sobota, 7 marca 2026

Wizyta byłego właściciela - Styczeń 1946 - Der Heimatbote - 2/1956

 


                                                   Wizyta w dawnym gospodarstwie

Polacy, którzy osiedlili się w dawnych niemieckich gospodarstwach rolnych, początkowo czuli się bardzo obco na swojej nowej „posiadłości”. Szczególnie niepewnie czuli się w nocy, bo kto mógł wiedzieć, czy dawny niemiecki właściciel nie powróci i nie nawiedzi gospodarstwa, przynajmniej jako duch... O tym, jak niemiecki właściciel gospodarstwa rzeczywiście przybył w nocy i odwiedził swojego polskiego „następcę”, czytamy nie w jakiejś niemieckiej gazecie, ale bezpośrednio w wydawanym w Warszawie polsko-katolickim czasopiśmie „Dzisiaj i jutro” (które wraz z innymi gazetami udostępniła nam uprzejmie nasza rodaczka):

„Był styczeń 1946 roku. Ciężki, mroźny miesiąc, który oddzielał ludzkie osady od siebie puszystymi przestrzeniami zamarzniętej, gęsto pokrytej śniegiem ziemi. Nie wychodziło się wtedy z domu, bo w domu było bezpieczniej. Trudno było jakoś przyzwyczaić się do obcego miejsca. Trudno było się do tego wszystkiego przyzwyczaić. No i, jak już wspomniałem, zima była ciężka.

Pewnej nocy, kiedy już położyliśmy się spać, na podwórzu rozległ się hałas. Pomyślałem, że to nie wróży nic dobrego, więc wziąłem siekierę i przesuwając się od okna do drzwi, zacząłem nasłuchiwać. I wtedy zaczęło się stukanie. ... Sąsiedzi zazwyczaj nie przychodzili w nocy ...

„Kto tam?

Wołam, ale za drzwiami słychać jakiś szorstki głos mówiący po niemiecku (byłem w Niemczech, więc znam ten język): „Właściciel”. Ja: „Co za diabeł?” (Was für ein Teufe!?). Teraz mówię już po polsku, bo wszystko mi się pomieszało w głowie... I znowu ten szorstki głos, znowu po niemiecku: „No, nie bój się...” Wyrzucił z siebie jakieś imię, Franz czy coś innego. „Otwórz, nie można przecież zamarznąć”.

Otworzyłem. Do pokoju wlókł się wieśniak przypominający kurczaka. Pokryty śniegiem, przemarznięty. Zapaliłem światło. Usiadł za stołem, wyciągnął nogi w kierunku pieca i siedział. W końcu, kiedy już nas wystarczająco obejrzał, powiedział:

„Cóż, jestem tu tylko na chwilę. Przyszedłem obejrzeć gospodarstwo, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku”.

Wzięliśmy lampę, narzuciłem futro i z siekierą wyszliśmy na podwórze. Naprawdę obejrzał, jak wszystko tu wygląda, westchnął i wróciliśmy do domu. Żona podgrzała mleko. Zjadł kolację.

„Bardzo dobrze”, mruknął, „że dbacie o tę posiadłość. Muszę jeszcze tej nocy wrócić do granicy, bo inaczej mnie zamkną. Ale dbajcie o to dalej, bo nie można zaniedbywać ziemi i warto dbać o gospodarstwo”.

Wiedziałem o tym. Po północy Niemiec poszedł do lasu, z powrotem do swoich. Trzeba zrozumieć: był to poprzedni właściciel. Tak bardzo przywiązał się do tego miejsca, że nie mógł tego znieść. Wtedy mieliśmy taką wizytę”

W ten sposób polski reporter W. L. Terlecki opowiada w swoim artykule „Na granicy siedzi diabeł” o wizycie Niemca w jego dawnym gospodarstwie.


                                                       Besuch auf dem früheren Hof

Die auf den früheren deutschen Bauernhöfen angesiedelten Polen kamen sich anfänglich auf ihrem neuen "Besitz" sehr fremd vor. Besonders unsicher fühlten sie sich nachts, denn wer konnte wissen, ob nicht der ehemalige deutsche Eigentümer wiederkehrte und, zumindest als Geist, auf dem Hofe herumspukte . . . Wie aber ein deutscher Hofeigentümer tatsächlich nachts kam und seinen polnischen "Nachfolger" besuchte, darüber lesen wir - nicht in irgendeiner deutschen Zeitung, sondern direkt in der in Warschau erscheinenden polnisch-katholischen Zeitschrift "Dzis i Jutro" (die uns eine Landsmännin zusammen mit anderen Blättern freundlicherweise zur Verfügung stellte) folgendes:

"Es war im Januar des Jahres 1946. Ein schlimmer, frostiger Monat, der die menschlichen Siedlungen durch flaumige Zwischenräume gefrorener, dicht mit Schnee bedeckter Erde von einander schied. Man ging damals nicht aus dem Hause, denn im Hause war es sicherer. Es war irgendwie schwer, sich an den fremden Ort zu gewöhnen. Schwer, sich in das alles einzuleben. Na, und wie gesagt, der Winter war hart. 

Eines Nachts als wir uns schon schlafen gelegt hatten, erhob sich auf dem Hofe ein Geräusch. Nicht gut, denke ich, also nahm ich die Axt, und mich vom Fenster zur Tür vorschiebend, fing ich an zu horchen. Und es begann ein Geklopfe. .. Nachbarn pflegten aber in der Nacht nicht zu kommen ..

"Wer da?

Ich rufe, aber hinter der Tür irgendeine grobe Stimme auf deutsch (ich war in Deutschland, daher kenne ich die Sprache): "Der Eigentümer." Ich: "Was für ein Teufe!?" (Co za diabel ?). Jetzt spreche ich schon polnisch, denn mir hat sich alles im Kopfe umgedreht . . . Und schon wieder die grobe Stimme, wieder auf deutsch: "Na, fürchtet euch nicht ... " Irgendeinen Namen stieß er heraus, Franz oder sonst etwas. "Macht doch auf, man kann doch nicht erfrieren."

Ich öffnete. -Ein hühnenhafter Bauer schleppt sich in den Raum. Mit Schnee bedeckt, durchgefroren. Ich zündete das Licht an. Jener setzte sich hinter den Tisch, die Beine streckt er zum Ofen aus und sitzt. Schließlich, als er uns genug beguckt hat, sagt er:

"Na, ich bin hier mal ganz kurz. Bin gekommen, um die Wirtschaft zu besichtigen, zu sehen, ob alles in Ordnung ist."

Wir nahmen eine Lampe, ich warf mir den Pelz über und mit der Axt marschierten wir auf den Hof hinaus. Wirklich er hat sich angeschaut, wie hier alles gehalten wird, er stöhnte auf und wir kehrten ins Haus zurück. Die Frau machte Milch heiß. Er aß Abendbrot.

"Sehr gut", murmelte er, "daß ihr euch um das Anwesen Mühe gebt. Ich muß noch in der Nacht zur Grenze zurück denn man würde mich sonst einsperren. Aber kümmert euch weiterhin darum, denn den Boden darf man nicht vernachlässigen und es ist wert, um die Wirtschaft Sorge zu tragen."

Das wußte ich. Nach Mitternacht ging der Deutsche in den Wald, zurück zu den Seinen. Man muß verstehen: das war der frühere Eigentümer. So hatte es ihn hierhergezogen, daß er es nicht mehr aushielt. Solch einen Besuch hatten wir damals"

In dieser Weise erzählt der polnische Berichterstatter W. L. Terlecki im Rahmen seines Artikels "An der Grenze sitzt der Teufel", den Besuch eines Deutschen auf seinem früheren Hof.

Styczeń 1945 roku - Łódź - Dąbie n. Nerem - Ucieczka Niemców - Der Heimatbote - 10/1955 - cz.8

 

W tym miejscu kończymy wspomnienia lekarza z Łodzi dotyczące wydarzeń sprzed dziesięciu lat. W ostatnich fragmentach autor opisał, jak nagle zabrano go z Dąbia do tajnej policji przy Alei Kościuszki w Łodzi, jak udowodnił tam swoją niewinność i został zwolniony, torturowany i pobity – aż jego donosicielka wpadła do dołu, który chciała dla niego wykopać. Dzisiaj opisuje, że jedyną drogą ucieczki przed nowymi zagrożeniami była ucieczka z Polski.

Zostałem jeszcze kilka dni w Kaliszu. Pewien patriotycznie nastawiony Polak powiedział tam do mojej żony: „W programie publicznym jest tutaj eksterminacja Volksdeutschów, muszą jak najszybciej opuścić Polskę. Wiem bardzo dobrze, że kraj ten wiele zawdzięcza Niemcom etnicznym, ale nie można nic zrobić przeciwko dzisiejszym nastrojom”. Wręczył mojej żonie złotą monetę: „Proszę zabrać tę złotą monetę w drogę, może się pani przydać podczas ucieczki”. Polak wyraźnie powiedział: „To tylko mały znak wdzięczności wobec pani”. Dwie Polki również okazały się bardzo miłe, prały i prasowały ubrania mojej żonie w Kaliszu i wraz z Polakiem pilnowały jej mieszkania. „Tutaj nie ma Niemców. Nie wchodzą tutaj” – mówiły zawsze Rosjanom, którzy chcieli wejść do domu.

Z tych przykładów wynika, że byli jednak Polacy, którzy myśleli humanitarnie i chronili prześladowanych Niemców.

Ja i moja żona postanowiliśmy jednak uciekać. Była to jedyna droga, aby się uratować.

Po krótkim pobycie w Kaliszu musiałem najpierw przenieść się do Dąbia. Czekano tam na mnie, a ponadto pilnie potrzebowałem wyleczyć się, aby móc w ogóle dalej pracować.

                                  Po pobycie w więzieniu w Łodzi ponownie w Dąbiu

Rada miejska w Dąbiu została poinformowana przez Łódź, że jestem ponownie wolny i mam prawo pracować w Dąbiu. Tę wiadomość otrzymała również moja matka. Jej radość była nieograniczona, gdy mnie ponownie zobaczyła. „Bóg wysłuchał moje modlitwy”, powiedziała, „wiedziałam, że wrócisz i nie spotka cię śmierć”. „ Oczy matki promieniały, była pełna wdzięczności wobec Wszechmogącego.

Sytuacja w mieście nie uległa zmianie. Byłem pod stałą obserwacją policji. Nawet gdy wieczorem po ciężkiej pracy spacerowałem po polach lub schodziłem nad Ner, aby się wykąpać, milicja z dachu budynku policji obserwowała mnie przez lornetki, śledząc każdy mój krok. Podobno spotkałem się z niemieckimi żołnierzami na polach żyta i podałem im oraz szpiegom jedzenie. To wszystko wymyślili czerwoni.

Niemcy nadal musieli wiele cierpieć w Dąbiu. Byli bici, mieli mało jedzenia, nie mieli ogrzewania, byli zatrudniani wyłącznie jako niewolnicy, a kiedy umierali, musieli być przewożeni na cmentarz na wozie ciągniętym przez kobiety. Piękny karawan, który kupiła niemiecka gmina, został jej odebrany i przekazany do dyspozycji polskiej. W miejscowości Kupinin zdarzyło się nawet, że zmarłej pani Rosin zdjęto czarną suknię, gdy leżała już w trumnie, ponieważ „była zbyt piękna i zbyt cenna dla Niemki”. Niemcy mieli być po prostu chowani bez ubrań...

W tym czasie pan Schultz w Dąbiu odebrał sobie życie. Niemiecki nauczyciel został zabity w więzieniu w Dąbiu. Sprowadzono go z Gdańska, gdzie uciekł, i chciano się na nim zemścić za różne rzeczy. „Zemsta i odwet” były głównymi hasłami Polaków w tamtych dniach. Niewielu przyszło do głowy, że jako katolicy powinni wybaczyć – podobnie jak niestety nasi Niemcy po wyzwoleniu w 1939 roku zbyt mało myśleli o przykazaniach Chrystusa... Co dziś musimy z bólem przyznać.

                                                            Śmierć pastora Rutkowskiego

Na początku sierpnia 1945 r. milicja wezwała mnie do pokoju pastora Antona Rutkowskiego, abym jako lekarz stwierdził jego zgon. Wszedłem do pokoju w towarzystwie policji i zobaczyłem pastora Rutkowskiego wiszącego w oknie. Na szyi miał pętlę, którą ktoś zacisnął. Mówi się też, że zrobił to sam. Ciało było całkowicie skurczone.

Widok ten był dla mnie trudnym przeżyciem.

                                                                     Muszę uciekać

3 sierpnia 1945 r. otrzymałem pismo od Izby Lekarskiej w Poznaniu, że jako niemiecki lekarz nie mogę już wykonywać swojego zawodu. Nadeszła moja godzina i aby uniknąć nowego niebezpieczeństwa, musiałem jak najszybciej uciekać.

Jakim poświęceniem było dla mojej matki zaakceptowanie mojej ucieczki i pozostanie samotnie w wrogim otoczeniu! A jednak poniosła tę ofiarę dla mnie, jak tylko matka potrafi, aby ocalić swojego syna. „Dla matki żadna ofiara nie jest zbyt wielka” – powiedziała mi – „rozstanie jest dla mnie bardzo trudne, ale znów jesteś w niebezpieczeństwie. Błogosławię ci ucieczkę. Musisz ratować żonę i dzieci, to twój obowiązek”. To były jej ostatnie słowa.

Ponownie byłem głęboko poruszony siłą matczynej miłości, która płynęła z głębi serca. Pocałowałem jeszcze raz jej dłonie i odszedłem ciężkim krokiem.

Żegnaj, żegnaj, 

moja droga mamusiu,

raz trzeba się rozstać...

Był piękny sierpniowy wieczór. Wszystko było ciche jak grób, miasto pogrążyło się w głębokim śnie. Rozejrzałem się. Jeszcze tylko jedno spojrzenie na miasto, aby się pożegnać. Tam, na wzgórzu, stał nasz kościół z piękną wieżą, której dzwony rozbrzmiewały swoim cudownym dźwiękiem daleko ponad polami i lasami, do niemieckich wsi i osad, wzywając ludzi do słowa Bożego, ogłaszając koniec dnia pracy, że nadszedł czas, aby rolnik wracał do domu.

Wieczorne dzwony wzywają

szeroką dolinę do odpoczynku.

Stado podąża za pasterzem,

wraca do domu... .

Tam na dole leżała również rzeka Ner. Płynęła tak powoli i spokojnie między zielonymi i soczystymi łąkami. Niebo tego wieczoru było nieco zachmurzone, a księżyc, który tak spokojnie poruszał się tam w górze, właśnie w tej chwili uwolnił się z delikatnej zasłony chmur, jakby chciał mi jeszcze raz i po raz ostatni pokazać moją ojczyznę w swoim wspaniałym świetle. Obejrzałem się jeszcze raz, rzucając ostatnie spojrzenie na dom rodzinny, w którym się urodziłem, gdzie spędziłem szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo... Tak, to było kiedyś...

Moje stopy musiały mnie szybko nieść dalej. Znajdowałem się już poza miastem. Jeszcze raz obejrzałem się za siebie. W oddali lśniło wysokie ogrodzenie otaczające nasz cmentarz, z napisem przy bramie wejściowej: „Kto dziś jest czerwony, jutro będzie martwy”. Tam leżą groby moich przodków, groby niemieckich tkaczy, którzy przed wiekami wyemigrowali do Polski, aby tu pracować i budować nowe osady. Tam znajduje się również grób mojego ojca Heinricha Wilhelma Zieglera, którego nie mogłem udekorować kwiatami pożegnalnymi, ponieważ miejsce pochówku było dla nas, Niemców, zamknięte.

Tam znajdują się również groby niemieckich chłopów, którzy zostali zamordowani jeszcze przed wrześniem 1939 roku i w jego trakcie.

Szybkim krokiem oddaliłem się i pobiegłem do pociągu, aby dostać się do Kalisza. Do Kalisza, aby uwolnić tam żonę i dzieci z niewoli i uciec z nimi na Zachód, na Zachód, gdzie ludzkie sumienie nie jest jeszcze znieczulone i gdzie walczy się przeciwko niewolnictwu naszych czasów i nieludzkiemu zniewoleniu. Na zachód, to była jedyna droga, aby zdobyć wolność, ocalić siebie i swoją rodzinę oraz uniknąć pewnej śmierci.

Tylko moja matka została w tyle – została wysiedlona w listopadzie 1945 roku. Zabrano ją do Kolo, gdzie odebrano jej żywność i rzeczy, a następnie wraz z wieloma innymi Niemcami przewieziono do Niemiec w zimnym wagonie bydlęcym.

W drodze jednak zmarła z głodu! Jest to część rozdziału poświęconego tak zwanemu „humanitarnemu” wysiedleniu Volksdeutschów z Polski, o którym wielokrotnie informowała prasa wschodnia. Na tym kończę relację z moich przeżyć w nieszczęsnym roku 1945.

Dr Ziegler.




Wir beenden hiermit die Erinnerungen eines Lodzer Arztes an die Zeit vor zehn Jahren. Der Verfasser hatte in den letzten Abschnitten erzählt, wie man ihn plötzlich von Dombie weg zur Geheimpolizei auf der Aleja Kosciuszki in Lodz mitgenommen hatte, wie er dort Schuldlosigkeit erwiesen hatte und er entlassen werden gequält und geschlagen worden war - bis sich seine mußte während seine Denunziantin in die Grube fiel, die sie ihm hatte graben wollen. Heute schildert er, daß der einzige Weg aus neuen Gefahren die Flucht aus Polen war.

Ich blieb noch ein paar Tage in Kalisch. Ein national gesinnter Pole äußerte sich dort zu meiner Frau: "Auf dem öffentlichen Programm hier steht die Ausrottung der Volksdeutschen, sie müssen Polen so schnell wie möglich verlassen. Ich weiß sehr gut, daß das Land den Volksdeutschen sehr viel zu verdanken hat, aber gegen die heutige, Strömung kann man nichts machen." Er überreichte meiner Frau ein Goldstück: Nehmen Sie auf den Weg diese goldene Münze, die kann Ihnen auf Ihrer Flucht, dienlich sein." Der Pole sagte ausdrücklich: "Das soll nur ein kleines Zeichen des Dankes

Ihnen gegenüber sein." Auch zwei polnische Frauen haben sich sehr nett gezeigt, sie haben meiner Frau in Kalisch die Wäsche gewaschen und gebügelt und mit einem Polen ihre wohnung bewacht. "Hier gibt es keine Deutschen. Hier kommt nicht rein", sagten sie immer zu den Russen, die ins Haus wollten.

Aus diesen Beispielen ersieht man wieder, daß es doch Polen gab, die menschlich dachten, die die verfolgten Volksdeutschen in Schutz genommen haben.

Ich und meine Frau aber beschlossen zu fliehen. Es war der einzige Weg, um uns zu retten.

Nach kurzem Aufenthalt in Kalisch mußte ich zunächst nach Dombie ziehen. Man erwartete mich dort und es war auch dringend notwendig, daß ich mich selbst auskurierte, um überhaupt weiter arbeiten zu können.

                               Nach der Lodzer Haft wieder in Dombie

Der Stadtrat in Dombie war von Lodz aus benachrichtigt worden daß ich wieder frei wäre und das Recht hätte, in Dombie zu arbeiten. Auch meine Mutter hat diese Nachricht erhalten. Ihre Freude war grenzenlos, als sie mich wieder sah. Gott hat meine Gebete erhört", sagte sie, "ich wußte, daß Du zurückkommen würdest und nicht den Tod erleiden solltest." Mutters Augen strahlten, sie war voll Dank gegen den Allmächtigen.

Die Lage in der Stadt hatte sich nicht geändert. Ich stand unter dauernder Beobachtung durch die Polizei. Selbst, wenn ich abends nach schwerer Arbeit durch die Felder streifte oder zum Ner hinunterging, um mich zu baden, hat die Miliz vom Dach des Polizeigebäudes aus ferngläser auf mich gerichtet, um meine Schritte zu beobachten. Ich soll in den Roggenfeldern mit deutschen Soldaten zusammengekommen sein, ihnen und Spionen Lebensmittel gereicht haben. Das haben sich die Roten olles eingebildet.

Die Deutschen mußten in Dombie weiterhin viel leiden. Sie wurden geschlagen, sie hatten wenig zu essen, auch keine Heizung, sie waren nur als Sklavenarbeiter beschäftigt, und wenn sie starben, mußten sie auf einem Wagen, der v. Frauen gezogen wurde, auf den Friedhof gebracht werden. Der schöne Leichenwagen, den die deutsche Gemeinde gekauft hatte, wurde ihr weggenommen und der polnischen zur Verfügung gestellt. Im Dorfe Kupinin ist es sogar vorgekommen, daß man der verstorbenen Frau Rosin, ihr schwarzes Kleid heruntergezogen hat, als sie schon im Sarge lag, denn "es war zu schön und zu wertvoll für eine Deutsche " Die Deutschen sollten eben ohne Kleider beerdigt werden ....

In dieser Zeit nahm sich Herr Schultz in Dombie das Leben. Ein deutscher Lehrer ist im Gefängnis in Dombie erschlagen worden. Man hatte ihn bis aus Danzig zurückgeholt, wohin er geflüchtet war, und wollte an ihm für irgendwelche Dinge Rache nehmen. "Rache und Vergeltung" waren ja die Hauptparolen der Polen in jenen Tagen. Daß sie als katholische Christen vergeben sollten, kam den wenigsten in den Sinn - so wie leider auch unsere Deutschen nach der Befreiung 1939 an die Gebote Christi allzuwenig gedacht haben ... Was wir heute mit Schmerzen bekennen müssen.

                                                    Der Tod von Pastor Rutkowski

Anfang August 1945 wurde ich von der Miliz aufgefordert, in das Zimmer von Pastor Anton Rutkowski zu kommen, um seinen Tod als Arzt festzustellen. Ich betrat das Zimmer in Begleitung der Polizei und sah Pastor Rutkowski am Fenster hängen. Man hat ihm einen Strick um den Hals gelegt und diesen zusammengezogen. Es wird auch erzählt, daß er es selbst getan hat. Die Leiche war ganz zusammengeschrumpft. Es war für mich ein schweres Erlebnis, dieses Bild zu schauen.

                                                                 Ich muß fliehen

Am 3. 8. 1945 erhielt ich ein Schreiben von der Ärztekammer aus Posen, daß ich als deutscher Arzt ab sofort nicht mehr praktizieren dürfte. Damit hatte meine Stunde geschlagen und ich mußte, um einer neuen Gefahr zu entgehen, möglichst bald fliehen.

Welch ein Opfer für meine Mutter, meine Flucht gutzuheißen und allein in einer feindlichen Umgebung zurückzubleiben! Und doch hat sie dieses Opfer für mich gebracht, wie es nur eine Mutter kann, um ihren Sohn zu retten. "Für eine Mutter ist kein Opfer zu groß", sagte sie zu mir, "die Trennung fällt mir von Herzen schwer, aber du bist wieder in Gefahr. Ich gebe dir meinen Segen für deine Flucht. Du mußt Frau und Kinder retten, das ist deine Pflicht." Es waren ihre letzten Worte.

Wieder war ich tief beeindruckt von dieser Macht der Mutterliebe, die aus tiefstem Herzen kam. Ich küßte nochmals ihre Hände und ging mit schweren Schritten davon.

Nun ade, ade, mein liebes Mütterlein,

es soll und muß einmal geschieden sein . . . ,

Es war ein schöner Augustabend. Alles totenstill, die Stadt in tiefen Schlaf versunken. Ich schaute mich um. Nur noch einen Blick auf die Stadt, um Abschied zu nehmen. Da oben auf dem Hügel stand unsere Kirche mit dem schönen Turm, dessen Glocken weit über Feld und Wald in die deutschen Dörfer und Siedlungen ihren herrlichen Klang ausgesandt haben, um die Menschen zum Worte Gottes zu rufen, um den Feierabend zu verkünden, daß es hohe Zeit für den Ackersmann sei, heimwärts zu ziehen.

Die Abendglocken rufen

das weite Tal zur Ruh.

Die Herde folgt dem Hirten,

es geht jetzt heimwärts zu... .

Da unten lag auch der Ner. Er floß so langsam und ruhig zwischen den grünen und saftigen Wiesen. Der Himmel war an diesem Abend etwas bewölkt, und der Mond, der sich so friedlich da, oben bewegte, befreite sich in diesem Moment gerade von einem zarten Wolkenschleier, als ob er mir noch einmal und zum letztenmal ,den Heimatort in seinem herrlichen Lichte zeigen wollte. Ich schaute mich wieder um, noch einen Blick auf das Elternhaus, wo ich geboren bin, wo ich eine glückliche, sorgenlose Kindheit verbracht habe ... Ja, es war einmal. . . . .

Eilends mußten mich die Füße weitertragen. ich befand mich schon außerhalb der Stadt. Noch einmal wendete ich den Blick. Dort in weiter· Ferne schimmerte der hohe Zaun, der unseren Friedhof umsäumt, mit de-r mahnenden Aufschrift am Eingangstor: "Wer heute rot, der ist morgen tot." Dort liegen die Gräber meiner Ahnen, die Gräber der, deutschen Weber, die vor Jahrhunderten nach Polen eingewandert sind, um hier zu schaffen, neue Siedlungen zu bauen. Dort ist auch das Grab meines Vaters Heinrich Wilhelm Ziegler, das ich nicht mit Abschiedsblumen schmücken durfte, denn die Grabstätte war für uns Deutsche gesperrt.

Dort sind auch die Gräber der deutschen Bauern, die noch vor und in den Septembertagen von 1939 ermordet wurden.

Schnellen Schrittes entfernte ich mich und eilte zum Zuge, um nach Kalisch zu gelangen. Nach Kalisch, um dort Frau und Kinder vom Sklavendienst zu befreien und mit ihnen nach dem Westen zu fliehen, nach dem Westen, wo das menschliche Gewissen noch nicht erstarrt ist und wo gegen die Sklaverei unserer Zeit und gegen menschenunwürdige Unterjochung angekämpft wird. Nach dem Westen, das war der einzige Weg, um die Freiheit zu gewinnen, sich und seine Familie zu retten und dem sicheren Tode zu entrinnen.

Nur meine Mutter ist zurückgeblieben- Sie wurde dann im November 1945 ausgesiedelt. Man hat sie nach Kolo gebracht, wo man ihr Lebensmittel und Sachen abgenommen hat, und sie mit vielen anderen Deutschen in einem kalten Viehwaggon nach Deutschland verfrachtet. Unterwegs aber ist sie - vor Hunger gestorben! Das gehört zum Kapitel der sogenannten "humanen" Ausweisung der Volksdeutschen aus Polen, von der die östliche Presse immer wieder berichtet hat. Damit beschließe ich den Bericht über meine Erlebnisse im Jahre des Unheils 1945. 

                                                                                                          Dr. Ziegler.


środa, 4 marca 2026

Julian Mazaraki - Edward Hordliczko - Gmina Brójce - Garwolin - Virtuti Militari

 

Na Facebooku znalazł się bardzo ciekawy materiał dotyczący rodziny kapitana Juliana Mazaraki, majora wojsk polskich, uczestnika powstania listopadowego, szlachcica herbu Newlin. Smaku dodaje informacja związana z moją gminą Brójce! Cieszę się bardzo z każdej informacji o znanych i zasłużonych mieszkańcach naszej gminy. To nie pierwszy tak ciekawy dokument który wyszukał Marek P., myślę, że nie ostatni! Marek dostarczył wcześniej obszerne materiały dotyczące dwóch innych mieszkańców naszej gminy odznaczonych Krzyżami Virtuti Militari! Z pewnością są jeszcze inne godne prezentacji osoby zasłużone dla naszej gminy Brójce!

14 lutego 1831 roku polskie serca zabiły mocniej. Pod Stoczkiem korpus gen. Józefa Dwernickiego rozbił elitarną jazdę rosyjską gen. Geismara. Choć wszyscy pamiętamy o szarży ułanów, to zwycięstwo miało też swoich technicznych mistrzów.
Jednym z nich był major Julian Mazaraki, dowódca półbaterii rakietników konnych.
Tak o roli artylerii i rakietników Mazarakiego pisano w relacjach z pola walki:
"Kapitan Mazaraki z niezachwianym spokojem ustawiał swoje przyrządy pod ogniem nieprzyjacielskim. Pierwsze salwy rakietowe uderzyły w sam środek dywizji Geismara, co stało się hasłem dla naszych do uderzenia na bagnety i lance. Widok rakiet z sykiem przelatujących nad głowami przeraził konie i wprowadził zamieszanie, którego ułani nasi świetnie potrafili użyć."
Dzięki takim oficerom jak Mazaraki, Powstanie Listopadowe nie było tylko zrywem serca, ale walką profesjonalistów, którzy potrafili rzucić wyzwanie największej armii świata.
🇵🇱⚔️🇵🇱⚔️🇵🇱⚔️🇵🇱⚔️🇵🇱⚔️🇵🇱⚔️🇵🇱⚔️🇵🇱⚔️🇵🇱⚔️
Julian Mazaraki (1801-1897) - major wojsk polskich, uczestnik powstania listopadowego, szlachcic herbu Newlin. W grudniu 1830 r. wstąpił do służby w 1. Pułku Ułanów (3. dywizjon). Przeszedł szlak bojowy z korpusem gen. Józefa Dwernickiego, walcząc m.in. pod Nową Wsią i Boremlem. Szczególną sławę zyskał jako artylerzysta w bitwie pod Stoczkiem, gdzie wykazał się wyjątkowym męstwem, za co został odznaczony Złotym Krzyżem Virtuti Militari. Był właścicielem majątku Kotuszowa, a w późniejszym okresie administrował majątkiem Brójce pod Łodzią. W 1834 r. w Warszawie poślubił Apolonię Julię Szturm, świadkiem na ich ślubie był Ignacy Hordliczka. Doczekał się licznego potomstwa: dwóch synów (Edmunda i Władysława) oraz dziewięciu córek (m.in. Józefiny, Heleny, Wandy i Zofii). Jego córka, Józefina, w 1859 r. poślubiła Edwarda Hordliczkę, współwłaściciela huty szkła „Czechy”. Julian utrzymywał z zięciem bardzo serdeczne relacje i był częstym gościem, a u schyłku życia domownikiem w osadzie Czechy. Zmarł w 1897 roku. Został pochowany na cmentarzu parafialnym w Garwolinie, obok grobowca rodziny swojego zięcia Edwarda Hordliczki i swojej córki Józefiny.


📸 Fot. Rodzina Hordliczków ok. 1870 r. W drugim rzędzie nad dziećmi siedzą od lewej: Julian Mazaraki, Józefina Hordliczka z d. Mazaraki i Edward Hordliczka.
Archiwum Agnieszki Drążewskiej.

Zdjęcie w kolorze jest dziełem mojego przyjaciela Kacpra z Brzezin, dzięki wielkie!


Mój dobry znajomy Marek P., wspaniały archiwista, w szczególności badający historię gminy Brójce przysłał mi dodatkowe informacje, za które bardzo dziękuję!

Andrzej tak uzupełniająco, spojrzałem dzisiaj do geneteki, Julianowi rodzi sie pierwsze dziecko w Brójcach w roku 1842, wcześniej w 1840 były urodziny w opoczyńskim, a więc 1840-42 to czas kiedy pojawia się w Brójcach. Urodziny ostatniego dziecka odnotowane w 1857, w 1859 mamy ślub w Kurowicach Edwarda Hordliczko x Józefa Mazaraki. W 1868 umiera w Brójcach Tekla Mazaraki, matka Juliana, czyli przynajmniej do 1868 administrowali majątkiem Brójce, a jako ciekawostka, zgłaszającymi śmierć Tekli byli; Bartłomiej Zawada i Franciszek Kupa. Pozdrawiam.


56 Brójce Zofija Mazaraka

Działo się w wsi Kurowicach dnia szóstego (osiemnastego) Maja tysiąc Ośmset czterdziestego drugiego roku o godzinie jedenastej przed południem stawił się W.P. Julian Mazeraki, Dzierżawca Klucza Brójce w wsi Brójce zamieszkały lat trzydzieści dwa mający w obecności Ludwika Relickiego Wójta tejże Gminy lat czterdzieści dwa, tudzież Wiktora Strzembosz possessora wsi Woli Rakowej lat dwadzieścia pięć mających oba dwa w wsi Brójcach zamieszkałych i okazał nam dziecię płci żeńskiej urodzone w wsi Brójcach dnia trzynastego bieżącego miesiąca i roku o godzinie jedenastej w nocy z jego małżonki W.P. Julii z Szturmów Mazarakiej lat trzydzieści dwa mającej i dzieciu temu na chrzcie świętym odbytym w dniu dzisiejszym nadane zostało imię Zofija a rodzicami jego chrzestnymi z wyż rzuzony Ludwik Relicki i Apolonia Relicka obydwoje małżonkowie z Brójec.

Akt ten stawającym i świadkom przeczytany przez nas i tychże został podpisany.

Zespół: 1535d / Akta stanu cywilnego Parafii Rzymskokatolickiej w Kurowicach
Jednostka: 1842 / UMZ-1842
Katalog: Urodzenia
Lata: 1842




24 Brójce

Edward Hordliczko Kawaler z panną Józefą Mazaraką

Działo się w wsi Kurowicach dnia dwudziestego pierwszego Listopada tysiąc ośmset pięćdziesiątego dziewiątego roku o godzinie dziesiątej przed południem. Wiadomo czyni iż w przytomności świadków Wielmożnego Alezandra Mazarakiego, byłego Naczelnika Wydziału Komisyi Skarbu lat siedemdziesiąt dwa mającego zamieszkałego w Mieście Warszawie - i Wielmożnego Jana Strzembosa Dziedzica wsi Woli Kamienny lat sześćdziesiąt mającego i tam też zamieszkałego w obwodzie Opoczyńskim Guberni Radomskiej - Na dniu dzisiejszym zawarte zostało religijne Małżeństwo pomiędzy Wielmożnym Edwardem Hordliczko Kawalerem lat trzydzieści óśm mającym, urodzonym urodzonym w wsi Czyżewa parafii Czyżew w Czechach, a zamieszkałym w wsi Trąbki parafii Garwolnia na Dziedzictwie w Powiecie Łukowskim Guberni Podlaskiej synem niegdyś Antoniego i Józefy z Felbrynów. Małżonków Hordliczków – Wielmożną Józefą Mazaraki panną lat dwadzieścia dwa mającej, urodzonej w wsi Jankowie parafii Sławno w powiecie Opoczyńskim, a zamieszkałą w wsi Brójcach przy rodzicach, Córką Juliana i Julii ze Sturmów Małżonków Mazaraki Administratorów Dóbr Donacyinych Brójce – Małżeństwo to poprzedziła izdna zapowieda w dniu trzydziestym października roku bieżącego w Kościele parafialnym Kurowice i Garwolnia. Zaź od dwóch zapowiedzi ogłoszenia zostali uwolnieni przez Konsystorza Foralnego Piotrkowskiego pod dniem dwudziestego pierwszego Października roku bieżącego. (numer przekreślony) Przez Konsystorza Foralnego w Janowie pod dniem dwudziestego piątego października także roku bieżącego No…(numer przekreślony).  Nowi małżonkowie Oświadczają iż żadnej umowy przed ślubnej niezawarli. Obrzęd ten religijny dopełniony przez księdza Bartłomieja Kreszczyńskiego proboszcza parafii Kurowice. –

Akt ten stawającym i świadkom pisać umiejących odczytany przez Nas stawających i świadków własnoręcznie podpisany został.

Zespół: 1535d / Akta stanu cywilnego Parafii Rzymskokatolickiej w Kurowicach
Jednostka: 1859 / UMZ-1859
Katalog: Małżeństwa
Lata: 1859

Akt zgonu Tekli Mazaraki. Niestety nie jestem w stanie przetłumaczyć tego dokumentu....

Zespół: 1535d / Akta stanu cywilnego Parafii Rzymskokatolickiej w Kurowicach
Jednostka: 1868 / UMZ-1868
Katalog: Zgony
Lata: 1868

GROBONET - wyszukiwarka osób pochowanych. Cmentarz Parafii Przemienienia Pańskiego w Garwolinie