Pewnego dnia zarówno Legler i jak i ta kobieta z córkami zniknęli... Zgłaszali się ludziska bo chcieli po nich stół czy coś inne, nie było nasze, wzięli... Stan budynku był fatalny, baliśmy się, że przy silniejszym wietrze może się zawalić i nas pogrzebać.
- raz my śpimy w naszym pokoiku, aż tu nagle ru,ru,ru !!. Matko Bosko, co się tam stało. - mówię, Janek, może to dymnik ?
Rano jak zobaczyliśmy, to nas strach obleciał, mieliśmy szczęście, że cały sufit nie spadł, bo by nas zasypało. Dymnik (komin) zawalił się wraz ze słomianym dachem... I co teraz zrobić, palić w piecu trzeba, to wszystko pomieszane ze słomą z dachu, trzeba to zabezpieczyć. Ale, że mój mąż był bardzo zdolny i zaradny, to poleciał gdzieś, przyniósł kawałki blachy, desek, powsuwał, pokleił odizolował od słomy i tam my dalej mieszkali i palili... Cały dom się walił, trzeba było coś zrobić, ale Bozia dała i tak pomału budowała, pieniędzy nie było, Janek kupił szlaki, zrobił pustaki i tak powstał ten do w którym do chwili obecnej mieszkam. Wszystko robiliśmy własnymi rękami. Pomagał nam w murowaniu Kozłowski, troszkę mu płaciliśmy gotówka, resztę w mleku, mięsie i innych płodach rolnych. Teraz mieszkam sama, mąż umarł 42 lata temu, córka chciała mnie zabrać do Łodzi, ale gdzie tam, ja nie nadawałam się do miasta. Mój zięć przyjeżdżał bardzo często rowerem, miał tu piękny warzywniak, rosły kartofle, marchewki, pietruszki, piękne truskawki, maliny, owoce jednak i on zmarł.. Pani Regina wspomina czasy pierwszych lat powojennych, sąsiedzi nazywali ich kułakami.
- tłumaczyliśmy się, że przecież dostaliśmy te ziemie w Bukowcu jako odszkodowanie za gospodarkę pozostawioną na Kresach. To nic nie pomagało, zakładali kołchoz, chcieli nas zmusić do oddania ziemi. Za karę nie mogliśmy dostać przydziału węgla, mój Janek jeździł na Łódź-Olechów do kolejarzy, kupował w worku węgiel, musieliśmy czymś palić... Tak samo było z nawozami, nie należały się nam, kupowaliśmy od rolników z Kurowic na czarno. Takie to było podziękowanie za to, że mój Janek walczył o Polskę ..., takie to były czasy..
- pamiętam jak jednego razu siedzieliśmy w kuchni z mężem kiedy weszli nauczyciel i taki agitator. Nauczyciel mojej córki Kęciak powiedział, panie Swęda, niech się pan zapisze do partii.
Nauczyciel Kęciak z klasą do której uczęszczała Jadwiga
- Janek, nie nie będę do żadnej partii się zapisywał !!
- wtedy ja wstałam, dajcie spokój, nie zawracajcie nam głowy, żadnego zapisywania nie będzie !!!
Nasza córka w tym czasie skończyła szkołę podstawową w Bukowcu i uczyła się dalej w Łodzi. Kęciak wstał i powiedział :
- ale wasza córka nie zda do następnej klasy, jeśli nie podpisze mąż wstąpienia do partii!!
Nie podpisał, córka zdała, skończyła szkołę, ale strachu mieliśmy dużo...
To były ciężkie czasy, teraz się o tym zapomniało, ale my ciężką pracą jakoś tam żyliśmy.
- Ostatnie lata jak wspomniałam, dożywam samotnie, odwiedzają mnie córka i wnuczek, żyje mi się dobrze, jestem samodzielna, rąbię drzewo na opał, mam przydomowy warzywniak, chodzę w każdą niedzielę do kościoła w Kurowicach, staram się robić zakupy w najbliższym sklepie spożywczym.
Na tym kończę opowieść o tej niezwykle miłej i wspaniałej kobiecie, być może nie o wszystko pytałem, coś pominąłem, myślę, że państwo czytając te wspomnienia znaleźli coś interesującego, coś o czym zapominamy, że kiedyś było bardzo ciężko żyć, my narzekamy obecnie na wiele rzeczy, przemyślmy to, to naprawdę tak jest...
Bardzo spodobał mi się komentarz pani Magdaleny Comporek na Facebooku, która pierwszą część wspomniem pani Reginy tak skomentowała:
"Magdalena Comporek : Przeczytałam
na blogu cz.1 historii Pani Reginy, zaciekawiona czekam na drugą
część...refleksja? Przestańmy marudzić, doceńmy czasy, w których
przyszło nam żyć i otaczające nas zewsząd udogodnienia. Carpe diem*!!! Bo
nam zapewne nie będzie dane dożyć TAK sędziwego wieku...
* Horacy- "Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie..."
środa, 14 października 2015
Regina Swęda - Tkaczuk - Bukowiec - Wiśniowa Góra - Kresy - Bandy UPA - cz.3
Mieszkając w Wiśniowej Górze, poznaliśmy agronoma o nazwisku Kłys, on zajmował się podziałem, przydziałem ziemi po Niemcach którzy wyjeżdżali po wyzwoleniu Polski. Dokładniej, poznał go mój szwagier i po rozmowie z nim zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę do Bukowca. Dosłownie:
- tu taki Kłys był, on był agronomem, zapoznał się z moim szwagrem, on już nie żyje.
- powiedział, jedźcie na Bukowiec, na Bukowiec !!!
- I tu my wszystkie się na ten Bukowiec się sprowadzili, tu na róg (róg Górnej i Rokicińskiej), do takiego dużego domu, gdzie niejaki Lorentowicz z Brójec był, a my mieszkali w takim długim domu, szwagier mieszkał po środku, dalej była kuchnia i weranda. - ten przydział na Bukowiec to dostała moja mama i szwagier Bolek z siostrą, ja mieszkałam z nimi, miałam dokumenty że zostawiłam na Kresach dużą gospodarkę, ale ich nie pokazywałam.
Mama to miejsce przyjęła, szwagier nie chciał, wyprowadzili się na ulicę Dolną do niejakiego Bomby, był to taki mały domek, teraz nie potrafię powiedzieć dokładniej gdzie..
Ale siostra nie chciała tam mieszkać, warunki byłe złe, więc przeprowadzili się wkrótce do Andrzejowa, za swoje papiery dostali tam mieszkanie, oboje znaleźli pracę, mieszkali długo, obecnie już nie żyją, teraz mieszka tam ich syn Mietek..
Tego domu na skrzyżowaniu już nie ma, obecnie jest tam plac z samochodami...
Mieszkaliśmy do czasu jak mój mąż wrócił z wojny. Mój powiedział, ze dostał przydział na gospodarstwo na Zachodzie, chciał wyjechać z nami.
- ja mu powiedziałam, Janek daj mi spokój, ja tam nigdzie nie jadę, mi tu dobrze, nie będę jechała w nieznane.. Był u nas taki Kowalewski i powiedział do mojego:
- Janek, dla ciebie jest praca.
- mój odpowiedział, ja tam pracy nie będę szukał, jestem rolnikiem, mam co robić..
- my tam wszystko mieli, kaszę jaglaną, tatarczaną, mąkę pszenną, na wiosnę się siało, na jesień się zbierało, do sklepu się chodziło tylko po naftę i sól, chleb się piekło samemu, swój był ser, masło się sobie robiło, świnie hodowało...
Zdjęcie ślubne Reginy i Jana Swędów.
Ciekawiło mnie, jak pani Regina spotkała się w Bukowcu ze swoim mężem, który walczył na froncie??
- Ano, jakoś się znaleźliśmy, pisaliśmy do siebie listy. Pod koniec swojej wojaczki został wysłany na tereny wschodnie przy Ukrainie. Gdy dowiedział się, że stoję na granicy z córką prosił swojego dowódcę, aby pozwolili mu pojechać po nas i szczęśliwie przetransportować z Kruhlik na zachód Polski. Nie wiem jak to się stało ale mojego Janka całkiem zwolnili z wojska, tylko że w terminie późniejszym. Wiedział, że dotarliśmy do Bukowca, tam też dojechał, spotkał kogoś co jechał konnym wozem i spytał:
- Nie widzieliście rodziny z Kresów która ostatnio się tutaj sprowadziła?
- Ano, tam na skrzyżowaniu po prawej stronie mieszkają jacyś zza Buga.
Mój Janek doszedł i zobaczył na podwórku krowy, od razu je rozpoznał, że to nasze!. Także nasza córka była na podwórka, ja w ganku. Zaczęła krzyczeć:
- Mamusiu, mamusi, tu,tu,tu,tu, nie mogła z tego wrażenia powiedzieć słowa tatuś !!!
- Ja patrzę, faktycznie, mój Janek idzie, przywitaliśmy się, zaczął opowiadać jak to mu było w wojsku, jak walczył na wschodzie z banderowcami.
Zapytałem, czy może coś więcej pani Regina powiedzieć o przygodach wojennych swojego męża, niestety czas robi swoje, historie które opowiadał, jej mąż przez lata sąsiadom, znajomym, rodzinie wyleciały z pamięci. Pozostał Medal Wirtuti Militari który otrzymał jej mąż w roku 1944.
- Wrócił do domu z nadłamanym zdrowiem, ranny w nogę, dostał duszności (astma). W tym czasie dołączył do nas mój brat Piotr który był na robotach w niemczech, ten budynek się walił, ciężko było w kupie mieszkać. Przeprowadziliśmy się w trójkę troszkę dalej na ulicy Górnej.
- Mój mąż w dalszym ciągu marzył o wyjeździe na zachód, tyle się nasłuchał od kolegów żołnierzy jaki to jest tam dobrobyt. Ja już nie chciałam, miałam dość tej włóczęgi, przecież mieliśmy dokumenty, zaświadczenia o pozostawionym majątku.Tutaj nam się należało gospodarstwo jako rekompensata za pozostawione mienie nad Bugiem.
- Ten budynek który zajęliśmy był także w fatalnym stanie, ściany były lepione gliną, pomiędzy drewniane belki. W tym niewielki domu mieszkał Niemiec Legler, obok Niemka z dwójką córek. Byli strasznie biedni, ona była krawcową, troszkę dorabiała. Legler chodził gdzieś do Woli Rakowej, często siedział na podwórku z moim i gadali. Ona bidula wiecznie była głodna jak i jej córki, pomagaliśmy im w miarę naszych możliwości także dając sukieneczki i inne odzienie dla jej córek.
- Ja miałam wieprzka, mama świnię i "pognały się", jak my przyjechali tutaj, świnia oprosiła się, miała 12 sztuk maluchów!!. Jak dorosły mama dała mi jedną z nich, taką z 70 kilo. Zabiliśmy ją, dokarmialiśmy tych Niemców nie tylko mięsem, także mlekiem naszych krów, masłem serem. Jakoś żyło się wspólnie bez żadnych uprzedzeń.
- Pewnego razu Legler prosił męża, aby on odwiózł wozem tę Niemkę z córkami na zachodnią granicę. Janek się nie zgodził, to był niepewny czas, sam chory, było za duże ryzyko...
cdn...
- tu taki Kłys był, on był agronomem, zapoznał się z moim szwagrem, on już nie żyje.
- powiedział, jedźcie na Bukowiec, na Bukowiec !!!
- I tu my wszystkie się na ten Bukowiec się sprowadzili, tu na róg (róg Górnej i Rokicińskiej), do takiego dużego domu, gdzie niejaki Lorentowicz z Brójec był, a my mieszkali w takim długim domu, szwagier mieszkał po środku, dalej była kuchnia i weranda. - ten przydział na Bukowiec to dostała moja mama i szwagier Bolek z siostrą, ja mieszkałam z nimi, miałam dokumenty że zostawiłam na Kresach dużą gospodarkę, ale ich nie pokazywałam.
Mama to miejsce przyjęła, szwagier nie chciał, wyprowadzili się na ulicę Dolną do niejakiego Bomby, był to taki mały domek, teraz nie potrafię powiedzieć dokładniej gdzie..
Ale siostra nie chciała tam mieszkać, warunki byłe złe, więc przeprowadzili się wkrótce do Andrzejowa, za swoje papiery dostali tam mieszkanie, oboje znaleźli pracę, mieszkali długo, obecnie już nie żyją, teraz mieszka tam ich syn Mietek..
Tego domu na skrzyżowaniu już nie ma, obecnie jest tam plac z samochodami...
Mieszkaliśmy do czasu jak mój mąż wrócił z wojny. Mój powiedział, ze dostał przydział na gospodarstwo na Zachodzie, chciał wyjechać z nami.
- ja mu powiedziałam, Janek daj mi spokój, ja tam nigdzie nie jadę, mi tu dobrze, nie będę jechała w nieznane.. Był u nas taki Kowalewski i powiedział do mojego:
- Janek, dla ciebie jest praca.
- mój odpowiedział, ja tam pracy nie będę szukał, jestem rolnikiem, mam co robić..
- my tam wszystko mieli, kaszę jaglaną, tatarczaną, mąkę pszenną, na wiosnę się siało, na jesień się zbierało, do sklepu się chodziło tylko po naftę i sól, chleb się piekło samemu, swój był ser, masło się sobie robiło, świnie hodowało...
Zdjęcie ślubne Reginy i Jana Swędów.
Ciekawiło mnie, jak pani Regina spotkała się w Bukowcu ze swoim mężem, który walczył na froncie??
- Ano, jakoś się znaleźliśmy, pisaliśmy do siebie listy. Pod koniec swojej wojaczki został wysłany na tereny wschodnie przy Ukrainie. Gdy dowiedział się, że stoję na granicy z córką prosił swojego dowódcę, aby pozwolili mu pojechać po nas i szczęśliwie przetransportować z Kruhlik na zachód Polski. Nie wiem jak to się stało ale mojego Janka całkiem zwolnili z wojska, tylko że w terminie późniejszym. Wiedział, że dotarliśmy do Bukowca, tam też dojechał, spotkał kogoś co jechał konnym wozem i spytał:
- Nie widzieliście rodziny z Kresów która ostatnio się tutaj sprowadziła?
- Ano, tam na skrzyżowaniu po prawej stronie mieszkają jacyś zza Buga.
Mój Janek doszedł i zobaczył na podwórku krowy, od razu je rozpoznał, że to nasze!. Także nasza córka była na podwórka, ja w ganku. Zaczęła krzyczeć:
- Mamusiu, mamusi, tu,tu,tu,tu, nie mogła z tego wrażenia powiedzieć słowa tatuś !!!
- Ja patrzę, faktycznie, mój Janek idzie, przywitaliśmy się, zaczął opowiadać jak to mu było w wojsku, jak walczył na wschodzie z banderowcami.
Zapytałem, czy może coś więcej pani Regina powiedzieć o przygodach wojennych swojego męża, niestety czas robi swoje, historie które opowiadał, jej mąż przez lata sąsiadom, znajomym, rodzinie wyleciały z pamięci. Pozostał Medal Wirtuti Militari który otrzymał jej mąż w roku 1944.
- Wrócił do domu z nadłamanym zdrowiem, ranny w nogę, dostał duszności (astma). W tym czasie dołączył do nas mój brat Piotr który był na robotach w niemczech, ten budynek się walił, ciężko było w kupie mieszkać. Przeprowadziliśmy się w trójkę troszkę dalej na ulicy Górnej.
- Mój mąż w dalszym ciągu marzył o wyjeździe na zachód, tyle się nasłuchał od kolegów żołnierzy jaki to jest tam dobrobyt. Ja już nie chciałam, miałam dość tej włóczęgi, przecież mieliśmy dokumenty, zaświadczenia o pozostawionym majątku.Tutaj nam się należało gospodarstwo jako rekompensata za pozostawione mienie nad Bugiem.
- Ten budynek który zajęliśmy był także w fatalnym stanie, ściany były lepione gliną, pomiędzy drewniane belki. W tym niewielki domu mieszkał Niemiec Legler, obok Niemka z dwójką córek. Byli strasznie biedni, ona była krawcową, troszkę dorabiała. Legler chodził gdzieś do Woli Rakowej, często siedział na podwórku z moim i gadali. Ona bidula wiecznie była głodna jak i jej córki, pomagaliśmy im w miarę naszych możliwości także dając sukieneczki i inne odzienie dla jej córek.
- Ja miałam wieprzka, mama świnię i "pognały się", jak my przyjechali tutaj, świnia oprosiła się, miała 12 sztuk maluchów!!. Jak dorosły mama dała mi jedną z nich, taką z 70 kilo. Zabiliśmy ją, dokarmialiśmy tych Niemców nie tylko mięsem, także mlekiem naszych krów, masłem serem. Jakoś żyło się wspólnie bez żadnych uprzedzeń.
- Pewnego razu Legler prosił męża, aby on odwiózł wozem tę Niemkę z córkami na zachodnią granicę. Janek się nie zgodził, to był niepewny czas, sam chory, było za duże ryzyko...
cdn...
wtorek, 6 października 2015
Regina Swęda - Tkaczuk - Bukowiec - Kresy - Krynki - Kruhliki - Andrzejów - cz.2
W części pierwszej, w zakończeniu napisałem o przyjeździe do Andrzejowa. Chcę wrócić troszkę do momentu wyjazdu z Białegostoku. Pani Regina ze swoją 6-cio letnią córeczką Jadzią, zajęła jeden wielu bydlęcych wagonów kolejowych. W następnych wagonach jechali : mama, siostra ze szwagrem i teściowie Józefa i Stanisław Swędowie. Obecnie pani Regina nie jest w stanie powiedzieć, ile trwała ta podróż. Rzeczą bardzo ważną był obraz z figurą Matki Bożej, który zakupił jej tata przed 80 laty w Brześciu nad Bugiem. Pilnowała go przez całą drogę z Kruhlik do samego Bukowca, przetrwał, nie potłukła się szyba, był na wozie, saniach, łodzi, promie, w pociągu. Obecnie wisi nad łóżkiem pani Reginy, modli się żarliwie do niego, jest jej talizmanem.
Tak jak na filmie "Sami swoi" Pawlak wypowiedział pamiętne słowa:
- Szarpnęło, gwizdnęło i się potoczyło...."
Takie same wagony, taki sam klimat, nie było co prawda Mućki Karguli na polu, nie było krzyku:
- Tatko, nasi są, nasi !!
- Nasi ?,ehe.., toż to zwykłe bydło..
- Oj mówię wam tato, ze swoi !
- Toż ty z tym wszystkim zdurniał, krowa jak krowa...
- Na całym świecie takiej nie ma, tylko w Krużewnikach, przecie to Mućka !!!
......................................................
- To znaczy, znaleźli my swoje miejsce..
- Staj, odczepiamy, staj, odczepiamy !!!
W tym przypadku był to Andrzejów koło Łodzi.. Ktoś powiedział, że dość tej tułaczki, dalej nie jadą.
Wagony odczepiono na stacji, obcy teren, nieznani ludzie, co począć?
Przespali się na dworcu, zaproponowano im opuszczone poniemieckie gospodarstwo z dwiema oborami, zniszczonym budynkiem...
Nie zdecydowali się na pozostanie, mieli zaświadczenia, że zostawili na Kresach piękne gospodarki, murowane budynki, obory, duże stodoły, urodzajną ziemię ... Ktoś wspomniał o Wiśniowej Górze, pojechali do wypoczynkowego kurortu, kątem przemieszkali ok. 3 miesięcy, to nie było to miejsce na świecie, gdzie chcieli spędzić resztę życia... Ckniły się ziemie w Kruhlikach, szły plotki, że sowieci cofną granice, pozwolą wrócić zaburzanom na swoje gospodarki... Nadzieja była matką głupich..., ale o tym w następnej części.
Tak jak na filmie "Sami swoi" Pawlak wypowiedział pamiętne słowa:
- Szarpnęło, gwizdnęło i się potoczyło...."
Takie same wagony, taki sam klimat, nie było co prawda Mućki Karguli na polu, nie było krzyku:
- Tatko, nasi są, nasi !!
- Nasi ?,ehe.., toż to zwykłe bydło..
- Oj mówię wam tato, ze swoi !
- Toż ty z tym wszystkim zdurniał, krowa jak krowa...
- Na całym świecie takiej nie ma, tylko w Krużewnikach, przecie to Mućka !!!
......................................................
- To znaczy, znaleźli my swoje miejsce..
- Staj, odczepiamy, staj, odczepiamy !!!
W tym przypadku był to Andrzejów koło Łodzi.. Ktoś powiedział, że dość tej tułaczki, dalej nie jadą.
Wagony odczepiono na stacji, obcy teren, nieznani ludzie, co począć?
Przespali się na dworcu, zaproponowano im opuszczone poniemieckie gospodarstwo z dwiema oborami, zniszczonym budynkiem...
| Pamiątka 1 Komunii Świętej, także przetrwała zawieruchę przesiedleńczą ! - 1928 rok. |
Nie zdecydowali się na pozostanie, mieli zaświadczenia, że zostawili na Kresach piękne gospodarki, murowane budynki, obory, duże stodoły, urodzajną ziemię ... Ktoś wspomniał o Wiśniowej Górze, pojechali do wypoczynkowego kurortu, kątem przemieszkali ok. 3 miesięcy, to nie było to miejsce na świecie, gdzie chcieli spędzić resztę życia... Ckniły się ziemie w Kruhlikach, szły plotki, że sowieci cofną granice, pozwolą wrócić zaburzanom na swoje gospodarki... Nadzieja była matką głupich..., ale o tym w następnej części.
Bukowiec - Wycieczka szkolna - ok. 1948-50
Niezwykle ciekawe zdjęcie przedstawiające uczniów i nauczyciela Szkoły Podstawowej w Bukowcu. Z tyły ręcznie: wycieczka szkolna. Zdjęcie najprawdopodobniej zrobione w okolicach naszej wsi lub okolic. Czy ktoś rozpozna nauczyciela, lub małych bohaterów tamtych czasów ?
poniedziałek, 5 października 2015
Regina Swęda - Tkaczuk - Bukowiec - Kresy - Krynki - Kruhliki - cz.1
Regina Swęda, najstarsza mieszkanka Bukowca, kończy w dniu 4 listopada 2015 roku 96 lat !!! Urodzona w Krynkach 4 listopada1919 roku, w rolniczej rodzinie Władysława i Wacławy Tkaczuków. Rodzeństwo pani Reginy: siostra Felicja (mieszkała w Andrespolu) i brat Piotr. Ojciec Władysław pochodził z okolic Lublina.
Rodzice zakupili ok. 30 mórg dobrej ziemi w Kruhlikach, ziemia na początku XX wieku, na Kresach była bardzo tania. Typowo rolnicza rodzina zajmująca się hodowlą świń i gęsi. Utuczone świnie ojciec pani Reginy zawoził i sprzedawał w Bielsku Podlaskim, gęsi były sprzedawane w Brześciu nad Bugiem.
Tamte czasy wspomina pani Regina z rozrzewnieniem, to był bardzo dobry czas, przyjaźni sąsiedzi, urodzajne gleby. Szczęśliwie wyszła za maż w roku 1938 za Jana Swęde (ur. 1912 roku), rok później przyszła na świat córka. Mąż był także rolnikiem, ale miał talent do wszystkiego: stolarki, ciesielki. Budował drewniane domy w Kruhlikach i okolicach.
Ten spokojny, szczęśliwy i pracowity czas skończył się z początkiem września 1939 roku. Tak pani Regina wspomina to wydarzenie:
- spaliśmy głębokim snem, obudziły nas straszne grzmoty, myśleliśmy że to burza, przed dom wyszedł tata, wrócił natychmiast krzycząc, wojna, wojna !!!
- Schowaliśmy się wszyscy do głębokiej piwnicy, chcąc przeczekać najgorsze. Wychodząc rano na zewnątrz zobaczyliśmy pełno niemieckich żołnierzy. Wrzeszcząc do mieszkańców "Wieder zu Hause !"
To był bardzo zły i ciężki czas, Niemcy poszli dalej, przyszli Rosjanie, zaczęły się wywózki na Seber (takiego zwrotu używa pani Regina, dot. Syberii). Wszyscy mieszkańcy, którzy zajmowali stanowiska w administracji czy samorządach, także ci, którzy mieli pokończone szkoły zostali w szybkim czasie wywiezieni ze swoimi rodzinami na Syberię. Rodzinę pani Reginy ten los na szczęście ominął, być może dlatego, że w międzyczasie jej mąż Jan został wcielony do wojska. Pani Regina wielokrotnie miała problemy z władzami sowieckimi, jednak zdecydowane jej słowa, że mąż walczy na wojnie, pozwalały przetrwać. Jednak w roku 1944 postanowiono, że tereny Kresów Wschodnich przejdą we władanie państwa sowieckiego i wszyscy obywatele polscy muszą natychmiast opuścić swoje domostwa.
Pani Regina sama ze swoją pięcioletnia córeczką zorganizowała podwodę składającą się z pięciu wozów wraz koni. Na pierwszym jej wozie znalazło się miejsce dla dwóch świń, dwóch owiec, pościeli, obrazu z figurką Matki Boskiej oraz jej córeczki. Na pozostałych znajdowały się najpotrzebniejsze sprzęty domowe, karma dla zwierząt, ziarno, ziemniaki, mąka itp. Tabor dojechał do brzegów Bugu, tam zrzucono wszystko na jedną kupę i zostawiono panią Reginę i jej córeczkę samą... Jednak szczęśliwie, dzięki woli dobrych ludzi udało się łodziami i promem łączącym oba brzegi Bugu przewieźć wszystko na tereny polski. Pani Regina w tej chwili nie pamięta na jakiej stacji kolejowej udało się załadować cały jej dobytek do wagonów kolejowych. Najprawdopodobniej był to Białystok, szła w każdym bądź razie piechotą ponad 30 kilometrów ! Kierunek był jeden, na ZACHÓD, tereny wyzwolone. W innych wagonach kolejowych byli także członkowie jej rodziny i znajomi, m.in. siostra Felicja z mężem. Przez długi czas jechali w nieznanym im kierunku, aż dojechali do Andrzejowa. tam podjęli decyzję, nie jedziemy dalej, niech się dzieje co chce. Pierwszym przystankiem dla wszystkich była Wiśniowa Góra. Mieszkali tam jakichś czas, aż przeprowadzili się do Bukowca, ale o tym już w następnym odcinku.
Rodzice zakupili ok. 30 mórg dobrej ziemi w Kruhlikach, ziemia na początku XX wieku, na Kresach była bardzo tania. Typowo rolnicza rodzina zajmująca się hodowlą świń i gęsi. Utuczone świnie ojciec pani Reginy zawoził i sprzedawał w Bielsku Podlaskim, gęsi były sprzedawane w Brześciu nad Bugiem.
Tamte czasy wspomina pani Regina z rozrzewnieniem, to był bardzo dobry czas, przyjaźni sąsiedzi, urodzajne gleby. Szczęśliwie wyszła za maż w roku 1938 za Jana Swęde (ur. 1912 roku), rok później przyszła na świat córka. Mąż był także rolnikiem, ale miał talent do wszystkiego: stolarki, ciesielki. Budował drewniane domy w Kruhlikach i okolicach.
![]() | |||||
| Jan Swęda ( po środku) podczas budowy domu.- ok.1935 |
- spaliśmy głębokim snem, obudziły nas straszne grzmoty, myśleliśmy że to burza, przed dom wyszedł tata, wrócił natychmiast krzycząc, wojna, wojna !!!
- Schowaliśmy się wszyscy do głębokiej piwnicy, chcąc przeczekać najgorsze. Wychodząc rano na zewnątrz zobaczyliśmy pełno niemieckich żołnierzy. Wrzeszcząc do mieszkańców "Wieder zu Hause !"
To był bardzo zły i ciężki czas, Niemcy poszli dalej, przyszli Rosjanie, zaczęły się wywózki na Seber (takiego zwrotu używa pani Regina, dot. Syberii). Wszyscy mieszkańcy, którzy zajmowali stanowiska w administracji czy samorządach, także ci, którzy mieli pokończone szkoły zostali w szybkim czasie wywiezieni ze swoimi rodzinami na Syberię. Rodzinę pani Reginy ten los na szczęście ominął, być może dlatego, że w międzyczasie jej mąż Jan został wcielony do wojska. Pani Regina wielokrotnie miała problemy z władzami sowieckimi, jednak zdecydowane jej słowa, że mąż walczy na wojnie, pozwalały przetrwać. Jednak w roku 1944 postanowiono, że tereny Kresów Wschodnich przejdą we władanie państwa sowieckiego i wszyscy obywatele polscy muszą natychmiast opuścić swoje domostwa.
![]() |
| Kruhliki - pani Regina pierwsza z lewej ze swoimi sąsiadkami. |
Pani Regina sama ze swoją pięcioletnia córeczką zorganizowała podwodę składającą się z pięciu wozów wraz koni. Na pierwszym jej wozie znalazło się miejsce dla dwóch świń, dwóch owiec, pościeli, obrazu z figurką Matki Boskiej oraz jej córeczki. Na pozostałych znajdowały się najpotrzebniejsze sprzęty domowe, karma dla zwierząt, ziarno, ziemniaki, mąka itp. Tabor dojechał do brzegów Bugu, tam zrzucono wszystko na jedną kupę i zostawiono panią Reginę i jej córeczkę samą... Jednak szczęśliwie, dzięki woli dobrych ludzi udało się łodziami i promem łączącym oba brzegi Bugu przewieźć wszystko na tereny polski. Pani Regina w tej chwili nie pamięta na jakiej stacji kolejowej udało się załadować cały jej dobytek do wagonów kolejowych. Najprawdopodobniej był to Białystok, szła w każdym bądź razie piechotą ponad 30 kilometrów ! Kierunek był jeden, na ZACHÓD, tereny wyzwolone. W innych wagonach kolejowych byli także członkowie jej rodziny i znajomi, m.in. siostra Felicja z mężem. Przez długi czas jechali w nieznanym im kierunku, aż dojechali do Andrzejowa. tam podjęli decyzję, nie jedziemy dalej, niech się dzieje co chce. Pierwszym przystankiem dla wszystkich była Wiśniowa Góra. Mieszkali tam jakichś czas, aż przeprowadzili się do Bukowca, ale o tym już w następnym odcinku.
niedziela, 4 października 2015
Bukowiec - Szkoła Podstawowa - 1953
Zdjęcie które otrzymałem od pani Reginy Swędy pochodzi z roku 1953. Rozpoznane osoby: Nauczyciel Kęsiak i p. Helena Turek (dolny rząd, druga z prawej strony).
Zrobione w klasie, w istniejącym do dzisiaj budynku przy ul.Dolnej (tam gdzie stał kościół ewangelicki).
Czekam na informacje. Mój adres: Borowa1914@interia.pl
Pani Helena Turek rozpoznała prawie wszystkie postacie:
Górny rząd, od lewej:
Czesiek Bojanowski ?, Siuto, Samiec Janek, Swęda Jadzia, nieznana osoba, Niewiadomy, Klepacz Krysia, Wychowawczyni klasy- brak nazwiska, Berent Tadeusz, Flakiewicz Józefa (Cholasia),
Dolny rząd, od lewej:
Popek Czesław, Garnysz Serafina, Nauczyciel Kęsiak, Stawiany Janek, Niewiadoma Janka, Helena Soszka - Turek, brak nazwiska.
Otrzymałem następne zdjęcie, część uczniów jest na obu fotografiach.
Górny rząd, od lewej:
Samiec Janek, 3 następne nazwiska nieznane, Popek Czesław, Niewiadomy,
Rząd środkowy, od lewej:
Cholaśka, Swęda jadzia, Nauczycielka, Niewiadoma Janina, Garnysz Serafina,
Rząd dolny, od lewej:
Nazwisko nieznane, Siuto
Zrobione w klasie, w istniejącym do dzisiaj budynku przy ul.Dolnej (tam gdzie stał kościół ewangelicki).
Czekam na informacje. Mój adres: Borowa1914@interia.pl
Pani Helena Turek rozpoznała prawie wszystkie postacie:
Górny rząd, od lewej:
Czesiek Bojanowski ?, Siuto, Samiec Janek, Swęda Jadzia, nieznana osoba, Niewiadomy, Klepacz Krysia, Wychowawczyni klasy- brak nazwiska, Berent Tadeusz, Flakiewicz Józefa (Cholasia),
Dolny rząd, od lewej:
Popek Czesław, Garnysz Serafina, Nauczyciel Kęsiak, Stawiany Janek, Niewiadoma Janka, Helena Soszka - Turek, brak nazwiska.
Otrzymałem następne zdjęcie, część uczniów jest na obu fotografiach.
Górny rząd, od lewej:
Samiec Janek, 3 następne nazwiska nieznane, Popek Czesław, Niewiadomy,
Rząd środkowy, od lewej:
Cholaśka, Swęda jadzia, Nauczycielka, Niewiadoma Janina, Garnysz Serafina,
Rząd dolny, od lewej:
Nazwisko nieznane, Siuto
Bukowiec - Ochotnicza Straż Pożarna - Mieszkańcy - Festyn - lata 60
Zamieszczam zdjęcie zrobione w latach 60 ubiegłego wieku. Przedstawia grupę mieszkańców i strażaków z Bukowca. Czy ktoś rozpozna znajdujące się na tym zdjęciu osoby?. Interesują mnie podobne zdjęcia, z chęcią zamieszczę na moim blogu.
Zdjęcie ze zbiorów prywatnych pani Reginy Swędy.
Niedziela, owocny dzień, dzięki mieszkańcom Bukowca z ul. Górnej: Kazimierzowi Banachowi, Helenie Turek i jej synowi, "odżyło" 10 osób z tej fotografii.
Dzięki Paniom Teresie i Marzenie Zarzyckim dodaję dwa nazwiska strażaków: Tadeusza Kozłowskiego i Antoniego Ciepluchę, dziękuję !!
1. Przywara Jan (ojciec p. Ślepeckiej)
2. Swęda Jan (mąż Reginy Swędy)
8. Turek Władysław
10. Comporek Wacław
11. Pach Eugeniusz
12. Cieplucha Antoni
14. Kozłowski Kazimierz (żyje i ma się dobrze !!!)
16. Kupka Kazimierz
18. Waścikowska Helena
19. Turek Rozalia
36. Boczek Edward (Komendant Straży)
37. Sójka Władysław.
Nastąpiły zmiany po wiadomości jaką dzisiaj otrzymałem na Fb, od Pani Karoliny Mikinki. Serdecznie jej dziękuje, jak i innym którzy pomagali rozwiązaniu tajemnicy tego zdjęcia:
Obecnie z 40 postaci na zdjęciu, "ożyły" 33, serdecznie dziękuję wszystkim.
Obecnie zamieszczam nowe zdjęcie z tego samego Festymu:
Zdjęcie ze zbiorów prywatnych pani Reginy Swędy.
Niedziela, owocny dzień, dzięki mieszkańcom Bukowca z ul. Górnej: Kazimierzowi Banachowi, Helenie Turek i jej synowi, "odżyło" 10 osób z tej fotografii.
Dzięki Paniom Teresie i Marzenie Zarzyckim dodaję dwa nazwiska strażaków: Tadeusza Kozłowskiego i Antoniego Ciepluchę, dziękuję !!
1. Przywara Jan (ojciec p. Ślepeckiej)
2. Swęda Jan (mąż Reginy Swędy)
8. Turek Władysław
10. Comporek Wacław
11. Pach Eugeniusz
12. Cieplucha Antoni
14. Kozłowski Kazimierz (żyje i ma się dobrze !!!)
16. Kupka Kazimierz
18. Waścikowska Helena
19. Turek Rozalia
36. Boczek Edward (Komendant Straży)
37. Sójka Władysław.
Nastąpiły zmiany po wiadomości jaką dzisiaj otrzymałem na Fb, od Pani Karoliny Mikinki. Serdecznie jej dziękuje, jak i innym którzy pomagali rozwiązaniu tajemnicy tego zdjęcia:
Witam,
według mojej mamy Teresy Mikinki, z domu Sójka i konsultacji z sąsiadem
Tadeuszem Świderkiem osoby na zdjęciach wg Pańskiej numeracji na blogu
: 1- Przywara Jan, 3-Bogdan Czesław, 6-Pietrzko Jan, 7-Turek Antoni,
8-Cieplucha Stefan zamiast zapisanego
Turka Władysława, 9-Rewicz Kazimierz, 10-Klepacz Edward zamiast
zapisanego Comporka Wacława, 11-Pach Eugeniusz, 12-Cieplucha Antoni,
13-Pawlak Jan, 14-Kozłowski Tadeusz, pomiędzy nr 14 i 15 bez numeru
stoi Waścikowski Stefan, 15-Turek Władysław, 16-Kupka Kazimierz,
17-Kupka Anna, 18-Waścikowska Helena, pomiędzy nr 18 i 19 widać Annę
Turek, 19-Turek Rozalia, 20-Pawlak Janina, 22-Pani Michalak, 23-Kępka
Teresa, 24-Klepacz Teresa, 25-Klepacz Wiesława, 26-Klepacz Halina,
27-Turek Waleria (Wala), 28-Kupka Jerzy, 29-Pawlak Irena, 34-Michalak
Zofia, 35-brat mojej mamy Sójka Stefan, 36-Boczek Edward, 37- mój
dziadek Sójka Władysław, obok nr 35 ze spuszczoną głową siedzi
Michałus Stanisław. Pominiętych osób nie jestesmy w stanie
rozpoznać....
Obecnie z 40 postaci na zdjęciu, "ożyły" 33, serdecznie dziękuję wszystkim.
Obecnie zamieszczam nowe zdjęcie z tego samego Festymu:
Regina Swęda - Tkaczuk - Bukowiec - Kresy - 96 lat !
Miałem przyjemność odwiedzić i przeprowadzić rozmowę z najstarszą bukowianką, panią Reginą Swędą, urodzoną 4 listopada 1919 roku. Urodziła się w Krynkach przy granicy z Białorusią- " Krynki (biał. Крынкі) – miasto na Wysoczyźnie Białostockiej, nad Krynką, w województwie podlaskim, w powiecie sokólskim, siedziba gminy Krynki."1*
Osoba pełna energii, mieszkająca samotnie w domu w Bukowcu przy ul. Górnej .
Postaram się w kilku odcinkach przedstawić niezwykle interesującą historię z życia rodziny Swędów. Pani Regina szczególnie emocjonuje się wspominając wybuch 2 Wojny Światowej, aneksję terenów na których mieszkała z rodziną przez wojska sowieckie po 19 września 1939 roku. Jej gehennę i wyjazd w nieznane w bydlęcych wagonach na zachód Polski w 1945 roku. Temat poruszający, z pewnością zainteresuje wielu czytelników, zapraszam.
1* - https://pl.wikipedia.org/wiki/Krynki
![]() |
| Zdjęcie wykonane w Krynkach w roku 1937, pani Regina na dole po prawej stronie z koleżankami. |
Osoba pełna energii, mieszkająca samotnie w domu w Bukowcu przy ul. Górnej .
Postaram się w kilku odcinkach przedstawić niezwykle interesującą historię z życia rodziny Swędów. Pani Regina szczególnie emocjonuje się wspominając wybuch 2 Wojny Światowej, aneksję terenów na których mieszkała z rodziną przez wojska sowieckie po 19 września 1939 roku. Jej gehennę i wyjazd w nieznane w bydlęcych wagonach na zachód Polski w 1945 roku. Temat poruszający, z pewnością zainteresuje wielu czytelników, zapraszam.
1* - https://pl.wikipedia.org/wiki/Krynki
środa, 30 września 2015
Ostatni lot Heinkla 59D na Helem.
Ostatni lot Heinkla 59D na Helem.
Historią tą zainteresowałem się, ponieważ kilka lat temu na bazarze w Hannoverze kupiłem oryginalny nekrolog dotyczący Clausa Münschera. W związku z tym, że posiadam go, chciałbym przekazać te dokumenty do Muzeum na Helu ponieważ związane są one z dramatycznymi wydarzeniami we wrześniu 1939 roku, rozgrywającymi się tam. Mam nadzieje, że powiększą one niewielkie zbiory ocalałe z wojennej pożogi.
Claus Münscher urodził się 10.03.1915 roku we Frankfurcie nad Menem w rodzinie dyrektora szkoły handlowej (ojciec Handelschuldirektor Dr. H. Münscher). Był jednym z dwójki rodzeństwa (siostra Gretel). W momencie wybuchu II wojny światowej miał 24 lata i był Podporucznikiem marynarki Leutnantem zur See w Marynarce Wojennej (Kriegsmarine).
Ataki Luftwaffe na półwysep Hel - 06.09.1939.
„Zgodnie z planem pierwsze ataki lotnictwa operacyjnego winny rozbić polskie lotnictwo morskie. Dla realizacji tego zadania zaplanowano naloty na morskie lotnisko w Pucku oraz na porty pomocnicze Jastarnia i Hel, jak również na lotniska lądowe w Rumi i Janowie. Kolejnym zadaniem stawianym niemieckim lotnikom było zaatakowanie portów wojennych w Gdyni i na Helu. W tym przypadku zwracano szczególną uwagę na wyeliminowanie w pierwszej kolejności bazujących w porcie okrętów podwodnych oraz w dalszej kolejności jednostek nawodnych.”
„W pierwszym dniu wojny Niemcy przeprowadzili cztery naloty na pozycje polskie w Pucku, Gdyni, na Helu i wodach Zatoki Gdanskiej”
„Drugi dzień wojny nie był tak pracowity dla niemieckich lotników jak piątek 1 września, gdyż samoloty wykonały jedynie trzy naloty.”
„Niedziela 3 września okazała się ostatnim dniem tak ciężkich bombardowań w całej kampanii. Przyczyną takiego stanu rzeczy było zatopienie obu największych jednostek PMW”
„Wraz z zatopieniem Wichra i Gryfa, zakończyła się pierwsza faza walk powietrznych nad wybrzeżem. Niemcy wyeliminowali dwie największe i najsilniejsze jednostki polskiej floty, wobec czego wycofali z obszaru walk przeważającą część swoich bombowców, pozostawiając nad wybrzeżem jedynie eskadrę 4.(St)/186(T).”
„Obronę portu helskiego, jak i całego półwyspu, miał zapewnić 2 MDAPl. składający się z 3 baterii stałych po 2 działa 75 mm wz. 22/24 oraz 4 dwudziałowych plutonów nowoczesnych 40 mm dział Boforsa wz. 36 oraz otrzymanych w czasie mobilizacji 25 sierpnia 2 pojedynczych dział wz. 38 (pierwotnie przeznaczonych dla budujących się w Anglii polskich ścigaczy), jak również 7 nkm
Hotchkissa 13,2 mm oraz 20 ckm Maxim wz. 08/15. Dowódcą baterii był kpt. mar. Marian Bolesław Wojcieszek dowodzący 28 oficerami oraz 596 podoficerami i szeregowymi.”
„Natomiast baterie dział 40 mm były ruchome, przez co sprawiały znacznie więcej problemów Niemcom, którzy mieli kłopoty ze zlokalizowaniem poszczególnych dział.”
„Przeciw szczupłym polskim siłom Niemcy wystawili łącznie blisko 400 samolotów (zob. tabela s. 22). Należy jednak podkreślić, iż jedynie niewielka ich część działała przez dłuższy czas nad wybrzeżem. Już 2 września przebazowano ciężkie myśliwce Bf 110 oraz bombowce He 111. Największy exodus odbył się 3 września, gdy odwołano aż 110 stukasów oraz 65 myśliwców Bf 109. Z samolotów bojowych do końca kampanii operowało jedynie 12 Ju 87 i 3 Bf 109 z Trägergruppe 186 oraz część wodnosamolotów.”
Niemiecki samolot zaprojektowany w 1930, pełniący funkcję zarówno bombowca torpedowego, jak i rozpoznawczą, mający możliwość lądowania na lądzie przy zastosowaniu standardowego podwozia kołowego i na wodzie przy użyciu pływaków
Loty bojowe podporucznika Münschera.
Działania jednostki Münschera (3.(M)/Kü.Fl.Gr. 506) od 04 do 06.09.1939.
„Przez cały okres od zatopienia największych okrętów polskiej floty (3 września) do rozpoczęcia natarcia na pozycje polskie na Kępie Oksywskiej (11 września) niemieckie lotnictwo bombowe nie przeprowadzało żadnych nalotów. Nad wybrzeżem latały jedynie wodnosamoloty oraz samoloty rozpoznawcze poszukujące polskich okrętów podwodnych oraz przeprowadzające rozpoznanie polskich pozycji, czasami zrzucając bomby mniejszego wagomiaru.”
„Jednak polskie okręty podwodne były nieustanie tropione przez niemieckie wodnosamoloty. Rankiem 4 września nieprzyjacielskie maszyny ponownie dały się we znaki załodze Rysia. Tym razem polowanie na polski okręt podwodny rozpoczęło o godz. 5.45, kiedy niezauważony samolot zrzucił trzy bomby na zanurzony okręt. Dowódca okrętu kmdr ppor. Aleksander Grochowski próbował zmylić pogoń za pomocą zwiększenia głębokości oraz zmiany prędkości i kursu. Jednak ropa wyciekająca z nieszczelnych zbiorników zdradzała miejsce przebywania okrętu. Dlatego też następne bombardowania miały miejsce o godz. 5.55 oraz 6.05, gdy ponownie na okręt spadło 16 bomb. Wobec tego kmdr ppor. Grochowski wbrew rozkazom zdecydował się wycofać z rejonu dozorowania i wpłynąć do portu wojennego Hel, by usunąć uszkodzenia, a zwłaszcza naprawić nieszczelne zbiorniki. Ponieważ jednak okręt nie otrzymał zgody na wejście do portu, Ryś położył się na dnie na głębokości 37 metrów obok latarni Jastarnia. Tam też został odkryty przez dwa niemieckie wodnosamoloty, które o godz. 16.30 zrzuciły na okręt kolejne 8 bomb, które były dość celne, gdyż odłamki bomb opadły na pokład, na szczęście nie wyrządzając żadnych szkód.92
Bombardowania nad Helem ponowiono dopiero w nocy z 4 na 5 września, gdy niemieckie wodnosamoloty przeprowadziły naloty pojedynczymi samolotami, zrzucając bomby zapalające, które jak się później okazało w 80% były niewybuchami. 93 Następnej nocy podobne naloty powtórzyły się.”
Istnieje możliwość, że wcześniej wodnolot Leuntnanta, tropił polski okręt podwodny Ryś i rankiem 4 września nieznany samolot zrzucił 3 bomby na zanurzonego Rysia. Lekko uszkodzony okręt szukał pomocy chcąc wpłynąc do portu wojennego Hel, niestety nie otrzymał na to zgody, więc przyczaił się na dnie niedaleko latarni Jastarnia. Tam wypatrzyły go 2 wodnoloty i zbombardowały, na szczęście niezbyt skutecznie.
Ostatni Lot
Tutaj właściwe infomacje o locie + scan Sterbeurkunde
„Rankiem 6 września o godz. 4.20 trzy pojedyncze samoloty nadleciały z zachodu i z wysokości 1000 metrów zaatakowały stanowisko plutonu baterii półstałej III/24 (2 MDAPl.). Jeden z nich został trafiony pociskiem 40 mm, lecz nim spadł do morza zdążył wyrzucić swoje bomby które spadły w pobliżu stanowiska plutonu. Wybuch bomb zabił 3 marynarzy (byli to: mar. Leon Bizewski, mar. Antoni Faust oraz mar. Wiktor Hebel) i ciężko raniły dalszych pięciu oraz poważnie uszkodził jedno z dział.95 Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż kpt. Wojcieszek umiejscawia to wydarzenie pod datą 7 września, jednak relacje innych świadków tego ataku jednoznacznie wskazują jako właściwą datę 6 września.96 Jest jeszcze jeden – bardzo przekonywujący – dowód świadczący o tym, iż nalot miał miejsce 6 września. Otóż zgodnie z raportami dowództwa Luftwaffe (Oberkommando der Luftwaffe) rankiem 6 września między godz. 4 a 4.20 został zestrzelony przez artylerię przeciwlotniczą He 59D (M7+XL, Nr 2000), który rozbił się 200 m na południe od portu wojennego Hel. Cała załoga w składzie Lt.z.See Münscher, Uffz. Karl Bäcker, Uffz. Fuchs oraz Uffz. Mux poniosła śmierć na miejscu.97
Jeszcze tego samego dnia wieczorem około godz. 21 nad cyplem wzdłuż półwyspu przeleciał na małej wysokości wodnosamolot z zapalonymi światłami pozycyjnymi, kierując się z zachodu na wschód. Z chwilą, gdy maszyna znalazła się nad stanowiskiem 21/2 MDAPl., została ostrzelana z karabinu maszynowego przez dowódcę baterii kpt. Dziubińskiego. Serie pocisków były trafne, gdyż po chwili zamilkły silniki i samolot runął do morza na wschód od cypla. Wysłany motorówką patrol przywiózł wyłowiony z wody niezbędnik z blachy cynkowej, zawierający butelkę koniaku, dwie paczki papierosów oraz notes ze współrzędnymi, jak również skórzaną rękawicę, oderwany od kombinezonu kołnierz futrzany oraz fragment skrzydła z numerem ewidencyjnym.98 Choć „dowody rzeczowe” niezbicie świadczą o zestrzeleniu nieprzyjacielskiego samolotu nie jest pewne, czy dotyczą one samolotu zestrzelonego o poranku, czy też całkiem innej maszyny zniszczonej wieczorem. Niemieckie materiały źródłowe nie potwierdzają zniszczenia żadnego wodnosamolotu nocą 6 września. Istnieje zatem prawdopodobieństwo, że maszyna została jedynie uszkodzona, a zebrane przez motorówkę resztki pochodziły z maszyny Lt. Münschera. Nie można również wykluczyć, iż tego dnia zestrzelono dwa różne hydroplany lub też, że kpt. Dziubińskiego zawiodła pamięć i motorówka została wysłana o poranku, a nie jak pisał, wieczorem.”
Zgodnie z raportem dowództwa Luftwaffe, Claus Münscher wystartował w towarzystwie 2 innych samolotów (wodnosamolot - hydroplan) nad ranem w dniu 6 września 1939 roku w kierunku Helu celem zbombardowania obiektów na Wybrzeżu Bałtyckim.
Na pokładzie dwupłatowca typu Heinkel He 59D(M7+XL, Nr.2000)*1 oprócz Clausa Münschera byli jego koledzy: Podoficerowie Karl Bäcker, Hermann Karl Fuchs i Mux . Ok.godziny 4, 00 trzy Heinkle 59D znalazły się na wysokości Helu. Nadleciały z zachodniej strony i będąc na wysokości ok.1000 metrów, zostały ostrzelane przez pluton baterii półstałej naHelu. Heinkel Münschera został trafiony pociskiem 40 mm, na pokładzie samolotu podjęto decyzję o wyrzuceniu bomb, spadły one bardzo blisko stanowiska plutonu.
Eksplozje bomb zabiły trzech marynarzy: Leona Bizewskiego, Antoniego Fausta, Wiktora Hebla.*2
Ok. godziny 4.20 Henkel 59D został zestrzelony przez polskich obrońców wybrzeża i spadł 200 metrów na południe od portu wojennego Hel. Cała załoga Heinkla 59D poniosła śmierć na miejscu
Tłumaczenie tekstu z nekrologu:
Odpowiadając na wiele pytań, posłużymy się wyciągiem z jego dziennika pokładowego:
Swoją śmierć znalazł 6 sierpnia podczas bombardowania polskiego półwyspu Hel. Drużyna wystartowała w ilości 8 samolotów aby zaatakować fortyfikacje obronne. Krótko przed zrzuceniem bomb, o godzinie 4 rano, zostali ostrzelani przez obronę przeciwlotniczą silnym ogniem. Zanim jego syn zrzucił bomby, samolot został nieszczęśliwie trafiony pociskiem, i samolot skręcając w prawo spadł do morza, z wysokości około 500 metrów i zatonął w falach. To wszystko stało się w przeciągu kilku sekund.
„Początkowo straty Luftwaffe w kampanii wrześniowej nad wybrzeżem zdecydowanie zawyżano i oceniano jako bardzo poważne. Zarówno kpt. mar. Wojcieszek jak i kpt. art. Dziubiński twierdzili wręcz, że strącono 52 samoloty, a Jerzy Pertek „uściślał”, że aż 36 maszyn miało paść łupem helskiej artylerii przeciwlotniczej, a jedynie 16 samolotów spadło na terenach okalających Gdynię.147 Zaś por. mar. Koziołkowski w swej relacji podawał, że łupem artylerii na wybrzeżu padło około 35 samolotów, z czego co najmniej 8 przypadło baterii 24/2 MDAPl., a Gryfowi kolejne 6–7, z tego 4 zaobserwowane naocznie (sic!).148”
Materiały i przypisy
1. http://forum.axishistory.com/viewtopic.php? f=5&t=120220&hilit=battle+of+jezow
2. Biuletyn DWS. Org.PL, strony 35 i 43
*1Leon Bizewski: Urodził się 11 lipca 1914 r we wsi Gnieżdżewo (ówczesny powiat morski, obecnie gmina Puck). 6 września 1939 r. podczas nalotu został ciężko ranny, stracił nogę. Umarł bohatersko na stole operacyjnym szpitala wojskowego w Helu. Po śmierci zwłoki Leona Bizewskiego w tajemnicy przed okupantem zostały przewiezione z Helu i złożone na cmentarzu parafialnym w Swarzewie, gdzie spoczywają do chwili obecnej.
*2 Antoni Faust i Wiktor Hebel: Pochowani w zbiorowej mogile (31 marynarzy i żołnierzy poległych we wrześniu 1939 roku))na cmentarzu komunalnym przy ulicy Wiejskiej na Helu.
Zdjęcia: Wikipedia
Historią tą zainteresowałem się, ponieważ kilka lat temu na bazarze w Hannoverze kupiłem oryginalny nekrolog dotyczący Clausa Münschera. W związku z tym, że posiadam go, chciałbym przekazać te dokumenty do Muzeum na Helu ponieważ związane są one z dramatycznymi wydarzeniami we wrześniu 1939 roku, rozgrywającymi się tam. Mam nadzieje, że powiększą one niewielkie zbiory ocalałe z wojennej pożogi.
Claus Münscher urodził się 10.03.1915 roku we Frankfurcie nad Menem w rodzinie dyrektora szkoły handlowej (ojciec Handelschuldirektor Dr. H. Münscher). Był jednym z dwójki rodzeństwa (siostra Gretel). W momencie wybuchu II wojny światowej miał 24 lata i był Podporucznikiem marynarki Leutnantem zur See w Marynarce Wojennej (Kriegsmarine).
Ataki Luftwaffe na półwysep Hel - 06.09.1939.
„Zgodnie z planem pierwsze ataki lotnictwa operacyjnego winny rozbić polskie lotnictwo morskie. Dla realizacji tego zadania zaplanowano naloty na morskie lotnisko w Pucku oraz na porty pomocnicze Jastarnia i Hel, jak również na lotniska lądowe w Rumi i Janowie. Kolejnym zadaniem stawianym niemieckim lotnikom było zaatakowanie portów wojennych w Gdyni i na Helu. W tym przypadku zwracano szczególną uwagę na wyeliminowanie w pierwszej kolejności bazujących w porcie okrętów podwodnych oraz w dalszej kolejności jednostek nawodnych.”
„W pierwszym dniu wojny Niemcy przeprowadzili cztery naloty na pozycje polskie w Pucku, Gdyni, na Helu i wodach Zatoki Gdanskiej”
„Drugi dzień wojny nie był tak pracowity dla niemieckich lotników jak piątek 1 września, gdyż samoloty wykonały jedynie trzy naloty.”
„Niedziela 3 września okazała się ostatnim dniem tak ciężkich bombardowań w całej kampanii. Przyczyną takiego stanu rzeczy było zatopienie obu największych jednostek PMW”
„Wraz z zatopieniem Wichra i Gryfa, zakończyła się pierwsza faza walk powietrznych nad wybrzeżem. Niemcy wyeliminowali dwie największe i najsilniejsze jednostki polskiej floty, wobec czego wycofali z obszaru walk przeważającą część swoich bombowców, pozostawiając nad wybrzeżem jedynie eskadrę 4.(St)/186(T).”
„Obronę portu helskiego, jak i całego półwyspu, miał zapewnić 2 MDAPl. składający się z 3 baterii stałych po 2 działa 75 mm wz. 22/24 oraz 4 dwudziałowych plutonów nowoczesnych 40 mm dział Boforsa wz. 36 oraz otrzymanych w czasie mobilizacji 25 sierpnia 2 pojedynczych dział wz. 38 (pierwotnie przeznaczonych dla budujących się w Anglii polskich ścigaczy), jak również 7 nkm
Hotchkissa 13,2 mm oraz 20 ckm Maxim wz. 08/15. Dowódcą baterii był kpt. mar. Marian Bolesław Wojcieszek dowodzący 28 oficerami oraz 596 podoficerami i szeregowymi.”
„Natomiast baterie dział 40 mm były ruchome, przez co sprawiały znacznie więcej problemów Niemcom, którzy mieli kłopoty ze zlokalizowaniem poszczególnych dział.”
„Przeciw szczupłym polskim siłom Niemcy wystawili łącznie blisko 400 samolotów (zob. tabela s. 22). Należy jednak podkreślić, iż jedynie niewielka ich część działała przez dłuższy czas nad wybrzeżem. Już 2 września przebazowano ciężkie myśliwce Bf 110 oraz bombowce He 111. Największy exodus odbył się 3 września, gdy odwołano aż 110 stukasów oraz 65 myśliwców Bf 109. Z samolotów bojowych do końca kampanii operowało jedynie 12 Ju 87 i 3 Bf 109 z Trägergruppe 186 oraz część wodnosamolotów.”
Niemiecki samolot zaprojektowany w 1930, pełniący funkcję zarówno bombowca torpedowego, jak i rozpoznawczą, mający możliwość lądowania na lądzie przy zastosowaniu standardowego podwozia kołowego i na wodzie przy użyciu pływaków
Loty bojowe podporucznika Münschera.
Działania jednostki Münschera (3.(M)/Kü.Fl.Gr. 506) od 04 do 06.09.1939.
„Przez cały okres od zatopienia największych okrętów polskiej floty (3 września) do rozpoczęcia natarcia na pozycje polskie na Kępie Oksywskiej (11 września) niemieckie lotnictwo bombowe nie przeprowadzało żadnych nalotów. Nad wybrzeżem latały jedynie wodnosamoloty oraz samoloty rozpoznawcze poszukujące polskich okrętów podwodnych oraz przeprowadzające rozpoznanie polskich pozycji, czasami zrzucając bomby mniejszego wagomiaru.”
„Jednak polskie okręty podwodne były nieustanie tropione przez niemieckie wodnosamoloty. Rankiem 4 września nieprzyjacielskie maszyny ponownie dały się we znaki załodze Rysia. Tym razem polowanie na polski okręt podwodny rozpoczęło o godz. 5.45, kiedy niezauważony samolot zrzucił trzy bomby na zanurzony okręt. Dowódca okrętu kmdr ppor. Aleksander Grochowski próbował zmylić pogoń za pomocą zwiększenia głębokości oraz zmiany prędkości i kursu. Jednak ropa wyciekająca z nieszczelnych zbiorników zdradzała miejsce przebywania okrętu. Dlatego też następne bombardowania miały miejsce o godz. 5.55 oraz 6.05, gdy ponownie na okręt spadło 16 bomb. Wobec tego kmdr ppor. Grochowski wbrew rozkazom zdecydował się wycofać z rejonu dozorowania i wpłynąć do portu wojennego Hel, by usunąć uszkodzenia, a zwłaszcza naprawić nieszczelne zbiorniki. Ponieważ jednak okręt nie otrzymał zgody na wejście do portu, Ryś położył się na dnie na głębokości 37 metrów obok latarni Jastarnia. Tam też został odkryty przez dwa niemieckie wodnosamoloty, które o godz. 16.30 zrzuciły na okręt kolejne 8 bomb, które były dość celne, gdyż odłamki bomb opadły na pokład, na szczęście nie wyrządzając żadnych szkód.92
Bombardowania nad Helem ponowiono dopiero w nocy z 4 na 5 września, gdy niemieckie wodnosamoloty przeprowadziły naloty pojedynczymi samolotami, zrzucając bomby zapalające, które jak się później okazało w 80% były niewybuchami. 93 Następnej nocy podobne naloty powtórzyły się.”
Istnieje możliwość, że wcześniej wodnolot Leuntnanta, tropił polski okręt podwodny Ryś i rankiem 4 września nieznany samolot zrzucił 3 bomby na zanurzonego Rysia. Lekko uszkodzony okręt szukał pomocy chcąc wpłynąc do portu wojennego Hel, niestety nie otrzymał na to zgody, więc przyczaił się na dnie niedaleko latarni Jastarnia. Tam wypatrzyły go 2 wodnoloty i zbombardowały, na szczęście niezbyt skutecznie.
Ostatni Lot
Tutaj właściwe infomacje o locie + scan Sterbeurkunde
„Rankiem 6 września o godz. 4.20 trzy pojedyncze samoloty nadleciały z zachodu i z wysokości 1000 metrów zaatakowały stanowisko plutonu baterii półstałej III/24 (2 MDAPl.). Jeden z nich został trafiony pociskiem 40 mm, lecz nim spadł do morza zdążył wyrzucić swoje bomby które spadły w pobliżu stanowiska plutonu. Wybuch bomb zabił 3 marynarzy (byli to: mar. Leon Bizewski, mar. Antoni Faust oraz mar. Wiktor Hebel) i ciężko raniły dalszych pięciu oraz poważnie uszkodził jedno z dział.95 Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż kpt. Wojcieszek umiejscawia to wydarzenie pod datą 7 września, jednak relacje innych świadków tego ataku jednoznacznie wskazują jako właściwą datę 6 września.96 Jest jeszcze jeden – bardzo przekonywujący – dowód świadczący o tym, iż nalot miał miejsce 6 września. Otóż zgodnie z raportami dowództwa Luftwaffe (Oberkommando der Luftwaffe) rankiem 6 września między godz. 4 a 4.20 został zestrzelony przez artylerię przeciwlotniczą He 59D (M7+XL, Nr 2000), który rozbił się 200 m na południe od portu wojennego Hel. Cała załoga w składzie Lt.z.See Münscher, Uffz. Karl Bäcker, Uffz. Fuchs oraz Uffz. Mux poniosła śmierć na miejscu.97
Jeszcze tego samego dnia wieczorem około godz. 21 nad cyplem wzdłuż półwyspu przeleciał na małej wysokości wodnosamolot z zapalonymi światłami pozycyjnymi, kierując się z zachodu na wschód. Z chwilą, gdy maszyna znalazła się nad stanowiskiem 21/2 MDAPl., została ostrzelana z karabinu maszynowego przez dowódcę baterii kpt. Dziubińskiego. Serie pocisków były trafne, gdyż po chwili zamilkły silniki i samolot runął do morza na wschód od cypla. Wysłany motorówką patrol przywiózł wyłowiony z wody niezbędnik z blachy cynkowej, zawierający butelkę koniaku, dwie paczki papierosów oraz notes ze współrzędnymi, jak również skórzaną rękawicę, oderwany od kombinezonu kołnierz futrzany oraz fragment skrzydła z numerem ewidencyjnym.98 Choć „dowody rzeczowe” niezbicie świadczą o zestrzeleniu nieprzyjacielskiego samolotu nie jest pewne, czy dotyczą one samolotu zestrzelonego o poranku, czy też całkiem innej maszyny zniszczonej wieczorem. Niemieckie materiały źródłowe nie potwierdzają zniszczenia żadnego wodnosamolotu nocą 6 września. Istnieje zatem prawdopodobieństwo, że maszyna została jedynie uszkodzona, a zebrane przez motorówkę resztki pochodziły z maszyny Lt. Münschera. Nie można również wykluczyć, iż tego dnia zestrzelono dwa różne hydroplany lub też, że kpt. Dziubińskiego zawiodła pamięć i motorówka została wysłana o poranku, a nie jak pisał, wieczorem.”
Zgodnie z raportem dowództwa Luftwaffe, Claus Münscher wystartował w towarzystwie 2 innych samolotów (wodnosamolot - hydroplan) nad ranem w dniu 6 września 1939 roku w kierunku Helu celem zbombardowania obiektów na Wybrzeżu Bałtyckim.
Na pokładzie dwupłatowca typu Heinkel He 59D(M7+XL, Nr.2000)*1 oprócz Clausa Münschera byli jego koledzy: Podoficerowie Karl Bäcker, Hermann Karl Fuchs i Mux . Ok.godziny 4, 00 trzy Heinkle 59D znalazły się na wysokości Helu. Nadleciały z zachodniej strony i będąc na wysokości ok.1000 metrów, zostały ostrzelane przez pluton baterii półstałej naHelu. Heinkel Münschera został trafiony pociskiem 40 mm, na pokładzie samolotu podjęto decyzję o wyrzuceniu bomb, spadły one bardzo blisko stanowiska plutonu.
Eksplozje bomb zabiły trzech marynarzy: Leona Bizewskiego, Antoniego Fausta, Wiktora Hebla.*2
Ok. godziny 4.20 Henkel 59D został zestrzelony przez polskich obrońców wybrzeża i spadł 200 metrów na południe od portu wojennego Hel. Cała załoga Heinkla 59D poniosła śmierć na miejscu
Tłumaczenie tekstu z nekrologu:
Odpowiadając na wiele pytań, posłużymy się wyciągiem z jego dziennika pokładowego:
Swoją śmierć znalazł 6 sierpnia podczas bombardowania polskiego półwyspu Hel. Drużyna wystartowała w ilości 8 samolotów aby zaatakować fortyfikacje obronne. Krótko przed zrzuceniem bomb, o godzinie 4 rano, zostali ostrzelani przez obronę przeciwlotniczą silnym ogniem. Zanim jego syn zrzucił bomby, samolot został nieszczęśliwie trafiony pociskiem, i samolot skręcając w prawo spadł do morza, z wysokości około 500 metrów i zatonął w falach. To wszystko stało się w przeciągu kilku sekund.
„Początkowo straty Luftwaffe w kampanii wrześniowej nad wybrzeżem zdecydowanie zawyżano i oceniano jako bardzo poważne. Zarówno kpt. mar. Wojcieszek jak i kpt. art. Dziubiński twierdzili wręcz, że strącono 52 samoloty, a Jerzy Pertek „uściślał”, że aż 36 maszyn miało paść łupem helskiej artylerii przeciwlotniczej, a jedynie 16 samolotów spadło na terenach okalających Gdynię.147 Zaś por. mar. Koziołkowski w swej relacji podawał, że łupem artylerii na wybrzeżu padło około 35 samolotów, z czego co najmniej 8 przypadło baterii 24/2 MDAPl., a Gryfowi kolejne 6–7, z tego 4 zaobserwowane naocznie (sic!).148”
Materiały i przypisy
1. http://forum.axishistory.com/viewtopic.php? f=5&t=120220&hilit=battle+of+jezow
2. Biuletyn DWS. Org.PL, strony 35 i 43
*1Leon Bizewski: Urodził się 11 lipca 1914 r we wsi Gnieżdżewo (ówczesny powiat morski, obecnie gmina Puck). 6 września 1939 r. podczas nalotu został ciężko ranny, stracił nogę. Umarł bohatersko na stole operacyjnym szpitala wojskowego w Helu. Po śmierci zwłoki Leona Bizewskiego w tajemnicy przed okupantem zostały przewiezione z Helu i złożone na cmentarzu parafialnym w Swarzewie, gdzie spoczywają do chwili obecnej.
*2 Antoni Faust i Wiktor Hebel: Pochowani w zbiorowej mogile (31 marynarzy i żołnierzy poległych we wrześniu 1939 roku))na cmentarzu komunalnym przy ulicy Wiejskiej na Helu.
Zdjęcia: Wikipedia
sobota, 12 września 2015
Zielona Góra - Gm.Koluszki - Cmentarz ewangelicki
Zielona Góra, mała wieś w gminie Koluszki, zapomniana po części w Koluszkach.
Graniczy rzeczką Miazgą z Bukowcem. Jadąc główną drogą ,ul.Główną w kierunku Zielonogórskiej po lewej stronie zobaczymy krzyż z płytą ku czci Papieża Benedykta XVI.
O dziwo, ten pomnik postawiono na terenie cmentarza ewangelickiego, zrujnowanego, rozgrabionego i zaśmieconego !!. Ci którzy postawili w tym miejscu ten pomnik powinni się zawstydzić, widać to po minie Papieża.
Ten teren powinien być uprzątnięty, ogrodzony chociaż od strony ulicy, nie wspominając o tablicy informującej co na tym terenie się znajduje. Obecnie pozostały 3 zniszczone nagrobki, kilka ram grobów.
Z tyłu znajduję się tablica informująca, że są także mogiły żołnierzy poległych w bitwie o Brzeziny z 1914 roku.
Brak gospodarza, brak szacunku do dawnych mieszkańców Zielonej Góry, tak niewiele potrzeba, aby ten teren oczyścić i dobrze oznaczyć....
Widziałem w ubiegłym tygodniu ładny folder wydany przez Gminę Koluszki, szkoda, że nie zamieszczono zdjęcia z tego cmentarza...
Graniczy rzeczką Miazgą z Bukowcem. Jadąc główną drogą ,ul.Główną w kierunku Zielonogórskiej po lewej stronie zobaczymy krzyż z płytą ku czci Papieża Benedykta XVI.
O dziwo, ten pomnik postawiono na terenie cmentarza ewangelickiego, zrujnowanego, rozgrabionego i zaśmieconego !!. Ci którzy postawili w tym miejscu ten pomnik powinni się zawstydzić, widać to po minie Papieża.
Ten teren powinien być uprzątnięty, ogrodzony chociaż od strony ulicy, nie wspominając o tablicy informującej co na tym terenie się znajduje. Obecnie pozostały 3 zniszczone nagrobki, kilka ram grobów.
Z tyłu znajduję się tablica informująca, że są także mogiły żołnierzy poległych w bitwie o Brzeziny z 1914 roku.
Brak gospodarza, brak szacunku do dawnych mieszkańców Zielonej Góry, tak niewiele potrzeba, aby ten teren oczyścić i dobrze oznaczyć....
Widziałem w ubiegłym tygodniu ładny folder wydany przez Gminę Koluszki, szkoda, że nie zamieszczono zdjęcia z tego cmentarza...
sobota, 5 września 2015
Königsbach – Bukowiec - Otwarcie kościoła - 16.07.1917
W ubiegłym miesiącu otrzymałem z Forum Mittelpolen.de, wydruk artykułu zamieszczonego
w Unsere Kirche, 1917, Nr. 30 und Nr. 51. Przetłumaczyłem ten tekst, jest ciekawy,
szkoda, że po kościele nie pozostał ślad, budynek szkoły jest obecnie w kiepskim stanie,
nadaje się do generalnego remontu, mieszkają w nim przesiedleńcy z Kazachstanu.:
Ceremonia wmurowanie kamienia węgielnego w Bukowcu, w dniu 16 lipca 1917 roku....
Konsekracja kościoła w Königsbach –
Bukowcu. Dzień 8 grudnia, w tym przypadku ma podwójne znaczenie.
Pozostanie na zawsze w sercach bukowian którzy zwracają się do
Boga. Pamięć o głębokiej rozpaczy i wielkiej radości w czasie
świątecznym złączył ich na zawsze. Ten dzień, 8 grudnia
1914, dzień terroru: Większość zabudowań Bukowca padła w
gruzach, z nim stary zbudowany w 1808 roku dom modlitwy. Dokładnie
trzy lata później, w szary mglisty zimowy dzień, niesprzyjający
podróżom po kraju ze wszystkich stron jadą długie rzędy
samochodów, wysiadają goście. W miejscu zniszczonego domu modlitwy
jest piękny, artystyczny w swoich prostych formach kościół wraz
ze szkołą. Kościół i szkoła mogły powstać tylko dzięki
wielkiemu zaangażowaniu sołtysa Bukowca, pana Aleksandra EGLERA.
Sam budynek jest dziełem architekta pana SCHRÄDERA, rządowego
mistrza budowlanego.
Na tej inauguracji gośćmi honorowymi byli licznie przybyli z bliska i z daleka: z Warszawy w zastępstwie przedstawiciel hrabiego Lerchenfelda, prezes Konsystorza hrabia Posadowsky, Pastor Geissler, z Łodzi, gubernator Ekscelencja Schmitt, szef Policji dr Lohr, Starosta Powiatu Rotmistrz von Kessel, wcześniejszy starosta, były szef policji pan von Zitzewitz z Poczdamu i wielu innych. W budynku starej szkoły spotkali się wszyscy zaproszeni goście, swoją mowę pożegnalną pan pastor Schmidt (emerytura), oparł o słowa Psalmu 103,2, po czym w świątecznym nastroju zgromadzeni udali się do wejścia nowego kościoła.
Z ambony przemawiał generalny dziekan, pan GUNDLACH. Liturgię wygłosił Pastor Eyth, następnie Pastor Schmidt wygłosił kazanie.
Na specjalne życzenie mieszkańców Bukowca-Königsbach przemawiał pan Althaus główny Pastor.. ..Kościelny nastrój upiększył swoim śpiewem chór parafialny, także sama panna SCHENK która zaśpiewała dwie piosenki. W domu Pana Englera, zaproszeni goście byli razem na wspólnym posiłku... ..
Na zakończenie tych uroczystości posadzono symbolicznie dąb przed nowym kościołem. ... ..
-----
Na tej inauguracji gośćmi honorowymi byli licznie przybyli z bliska i z daleka: z Warszawy w zastępstwie przedstawiciel hrabiego Lerchenfelda, prezes Konsystorza hrabia Posadowsky, Pastor Geissler, z Łodzi, gubernator Ekscelencja Schmitt, szef Policji dr Lohr, Starosta Powiatu Rotmistrz von Kessel, wcześniejszy starosta, były szef policji pan von Zitzewitz z Poczdamu i wielu innych. W budynku starej szkoły spotkali się wszyscy zaproszeni goście, swoją mowę pożegnalną pan pastor Schmidt (emerytura), oparł o słowa Psalmu 103,2, po czym w świątecznym nastroju zgromadzeni udali się do wejścia nowego kościoła.
Z ambony przemawiał generalny dziekan, pan GUNDLACH. Liturgię wygłosił Pastor Eyth, następnie Pastor Schmidt wygłosił kazanie.
Na specjalne życzenie mieszkańców Bukowca-Königsbach przemawiał pan Althaus główny Pastor.. ..Kościelny nastrój upiększył swoim śpiewem chór parafialny, także sama panna SCHENK która zaśpiewała dwie piosenki. W domu Pana Englera, zaproszeni goście byli razem na wspólnym posiłku... ..
Na zakończenie tych uroczystości posadzono symbolicznie dąb przed nowym kościołem. ... ..
-----
Grundsteinlegungsfeier in Königsbach
am Sonntag, 16. Juli 1917 (14 Tage nach der Kirchweih in Andrzejow)
Die Einweihung der Kirche in Königsbach
In doppeltem Sinne wird der 8. Dezember für die Königsbacher immer ein Tag bleiben,
an dem sich die Herzen zu Gott hinwenden. Die Erinnerung an tiefe Not und hohe Festfreude
vereinigt er für alle Zeit.
Der 8. Dezember 1914, der Tag des Schrecken: Der größte Teil von Königsbach
sank in Schutt und Asche, mit ihm das alte im Jahre 1808 erbaute Bethaus. …..
wtorek, 11 sierpnia 2015
Bukowiec - Königsbach - ul. Górna 49 - Zabytek - Zakończenie
Dzisiaj otrzymałem pismo Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Łodzi, dotyczące rozbiórki domu drewnianego w Bukowcu, ul.Górna 49.
Przed 3 tygodniami spotkałem się na terenie działki na której stoi ten budynek z przedstawicielami Wojewódzkiego Urzędu. Było to bardzo miłe i owocne spotkanie, dotyczyło ono także cmentarza ewangelickiego w Bukowcu i budynku byłej szkoły w Bukowcu w kierunku Brójec. Efekty tego spotkania są widoczne już dzisiaj, konserwator podjął decyzję o rozbiórce zniszczonego budynku. Chociaż, muszę to szczerze przyznać, nie odczuwam radości, gdyż jeden z ładniejszych budynków poniemieckich przestaje istnieć... Na terenie Bukowca znajduje się jeszcze kilka podobnych budynków, ich stan jest obecnie lepszy, ale jak długo ??? Zrobiłem fotograficzną dokumentację tych budynków, liczę, że nikt nie będzie "pomagał" w ich dodatkowym niszczeniem.
Przed 3 tygodniami spotkałem się na terenie działki na której stoi ten budynek z przedstawicielami Wojewódzkiego Urzędu. Było to bardzo miłe i owocne spotkanie, dotyczyło ono także cmentarza ewangelickiego w Bukowcu i budynku byłej szkoły w Bukowcu w kierunku Brójec. Efekty tego spotkania są widoczne już dzisiaj, konserwator podjął decyzję o rozbiórce zniszczonego budynku. Chociaż, muszę to szczerze przyznać, nie odczuwam radości, gdyż jeden z ładniejszych budynków poniemieckich przestaje istnieć... Na terenie Bukowca znajduje się jeszcze kilka podobnych budynków, ich stan jest obecnie lepszy, ale jak długo ??? Zrobiłem fotograficzną dokumentację tych budynków, liczę, że nikt nie będzie "pomagał" w ich dodatkowym niszczeniem.
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Będków - Rodzina Pachniewicz - Irena Konewka - Manthei - Policja - Mord - cz.3
Zdjęcie 7:
Bardzo ciekawe zdjęcie na wprost drzwi wejściowych do knajpy w Będkowie.
Od lewej na ławce siedzą: pierwszego nie rozpoznaję, drugi to Stanisław Janiszewski, ( był właścicielem sadzawki, hodował kroczki karpi - pamiętam go jako mały chłopiec). Informacja Ireny: to jest Mariana Kotowskiego siostry mąż., Kralkowska, Artur Mantaj, moi rodzice i żandarm, którego nie rozpoznaję.
Zdjęcie 8:
Cała rodzina Mantajów, oprócz tego pana z lewej strony. na dole bardzo wyraźna podobizna Bubusia, tak go nazywano, właściwego imienia nie pamiętam. Na tle knajpy od strony ogrodu. Na podstawie tej fotografii Irena w wielkim oburzeniem zaczyna opowieść o tragedii jaka wydarzyła się w maju 1945 roku:
- Stary Mantaj uratował cały Będków przed zagładą dwa lub trzy razy. Tylko nasi "kochani" zabili ich... Raz ratował księdza Szymborskiego, bo zabili jakiegoś szkopa, później zabili jakiegoś Tyma (także Niemca) i posądzali o to będkowiaków. Mantaj klęczał przed oficerem niemieckim, przysięgał na swoją rodzinę i cały majątek, że nikt z miejscowych tego nie zrobił! Przecież mieli zdziesiątkować wszystkich mieszkańców, to tak mu się cholera"odwdzięczyli", że ciągnęli go za nogi po bruku, głowa mu się po nim odbijała. Moja mama się upomniała, to żeby nie Wanda Lenarczykowa , Brykowa, żeby nie Hejdukowa, to by mamę skurwysyny zabili. Mama mówiła, to nie dość, że was od śmierci uratował, nie ważne, że szkop, ale to dobry człowiek!
W maju 1945 roku synowa i Bubuś przyjechali w odwiedziny do Będkowa i to wtedy ich oboje utopili Polacy w sadzawce!!! Ona miała piękne złote kolczyki z koralami w uszach, zabrali je, a Bubuś po śmierci miał naciągniętą na buźkę czapkę, nie było widać twarzyczki.
| Sadzawka w Będkowie obecnie, miejsce zbrodni w maju 1945 roku... |
Na moje pytanie, czy ich pochowano na miejscowym cmentarzu, Irena odpowiada"
- nie, gdzieś ich zabrali, nie wiem nic więcej.
Irena wspomina starego Mantaja:
- jak jakichś Polak przyszedł na innego rodaka na skargę do knajpy, to stary Mantaj skrzyczał takiego i nieraz napluł w gębę i wyrzucał na ulicę. Ale jak znalazł się akurat na obiedzie jakichś szkop, to wtedy nie mógł nic zaradzić...
Będków - Rodzina Pachniewicz - Irena Konewka - Manthei - Policja - cz.2
- Zdjecie 4:
- Zdjęcie 5:
- Zdjęcie 6:
Będków - Rodzina Pachniewicz - Irena Konewka - Manthei - cz.1
Wspomnienia Ireny, mieszkanki Będkowa dotyczące rodziny Artura Mantaja lub Manthaja.
Wielką przyjemnością dla mnie była
dzisiejsza wizyta u Ireny Konewki i jej syna Darka, okazało się, że jesteśmy
bliską rodziną, mój dziadek Wojciech Pachniewicz, i tata Ireny,
Jan Pachniewicz byli braćmi !
Załapałem się na wspaniałą
zalewajkę. Celem mojej wizyty była historia rodziny Artura Mantaja,
którego rodzice byli ich sąsiadami Pachniewiczów, wiedziałem, że Irena jest w posiadaniu
oryginalnych zdjęciach z okresu międzywojennego. Dzisiaj miałem
okazję je zobaczyć i usłyszeć kto jest na tych fotografiach. Rodzina Józefa i Jana Pachniewiczów była znana ze znakomitych wyrobów wędliniarskich. Z pokolenia na pokolenie przekazywano swoje przepisy jak zrobić smaczną kaszankę, kiełbasę i inne mięsne przysmaki. Doskonale pamiętam wujka Jana, moja mam posyłał mnie jako kilkuletniego chłopca do jego sklepu mięsnego na zakupy.. Mieścił się z lewej strony knajpy, niestety nie zachował się jak i sąsiednia karczma... Między innymi rodzina Pachniewiczów zaprzyjaźniła się z rodziną Manthaja, byli nie tylko sąsiadami, także współpracowali. Manthaj jako właściciel karczmy zamawiał przetwory mięsne u obu Pachniewiczów. Oni jako Polacy, w czasie okupacji nie mogli zajmować się ubojem świń, było to pod karą śmierci surowo zabronione. jednak Manthai potrafił załatwić pozwolenia i rodzina Pachniewiczów mogła egzystować w tych bardzo trudnych czasach. Z tyłu karczmy w miejscu warsztatu (budynek pozostał do dzisiejszego dnia), szlachtowano świnie, stały kotły do gotowania wędlin. Teraz chcę oddać głos Irence, która opisuje zdjęcia które przetrwały w doskonałym stanie do dnia dzisiejszego. Serdecznie dziękuję za ich udostępnienie, te zdjęcia pozwalają dopisać bardzo ciekawą i tragiczną historię lat okupacji.
Irena:
- na pierwszych dwóch zdjęciach jest Artur Mantaj ze swoją żoną, jak ona miała na imię niestety nie mam pojęcia. Zdjęcia nie były podpisywane, były prezentem dla moich rodziców, znali ich. Moja mama bardzo szanowała i lubiła tę rodzinę. Mieli obok nas karczmę. Właścicielami byli rodzice Artura (mieszkał w Łodzi), mieściła się na rogu ulicy Warszawskiej i Rynku. Jak Niemcy weszli do Będkowa w 1939 roku, to zajęli tę karczmę, a te warsztaty które są z tyłu i są zachowane do dnia dzisiejszego, przerobili na kuchnię, tam gotowali, mieli swojego kucharza, chyba. Jednak gdy było świniobicie to wołali mojego tatę i dziadka, gdyż Mantaj zawsze mówił, że nikt nie potrafi doprawić tak wędlinę jak mój dziadek.
Zdjęcie 3:
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























