sobota, 24 stycznia 2026

Stojewsko - Stolzenhof - Krasocin - Niemieckie osadnictwo - Der Heimatbote - 9/1966


...."Stojewsko w gminie Krasocin to stosunkowo młoda wieś. Założona została na początku drugiej połowy XIX wieku przez Hipolita Stojewskiego, któremu zawdzięcza też swą nazwę. Dla lepszego zagospodarowania i uprzemysłowienia swoich rozległych dóbr krasocińsko-gruszczyńskich sprowadził on grupę rodzin niemieckich. Większość z nich osiadła w Stojewsku.

W „Słowniku geograficzno-historycznym powiatu włoszczowskiego” czytamy, że w 1921 roku wieś liczyła 31 gospodarstw i 211 mieszkańców, w tym 151 Niemców ewangelików. W 1929 roku zbudowali on i w Stojewsku, kościół, także szkołę, którą prowadził pastor. Uczyły się w niej nie tylko niemieckie dzieci, ale i polskie dzieci. Koloniści utrzymywali bowiem na ogół dobre stosunki z Polakami"....

Źródło: Gazeta Wyborcza


Der Heimatbote 9/1966:                                                 

                                                Kiedy byłem jeszcze uczniem

                                                         Armin Wermuth

„Śnię, że znów jestem dzieckiem

I potrząsam swoją starą głową;

Jakże mnie szukacie, obrazy,

O których myślałem, że dawno zapomniałem...”

                                    (Adalbert von Chamisso)

Jak w odbiciu lustrzanym stoi przede mną moja rodzinna wieś Stojewsko-Stolzenhof! W centrum znajduje się budynek szkoły i masywny kościół z czystym, uroczym płotem, a przed nim duży, wolny trawnik. Przy prostej, dwukilometrowej ulicy wiejskiej stoją bielone domy z oknami szczytowymi skierowanymi na południową stronę. Dachy pokryte są popielatymi dachówkami, w odróżnieniu od polskich chat, które mają wyłącznie słomiane dachy. Jako uczniowie byliśmy dumni, słysząc mimochodem z ust obcych: „Znowu taka wypielęgnowana i zadbana wioska szwabów!

Miałem 9 lat, kiedy pod koniec I wojny światowej dwaj najstarsi mieszkańcy wsi, Samuel  H a n s c h  i Gottfried  G ü n t h e r , zainicjowali odłączenie się od macierzystej gminy Antonienhof i rozpoczęli budowę własnego budynku szkolnego w Stolzenhof. Pastor Georg  T i e t z  uzyskał potwierdzenie nowej parafii kantoralnej od konsystorza warszawskiego i przeprowadził pierwsze bierzmowanie w nowo wybudowanym domu modlitwy. Nasze dziecięce serca biły szybciej, a my tryskaliśmy radością, że mieszkańcom Stolzenhof udało się zdobyć własną szkołę kantoralną. Byliśmy szczególnie dumni z naszej wspólnej pracy.

Już dawno zostałem zwolniony z obowiązku szkolnego i czułem się młodym mężczyzną. Za każdym razem, gdy po pracy wracałem z pola i z daleka dostrzegałem naszą wioskę, ogarniało mnie tajemnicze, radosne uczucie, które pchało mnie na kopulasty szczyt naszego wapiennego wzgórza w Krasocinie, aby nasycić się widokami naszej obecnej ojczyzny. Obrazy zmieniały się jak w kalejdoskopie: z mojej podświadomości wyłaniały się pierwotne krajobrazy, o których tak wiele opowiadała mi ciotka ojca. W jasnym słońcu, tuż u moich stóp, rozciągały się łagodne zbocza górskie pokryte złocistymi polami zboża, przeplatane ciemnozielonymi polami koniczyny. Delikatny powiew wiatru ożywił pola niczym falujące morze. Świerszcze cykały, pszczoły brzęczały, chrząszcze buczały, a kolorowe motyle zdobiły dojrzałe kłosy zboża, fruwając nad nimi niczym lśniące szmaragdy. Nad całym morzem zboża śpiewały i zalecały się skowronki, jakby miały zamiar zatańczyć polski krakowiak.

U podnóża wapiennego zbocza, częściowo ukryte za krzakami śliwy, błyszczące ognie wapienniczych pieców, które wraz z kometowymi smugami dymu wznoszą się upiornie ku szczytowi góry lub opadają w dolinę, otulając całą wioskę mgłą. Domy i budynki gospodarcze znikają na chwilę w zasłonie dymu, ale kościół i szkoła dominują nad wszystkimi siłami natury i jeszcze wyraźniej odcinają się od ciemnozielonego tła, wydając się bardziej imponujące i gigantyczne niż w jasnym słońcu.

W dolinie, jak geometryczna prosta, biegnąca ze wschodu na zachód, znajduje się wiejska droga otoczona płytkimi rowami odprowadzającymi wodę. Za prawym rowem odprowadzającym wodę, jak w rzędzie, stoją niemieckie gospodarstwa rolne z zadbanymi ogrodami. Za lewym brzegiem rowu, bezładnie i rozrzucone, znajduje się 5 polskich chat, otoczonych zabrudzonymi pastwiskami i cuchnącymi kałużami gnojówki. Blaszane wizerunki Matki Boskiej, kołyszące się na wietrze jak wahadła, oznaczają od frontu domy polskich właścicieli katolickich. Również żydowski kupiec, Henoch  M e g m a n n,  osiedlił się pomiędzy polskimi posiadłościami.

W tle niemieckich gospodarstw rozciąga się bagnista północna strona Karoliner, porośnięta potężnymi olchami, osikami, wierzbami i brzozami. Ciemny las liściasty, ożywiony przez różnego rodzaju mniejsze i większe gatunki ptaków, przypomina pozostałości dawno minionej epoki pionierów z początku 1860 roku.

W bagnistym dnie doliny leniwie płynie strumień Klein-Stojesker, w którym baraszkują różnego rodzaju zwierzęta wodne, traszki i płazy.

Tutaj pluskaliśmy się i brodziliśmy do woli, kojarząc biblijne historie: ocalenie Mojżesza, przejście przez Morze Czerwone i inne. Bardzo często zapominaliśmy o rozpoczęciu lekcji i przychodziliśmy do szkoły ze znacznym opóźnieniem, ku niezadowoleniu naszego nauczyciela kantora, pana Rudolfa Fritza, który właśnie ćwiczył z klasą pieśń kościelną. Nie przerywając śpiewu, nauczyciel odwrócił się, dalej klepiąc nas po plecach brzozową laską i śpiewał donośnym głosem: „Bóg nas tu doprowadził dzięki swojej wielkiej dobroci...”. Ponieważ się z tego śmialiśmy, dostaliśmy dodatkową karę w postaci pozostania po lekcjach, co wcale nas nie martwiło, ponieważ dzięki temu uniknęliśmy obowiązków domowych.

Po takich epizodach spędzaliśmy czas głównie na wolnym placu kościelnym, tzw. Martinsplatz. Ta arbitralna nazwa powstała w naszych głowach po odejściu pierwszego kantora, kiedy to prace budowlane zostały wstrzymane i wznowione dopiero przez nauczyciela Romana Martina. My, uczniowie, ceniliśmy nauczyciela Martina. Był on dostojną, elokwentną osobistością, która potrafiła zmierzyć się z każdym, aby osiągnąć wyznaczony cel. To jemu gmina zawdzięcza ukończenie budowy kościoła w 1928 roku. Niestety, Martin naraził się fanatycznym poparciem dla związku Strzelec (związek strzelecki służący do szkolenia wojskowego Ertüchtigung) i wdał się w konflikt z pastorem Gustavem Tochtermannem. Mroczne postaci z własnej gminy podsycały konflikt poprzez oszczercze donosy. Łatwowierny pastor zawiesił z natychmiastowym skutkiem nauczyciela śpiewu Martina i mianował honorowym kantorem rolnika Gottfrieda Günthera.

Czteroletnia przerwa nie była odczuwalna dla rodziców z Stolzenhof. Nasze dzieci uczyli polscy nauczyciele; honorowy kantor otrzymał oficjalne zezwolenie na prowadzenie lekcji języka niemieckiego i religii. Tak by pozostało, gdyby członkowie rady rodziców, Samuel Hansch i Michael Brunsch, nie zwrócili się potajemnie do biskupa Juliusza Burschego z ewangelicko-augsburskiej Juliusowi Bursche.

Telegram konsystorza był jak grom z jasnego nieba: „Nauczyciel wkrótce przyjedzie. Ministerstwo zatwierdziło trzy godziny niemieckiego i dwie godziny religii tygodniowo. W imieniu: M. Rüdiger-Warschau, 3 maja 1932 r.”.

W parafii kantora zaczęły się spekulacje: „Kto to załatwił?” – „Kto to zrobił?” – „Kim jest ten nowy?” – „Skąd pochodzi?” itd. itd.

Na mój sprzeciw: „Zadbajcie o to, aby polski nauczyciel Golka zmienił miejsce zamieszkania, a mieszkanie kantora zostało wyremontowane!”, mądrale wyśmiali mnie i oskarżyli o podstępność. Pomimo moich 24 lat uważano mnie za niedoświadczonego chłopca i nie chcieli słuchać mojego głosu. Dopiero po dobrowolnym przyznaniu się prawdziwych sprawców wzburzone umysły uspokoiły się i zaczęły się zastanawiać. Większość milcząco opuściła zebranie wiejskie, które od tej pory nazywałem Thing, a pozostali dyskutowali o sytuacji finansowej, która spowoduje komplikacje. Niestety nie można było zignorować tych obaw, dlatego pastor zawsze opowiadał się za tanim samowystarczalnością i samopomocą w dziedzinie duchowej.

Wbrew swojej woli dyrektor szkoły Hermann S t e r l a c k  został we wrześniu 1932 r. przeniesiony służbowo z Leslau do Brygidowa i osiadł w Stolzenhof. Nowy nauczyciel przejął żałosne dziedzictwo! Niemieckie dzieci były rozdzielone między 4 polskie szkoły, od 5 lat nie było lekcji języka niemieckiego. Uszy, serca i drzwi tzw. najwyższych władz wsi były zamknięte! Uważnie śledziłem przebieg organizacji lekcji niemieckiego dla moich siostrzeńców i siostrzenic. Przez pierwsze trzy lata mogłem pomagać. W czwartym roku, muszę przyznać, nie było to już możliwe. Teraz pracowaliśmy we trójkę jako równi uczniowie. Poziom trudności wzrastał, ale wytrwaliśmy. Przez osiem lat nauczyciel co drugie popołudnie gromadził dzieci, aby uczyć je języka niemieckiego w mowie i piśmie. Nie chcę też ukrywać oporu rodziców, którzy uważali, że nauka katechizmu Lutra powinna stanowić zakończenie edukacji niemieckiego dziecka z wsi. Aby zapewnić udział leniwych i opieszałych w lekcjach niemieckiego, w porozumieniu z pastorem ustalono, że nikt nie zostanie bierzmowany bez umiejętności pisania w języku ojczystym! Środek ten zdziałał cuda, ale zwiększył program pracy nauczyciela o kolejne dwa popołudnia.

Któż z nas stronił od dalekich podróży, gdy chodziło o poszerzanie naszej wiedzy? Takich młodzieży i dzieci po prostu nie było. Widziałem to u moich kuzynów, kuzynek, siostrzeńców i siostrzenic, a w końcu także wśród nauczycieli-amatorów.

Kiedy nieprzyjemne jesienne wiatry wiały nad ścierniskami, a nasi ojcowie wygodnie palili machorkę przy piecu, naszych grzecznych dzieciaków nie dało się zatrzymać. Hejda! Szliśmy do szkoły, ponieważ już w październiku trwały przygotowania do świąt Bożego Narodzenia: jasełka i przedstawienia teatralne, śpiew solowy i chóralny, wiersze, recytacje i tańce aniołów. Wszystko było najpierw omawiane krok po kroku, następnie starannie przepisywane i w końcu uczone na pamięć. Które dziecko z miasta poddałoby się dobrowolnie takiemu wysiłkowi?

Nawet my, młodzież i starsi, byliśmy tym zainteresowani i zaangażowani, ku irytacji niektórych tak zwanych poważnych chrześcijan, którzy uważali przedstawienia teatralne za dzieło diabła, zwłaszcza że występowaliśmy w przebraniach diabłów, aniołów i królów.

Przed godziną 22 nikt nie opuszczał budynku szkoły. Nie byliśmy ubezpieczeni, nie znaliśmy też ustawy o ochronie młodzieży, a jednak w tym czasie nie wydarzyło się nic złego.

Dzięki tej pozaszkolnej pracy zrośliśmy się w nierozerwalną społeczność i świadomie wzmocniliśmy nasze poczucie wspólnoty. Nieświadomie powstał system pomocy, na czele którego stał najstarszy członek grupy. Nazywaliśmy go po prostu „Natschelnik”. Wycieczki szkolne połączone z obserwacją przyrody i astronomią wyostrzyły nasz zmysł obserwacji i nauczyły nas czytać z księgi natury oraz kochać naszą ojczyznę.

Wartość naszej szkoły doceniliśmy podczas II wojny światowej. Dzięki naszej solidnej i rzetelnej wiedzy znaleźliśmy zatrudnienie w szkole zawodowej, w warsztacie, w szkole policyjnej, a także w biurze. Bardziej zdolna młodzież została nawet zatrudniona jako nauczyciele-amatorzy i zdała egzaminy.

Późniejsze nowości (kult jednostki, rasizm, zniesienie religii, świadomość zwycięstwa itp.) okazały się błędne, dezorientujące i czysto iluzoryczne. Cała działalność dydaktyczna w czasie wojny była nieudolną improwizacją!

Napady partyzantów i przesiedlenia zdziesiątkowały naszą grupę etniczną. W strachu i przerażeniu, z melancholią i smutkiem w sercach, opuściliśmy naszą szkołę latem 1944 roku (w dniu 25-lecia jej istnienia). O tym, jak silna była więź z ojczyzną, świadczy wiersz „Wizja”, który dotarł do nas okrężną drogą od poległego na froncie wschodnim mieszkańca Stolzenhofu. Znajduje się on na stronie 3 tej gazety.

                                                     WIZJA rodaka z lat 1944/45

1. Leżysz tam, moja dumna posiadłość, rozciągnięta

Na zboczu góry, otoczona polami i łąkami.

Tam, gdzie w dolinie strumień rozszerza się

W torfowisko, lśniące jak czyste lustro.

Tam, gdzie rosną olchy i buki,

Gdzie miasto i wieś wciąż podają sobie ręce,

Gdzie rozbrzmiewa śmiech radosnych dziecięcych dni,

Tam jest moja ukochana, piękna ojczyzna.

     2. Czy znasz tę wioskę z jej radosnymi mieszkańcami?

     Mały kościółek z ładną wieżą?

     Zbudowany w wyniku wieloletnich zmagań

     przez starych i młodych na chwałę Pana.

     Czy znasz mędrców i tańce,

     które rozbrzmiewały tu jak nad Renem?

     Czy jako wędrowiec miałeś okazję

     być gościem w Stolzenhof?

3. Kto tego doświadczył, czuł się bezpieczny

po wszystkich trudnościach, które kiedyś go spotkały.

Tutaj odkłada na bok troski wielkiego miasta

i może po prostu rozkoszować się radością.

A jeśli długo przebywasz daleko,

Zawsze myśl o Stolzenhof!

W obcym kraju świecą gwiazdy!

Ale w ojczyźnie kwitnie szczęście!

     4. Tylko na tej ziemi istnieje Stolzenhof,

     Tylko jeden dumny, ciemny las jodłowy.

     Niech poczujesz dumę z ojczyzny i przywiązanie do niej,

     To moje wezwanie, które odbija się echem w nas.

     I to wezwanie nigdy nie ucichnie,

     Gdy będziesz przebywać w Szwabii lub Bawarii.

     Nawet na pokrywie trumny będą rozbrzmiewać

     Znajome dźwięki Twojej ojczyzny.

5. Tylko na tej ziemi istnieje Stolzenhof

I ojczyzna, w wapiennej skale.

Kto ją pokochał, nie może być tu szczęśliwy;

Bo obce piękno szybko blaknie.

A gdy pozostaję daleko,

Zawsze myślę o mojej ojczyźnie.

Panie, niech świecą nam gwiazdy ojczyzny,

Panie, daj nam znowu szczęście ojczyzny!

                                                       (Fred)


...."Stojewsko in der Gemeinde Krasocin ist ein relativ junges Dorf. Es wurde zu Beginn der zweiten Hälfte des 19. Jahrhunderts von Hipolit Stojewski gegründet, dem es auch seinen Namen verdankt. Um seine weitläufigen Ländereien in Krasocin und Gruszczyn besser zu bewirtschaften und zu industrialisieren, holte er eine Gruppe deutscher Familien dorthin. Die meisten von ihnen ließen sich in Stojewsko nieder.

Im „Geografisch-historischen Wörterbuch des Landkreises Włoszczowa” lesen wir, dass das Dorf 1921 31 Höfe und 211 Einwohner zählte, darunter 151 evangelische Deutsche. Im Jahr 1929 bauten sie in Stojewsko eine Kirche und eine Schule, die vom Pastor geleitet wurde. Dort lernten nicht nur deutsche, sondern auch polnische Kinder. Denn die Kolonisten unterhielten im Allgemeinen gute Beziehungen zu den Polen”....

Quelle: Gazeta Wyborcza


                                                        Als ich noch ein Schulbub war

                                                          Von Armin Wermuth

"Ich träume als Kind mich zurücke

Und schüttle mein greises Haupt;

Wie sucht ihr mich beim, ihr Bilder,

Die lang ich vergessen geglaubt ... "

                 (Adalbert von Chamisso)

Wie im Spiegelbild steht vor mir mein Heimatdorf Stojewsko-Stolzenhof! Im Mittelpunkt das Schulhaus und die massive Kirche mit einem sauberen, niedlichen Staketenzaun und davor ein großer, freier Rasenplatz. An der schnurgeraden, zwei km langen Dorfstraße die weißgetünchten Häuser mit ihren Giebelfenstern zur südlichen Frontseite ausgerichtet. Die Dächer mit aschgrauen Dachziegeln gedeckt, zum Unterschiede von den polnischen Katen, die ausschließlich Strohdächer tragen. Wir waren als Schulbuben stolz darauf, im Vorbeigehen, aus fremdem Munde zu hören: "Schon wieder so'n geschniegeltes und gestriegeltes Schwabendorf !

Ich war 9 Jahre alt, als am Ende des 1. Weltkrieges die beiden Dorfältesten Samuel  Ha n s c h  und Gottfried  G ü n t h e r  die Trennung von der Muttergemeinde Antonienhof veranlaßten und mit dem Bau eines eigenen Schulhauses in Stolzenhof begannen. Pastor Georg  T i e t z  besorgte die Bestätigung der neuen Kantoratsgemeinde vom Warschauer Konsistorium und vollzog die erste Konfirmation im neuerrichteten Bethause. Höher schlugen unsere kindlichen Herzen und wir schäumten vor Freude, daß es den Stolzenhofern gelungen war, in den Besitz einer eigenen Kantoratsschule zu gelangen. Ganz besonders eingebildet waren wir auf unsere Gemeinschaftsarbeit.

Ich war längst von der Schulpflicht entbunden und fühlte mich als junger Mann. Jedesmal, wenn ich nach Feierabend vom Felde kam und aus der Ferne unser Dorf in Sicht, trat, da umspülte mich cin geheimnisvolles, beglücKendes Gefühl, das mich auf den kuppelartigen Gipfel unseres Kraseciner Kalksteinhügels trieb, um mich an den Sehenswürdigkeiten unserer derzeitigen Heimatlandschaft zu sättigen. Wie in einem Kaleidoskop wechselten die Bilder: Aus meinem Unterbewußtsein tauchten Urlandschaften auf, von d:nen Vaters Muhme soviel zu berichten wußte. Im klaren Sonnenschein lagen, unmittelbar zu meinen Füßen, die sanften Gebirgsabhänge mit goldgelben Getreidefeldern überflutet; abwechselnd von dunkelgrünen Kleefeldern durchflochten. Der zarte Windhauch belebte die Felder wie ein wogendes Meer. Grillen zirpten, Bienen summ- ten, Käfer brummten, bunte Schmetterlinge schmückten flatternd die reifen Kornähren wie leuchtende Smaragde. Ueber dem ganzen Getreidemeer trillerten und balzten die Lerchen, als ob sie im Begriff wären, einen polnischen Krakowiak aufzuführen.

Am Fuße des Kalksandsteinabhanges, halbverborgen hinter dem Schlehdorngebüsch, glitzernde Feuerscheiben der Kalkmeiler, die mit ihren kometartigen Rauchschwadenschweifen gespenstisch zum Berggipfel hinaufsteigen oder in das Tal hinunterwandern und das ganze Dorf in einen Nebelschleier hüllen. Häuser und Wirtschaftsgebäude verschwinden für eine Weile im Rauchschleier, aber die Kirche und das Schulhaus dominieren über alle Naturgewalten und heben sich vom dunkelgrünen Hintergrunde noch deutlicher ab und scheinen imposanter, gigantischer, als im klaren Sonnenschein.

In der Talsohle wie eine geometrische Gerade, von Ost nach West verlaufend, die Dorfstraße, umsäumt von flachen Abflußgräben. Hinter dem rechten Abflußgraben reihen sich wie in einer Stirnreihe die deutschen Bauernhöfe mit ihren gepflegten Gärten. Hinter dem linken Grabenrande, wahllos und verstreut, 5 polnische Büdchen, umgeben von beschmutzten Weideplätzen und übelriechenden Jauchpfützen. Blecherne Muttergottesbilder, wie Perpendikel vom Winde hin- und herbewegt, kennzeichnen an der Frontseite die Häuser der polnisch-katholischen Besitzer. Auch der jüdische Handelsmann, Henoch  M e g m a n n,  placierte sich zwischen den polnischen Grundstücken.

Im Hintergrunde der deutschen Höfe breitet sich die sumpfige Karoliner Nordflanke aus, bestanden von mächtigen Erlen, Espen, Weiden und Birken. - Ein dunkler Laubwald, belebt von allerhand kleineren und größeren Vogelarten, erinnert an  die Ueberbleibsel längstvergangener Pionierzeit den Anfängen von Anno 1860.

In der moorigen Talsohle der träg dahinfließende Klein-Stojesker Bach, in dem sich allerhand Wassertiere, Molche und Lurche, herumtummeln. 

Hier plätscherten und planschten wir nach herzenslust und assoziierten biblische Geschichten: Moses Errettung, den Durchgang durch das Rote Meer u. a. Sehr oft vergaßen wir den Unterrichtsbeginn und kamen mit erheblicher Verspätung zur Schule, zum Verdruß unseres Kantorlehrers, Herrn Rudolf Fritz, der gerade mit der Klasse ein Kirchenlied übte. Ohne den Gesang zu unterbrechen, wandte sich der Lehrer um, taktierte mit dem Birkenstock auf unsere Buckel weiter und sang mit kräftiganschwellender Stimme: "Bis hierher hat uns Gott gebracht, durch seine große Güte ... " Weil wir darüber lachten, gab es noch zusätzlich Strafnachsitzen, worüber wir durchaus nicht trauerten; denn dadurch entgingen wir den häuslichen Handlangerdiensten.

Nach solchen Episoden hielten wir uns vorwiegend auf dem freien Kirchplatz auf, dem sogenannten Martinsplatz. Diese willkürliche Benennung entstand in unseren Köpfen nach Abgang des 1. Kantors, als die Bautätigkeit ruhte und erst durch Lehrer Roman  M a r t i n  wiederbelebt wurde. Wir Schulkinder schätzten Lehrer Martin. Er war eine stattliche, redegewandte Persönlichkeit, die es mit allen aufnahm, um das gesteckte Ziel zu erreichen. Ihm verdankt die Gemeinde die Vollendung des Kirchbaues 1928. Leider machte sich Martin mißliebig durch sein fanatisches Eintreten für den Strzelec-Verband (Schützenverb. zur militär. Ertüchtigung) und geriet dadurch mit Pastor G u s t a v T o c h t e r- m a n n  in Konflikt. Dunkelmänner aus der eigenen Gemeinde schürten den Konflikt durch verleumderische Denunziationen. Der leichtgläubige Pastor suspendierte mit sofortiger Wirkung den Kantorlehrer Martin und setzte als Ehrenkantor den Bauern Gottfried G ü n t h e r  ein.

Die vierjährige Vakanz verspürten die Erziehungsberechtigten von Stolzenhof nicht. Unsere Kinder wurden von polnischen Lehrern unterrichtet; für den Deutsch- und Religionsunterricht erhielt der Ehrenkantor die behördliche Genehmigung. Dabei wäre es wohl auch verblieben, wenn nicht die Mitglieder des Schulelternbeirats, Samuel Hansch und Michael Brunsch, heimlich beim evg.-augsb. Bischof Julius Bursche vorstellig geworden wären.

Wie ein Donnerschlag aus heiterem Himmel wirkte das Telegramm des Konsistoriums: "Lehrer kommt demnächst. - Drei Wochenstunden Deutsch und zwei Stunden Religion vom Ministerium bewilligt. - Im Auftrage: M. Rüdiger-Warschau, 3. Mai 1932".

Nun ging ein Rätselraten durch die Kantoratsgemeinde : "Wer hat dies veranlaßt?" - "Wer hat dies verbrochen?" - "Wer ist der Neue?" - "Woher kommt er?" usw. usw.

Auf meinen Einspruch: "Sorgt, daß der polnische Lehrer Golka sich umquartiert und die Kantorwohnung renoviert wird!" lachten die Siebenmalklugen und bezichtigten mich der Hinterlistigkeit. Trotz meiner 24 Jahre betrachtete man mich als grünen Jungen und wollte meine Stimme überhören. Erst durch das freie Geständnis der wahren Anstifter, beruhigten sich die aufgeregten Gemüter und wurden nachdenklich. Die Mehrzahl verließ stillschweigend die Dorfversammlung, die ich von jetzt ab Thing nannte, die Verbliebenen beratschlagten über die finanzielle Situation, die Komplikationen auslösen wird. Diese Bedenken waren leider nicht von der Hand zu weisen, darum plädierte der Pastor stets für billige Selbstversorgung und Selbstbedienung auf geistigem Gebiete.

Nolens volens wurde der Schulleiter Hermann S t e r I a c k , im September 1932, von Leslau nach Brygidow dienstlich versetzt und schlug sein Domizil in Stolzenhof auf. Ein klägliches Erbe trat der neue Lehrer an! Die deutschen Kinder auf 4 polnische Schulen verteilt, seit 5 Jahren kein deutscher Unterricht. Ohren, Herzen und Türen bei den sogenannten Obersten des Dorfes verschlossen! Aufmerksam verfolgte ich den Organisationsverlauf des Deutschunterrichts bei meinen Neffen und Nichten. Die ersten drei Jahre konnte ich nachhelfen. Im vierten Jahre, muß ich eingestehen, ging es nicht mehr. Nun arbeiteten wir zu dritt als ebenbürtige Schüler Die Schwierigkeitsgrade steigerten sich, aber wir hielten durch. Acht Jahre versammelte der Lehrer jeden zweiten Nachmittag die Kinder um sich, um ihnen das Hochdeutsche in Wort und Schrift beizubringen. Ich will auch nicht verschweigen die Widerborstigkeit der Eltern, die der Auffassung waren, daß mit dem Einpauken des Luthersehen Katechismus der Bildungsgang eines deutschen Dorfkindes abgeschlossen werden sollte. Um die Teilnahme der Trägen und Säumigen am Deutschunterricht zu sichern, wurde im Einvernehmen mit dem Pastor festgelegt, daß ohne Schreibkenntnisse in der Muttersprache niemand konfirmiert wird! Diese Maßnahme wirkte Wunder, aber erhöhte das Arbeitsprogramm des Lehrers um weitere zwei Nachmittage.

Wer von uns scheute weite Wege, wenn es galt, unser Wissen zu bereichern? Solche Jugendlichen und Kinder gab es einfach nicht. Ich habe es erlebt bei meinen Vettern, Basen, Neffen und Nichten und schließlich auch unter den Laienlehrern.

Wenn die garstigen Herbstwinde über die Stoppelfelder wehten und unsere Väter am Ofen gemütlich ihren Machorka schmauchten, da waren unsere braven Rangen nicht zu halten. Heida! gings zur Schule, denn hier wurden schon im Monat Oktober Vorbereitungen für das Weihnachtsfest getroffen: Krippen- und Theaterspiele, Einzel- und Chorgesang, Gedichte, Rezitationen und Engelreigen. Alles wurde erst stufenweise durchgenommen, dann fein säuberlich abgeschrieben und schließlich auswendig gelernt. Welches Stadtkind hätte sich wohl freiwillig dieser Mühe unterzogen?

Selbst wir Jugendlichen und Alten waren daran interessiert und beteiligt, zum Verdruß mancher der sogenannten Ernsten Christen, die Theateraufführungen als Teufelswerk betrachteten, zumal wir als verkleidete Teufel, Engel und Könige auftraten.

Vor 22 Uhr verließ niemand das Schulhaus. Wir waren weder versichert, noch kannten wir ein Jugendschutzgesetz und doch hat sich während dieser Zeit nichts Nachteiliges ereignet. 

Durch diese außerschulische Arbeit verschmolzen wir zu einer unzertrennlichen Volksgemeinschaft und stärkten bewußt unser

Zusammengehörigkeitsgefühl. Unwillkürlich entstand ein Helfersystem mit einem Gruppenältesten an der Spitze. Wir nannten ihn kurzweg "Natschelnik". Die Schulwanderungen, verbunden mit Naturbeobachtungen und Himmelskunde, schärften unseren Beobachtungssinn und lehrten uns aus dem Buche der Natur lesen und unsere Heimat lieben.

Den Wert unserer Schule erkannten wir während des Zweiten Weltkrieges. Mit unserem soliden und gediegenen Wissen fanden wir Anschluß auf der Berufsschule, in der Werkstatt, auf der Polizeischule und auch im Büro. Fähigere Jugendliche rückten sogar als Laienlehrer ein und bestanden ihre Prüfungen.

Die späteren Neuerungen (Personenkult, Rassenwahn, Abschaffung der Religion, Siegesbewußtsein usw.) erwiesen sich als verfehlt, verwirrend und rein illusorisch. Der ganze Unterrichtsbetrieb während der Kriegszeit war eine stümperhafte Improvisation!

Partisanenüberfälle und Umsiedlungen dezimierten unsere Volksgruppe. In Angst und Schrecken, mit Wehmut und Trauer im Herzen, verließen wir im Sommer 1944 (am Tage des 25-jährigen Bestehens) unsere Schule. Wie stark die Heimatverbundenheit war, zeugt das Gedicht "Vision", das von einem

an der Ostfront gefallenen Stolzenhofer zu uns auf Umwegen gelangte. Es steht in diesem Blatt auf Seite 3.

                                VISION eines Landsmannes 1944/45

1. Da liegst, mein Stolzenhof, dahingebreitet

Am Bergeshang, von Flur und Feld umkränzt.

Dort, wo im Tal das Bächlein sich geweitet

Zum Moor, der wie ein blanker Spiegel glänzt.

Dort, wo die Erlen und die Buchen ragen,

Wo Stadt und Land sich reichen noch die Hand,

Wo Lachen klingt aus frohen Kindertagen,

Da ist mein liebes, schönes Heimatland.

     2. Kennst Du das Dorf mit seinem frohen Völklein?

     Das Kirchlein mit dem schmucken Turm?

     Erbaut in jahrelangem Ringen

     Durch alt und jung zum Lob des Herrn.

     Kennst Du die Weisen und die Reigen,

     Die hier erklangen wie am Rhein?

     War Dir als Wanderer beschieden

     Zu Gast in Stolzenhof zu sein?

3. Wer dies erlebt, der fühlte sich geborgen

Nach allem Schweren, was ihm einst geschehn.

Hier legt er ab die Großstadtsorgen

Und konnte just vor Freud vergehn.

Und weilst Du lange in der Ferne,

An Stolzenhof denkst .stets zurück!

Im fremden Land  l e u c h t e n  die Sterne!

Doch in der Heimat  b l ü h t  das Glück!

     4. Ein Stolzenhof gibts nur auf dieser Erde,

     Nur einen stolzen, dunklen Tannenwald.

     Daß Heimatsinn und Heimatstolz Dir werde,

     Das ist mein Ruf, der in uns widerhallt.

     Und dieser Ruf wird nimmermehr verklingen,

     Weilst Du im Schwaben- oder Bayernland.

     Selbst auf dem Sargesdeckel werden Dir mitschwingen

     Vertraute Töne Deines Heimatlands.

5. Ein Stolzenhof gibts nur auf Erden

Und eine H e i m a t, in dem Kalksteinrast.

Wer die geliebt, kann hier nicht glücklich werden;

Denn fremde Schönheit schnell verblaßt.

Und bleib ich in der weiten Ferne,

An meine Heimat denk ich stets zurück.

Herr, laß uns leuchten heimatliche Sterne,

Herr, gib uns wieder heimatliches Glück!

                                                  (Fred)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz