwłoki, leżące w dole po bombie. W miarę zbliżania się do szpitala Jana Bożego dochodziły odgłosy ponurego zawodzenia, skowytów jakichś nieludzkich i chichotów. Te ostatnie zwykle przeważały. Chorzy umysłowo nie zdawali sobie sprawy z tego co ich otacza, co dzieje się wokół. Płomienie, wybuchy i strzelaninę traktowali jak znakomitą zabawę. Zwykle skracałem sobie drogę idąc przez dziedziniec szpitalny. Tak zrobiłem i tym razem. Wszedłem nagle z blaskiem pożarów w cień, jaki rzucał budynek. Zrobiło się ciemno i w tej chwili zobaczyłem białą postać idącą wprost na mnie. Wrażenie tej scenerii było niesamowite. Wezwałem "postać" do zatrzymania się, bez skutku; szła na mnie dalej. Wyciągnąłem pistolet i wezwałem powtórnie, już grożąc, że będę strzelał. Bez żadnego efektu. Nie wystrzeliłem i z dwu metrów zobaczyłem staruszkę załą zakutaną w prześcieradło, sterczały tylko białe kosmyki włosów i niesamowite oczy. Podeszła jeszcze bliżej i nagle .... zadławiła się prawie smiechem, upiornym śmiechem. Zrobiło mi się zimno, odszedłem szybko. Długo rozmyślałem, gdzie to było o czym chcę napisać. Dochodzę do wnisku, że to mogło być tylko tu na ul. Przebieg. 

*Antoni Kończal – Pseudonim:"Gram" (ur.1914-12-29 – zm.1944-09-15)

Stopień: podporucznik czasu wojny.

Służba wojskowa do 1939: Starszy strzelec z cenzusem, po 8 miesiącach szkolenia w okresie 1935-1936 r. na Dywizyjnym Kursie Podchorążych 4. Dywizji Piechoty w Brodnicy, zwolniony z kategorią C.

Okoliczności śmierci: Poległ w nocy 14/15.09.1944 r. na ul. Wilanowskiej.

Udział w kospiracji 1939-44: Od marca 1941 r. w ZWZ (Związek Walki Zbrojnej), od grudnia 1941 r. w "Wachlarzu" - III Odcinek Poleski. Za rozbicie więzienia w Pińsku mianowany podporucznikiem czasu wojny. Od połowy 1943 r. komendant Bazy II Okręgu Poleskiego CZT (Centrala Zaopatrzenia Terenu).

Oddział: Armia Krajowa - zgrupowanie "Radosław" - batalion "Czata 49" - sztab


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

                                                        M U R A N Ó W


    Am 13. August wurde das Bataillon "Czata 49" nach Muranow verlegt, um dort die einheimische Altstadt zu verteidigen, unter anderem zusammen mit den Einheiten der Gruppe "Lesnik".

    Ich war mit Major "Witold", Oberleutnant "Gram" und den Verbindungsoffizieren in der Piasna-Straße einquartiert ..... Wenn ich mich richtig erinnere, handelte es sich um ein großes Mietshaus, das von drei Nebengebäuden in einem Viereck umgeben war, mit einem großen verschlossenen Tor zur Straße hin und einem weiteren in der Ecke der beiden Nebengebäude. Wir hatten hier keinen einzigen Tag der Ruhe. Von der Morgendämmerung bis zur späten Abenddämmerung gab es einen Angriff nach dem anderen. Die Deutschen setzten alle verfügbaren Kampfmittel ein, mit Ausnahme der Eisenbahnmörser, da sie Angst hatten, ihre eigenen zu treffen. Stattdessen begannen sie ab dem 10. August, die so genannten "Goljats" zu verwenden. Es handelte sich dabei um kleine Panzerminen mit Benzinmotor, die von einem großen Panzer aus in die Richtung gelegt und mit Hilfe eines dreiadrigen Kabels, das der Minenleger in der Hand hielt, gezündet wurden. Die Entlassung könnte jederzeit erfolgen. Es genügte, das Kabel mit Granaten zu zerstören oder es zu durchtrennen, um den "Goliath" zu neutralisieren. Er war mit 50 Kilogramm Sprengstoff, hochkomprimierten Dynamitwürfeln, gefüllt. Es war einfach zu schreiben, aber die Zerstörung des Kabels war nicht so einfach, denn der "Goliath" befand sich im Blickfeld eines Panzers oder eines gepanzerten Fahrzeugs mit der ganzen Feuerkraft dieser Waffen. Bereits am 14. August kam es zu einem starken deutschen Angriff auf Muranow. Den Deutschen, die nach einer sehr starken Artillerievorbereitung angriffen, gelang es, zwischen Kedyw und den Einheiten von Oberstleutnant "Lesnik" zu gelangen. Am Nachmittag wurden die Deutschen durch einen Gegenangriff von "Broda" und "Czta 49" zurückgedrängt. In der Nacht dieses Tages fand ein Luftabwurf durch alliierte Flugzeuge statt. Die Deutschen hatten die Flugabwehr bereits so weit verstärkt, dass sie 3 Maschinen abschießen konnten. Einer von ihnen ist in der Miodowa-Straße umgefallen. Die gesamte kanadische Besatzung starb. Die Ka-ems wurden aus dem Flugzeug entfernt.

     In der Nacht vom 16. zum 17. August griff "Czata 49" auf Befehl des Befehlshabers der Gruppe Nord die Stawki-Straße an, da an diesem Tag Einheiten aus Kampinos zu uns durchbrechen sollten. Der Angriff kam so plötzlich, dass die überraschten Deutschen sowohl die Schule als auch die Lagerhäuser verließen. Ich habe eine Rakete auf diesen Angriff abgefeuert, um das Signal zum Start zu geben. Major "Witold" hielt sich dort bis 3 Uhr nachts, zog sich dann aber zurück, da er die Einheiten aus Puszcza nicht erreichen konnte und ihm der Weg abgeschnitten wurde. Die Einheiten aus Kampinos waren in der Nacht zuvor in der Nähe des Pow±zki-Friedhofs gewesen, griffen aber die Deutschen nicht an, die mit nichts gerechnet hatten, und zogen weiter nach ¯oliborz. Am nächsten Tag gab es wieder einen höllischen Beschuss mit allen möglichen Waffen, gefolgt von einem starken Angriff, der sich hauptsächlich auf die Bürgersteige richtete: ¯oliborska, Przebieg, Bonifraterska. Die Einheiten der Gruppe "Lesnik", verstärkt durch die Einheiten der Gruppe "Czata 49", schlagen diesen Angriff zurück. Am Nachmittag ein starker Angriff mit Unterstützung von 3 Goliaths. Einer von ihnen hat unseren Einheiten großen Schaden zugefügt (5 Tote, 10 Verwundete). Die Einheiten von "Czata 49" versuchen, die Trümmer und Ruinen der Pokorna-Straße zu besetzen. Sie stehen unter schwerem Beschuss und werden in der Nacht vom 17. auf den 18. August in das Jan-Bozy-Krankenhaus in der Bonifrasterska-Straße verlegt, da sie von Norden und Süden abgeschnitten sind.

     Muranów ist ein Flammenmeer. Einer der wichtigsten Punkte des Widerstands war das Straßenbahndepot, das tagelang in Brand stand. Ich ging oft mit Major "Witold", meist nachts, zu Oberstleutnant "Radoslaw", wo die Bataillonskommandeure ihre Besprechungen hatten. Wir gingen von der Przebieg Straße, der Bonifraterska Straße, neben der Jan Bozyna Kirche, der Sapiezynska Straße und der Mlawska Straße. Manchmal ging ich allein mit Berichten oder anderen Aufträgen dorthin. Einmal ging ich gegen Mitternacht allein dorthin. Alles um uns herum stand in Flammen, sogar die Trümmer des Ghettos brannten teilweise. Man musste dem Gewirr von Kabeln, Rohren und Bombenkratern ausweichen. An einer Stelle habe ich meinen Fuß zurückgesetzt, um nicht auf eine Leiche zu treten, die in einer Bombengrube lag. Als wir uns dem Jan-Bozy-Krankenhaus näherten, hörten wir düsteres Wehklagen, unmenschliches Wimmern und Gekicher. Letztere überwiegen in der Regel. Die psychisch Kranken waren sich nicht bewusst, was sie umgab, was um sie herum geschah. Flammen, Explosionen und Schießereien wurden von ihnen als großer Spaß empfunden. Ich habe meinen Weg abgekürzt, indem ich durch den Innenhof des Krankenhauses gegangen bin. Das habe ich auch dieses Mal getan. Ich ging plötzlich im Schein der Feuer in den Schatten, den das Gebäude warf. Es wurde dunkel und in diesem Moment sah ich eine weiße Gestalt, die direkt auf mich zuging. Der Eindruck der Landschaft war unglaublich. Ich forderte die "Gestalt" auf, stehen zu bleiben, aber ohne Erfolg; sie lief weiter auf mich zu. Ich zog meine Pistole und rief erneut, wobei ich bereits drohte zu schießen. Ohne jede Wirkung. Ich schoss nicht und sah aus zwei Metern Entfernung eine alte Frau, die in ein Laken gehüllt war und von der nur weiße Haarsträhnen und unheimliche Augen abstanden. Sie kam noch näher und plötzlich .... sie erstickte fast vor Lachen, einem grässlichen Lachen. Mir wurde kalt und ich ging schnell weg. Ich habe lange darüber nachgedacht, worüber ich schreiben wollte. Ich kam zu dem Schluss, dass es nur hier in der Przebieg-Straße sein konnte. 


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

                                                                   M U R A N Ó W


    On August 13 "Czata 49" battalion was moved to Muranow, in order to defend there the indigenous Old Town, together with - among others - the units of "Lesnik" Group.

    I was quartered with Major "Witold", Second Lieutenant "Gram" and the liaison officers on Piasna Street ..... If I remember correctly, it was a large tenement house, enclosed in a quadrangle by three outbuildings, with a large locked gate from the street and another one in the corner of the two outbuildings. We did not have a single day of rest here. There was attack after attack from dawn till late dusk. The Germans used all available means of fighting, except for the railway mortars, being afraid to hit their own. Instead, from August 10 they started to use the so-called "goljats". These were small tanks - mines with petrol engine set from a big tank to the direction and fired by means of a 3-wire cable, held in the hand of the mine-layer. The firing could take place at any time. Simply destroying the cable with grenades or cutting it was enough to neutralise the "goliath". It was stuffed with 50 kilograms of explosives, highly compressed dynamite cubes. It was easy to write, but destroying the cable was not so easy, because the "goliath" was in the field of view of a tank or an armoured car with all the firepower of these weapons. Already on August 14 there was a strong German attack on Muranow. The Germans, who were attacking after a very strong artillery preparation, managed to get between Kedyw and units of Lieutenant Colonel "Lesnik". In the afternoon a counter-attack made by "Broda" and "Czta 49" pushed the Germans out. At night that day there was an airdrop from allied planes. The Germans had already massed anti-aircraft defence so much that they shot down 3 machines. One of them fell down on Miodowa Street. The whole Canadian crew died. Ka-ems were removed from the plane.

    In the night of August 16/17 "Czata 49", on the order of the Commander of the North Group, launched an attack on Stawki Street, because on that day units from Kampinos were to break through to us. The attack was so sudden that the surprised Germans left both the school and the warehouses. I fired a rocket into this attack as a signal to start. Major "Witold" held there until 3 a.m., but having failed to reach the units from Puszcza, threatened with being cut off, he withdrew. The units from Kampinos had been in the area of the Pow±zki cemetery the night before, but they did not attack the Germans, who did not anticipate anything, and moved on to ¯oliborz. On the next day there was again a hell of bombardments from all kinds of weapons, followed by a strong attack directed mainly on the pavements: ¯oliborska, Przebieg, Bonifraterska. The units of "Lesnik" Group, reinforced with the units of "Czata 49", repulse this attack. In the afternoon a strong assault supported by 3 goliaths. One of them did a lot of damage to our units (5 dead, 10 wounded). The units of "Czata 49" are trying to garrison the rubble and ruins of Pokorna Street. They receive heavy fire and, threatened with being cut off from the north and south, during the night of 17/18 August they are moved to Jan Bozy Hospital on Bonifrasterska Street.

    Muranów is a sea of flames. One of the main points of resistance was the tram depot, covered with fire for days. I often went with Major "Witold", usually at night, to Lieutenant Colonel "Radoslaw", where the battalion commanders had their briefings. We would go from Przebieg Street, Bonifraterska Street, next to Jan Bozyna Church, Sapiezynska Street, and Mlawska Street. Sometimes I went there alone with reports or other orders. On one occasion I went there alone about midnight. Everything around was on fire, even some of the ghetto rubble was burning. One had to avoid the tangle of wires, pipes, and bomb craters. At one point I moved my foot back so as not to step on a corpse lying in a bomb pit. As we approached the Jan Bozy hospital, the sounds of gloomy wailing, some inhuman whimpers and giggles were heard. The latter tended to predominate. The mentally ill were unaware of what surrounded them, what was happening around them. Flames, explosions and shooting were treated by them as a great fun. I used to shorten my route by going through the hospital courtyard. I did so also this time. I walked suddenly with the glow of the fires into the shadow cast by the building. It became dark and at that moment I saw a white figure walking straight towards me. The impression of the scenery was incredible. I urged the "figure" to stop, to no avail; it continued walking towards me. I pulled out my pistol and called again, already threatening to shoot. Without any effect. I didn't fire and from a distance of two metres I saw an old woman wrapped in a sheet, with only white strands of hair and uncanny eyes standing out. She came even closer and suddenly .... she almost choked with laughter, a ghastly laughter. I grew cold and walked away quickly. I thought for a long time about where it was that I wanted to write about. I came to the conclusion that it could only be here in Przebieg Street. 



środa, 27 kwietnia 2022

Feliks Bernas Lubecki - Powstanie Warszawskie - Wola - Batalion „Czata 49” - Maciej Runge "Witold"- Rękopis - 1939-45 - cz.24

     Był to kwiat oddziałów powstańczych w duzym procencie zaprawionych w akcjach dywersyjnych, a w części - partzanckich. Oddziały te ponosiły od pierwszych dni ciężkie straty w poległych i rannych. Podpułkownik "Radosław" nosił się już po 2-3 dniach z zamiarem przebicia się przez cmentarz powązkowski do Puszczy Kampinoskiej. Dlatego z takim uporem trzymał do końca rejon cmentarzy. Tamtędy miało pójść uderzenie oddziałów puszczańskich dla odciążenia uwikłanych w ciężkich walkach oddziałó "Radosława".

    O świcie (piękny, bezchmurny poranek) duża kolumna wojska uzbrojonego, jak na warszawskie warunki świetnie, poprzedzana ostatnim czołgiem z plutonu porucznika "Wacka", wyruszyła w kierunku cmentarza powązkowskiego. Prawdopodobnie szliśmy ulicą Smoczą. Jako pierwszy - Batalion "Czata 49". Długa kolumna wojska, za nią sznur samochodów, łącznicy na motocyklach przejeżdżający w obu kierunkach - wszystko to stanowiło imponujący widok. Pomimo dotychczasowego wykrwawienia, Zgrupowanie przedstawiało jednak jeszcze poważną siłę. Charakterystycznym jest, że w czasie tego marszu, widocznej przecież doskonale kolumny, nie padł ani jeden strzał. Wśród oddziałów jak błyskawica rozeszła się wieść, że idziemy do Puszczy Kampinoskiej. Tam mamy podjąć znaczne zrzuty w broni, amunicji i zaopatrzenia i w połączeniu z oddziałami z Puszczy uderzyć na Niemców z zewnątrz. Zamiar ten, wprowadzony już w czyn, spotkał się z kategorycznym sprzeciwem podpułkownika "Wachnowskiego". Obawiał się on odsłonięcia północnego skrzydła obrony Starego Miasta i wogóle osłabienia sił w tej dzielnicy. Łącznik z Dowództwa Grupy "Północ" przywiózł pułkownikowi rozkaz obsadzenia dotychczasowych (z 8 sierpnia) stanowisk. Batalion "Czata 49" skierowany został na Stawki z zadaniem trzymania magazynów "SS" i obu budynków szkoły.

    Zamysł przejścia do Puszczy, a w każdym razie otwarcia do niej drogi przez cmwentarz powążkowski, musiał jednak jeszcze kiełkować, bo pamiętam, że major "Witold" chyba tej samej jeszcze nocy wybierał ludzi do przebicia sie z miasta. Staliśmy w dwuszeregu między oboma budynkami szkoły. Tam odbywała się selekcja. Z drżeniem czekałem decyzji. W koncu znalazłem się wśród oddziałów, które miały odejść. Nic z tegoo jednak nie wyszło, bok się później okazało, oddziały z Puszczy wogóle nie nadeszły i natercie na cmentarz powążkowski nie doszło do skutku.

    W dniu 10 sierpnia Niemcy atakowali oddziały "Zośki" i "Miotły", kładąc nawałą ogniową na wszystkie stanowiska powstańcze. Resztki Baonu "Pięść" wcześniej, a "Parasol" w dniu 9 sierpnia odeszły na Stare Miasto, odwołane rozkazem pułkoenika "Wachnowskiego". Dzień 11 sierpnia. Od świtu już rozpoczął się rozstrzygający bój oddziałów powstańczych na Woli. Rozpoczął się ogniem artyleryjskim i moździerzowym o niespotykanym dotąd natężeniu. Batalion 608 pułku piechoty, wsparty oddziałami szturmowymi, zaatakował nas zarówno w szkole, jak i w magazynach. Działo szturmowe wjechało na dziedziniec szkoły i z bezpośredniej odległości biło w klatkę schodową. Pamiętam, że stałem na parterze tuż przy klatce. Obok mnie padali ranni. Około południa widać było, że nie będziemy w stanie utrzymać się i wtedy po raz pierwszy i ostatni major "Witold" dał rozkaz do wycofania się. Wycofujemy się przez gruzy getta. Artyleria i moździerze biją w nas zupełnie nie osłoniętych. Zaczynają "zgrzytać" "szafy" - moździerze salwowe. Przypadamy do ziemi. Za chwilę gdzieś z tyłu za nami gwałtowne wybuchy z wielkim podmuchem. Podnoszę głowę i oglądam się do tyłu. Widok niesamowity. Olbrzymie belki i głazy z gruzów wylatują w górę na wysokość kilku pięter. Dym i kurz dławi oddech. Niemcy opanowują szkołę i magazyny, czy pójdą w ślad za nami? Jednocześnie ostro atakowana "Zośka" od Młynarskiej, aż po Spokojną. Atak za atakiem na sdzkołę. Podpułkownik "Radosław", aby uniknąć okrążenia poprowadził batalion "Miotła" osobiście do przeciwuderzenia na Niemców od południa w kierunku Stawek, wsparty ostatnim czołgiem "Wacka". Pełne powodzenia. Niemcy uciekają. Ciężko ranny zostaje ppłk. "Radosław", zabity jego brat, dowódca Batalionu "Miotła"- kapitan Niebora. Tracimy ostatni czołg. Dowództwo Zgrupowania "Radosłąw" obejmuje w zastępstwie rennego jego szef sztabu - major "Bolek".

Jan Mazurkiewiczps. „Zagłoba”, „Socha”, „Sęp”, „Radosław” (ur. 27 sierpnia 1896 we Lwowie, zm. 4 maja 1988 w Warszawie) – polski wojskowy i politykPułkownik Armii Krajowej oraz generał brygady ludowego Wojska Polskiego. Założyciel Tajnej Organizacji Wojskowej (później scalonej z AK), dowódca Kedywu i Zgrupowania „Radosław”Więzień polityczny w PRL okresu stalinizmu. Od 1964 wieloletni wiceprezes Zarządu Głównego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. - Źródło: Wikipedia.



    Batalion "Czata 49 wraca do magazynów na Stawkach, "Broda" i "Miotła" zajmują szkołę, w której byliśmy jeszcze dziś,.

    Sztab "Czaty 49" przez getto wycofał się (nie pamietam dokładnie) - na ul. Muranowską, lub dalej na jakąś ulicę na Starym Mieście. Pamiętam, siedziałem w klatce schodowej jakiegoś domu na schodach z innymi chłopcami i dziewczętami i na przekór wszystkiemu, co działo się tak niedawno - śpiewaliśmy partyzanckie, lrgionowe i powstańcze piosenki. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy o ciężkim zranieniu naszego Pułkownika. Pomimo tego, że nie wiedzieliśmy jeszcze również o udanym kontruderzeniu naszych oddziałów - nastąpiło odprężenie po przedpołudniowym piekle i koszmarnym wycofywaniu się. Śpiewaliśmy mimo, iż nie wiedzieliśmy, czy w ślad za nami nie następują oddziały niemieckie. Zrobiło się jakby spokojniej. Dlaczego? Dowiedzieliśmy się wkrótce od kolegów i znajomych.

    W dniu 12 sierpnia po pbardzo ciężkich walkach straciliśmy ponownie zarówno szkołę, jak i magazyny na Stawkach. Widać było, że Niemcy dążą za wszelką cenę do tego, by zlikwidowć opór powstańców, nie tylko na tych najbardziej na zachód wysuniętych miejscach, ale by z marszu zniweczyć opór całego Starego miasta. Nie udało się to, ani teraz, ani przez następne dni. Zgrupowanie "Radosław" odegrało w tym nie małą rolę, bowiem wiążąc prawie 2 tygodnie główne siły niemieckie, pozwoliło na organizację i konsolidację obrony Starego Miasta.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Es war die Blütezeit der aufständischen Einheiten, von denen ein großer Prozentsatz Erfahrung mit Ablenkungsmanövern hatte und von denen ein Teil Partisanen waren. Von den ersten Tagen an erlitten diese Einheiten schwere Verluste an Toten und Verwundeten. Oberstleutnant "Radoslaw" plante, nach 2-3 Tagen über den Powązki-Friedhof zum Kampinos-Wald durchzubrechen. Deshalb hat er das Gebiet der Friedhöfe bis zum Schluss so hartnäckig verteidigt. Der Angriff der Einheiten aus dem Wald von Puszcza Kampinos sollte in diese Richtung gehen, um die in schwere Kämpfe verwickelten Einheiten von "Radoslaw" zu entlasten.

     Im Morgengrauen (es war ein wunderschöner, wolkenloser Morgen) setzte sich eine große, für Warschauer Verhältnisse gut bewaffnete Truppenkolonne, angeführt vom letzten Panzer des Zuges von Leutnant "Wacek", in Richtung Powązki-Friedhof in Bewegung. Wir waren wahrscheinlich auf der Smocza-Straße unterwegs. Das erste Bataillon war das Bataillon "Czata 49". Eine lange Armeekolonne, dahinter eine Reihe von Autos, Verbindungsoffiziere auf Motorrädern, die in beide Richtungen fuhren - all das war ein beeindruckender Anblick. Obwohl die Fraktion bis jetzt geblutet hat, war sie immer noch eine ernstzunehmende Kraft. Bezeichnenderweise wurde während des Marsches der Kolonne, die gut sichtbar war, kein einziger Schuss abgefeuert. Die Nachricht, dass wir in den Wald von Kampinos fahren, verbreitete sich in Windeseile unter den Einheiten. Dort sollten wir umfangreiche Abwürfe von Waffen, Munition und Nachschub vornehmen und zusammen mit den Einheiten aus Puszcza die Deutschen von außen angreifen. Dieser Plan, der bereits in die Tat umgesetzt wurde, stieß auf den kategorischen Einspruch von Oberstleutnant Wachnowski". Er befürchtete, den nördlichen Flügel der Altstadtverteidigung zu gefährden und die Kräfte in diesem Bezirk generell zu schwächen. Ein Verbindungsoffizier aus dem Hauptquartier der Gruppe "Nord" überbrachte dem Oberst den Befehl, die Stellungen ab dem 8. August zu besetzen. Das Bataillon "Czata 49" wurde in die Stawki-Straße beordert, um die SS-Lagerhäuser und die beiden Schulgebäude zu halten.

     Die Idee, in den Puszcza (Wald) zu gelangen, oder jedenfalls den Weg dorthin über den Pow±zki-Friedhof zu öffnen, muss noch in den Kinderschuhen gesteckt haben, denn ich erinnere mich, dass Major "Witold", wahrscheinlich noch in derselben Nacht, die Leute auswählte, die die Stadt verlassen sollten. Wir standen in einer Reihe zwischen den beiden Gebäuden der Schule. Dort fand die Auswahl statt. Ich wartete mit Zittern auf die Entscheidung. Schließlich befand ich mich inmitten der Einheiten, die abreisen sollten. Daraus wurde jedoch nichts, denn wie sich später herausstellte, kamen die Einheiten aus Puszcza gar nicht und die Parade zum Powazki-Friedhof fand nicht statt.

     Am 10. August griffen die Deutschen die Einheiten von "Zoska" und "Miotla" an und beschossen alle Stellungen der Aufständischen. Die Reste des Bataillons "Piesc" und "Parasol" wurden am 9. August auf Befehl von Oberst "Wachnowski" in die Altstadt zurückgerufen. Der Tag 11. August. Im Morgengrauen begann eine entscheidende Schlacht zwischen aufständischen Einheiten im Bezirk Wola. Es begann mit Artillerie- und Mörserbeschuss von noch nie dagewesener Intensität. Bataillon des 608. Infanterieregiments, unterstützt von Sturmtruppen, griffen uns sowohl in der Schule als auch in den Lagerhäusern an. Ein Sturmgeschütz fuhr auf den Schulhof und schlug aus unmittelbarer Entfernung auf das Treppenhaus. Ich erinnere mich, dass ich im Erdgeschoss stand, direkt neben dem Käfig. Neben mir fielen die Verwundeten. Gegen Mittag war klar, dass wir nicht durchhalten würden, und dann gab Major "Witold" zum ersten und letzten Mal den Befehl zum Rückzug. Wir zogen uns durch die Trümmer des Ghettos zurück. Artillerie und Mörser trafen uns völlig ungeschützt. Die "Schränke" beginnen zu "klappern". - Salvenmörser. Wir fallen auf den Boden. Im nächsten Moment gibt es eine heftige Explosion mit einer gewaltigen Druckwelle irgendwo hinter uns. Ich hebe meinen Kopf und schaue zurück. Eine unglaubliche Aussicht. Riesige Balken und Felsbrocken aus den Trümmern fliegen mehrere Stockwerke hoch. Rauch und Staub ersticken meinen Atem. Die Deutschen übernehmen die Schule und die Lagerhäuser, werden sie uns folgen? Zur gleichen Zeit wird die "Zoska" von der Mlynarska-Straße bis zur Spokojna-Straße schwer angegriffen. Ein Anschlag nach dem anderen wird auf die Schule verübt. Um eine Einkesselung zu vermeiden, führte Oberstleutnant "Radoslaw" das Bataillon "Broom" persönlich zum Gegenangriff auf die Deutschen aus dem Süden in Richtung Stawki-Straße, unterstützt durch den letzten Panzer von "Wacek". Ein voller Erfolg. Die Deutschen entkommen. Oberstleutnant "Radoslaw" wird schwer verwundet, sein Bruder getötet, der Kommandeur des Bataillons "Miot³a" - Hauptmann Niebora. Wir verlieren den letzten Tank. Das Kommando der Gruppierung "Radoslaw" wird von ihrem Stabschef, Major "Bolek", übernommen, der den verletzten Major ersetzt.

     Das "Czata"-Bataillon 49 geht auf die Magazine in Stawki zurück, "Broda" und "Miot³a" belegen die Schule, in der wir noch heute waren.

    Die Mitarbeiter von "Czata 49" zogen sich durch das Ghetto zurück (ich weiß es nicht mehr genau) - in die Muranowska-Straße oder in eine andere Straße in der Altstadt. Ich erinnere mich, dass ich mit anderen Jungen und Mädchen im Treppenhaus eines Hauses saß, und trotz allem, was in letzter Zeit geschehen war, sangen wir Partisanen-, Legions- und Aufstandslieder. Damals wussten wir noch nichts von der schweren Verletzung unseres Obersts. Obwohl auch wir noch nichts von dem erfolgreichen Gegenangriff unserer Truppen wussten - es gab eine Entspannung nach der morgendlichen Hölle und dem alptraumhaften Rückzug. Wir haben gesungen, obwohl wir nicht wussten, ob wir nicht von deutschen Einheiten verfolgt werden würden. Es wurde sozusagen ruhiger. Und warum? Das erfuhren wir bald von unseren Kollegen und Freunden.

    Am 12. August verloren wir nach schweren Kämpfen sowohl die Schule als auch die Lagerhäuser in Stawki. Es war offensichtlich, dass die Deutschen um jeden Preis den Widerstand der Aufständischen nicht nur in den westlichsten Teilen der Stadt ausschalten, sondern auch den Widerstand in der gesamten Altstadt brechen wollten. Es gelang nicht, weder jetzt noch in den folgenden Tagen. Die Gruppierung "Radoslaw" spielte dabei eine kleine Rolle, da sie die deutschen Hauptkräfte fast zwei Wochen lang aufhielt und es so ermöglichte, die Verteidigung der Altstadt zu organisieren und zu konsolidieren.



------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

It was the flower of insurgent units, a large percentage of which were experienced in diversionary actions, and a part of which were partisans. From the first days those units were suffering heavy losses in killed and wounded. Lieutenant Colonel "Radoslaw" was planning to break through Powązki cemetery to Kampinos Forest after 2-3 days. That is why he was so stubbornly holding the area of cemeteries until the end. The attack of the units from Puszcza Kampinos forest was to go that way in order to relieve the units of "Radoslaw" entangled in heavy fights.

    At dawn (a beautiful, cloudless morning) a large column of troops, well armed as for Warsaw conditions, preceded by the last tank from lieutenant "Wacek's" platoon, set off towards the Powązki cemetery. We were probably going along Smocza Street. The first one was "Czata 49" battalion. A long column of the army, a line of cars behind it, liaison officers on motorbikes going in both directions - all this was an impressive sight. Despite having bled so far, the Group was still a serious force. Characteristically, not a single shot was fired during the march of the column, which was perfectly visible. The news spread among the units like lightning that we were going to the Kampinos Forest. There, we were to take up significant airdrops of weapons, ammunition and supplies, and together with the units from Puszcza we were to strike at the Germans from the outside. This plan, already put into action, met with the categorical objection of Lieutenant Colonel "Wachnowski". He was afraid of exposing the northern wing of the Old Town defence and weakening the forces in that district in general. A liaison officer from the Headquarters of "North" Group brought the Colonel an order to man the positions from August 8. The "Czata 49" battalion was directed to Stawki Street with the task of holding the "SS" warehouses and both school buildings.

    The idea of getting to Puszcza (Forest), or in any case, opening the way to it through the Pow±zki cemetery, must have been still germinating, because I remember that Major "Witold" was choosing people to get out of the city, probably on the same night. We were standing in a line between both buildings of the school. The selection was taking place there. I waited with trembling for the decision. Finally, I found myself among the units that were to leave. Nothing came out of it though, as it turned out later the units from Puszcza did not come at all and the parade to the Powazki cemetery did not take place.

    On August 10 the Germans were attacking the units of "Zoska" and "Miotla", laying fire on all the insurgent positions. The remnants of "Piesc" battalion earlier, and "Parasol" on August 9 departed to the Old Town, recalled by the order of Colonel "Wachnowski". The day 11 August. From dawn a decisive battle between insurgent units in Wola District began. It started with artillery and mortar fire of unprecedented intensity. Battalion of 608th Infantry Regiment, supported by assault units, attacked us both in school and warehouses. An assault cannon drove into the school yard and from a direct distance beat on the staircase. I remember that I was standing on the ground floor right next to the cage. Next to me the wounded were falling. Around noon it was obvious that we would not be able to hold on and then for the first and last time Major "Witold" gave an order to withdraw. We retreated through the rubble of the ghetto. Artillery and mortars were hitting us completely unprotected. The "wardrobes" start to "rattle". - salvo mortars. We fall to the ground. In a moment there is a violent explosion with a huge blast somewhere behind us. I raise my head and look back. An incredible view. Huge beams and boulders from the rubble fly up several stories high. Smoke and dust choke my breath. Germans take over the school and warehouses, will they follow us? At the same time "Zoska" from Mlynarska Street to Spokojna Street is under heavy attack. Attack after attack on the school. Lieutenant Colonel "Radoslaw" in order to avoid encirclement led battalion "Broom" personally to counter-attack on Germans from the south in the direction of Stawki Street, supported by the last tank of "Wacek". A complete success. Germans escape. Lieutenant Colonel "Radoslaw" is heavily wounded, his brother killed, the commander of "Miot³a" Battalion - Captain Niebora. We lose the last tank. The command of "Radoslaw" Grouping is taken over by its chief of staff, Major "Bolek", in place of the injured one.

     Czata" Battalion 49 goes back to the magazines at Stawki, "Broda" and "Miot³a" occupy the school where we were still today.

The staff of "Czata 49" retreated through the ghetto (I don't remember exactly) - to Muranowska Street, or further to some street in the Old Town. I remember sitting with other boys and girls in the stairwell of some house, and in spite of everything that had happened so recently - we were singing partisan, lrgion and insurgent songs. We did not know then about the serious injury of our Colonel. Although we also did not yet know about the successful counter-attack of our troops - there was a relaxation after the morning hell and nightmarish retreat. We sang despite the fact that we did not know whether we would not be followed by German units. It became calmer, as it were. Why? We soon found out from our colleagues and friends.


    On 12 August, after very heavy fights, we lost again both the school and the warehouses in Stawki. It was evident that the Germans wanted at all costs to eliminate the resistance of the insurgents, not only in the westernmost parts of the city, but also to destroy the resistance of the entire Old Town at once. It did not succeed, neither now nor in the following days. Radoslaw" grouping played a small role in it, because by tying up the main German forces for almost 2 weeks, it allowed to organize and consolidate the defence of the Old Town.




wtorek, 26 kwietnia 2022

Feliks Bernas Lubecki - Powstanie Warszawskie - Wola - Batalion „Czata 49” - Maciej Runge "Witold"- Rękopis - 1939-45 - cz.23

 Takim był nasz Major. By lepiej przedstawić jego sylwetkę trzeba dodać, że był skoczkiem-cichociemnym, lat wtedy chyba około 40. Może miał mniej, ale był to człowiek chory. Domyślam się, że miał chorobę wrzodową, bo po kilka razy dziennie miewał torsje. Posiadał wyjątkowo zimną krew i taki spokój, który musiał udzielać się Jego podkomendnym. W warunkach walk w Powstaniu, kiedy wydawało się setki razy, że nic nie może uratować nas od zagłady - ta cecha Majora "Witolda" była szczególnie cenna. Był przy tym doskonały dowódcą. W okresie moich 52 dni Powstania, w którym Batalion "Czata 49" znajdował się praktycznnie cały czas w pierwszej linii walk, morderczych walk, bo Niemcy całą furię ataku kierowali najpierw na Wolę, gdzie była "Czata", potem na Stawki, gdzie była również, potem na Muranów, Stare Miasto, Czerniaków; gdzie już prawie od świtu wydawało sie, ze nie wytrzymamy ataków wspieranych lotnictwem, artylerią, moździerzami salwowymi burzącymi i zapalającymi, bronią pancerną - Major zawsze zdołał wytrzymać do wieczora i gdy trzeba było wycofać się, robiliśmy to zawsze w nocy. W nocy Niemcy na ogół nie atakowali i mogliśmy to zrobić spokojnie i bez strat. Jeden jedyny raz musieliśmy wycofać się w dzień, ale o tym później.(Spotkałem się w opisach ze zdaniem, ze było to 2 razy ale stwierdzam, że z Majorem "Witoldem" w dzień wycofywaliśmy się tylko jeden raz). Wybiegłem znowu naprzód, ale tylko gwoli naświetlenia postaci, jaka był nasz Dowódca.

Tadeusz Maciej Runge, ps. Witold, Paprocki, Papa, Mirecki, Osa – podpułkownik piechoty Wojska Polskiego, cichociemny. Dowódca batalionu Czata 49 wchodzącego w skład Zgrupowania „Radosław” w okresie powstania warszawskiego. Wikipedia
Data urodzenia22 października 1898
Data śmierci21 grudnia 1975


    Dnia 6 sierpnia oddziały "Cztay 49" zluzowane zostały przez Batalion "Pięść". Nasi odpoczywali w fabryce Telefunken przy ul. Mireckiego, jeśli w tym piekle można było mówić o odpoczynku. W dniu 7 sierpnia również zażarte walki o cmentarze. Niemcy zajmują je znowu, ale oddziały Kedywu pod wieczór wypierają ich stamtąd. Czołgi atakują od ul. Żytniej. Podpułkowinik "Radosław" wprowadza do akcji jedną "naszą" panterę. Podjeżdża ona ul. Mireckiego do Karolkowej i staje naprzeciw czołgów niemieckich. Stamtąd pada pierwszy pocisk - za krótki, drugi niestety "siedzi" w celu. Było to na moich oczach, nie zdąrzyliśmy nawet wystrzelić. Muszę cofnąć się do 2 wydarzeń. Ochotniczo uczestniczyłem w przyjęciu zrzutu alianckiego. Był to chyba drugi z kolei. Pierwszy odbył podobno bez wielkiej obrony przeciwlotniczej. Wokoło pożary, godzina około 24. Wyłożone umówione znaki swietlne, czekamy. Już wydawało się, że za poźno, gdy nagle do uszu doszedł daleki szum motoru. Zaczął narastać, przechodzićw huk i wtedy - zdawało się - tuż nad dachami przeleciała olbrzymia maszyna. Niemcy ściągnęli już mnóstwo artylerii przeciwlotniczej i rozpoczęła się prawdziwa orgia. Samolt zawrócił, nagle zaczęły się od niego odrywać wielkie zasobniki i na spadochronach spływać w dół. Niemcy szaleli; tysiące różnokolorowych pocisków otaczało samolot. Jak to się stało, że nie stanął w płomieniach. Był to chyba cud, o który modliliśmy się wszyscy. I nie trafili. Czy doleciał bezpiecznie do bazy, tego już nie wiedzieliśmy.

    Drugie wydarzenie - to zdobycie przez oddziały Kedywu, wsparte "naszą" panterą, która wprowadziła Niemców w błąd, obozu przy ul. Gęsiej (miedzy ul. Smoczą, a Okopową). Niemcy trzymali tam przeznaczonych na zagłade ponad 300 Żydów różnych narodowości. Zostali uwolnieni. Część z nich uczestniczyła w różnych pracach gospodarczych i nie tylko. Zdobycie obozu "Gęsiówki" poszerzało i czyniłoo bezpieczniejszympołączenie Woli ze Starym Miastem, co stawało się w miarę upływu czasu zagadnieniem kluczowym zarówno dla oddziałów broniących Woli, jak i dla obrony Starego Miasta.

    W dniu 8 sierpnia dalsze zażarte walki prowadzone przez Zgrupowanie "Radosław". Niemcy dochodzą do ul. Mireckiego wspierając nasze oddziały, atakowane już teraz ze wszystkich stron, bo i załoga Pawiaka atakuje od wschodu. Wycofujemy się na "Gęsiówkę". (Zniszczenie naszego czołgu miało miejsce 8 sierpnia, nie 7-go jak napisałem wyżej). Według mnie o świcie z 8/9 sierpnia w rejonie Gęsiówki zgromadziło się całe Zgrupowanie "Radosław". Dowódca - podpułkoenik Radosłąw już po dwóch dniach widział jasno groźną sytuację. Dowodził doborową, świetnie wyszkoloną, w znacznej mierze kadrową młodzieżą.


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Das war unser Major. Um sich ein besseres Bild von ihm zu machen, sollte man hinzufügen, dass er ein stiller Springer war, wahrscheinlich um die 40 Jahre alt. Vielleicht hatte er weniger, aber er war ein kränklicher Mann. Ich vermute, dass er ein Magengeschwür hatte, denn er litt mehrmals am Tag an Torpor. Er war außergewöhnlich kaltblütig und ruhig, was sich wohl auch auf seine Untergebenen übertragen hat. Unter den Bedingungen der Kämpfe im Aufstand, als es hunderte Male so aussah, als könne uns nichts vor der Zerstörung retten, war diese Eigenschaft von Major "Witold" besonders wertvoll. Zugleich war er ein hervorragender Kommandant. Während meiner 52 Tage des Aufstandes, in denen das Bataillon "Czata 49" praktisch die ganze Zeit in der ersten Kampflinie stand, gab es mörderische Kämpfe, denn die Deutschen richteten die ganze Wut des Angriffs zuerst auf Wola, wo "Czata" war, dann auf die Stawki-Straße, wo es auch war, dann auf Muranow, die Altstadt, Czerniakow; wo es fast vom Morgengrauen an so aussah, als könnten wir den Angriffen, die von der Luftwaffe, der Artillerie, den Mörsern, den Feuer- und Sprengsalven und den Panzern unterstützt wurden, nicht standhalten, gelang es dem Major immer, bis zum Abend durchzuhalten, und wenn wir uns zurückziehen mussten, taten wir dies immer in der Nacht. Nachts griffen die Deutschen in der Regel nicht an, und wir konnten dies in aller Ruhe und ohne Verluste tun. Einmal mussten wir uns während des Tages zurückziehen, aber darüber werde ich später sprechen (ich habe in den Beschreibungen gelesen, dass es zweimal passiert ist, aber ich kann sagen, dass Major "Witold" und ich uns nur einmal während des Tages zurückziehen mussten). Ich bin wieder vorausgelaufen, aber nur, um den Charakter unseres Kommandanten zu unterstreichen.

    Am 6. August wurden die Einheiten von "Czata 49" durch das Bataillon "Piesc" abgelöst. Unsere Leute ruhten in der Telefunken-Fabrik in der Mireckiego-Straße, wenn man in dieser Hölle von Ruhe sprechen kann. Auch am 7. August wird heftig um Friedhöfe gekämpft. Die Deutschen nahmen sie wieder ein, aber am Abend wurden sie von den Einheiten der Kedyw vertrieben. Panzer greifen von der Zytnia-Straße aus an. Oberstleutnant "Radoslaw" bringt einen "unserer" Panther zum Einsatz. Sie fährt die Mireckiego-Straße hinauf zur Karolkowa und stellt sich vor die deutschen Panzer. Von dort fällt das erste Geschoss - zu kurz, das zweite "sitzt" leider im Ziel. Es geschah direkt vor meinen Augen, wir hatten nicht einmal Zeit zum Schießen. Ich muss auf 2 Veranstaltungen zurückgehen. Ich meldete mich freiwillig, um an einem alliierten Luftabwurf teilzunehmen. Es war wahrscheinlich die zweite. Der erste fand angeblich ohne große Flugabwehr statt. Es brannte überall, es war etwa Mitternacht, wir stellten die vereinbarten Lichtzeichen auf und warteten. Es schien schon zu spät zu sein, als plötzlich das ferne Brummen eines Motorrads an unser Ohr drang. Es begann zu wachsen, verwandelte sich in einen Knall und dann - so schien es - flog direkt über den Dächern eine riesige Maschine vorbei. Die Deutschen hatten bereits eine Menge Flugabwehrgeschütze aufgestellt, und es begann eine wahre Orgie. Das Flugzeug drehte um und plötzlich lösten sich riesige Container von ihm und stürzten mit Fallschirmen ab. Die Deutschen spielten verrückt; Tausende von verschiedenfarbigen Granaten umzingelten das Flugzeug. Wie kommt es, dass er nicht in Flammen aufgegangen ist? Es war wahrscheinlich das Wunder, für das wir alle gebetet haben. Und sie haben nicht getroffen. Ob er die Basis sicher erreichte, wussten wir nicht.

     Das zweite Ereignis war die Einnahme eines Lagers in der Gesia-Straße (zwischen Smocza- und Okopowa-Straße) durch Kedyw-Einheiten, die von "unserem" Panther unterstützt wurden, was die Deutschen in die Irre führte. Die Deutschen hielten dort über 300 Juden verschiedener Nationalitäten fest, die für die Vernichtung bestimmt waren. Sie wurden freigelassen. Einige von ihnen beteiligten sich an verschiedenen wirtschaftlichen und anderen Arbeiten. Durch die Einnahme des Lagers Gesiowka wurde die Verbindung zwischen Wola und der Altstadt erweitert und sicherer gemacht, was sowohl für die Einheiten, die Wola verteidigten, als auch für die Verteidigung der Altstadt von entscheidender Bedeutung war.

    Am 8. August kam es zu weiteren heftigen Kämpfen unter Führung der Gruppe "Radoslaw". Die Deutschen erreichen die Mireckiego Straße und unterstützen unsere Einheiten, die nun von allen Seiten angegriffen werden, da die Pawiak Garnison auch von Osten angreift. Wir ziehen uns nach "Gesiowka" zurück. (Die Zerstörung unseres Panzers fand am 8. August statt, nicht am 7. August, wie ich oben schrieb). Meiner Meinung nach versammelte sich im Morgengrauen des 8./9. August die gesamte "Radoslaw"-Gruppierung in der Gegend von Gesiowka. Der befehlshabende Offizier, Oberstleutnant "Radoslaw", erkannte bereits nach zwei Tagen eine gefährliche Situation. Er befehligte einen ausgezeichneten, gut ausgebildeten, meist jungen Kader.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Such was our Major. To give a better picture of him, one should add that he was a silent jumper, probably about 40 years old at the time. Maybe he had less, but he was a sickly man. I guess he had a peptic ulcer, because he would vomit several times a day. He was exceptionally cold-blooded and calm, which must have been passed on to his subordinates. In the conditions of fighting in the Uprising, when it seemed hundreds of times that nothing could save us from destruction - this feature of Major "Witold" was especially valuable. At the same time he was an excellent commander. During my 52 days of the Uprising in which "Czata 49" Battalion was practically all the time in the first line of fighting, murderous fighting, because the Germans directed the whole fury of the attack first to Wola, where "Czata" was, then to Stawki Street, where it was also, then to Muranow, the Old Town, Czerniakow; where almost from dawn it seemed that we would not be able to withstand the attacks supported by the air force, artillery, mortars, fire and demolition salvos, armoured weapons - Major always managed to hold out until the evening and when we had to withdraw, we always did it at night. At night the Germans generally did not attack and we could do so calmly and without losses. One time we had to withdraw during the day, but I will talk about it later (I have read in the descriptions that it happened twice, but I can say that Major "Witold" and I withdrew only once during the day). I ran ahead again, but only in order to highlight the character of our Commander.

    On August 6 the units of "Czaty 49" were relieved by "Piesc" Battalion. Our people rested in the Telefunken factory in Mireckiego Street, if one could talk about the rest in that hell. Also on August 7 fierce fights for cemeteries. Germans captured them again, but in the evening the units of Kedyw pushed them out. Tanks attack from Zytnia Street. Lieutenant Colonel "Radoslaw" brings one "our" panther into action. It drives up Mireckiego Street to Karolkowa and stands in front of German tanks. From there the first bullet falls - too short, the second unfortunately "sits" in the target. It happened in front of my eyes, we did not even have time to shoot. I have to go back to 2 events. I volunteered to take part in an Allied air drop. It was probably the second one. The first one took place supposedly without much anti-aircraft defence. There were fires all around, it was about midnight. We put up the agreed light signs and waited. It seemed to be too late, when suddenly the distant hum of a motorbike reached our ears. It began to grow, changed into a bang and then - it seemed - just above the roofs a huge machine flew by. The Germans had already brought down a lot of anti-aircraft artillery and a real orgy started. The plane turned back and suddenly huge containers started to detach from it and parachute down. The Germans were going crazy; thousands of different coloured shells surrounded the plane. How come it did not burst into flames. It was probably the miracle we all prayed for. And they missed. Whether it reached the base safely, we did not know.

    The second event was the capture of a camp on Gesia Street (between Smocza and Okopowa Streets) by Kedyw units, supported by "our" panther, which misled the Germans. The Germans kept there over 300 Jews of different nationalities, destined for extermination. They were released. Some of them participated in various economic and other works. Capturing of Gesiowka camp was broadening and making safer the connection between Wola and the Old Town, which was becoming a key issue both for units defending Wola, and for defending the Old Town.

    On August 8 further fierce fights led by "Radoslaw" group formation. Germans are reaching Mireckiego Street, supporting our units, which are attacked from all sides now, because Pawiak garrison is attacking from the east as well. We retreat to "Gesiowka". (The destruction of our tank took place on 8th August, not on 7th as I wrote above). According to me, at dawn of 8/9 of August the whole "Radoslaw" Grouping gathered in the area of Gesiowka. The commanding officer - Lieutenant Colonel "Radoslaw" saw clearly a dangerous situation already after two days. He was commanding an excellent, well-trained, mostly young cadre.

Feliks Bernas Lubecki - Powstanie Warszawskie - Wola - Batalion „Czata 49” - Rękopis - 1939-45 - cz.22

Byłem, jak już pisałem, szefem łączników Batalionu. Miałem kilkunastu młodych chłopców, z których najmłodszy miał 14 lat. Byli to chłopcy nadzwyczaj dzielni i ofiarni. Nie było sytuacji, w której nie potrafili trafić z meldunkami i rozkazami do wysunietych naszych oddziałów, bądź dowództwa.
     Niemcy 3 sierpnia oprócz bomb na Wolę, zrzucili ulotki z rzekomym rozkazem Komendanta Głównego AK generała "Bora" złożenia broni. Było to oczywiste fałszerstwo, na które nikt nie dał się nabrać.
    Z za Wisły, zwłaszcza w nocy, ale nie tylko, słychać było grzmot artylerii. To był front. W dniu wybuchu Powstania i bezpośrednio przed nim, nie było godziny, by nad miastem nie było samolotów sowieckich. Obserwatorzy z dachów widzieli, jak na Pragę padały artyleryjskie pociski. Grzmot dział słychać było dzień i noc. Po wybuchu Powstania wszystko przycichło. Front słychać było już sporadycznie, ale mimo wszystko dodawało to sił do wytrwania, bo widać było, ze przebieg działań nie był taki, jak zaplanowano. Mówiło się po cichu, że Powstanie miało trwać 3-4 dni, po czym spodziewano się wkroczenia Czerwonej Armii. Tymczasem zapowiadało się na długotrwałe walki, które wystawiały miasto i mieszkańców, wobec bestjalstwa Niemców, na totalne zniszczenie. Czołgi po nauczce jaką otrzymali Niemcy w dniu 2 sierpnia, nie wjeżdżają już tak bezkarnie w nasze pozycje, a naprzykład na naszym odcinku ustawiają się na ulicy Żytniej i biją z dział w ściany naszych bloków, rozwalając jedną po drugiej. Widziałem tam kiedyś charakterystyczny obrazek. Szukając jakiegoś oficera, który potrzebny był majorowi "Witoldowi", doszedłem do ostatnich bloków na Karolkowej od strony Żytniej. Było tam piekło. Czołgi biły gęsto. Ściany były podziurawione jak sito. Wśród tego grzmotu dział czołgowych usłyszałem muzykę. Podszedłem do następnego pokoju a tam ... na fortepianie grał, waląc z całej siły w klawisze, chyba podporucznik Cedro (może ktoś inny) Etiudę Rewolucyjną Szopena. Pokój pełen gruzu, odłamków granatów, szkła, tynku i kurzu, a ten gra. Było to naprawdę niezwykłe wrażenie.
     Od pierwszych dni słychać było nad nami, a nawet widać lecące wielkie pociski. Wyglądało na to, że niemcy strzelają nimi ponad Warszawą na bliski front wschodni.
    Ataki na cmentarze są coraz groźiejsze. Wreszcie 6-go sierpnia Niemcy po bardzo gwałtownym bombardowaniu stukasami, wściekłym ogniu artylerii i granatników, wdarli się na cmentarze: kalwiński i ewangelicki. Śmiałe uderzenie Batalionu "Zośka" z flanki. Strzelanina i ok. 18,30 dziwna cisza (Zajęcie przez Niemców cmentarz zagrażałó już bezpośrednio dowództwu Zgrupowania na Okopowej, nie mówiąc już o dowództwie (Batalionu na Karolkowej). Cisza, jaka nagle zapanowała była bardzo denerwująca. Odwodów nie było już żadnych. Nie wiadomo było co się dzieje na cmantarzach po atakach "Zośki". Wtedy to major "Witold" zabrał mnie i we dwóch poszliśmy na cmentarz ewangelicki. Z ul. Mireckiego przechodziło się na cmentarz przez dziurę w murze. Musiałem być blady z emocji i co tu mówić - ze strachu. Przeszliśmy na cmentarz kalwiński, idąc nim w kierunku ul. Żytniej. Nie wiedzieliśmy co się dzieje w budynkach szpitala Karola i Marii*. Major polecił mi sprawdzić. Z duszą na ramieniu poszedłem skulony. Nadleciały stukasy, Pikowanie i piekielne syreny, które miały działać deprymująco i powiększać grozę. Muszę przyznać, że i działały i powiększały. W pierwszym, największym budynku nie było nikogo. Wszędzie pustka, sporadyczne strzały i cisza. Major polecił mi wrócić. Poszliśmy alejką cmentarną dalej. Major "Witold" po drodze tak mówi do mnie: "inteligent bedzie ze strachu w portki robił, ale nie da tego poznać po sobie". Wiedziałem, że musiał widzieć i rozumieć dobrze stan mojego ducha. W pewnej chwili usłyszeliśmy tupot biegnącego szybko człowieka. Biegł wprost na nas. Był to żołnierz w hełmie, z naszą opaską, z rkm-em, obwieszony taśmami naboi. Nie mógł złapać tchu. Pot ściekał ciurkiem z twarzy, przerażenie w oczach, wyraźnie zszokowany. "co się dzieje?" - pyta major. "Panie majorze! Niemcy! Nasi wyrżnięci w pień! Niemcy! Na to major: "Chłopcze, uspokój się, nie widzisz, że idziemy wam z pomocą?" Chłopakowi odjęło mowę jeszcze bardziej. Było nas tylko dwu. Major kazał mu oddać rkm i taśmy z amunicją i odesłał na tyły. W pewnej chwili przyklęknął i długo patrzył przez lornetkę w aleję cmentarną. Oderwał lornetkę od oczu, dał mi ją i mówi "Niech pan patrzy Ryszard". W lornetce widać było wyraźnie dziewczynę w panterce i z opaską idąca spokojnym krokiem. Wkrótce wyjaśniło się, że nasi odbili oba cmentarze. Niemcy uciekli w popłochu, zostawiającsporo broni i amunicji.

           Szpital Karola i Marii - fot. Muzeum Powstania Warszawskiego


* - Szpital na rozkaz podpułkownika "Radosława" ewakuowany został, wskutek bezpośredniego zagrożenia w dniu 5 sierpnia 44 roku.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ich war, wie ich bereits geschrieben habe, der Verbindungsoffizier des Bataillons. Ich hatte mehrere Jungen, von denen der jüngste 14 Jahre alt war. Diese Jungen waren außergewöhnlich mutig und aufopferungsvoll. Es gab keine Situation, in der sie nicht in der Lage gewesen wären, unsere vorgeschobenen Einheiten oder das Hauptquartier mit Berichten und Befehlen zu erreichen.
     Am 3. August warfen die Deutschen, abgesehen von den Bomben auf Wola, Flugblätter mit einem angeblichen Befehl von General "Bór", dem Befehlshaber der Heimatarmee, ab, die Waffen niederzulegen. Es war eine offensichtliche Fälschung, auf die niemand hereinfallen konnte.
    Von der anderen Seite der Weichsel hörte man, vor allem nachts, aber nicht nur, das Donnern der Artillerie. Das war die Vorderseite. Am Tag des Ausbruchs des Aufstandes und kurz davor gab es keine Stunde, in der nicht sowjetische Flugzeuge über der Stadt waren. Beobachter konnten von den Dächern aus sehen, dass Artilleriegranaten auf Praga fielen. Das Donnern der Kanonen war Tag und Nacht zu hören. Nach dem Ausbruch des Aufstandes wurde es ruhiger. Die Front war nur gelegentlich zu hören, aber sie gab uns dennoch Kraft, durchzuhalten, denn es war offensichtlich, dass die Aktion nicht wie geplant verlief. In aller Stille wurde gesagt, dass der Aufstand 3 bis 4 Tage dauern würde, danach sollte die Rote Armee einrücken. In der Zwischenzeit sah es nach einem langwierigen Kampf aus, der die Stadt und ihre Bewohner angesichts der Bestialität der Deutschen der totalen Zerstörung aussetzte. Die Panzer, die von den Deutschen am 2. August eine Lektion gelernt haben, fahren nicht mehr ungestraft in unsere Stellungen, und in unserem Abschnitt haben sie sich zum Beispiel in der Zytnia-Straße postiert und die Wände unserer Wohnblocks mit ihren Kanonen getroffen, wobei sie einen nach dem anderen zerstörten. Ich habe dort einmal ein charakteristisches Bild gesehen. Auf der Suche nach einem Offizier, der von Major "Witold" gebraucht wurde, erreichte ich die letzten Wohnblöcke in der Karolkowa von der Seite der Żytnia-Straße aus. Es war die Hölle dort. Die Panzer schlugen heftig. Die Wände waren durchlöchert wie ein Sieb. Inmitten des Donners der Panzerkanonen hörte ich Musik. Ich ging in den nächsten Raum und dort ... Oberleutnant Cedro (oder vielleicht jemand anderes) spielte mit aller Kraft Szopens Revolutionsetüde auf dem Klavier. Der Raum war voller Schutt, Granatsplitter, Glas, Gips und Staub, und er spielte. Es war ein wirklich außergewöhnlicher Eindruck.
     Von den ersten Tagen an konnten wir große Raketen über uns fliegen hören und sogar sehen. Es sah so aus, als würden die Deutschen sie über Warschau an der nahen Ostfront abfeuern.
    Die Angriffe auf Friedhöfe wurden immer gefährlicher. Am 6. August schließlich drangen die Deutschen nach einem heftigen Bombardement mit Stukas, heftigem Artilleriefeuer und Granatwerfern in die calvinistischen und evangelischen Friedhöfe ein. Mutiger Angriff des Bataillons "Zoska" von der Flanke her. Die Schießerei und gegen 18.30 Uhr eine seltsame Stille (die Besetzung des Friedhofs durch die Deutschen bedrohte direkt das Kommando der Gruppe in Okopowa, ganz zu schweigen vom Kommando des Bataillons in Karolkowa). Die Stille, die plötzlich eintrat, war sehr störend. Es gab keine weitere Verstärkung. Es war nicht bekannt, was auf den Friedhöfen nach den Angriffen von "Zoska" geschah. Dann nahm mich Major "Witold" mit und wir beide gingen zum evangelischen Friedhof. Wir sind von der Mireckiego-Straße durch ein Loch in der Mauer zum Friedhof gegangen. Ich muss blass gewesen sein vor Rührung und was soll ich sagen - vor Angst. Wir gingen zum kalvinistischen Friedhof in Richtung der Żytnia-Straße. Wir wussten nicht, was in den Gebäuden des Krankenhauses Karol und Maria* vor sich ging. Der Major befahl mir, das zu überprüfen. Mit meiner Seele auf der Schulter kauerte ich mich zusammen. Es kamen Stukas, Spaten und Höllensirenen, die eine bedrückende Wirkung haben und den Schrecken verstärken sollten. Ich muss zugeben, dass sie sowohl funktionierten als auch vergrößert wurden. Im ersten, größten Gebäude war niemand zu sehen. Überall Leere, gelegentliche Schüsse und Stille. Der Major befahl mir, zurückzugehen. Wir gingen weiter durch die Friedhofsgasse. sagt Major "Witold" zu mir auf dem Weg: "Der Intellektuelle wird zu Tode erschreckt sein, aber er wird es nicht zeigen". Ich wusste, dass er meinen Gemütszustand gesehen und gut verstanden haben musste. In einem bestimmten Moment hörten wir den Aufprall eines schnell laufenden Mannes. Er lief direkt auf uns zu. Es war ein Soldat mit einem Helm, mit unserer Armbinde, mit einem leichten Maschinengewehr, umgeben von Patronen. Er konnte nicht mehr zu Atem kommen. Schweiß rann ihm übers Gesicht, Entsetzen in den Augen, er war sichtlich geschockt. "Was ist hier los?" - fragt der Major. "Major! Deutsche! Unser Volk zu Boden geschlachtet! Deutsche! Da sagt der Major: "Junge, beruhige dich, siehst du nicht, dass wir kommen, um dir zu helfen?" Der Junge war noch mehr sprachlos. Wir waren nur zu zweit. Der Major befahl ihm, sein leichtes Maschinengewehr und die Munitionskassetten zurückzugeben und schickte ihn nach hinten. Plötzlich kniete er sich hin und schaute lange durch ein Fernglas auf die Friedhofsallee. Er nahm das Fernglas von seinen Augen weg, gab es mir und sagte: "Schau, Ryszard. Das Fernglas zeigte deutlich ein Mädchen in Tarnkleidung und mit einem Stirnband, das mit ruhigem Schritt ging. Es wurde bald klar, dass unsere Leute beide Friedhöfe zurückerobert hatten. Die Deutschen flohen in Panik und ließen eine Menge Waffen und Munition zurück.



* - Das Krankenhaus wurde auf Befehl von Oberstleutnant "Radoslaw" wegen der direkten Bedrohung am 5. August 44 evakuiert.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
I was, as I have already written, the chief liaison officer of the Battalion. I had several young boys, the youngest of whom was 14 years old. These boys were exceptionally brave and self-sacrificing. There was no situation in which they were not able to reach our advanced units or the headquarters with reports and orders.
     On August 3 the Germans, apart from the bombs on Wola, dropped leaflets with an alleged order of General "Bór", the Home Army Commander, to lay down arms. It was an obvious forgery that nobody could be fooled by.
    From across the Vistula, especially at night, but not only, the thunder of artillery could be heard. This was the front. On the day of the outbreak of the Uprising and immediately before it, there was not an hour that there were no Soviet planes over the city. Observers could see from the rooftops that artillery shells were falling on Praga. The thunder of cannons could be heard day and night. After the outbreak of the Uprising everything quieted down. The front could be heard only occasionally, but it still gave us strength to persevere, as it was obvious that the course of action was not as planned. It was said quietly that the Uprising would last 3-4 days, after which the Red Army was expected to move in. In the meantime, it looked like a long-lasting fight, which would expose the city and its inhabitants, in the face of the Germans' bestiality, to total destruction. Tanks, having learnt a lesson from the Germans on August 2, no longer drive into our positions with impunity, and for example, in our section they set up in Zytnia Street and hit the walls of our blocks of flats with their cannons, destroying one after another. I once saw a characteristic picture there. Looking for some officer who was needed by Major "Witold", I reached the last blocks of flats on Karolkowa from the side of the Żytnia street. It was hell there. Tanks were beating thickly. The walls were perforated like a sieve. Among this thunder of tank guns I heard music. I went to the next room and there ... second lieutenant Cedro (or maybe someone else) was playing with all his might Szopen's Revolutionary Etude on the piano. The room was full of rubble, grenade fragments, glass, plaster and dust, and he was playing. It was a truly extraordinary impression.
     From the first days we could hear and even see large missiles flying above us. It looked as if the Germans were firing them over Warsaw on the near eastern front.
    The attacks on cemeteries were getting more and more dangerous. Finally, on August 6th, after a very fierce bombardment with Stukas, furious artillery fire and grenade launchers, the Germans broke into the Calvinist and Evangelical cemeteries. Bold attack of "Zoska" battalion from the flank. The shooting and around 6.30 p.m. a strange silence (Germans occupation of the cemetery threatened directly the command of Group in Okopowa, not to mention the command of Battalion in Karolkowa). The silence that suddenly fell was very annoying. There were no more reinforcements. It was unknown what was going on in the cemeteries after the attacks of "Zoska". Then Major "Witold" took me and the two of us went to the Evangelical cemetery. We walked from Mireckiego Street to the cemetery through a hole in the wall. I must have been pale with emotion and what to say - with fear. We walked to the Calvinist cemetery, going in the direction of Żytnia Street. We did not know what was going on in the buildings of the Karol and Maria* hospital. Major ordered me to check. With my soul on my shoulder I went huddled up. Stukas, Spades and infernal sirens came, which were supposed to have a depressing effect and increase the terror. I have to admit that they both worked and magnified. There was no one in the first, largest building. Emptiness everywhere, occasional gunshots and silence. Major ordered me to go back. We went further along the cemetery alley. Major "Witold" says to me on the way: "inteligent will be scared out of his wits, but he will not show it". I knew that he must have seen and understood well my state of mind. At a certain moment we heard the thud of a man running fast. He ran straight towards us. It was a soldier in a helmet, with our armband, with a light machine gun, surrounded by cartridges. He could not catch his breath. Sweat dripped down his face, horror in his eyes, clearly shocked. "What's going on?" - asks the Major. "Major! Germans! Our people slaughtered to the ground! Germans! So the major says: "Boy, calm down, can't you see that we are coming to help you?" The boy was even more speechless. There were only two of us. The major ordered him to give back his light machine gun and ammunition tapes and sent him to the rear. Suddenly he knelt down and looked through binoculars at the cemetery alley for a long time. He took the binoculars away from his eyes, gave them to me and said, "Look, Ryszard. In the binoculars I could clearly see a girl in a camouflage jacket and with a headband walking with a calm step. It soon became clear that our people had recaptured both cemeteries. The Germans fled in panic, leaving behind a lot of weapons and ammunition.



* - The hospital was evacuated on the order of Lieutenant Colonel "Radoslaw" due to the direct threat on 5 August 44.