czwartek, 15 listopada 2018

Polityka państwa zapukała do drzwi kolekcjonera - Dziennik Bałtycki - Policja - Prokuratura




   Czytałem ten materiał dwa razy i w dalszym ciągu włos mi się jeży na głowie!
Do czego zmierzamy, temu, w jak szybkim czasie dzieją się złe rzeczy przeciwko normalnym ludziom, poraża...... Zamieszczam ten materiał, gdyż być może nie wszyscy go czytali...


Znalezione w sieci:

Polityka państwa zapukała do drzwi kolekcjonera - plus ...







Ta sprawa jest tak bulwersująca, że zabrakło nam słów aby ją skomentować. W tym kraju napuszczona przez WKZ policja może wejść do każdego i w majestacie prawa okraść go np. z rodzinnych pamiątek.
Tuż po 6 rano do drzwi schorowanego gdyńskiego kolekcjonera zapukali policjanci. To, co się później stało, dla jednych było wstępem do odzyskiwania zrabowanych państwu dóbr, dla innych próbą kradzieży prywatnej kolekcji w majestacie prawa.
W tym środowisku wieści rozchodzą się szybko. Od kilku tygodni dzwonią do niego kolekcjonerzy z całej Polski. Pytają, czy to prawda.
- Prawda - odpowiada. Czasem dodaje, że czuje się jak bohater powieści Franza Kafki. I że nie spocznie, póki nie odzyska zbiorów gromadzonych od 50 lat, na które wydawał każdą zaoszczędzoną złotówkę.
Jacek Urbański, kolekcjoner z Gdyni, mówi, że wcześniej bał się tylko włamywaczy i oszustów. Kiedy przed dwudziestoma laty w „Gońcu Rumskim” miał ukazać się o nim artykuł, zastrzegł, by nie pojawiły się tam zdjęcie i adres. - Tak, bałem się, by przez przestępców nie stracić kolekcji - śmieje się gorzko. - A teraz wszystko zabrano mi w majestacie prawa. Nawet książki. Czuję się jak matka, która straciła swoje dzieci.
Polityka państwa zapukała do drzwi kolekcjonera
Marek Seyda
Policjanci zastukali do drzwi mieszkania Urbańskiego w czwartek, 9 sierpnia, tuż po godzinie 6 rano. Pokazali podpisane przez prokurator Joannę Świątek postanowienie nakazujące wydanie „zbiorów zabytkowych monet datowanych na okres średniowiecza, późniejszego osadnictwa, bitew napoleońskich i okresu II wojny światowej”, które Urbański jako „ordon3” zaoferował między 27 a 30 kwietnia tego roku do sprzedaży na portalu Allegro.
- Policjant chciał, bym mu wydał konkretne trzy monety- opowiada Urbański. - Minęły ponad 3 miesiące od aukcji, poprosiłem więc, by pokazał zdjęcia, żebym wiedział, o jakie monety mu chodzi. Odparł, że zdjęć zapomniał, ale za to mogą wziąć wszystko, co mam.
Po jakimś czasie w mieszkaniu Urbańskiego pojawili się przedstawiciele Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków. Kobieta i mężczyzna. Kobieta miała powiedzieć, że zbiory kolekcjonera nie leżą w sferze zainteresowań urzędu konserwatora. Mężczyzna, że leżą. I że jego kolega pisze pracę magisterską, więc przydadzą się znalezione u kolekcjonera zabytkowe plomby, używane przed wiekami do zabezpieczania towarów i pomieszczeń.
- Gdzie ma pan wykrywacz? - zapytali policjanci.
- Nie mam - odparł. - Nigdy go nie używałem, to sprzeczne z moimi zasadami. Zbiory odziedziczyłem, kupiłem lub wymieniłem.
Podczas przeszukania wykrywacza nie znaleziono.
Następnie prokurator ręcznie dopisała do postanowienia żądanie „wydania rzeczy mogących stanowić dowód w sprawie, których posiadanie jest zabronione, mogących posłużyć do popełnienia przestępstwa”. Po ośmiu godzinach funkcjonariusze opuścili mieszkanie Urbańskiego, zabierając dziesięć dużych kartonów wypełnionych monetami, znakami pielgrzymimi, plombami, książkami. Tylko w jednym z mniejszych kartonów znajdowały się 1203 plomby ze zbiorów prof. Jerzego Wiśniewskiego, nestora polskich kolekcjonerów,podarowane Urbańskiemu. Zabrano też komputer.
- Sprawa jest bulwersująca - mówi mec. Sławomir Chibowski, prawnik reprezentujący kolekcjonera. - Nie ma żadnych dowodów, świadczących o nielegalnym pochodzeniu prywatnej własności mojego klienta. Wygląda to tak, jakby do pani domu weszła policja i zabrała zabytkowe sztućce po dziadkach, żądając, by to pani udowodniła ich pochodzenie.
Bez litości
- Komenda Miejska Policji w Gdyni prowadzi pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Gdyni postępowanie przygotowawcze, w trakcie którego zostały zabezpieczone przedmioty osoby, która prowadziła ich sprzedaż za pośrednictwem jednego z portali internetowych - potwierdza kom. Krzysztof Kuśmierczyk, rzecznik prasowy gdyńskiej policji. - Z uwagi na dobro prowadzonego postępowania na tę chwilę mogę udzielić jedynie informacji, że postępowanie jest w toku i w zależności od ustaleń poczynionych przez śledczych podejmowane będą dalsze decyzje w tej sprawie.
Prokurator Grażyna Wawryniuk, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, dodaje, że postępowanie wobec Jacka Urbańskiego zostało zainicjowane przez wydział ds. walki z Cyberprzestępczością KWP w Gdańsku. Policjanci, analizując jedną ze stron internetowych, zwrócili uwagę na osobę, która w ostatnim czasie regularnie wystawiała na sprzedaż zabytkowe przedmioty.
- Wszczęto postępowanie w sprawie, a nie przeciw komuś - podkreśla prokurator Wawryniuk. Przedmioty zabezpieczono na poczet postępowania, obecnie śledczy ustalają, czy nie zostały pozyskane nielegalnie.
Akcja policji to nie przypadek. Od początku roku obowiązuje znowelizowana ustawa o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami, która m.in. miała uderzyć w nielegalnych poszukiwaczy, krążących po lasach z wykrywaczami. Obecnie wykopanie obiektów archeologicznych bez zezwolenia nie jest już tylko wykroczeniem, ale przestępstwem zagrożonym karą do dwóch lat pozbawienia wolności. Wcześniej także rozporządzeniem ministra kultury nakazano antykwariatom, galeriom i prywatnym handlarzom prowadzenie ksiąg ewidencyjnych, rejestrujących każdy sprzedany zabytek w cenie powyżej 10 tys. zł.
- Polityka państwa jest oczywista - mówi prywatnie osoba związana z ochroną zabytków. - Pod przykrywką różnego rodzaju grup miłośników historii lub kolekcjonerskich działają osoby będące tak naprawdę złodziejami i paserami. Niby nic nie znajdują, a potem na różnych serwisach pojawiają się oferty sprzedaży zabytków archeologicznych. W resorcie kultury postanowiono się za to zabrać, policja też ma działać bez litości.
W lutym tego roku zostało podpisane porozumienie pomiędzy generalnym konserwatorem zabytków a komendantem głównym policji w sprawie „współdziałania w zakresie zapobiegania i zwalczania przestępczości skierowanej przeciwko zabytkom oraz innym dobrom kultury”. Podobne porozumienie z komendantem wojewódzkim policji w Gdańsku w maju podpisała Agnieszka Kowalska, pomorska wojewódzka konserwator zabytków. Stąd obecność przedstawicieli urzędu konserwatora zabytków w domu kolekcjonera.
- Przebiegu postępowania nie będziemy komentować- mówi Marcin Tymiński, rzecznik WUKZ w Gdańsku. - Chciałbym jednak przypomnieć, że zabytki archeologiczne są własnością Skarbu Państwa. Osoby prywatne nie mogą nimi handlować. Jeśli ktoś ma taką kolekcję, powinien ją zalegalizować, tworząc np. fundację lub muzeum. Próba sprzedaży może spowodować zainteresowanie policji. Przy czym na detalistów nikt nie zwraca uwagi, ale już przy oferowaniu większej liczby przedmiotów, trzeba liczyć się z problemami.
- Tylko skąd wniosek, że kolekcja mojego klienta składa się z zabytków archeologicznych? - zastanawia się mec. Chibowski. - Z definicji jasno wynika, iż zabytek ruchomy jest zabytkiem archeologicznym tylko wtedy, gdy znajduje się w obrębie nieruchomości - na jej powierzchni lub pod powierzchnią, w warstwie kulturowej zawierającej ślady działalności człowieka. Nie ma żadnych dowodów, że kolekcja pana Urbańskiego została nielegalnie wydobyta ze stanowiska archeologicznego. Stosowana przez urzędników interpretacja mogłaby oznaczać, że każdy zabytek ruchomy (moneta, plomba itp. itd.) musiałby mieć status zabytku archeologicznego. W konsekwencji wszystko byłoby własnością Skarbu Państwa.
Mecenas przypomina, że prawo dopuszcza własność osób fizycznych w odniesieniu do zabytków. I nie dziwi się zaniepokojeniu w środowisku kolekcjonerów, którzy boją się, że państwo zamierza położyć rękę na ich prywatnej własności.
Denar z Desy
Przygoda z monetami zaczęła się, gdy Jacek Urbański miał kilka lat. Ojciec, oficer Marynarki Handlowej, z każdego rejsu przywoził synowi garść egzotycznych drobniaków. Kiedy Jacek skończył 9 lat, jego zbiór ważył już przeszło 30 kg. A potem zmarł dziadek, Julian Samulewicz, pozostawiając wnukowi przeszło 200 starych monet. Wśród nich najcenniejszą pamiątkę rodzinną, trzygroszówkę Augusta III.
- Wiedziałem, że to będzie moja pasja - wspomina Urbański. - Miałem 11 lat, gdy ściskając kieszonkowe w dłoni, wszedłem do Desy w Gdyni. Tam za 30 złotych kupiłem swój pierwszy denar Maksymiliana II Habsburga.
Zbierał monety, ucząc się w gdyńskiej „szóstce”, zbierał podczas studiów prawniczych na Uniwersytecie Gdańskim.
- Wyrzucono mnie ze studiów na piątym roku - opowiada. - Za obecność podczas strajku 13 grudnia 1981 r. w Stoczni Gdańskiej. Trafiłem do celi 64 Zakładu Karnego w Starogardzie Gd.
Po wyjściu na wolność próbował ułożyć sobie życie. Po rozpadzie pierwszego małżeństwa wyjechał do Rabki. Tam z drugiego związku przyszły na świat bliźniaki - syn i córka. W Rabce był sklep numizmatyczny, jego właściciel namówił Jacka na wyjazd na Słowację, gdzie do miejscowości Martin zjeżdżali się kolekcjonerzy z Niemiec, Słowacji, Czech i Polski.
Rodzice osiedli w Australii. Pojechał do nich. Tuż przed śmiercią matka dała mu pieniądze na powrót do kraju. Wszystko wydał w sklepie numizmatycznym.
Pracował legalnie w Norwegii, co zarobił, przeznaczał na kolejne zakupy do kolekcji. Działał najpierw w rumskim, a potem w Gdyńskim Klubie Kolekcjonerów.
- W Trójmieście korzystałem z ogromnej wiedzy prof. Jerzego Wiśniewskiego - wspomina. - Nietuzinkowej postaci, jednego z największych kolekcjonerów przedmiotów z cyny, którego zbiory prezentowano podczas wielu wystaw muzealnych. Regularnie go odwiedzałem, spędzaliśmy ze sobą całe dnie. Profesor proponował mi nawet, bym sporządził pierwszy w Europie katalog plomb tekstylnych.
Profesor, odznaczony m.in. przez ministra kultury Złotą Odznaką za Opiekę nad Zabytkami, zmarł w ub. roku w wieku 95 lat. Jego rodzina przekazała Jackowi Urbańskiemu część plomb, gdańskich żetonów, odważników, starych psich numerków z XIX -wiecznego Gdańska oraz naparstków ze zbiorów profesora.
Dostał też woreczek ze średniowiecznymi znakami pielgrzymimi.
Jakimś dziwnym trafem do policyjnego depozytu nie trafiła jedna z pamiątek po profesorze - średniowieczny znak pielgrzymi w kształcie wozu drabiniastego.
- Piękny, prawda? - Urbański kładzie na dłoni kilkusetletnie cacko.
Sytuacja absurdalna
Przed dziesięcioma laty Urbański zaczął kupować i sprzedawać w internecie swoje zbiory. Ostatnio sytuacja się zmieniła - dziś częściej już sprzedaje, niż kupuje. Dlaczego?
- Przeżyłem tragedię, zmarł mój syn - odpowiada cicho. - Po tej tragedii posypało mi się zdrowie. Migotanie przedsionków, usunięcie części żołądka, problemy z krwią. Nie zliczę już, ile razy lądowałem w szpitalu. Spytałem córki, czy interesuje ją moja kolekcja. Powiedziała, że nie. I że powinienem pomyśleć wreszcie o sobie, o leczeniu, może jakimś samochodzie. A nie tylko wszystko przeznaczać na jeden cel.
Stąd na Allegro oferty „ordona3”, te same, którymi zainteresowała się policja.
Edward Zimmermann, publicysta historyczny, sekretarz Gdyńskiego Klubu Kolekcjonerów, uważa, że w tym przypadku pomylono praworządnego, poważnego kolekcjonera, który niemal od pół wieku gromadzi swoje zbiory, z eksploratorem, który nielegalnie wydobywa z ziemi monety i inne artefakty za pomocą wykrywacza metali i według obecnie obowiązującego prawa jest przestępcą.
- Jacka Urbańskiego, którego jestem rówieśnikiem, przez kilkadziesiąt lat spotykałem na giełdach kolekcjonerskich, gdzie poszukiwałem starych pocztówek i fotografii, m.in. na Poczcie Głównej w Gdyni, w budynku dworca PKP Gdynia Główna, a później w Miejskim Domu Kultury w Rumi i Muzeum Miasta Gdyni - wspomina. - Jest on członkiem Gdyńskiego Klubu Kolekcjonerów od początku jego istnienia . Często przygotowywał prelekcje i prezentacje z zakresu numizmatyki, podobnie jak przez kilkanaście lat w Sekcji Historycznej Miejskiego Domu Kultury w Rumi. Ponoć w jego sprawie pracownik służb konserwatorskich miał stwierdzić, że nie wolno posiadać starych monet. To jakieś nieporozumienie, biorąc pod uwagę fakt, że już na początku lat siedemdziesiątych XX w. w państwowej Desie w Gdyni przy ul. Świętojańskiej można było kupić mające około 2 tys. lat pospolite monety rzymskie po 10 zł… Co dla moich szkolnych kolegów, początkujących zbieraczy monet, stanowiło równowartość dwóch batonów krymskich. Tak stare monety były dla nich wtedy powodem do dumy, a teraz okazuje się, że mogą być powodem do potraktowania ich jak przestępców.
Dr Jarosław Dutkowski, prezes Stowarzyszenia Numizmatyków Profesjonalnych, od 25 lat rzeczoznawca i biegły sądowy w dziedzinie numizmatyki, określa działania wobec Jacka Urbańskiego jako „sytuację wyjątkowo absurdalną”.
- Do tej pory policja raczej nie wchodziła o godzinie 6 rano do mieszkań kolekcjonerów- mówi dr Dutkowski. - W kręgu ich zainteresowań były raczej osoby chodzące po lasach z wykrywaczami. Nie przypominam sobie żadnej takiej sytuacji z ostatnich lat. Odwrócono relacje prawne, stawiając człowieka w sytuacji, gdy to nie jemu udowadnia się popełnienie przestępstwa, ale on musi udowodnić, że przestępcą nie jest.
Kiedy (i czy) oddadzą ?
Przez kilka dni po zabraniu kolekcji Jacek Urbański codziennie odwiedzał KMP w Gdyni, by uczestniczyć w dokładnym opisaniu każdego zabranego przedmiotu.
- Chociaż słyszałem komentarze, że - tu użyję innego słowa - niegrzeczne jest zmuszanie funkcjonariuszy państwowej służby do liczenia tysięcy przedmiotów i robienia im zdjęć, bardzo się przy tym upierałem - opowiada. - Muszę być pewny, że wszystko do mnie wróci. Chociaż nie wiem, kiedy...
Ponoć śledczy zamierzają zwrócić się o opinie biegłych, którzy mają ocenić, czy Urbański zbierał zwykłe zabytki, czy zabytki archeologiczne. Biegłych będzie zapewne co najmniej troje - jeden od monet, jeden od plomb i naparstków (tych samych, które prof. Wiśniewski wcześniej użyczał na wystawy w państwowych muzeach), a jeden od znaków pielgrzymich.
Co prawda ze skompletowaniem biegłych może być kłopot, więc kolekcja poleży jeszcze w policyjnym depozycie. W dodatku i tak ich opinia najwyżej pozwoli na stwierdzenie, jakie numizmaty z jakiego okresu znajdują się w kolekcji Urbańskiego. Biegli nie odpowiedzą na pytanie, bo skąd mogliby to wiedzieć, kiedy i w jaki sposób znalazły się one w zbiorach gdyńskiego kolekcjonera. Mówiąc krótko - nie przesądzą, czy są one zabytkami archeologicznymi, na których rękę mogłoby położyć państwo.
W tej sytuacji mec. Chibowski, argumentując, że samo posiadanie zabytkowych przedmiotów nie jest w Polsce nielegalne, wystąpił do Prokuratury Rejonowej w Gdyni o zwrot wywiezionej z domu Urbańskiego kolekcji.
- Jeśli nie oddadzą, pójdę nawet do Strasburga - mówi zdeterminowany Jacek Urbański. - To jest grabież! Już raz, przed sześcioma laty, Polska przegrała podobny proces przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. Oskarżenie wniósł kolekcjoner broni, były harcerz i uczestnik ruchu oporu, ekspert współpracujący m.in. z Muzeum Powstania Warszawskiego, któremu zarekwirowano całą kolekcję. Trybunał uznał, że zostało naruszone prawo do spokojnego korzystania z własności, nakazał zwrot kolekcji i wypłatę odszkodowania.
Na razie w domu Urbańskiego nadal dzwonią telefony. Cierpliwie odpowiada na pytania o postępy śledztwa.
- Sytuacja kolekcjonera z Gdyni to swoisty papierek lakmusowy - mówi jeden ze znanych numizmatyków. - Decyzja prokuratury pokaże, czy każdy z nas - pasjonat, właściciel zabytkowych zbiorów - może czuć się w Polsce bezpieczny.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Sieradz - Pomnik Piłsudskiego - Harcerz - Żołnierz - Synagoga - 1957

              Malutkie zdjęcie kupione kilka lat temu na giełdzie samochodowej w Łodzi, przeleżało w moich archiwach... Zacząłem szukać historii pomnika na forach, okazuje się, że jest bardzo ciekawa. Także komentarze uzupełniają jego historię, jeśli to prawda o materiale budowlanym pochodzącym z nieistniejącej Synagogi, tym bardziej jest to ciekawe!




Losy pomnika Józefa Piłsudskiego w Sieradzu.....
W Sieradzu miejscem, gdzie odbywa się większość uroczystości patriotycznych jest skwer pomiędzy ulicami Kościuszki i Żwirki Wigury. Tam też stoi okazały pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego.
W Sieradzu miejscem, gdzie odbywa się większość uroczystości patriotycznych jest skwer pomiędzy ulicami Kościuszki i Żwirki Wigury. Tam też stoi okazały pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego.
Jest to już drugi pomnik poświęcony jednemu z największych Polaków. Pierwszy ufundowali sieradzanie w latach 1927-28. Stanął on na na Skwerze Tadeusza Kościuszki, w miejscu, gdzie na placu kozackim Rosjanie wieszali Powstańców 1863-1864 roku, a w 1910r. Rosjanie zbudowali cerkiew. Tamten pomnik zbudowany został z różowego chęcińskiego piaskowca.
We wrześniu 1939 r. rozpoczęła się II wojna światowa. Do Sieradza wkroczyli Niemcy. Mimo, że w czasie okupacji wydali wojnę wielu pomnikom, to nie zniszczyli bryły pomnika sieradzkiego. Zatarto wówczas jedynie zaprawą wapienną wizerunek głowy Marszałka na owalnym medalionie tak, że był niewidoczny. Tabliczkę ktoś zdjął i ocalił. Także medalion z głową Marszałka został ocalony choć nie wiadomo kiedy i przez kogo.
Tak zmieniony pomnik stał na skwerze Pomnik ten w okaleczonym stanie stał na skwerze do 1948 r. Wtedy właśnie rozmontowano go, a prostokątne bloki w części zostały zużyte na obelisk Adama Mickiewicza w nowym parku, a w części na obelisk upamiętniający udział Chorągwi Sieradzkiej w bitwie pod Grunwaldem. Reszta bloków przez długie lata leżała wzdłuż ul. Żwirki i Wigury.
W miejscu pomnika Marszałka w 1949 r. ufundowano pomnik wdzięczności dla Armii Czerwonej i dla tych, którzy utrwalali „władzę ludową”.
Tak było do 1991 r. Zarząd Miasta, kierowany przez Prezydenta Janusza Marszałkowskiego, uchwałą nr 33/91 z 9 IV 1991r. zdecydował, że Marszałek Józef Piłsudski wrócił na dawne miejsce. Nowy pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego został uroczyście odsłonięty w dniu 3 Maja 1991 roku....
Tekst powstał w oparciu o artykuł A. Ruszkowskiego "Z dziejów pomnika Marszałka Józefa Piłsudskiego w Sieradzu", Na Sieradzkich Szlakach, nr 1/2008 *

Wojciech Malczewski Z tym pomnikiem w latach 1949-1991 to chyba nie do końca tak było. O ile mnie pamięć nie myli, to przed nastaniem pomnika w obecnej wersji był bardzo podobny, zresztą możliwe, że kolumna obecnego jest kolumną z tego poprzedniego. Był on poświęcony m. in wdzięczności Armii Czerwonej, choć nie tylko. Szczegółów z tablicy nie pamiętam, ale najważniejsze jest, że tablice obecne teraz na pomniku są tablicami, które były poprzednio, tyle, że zamieniono je stronami. Jeśli spojrzy się na nie od wewnątrz, tzn. od strony kolumny, to można odnaleźć stare napisy.
Zarządzaj
Lubię to!Zobacz więcej reakcji
Odpowiedz1 l
Wojciech Kowalczyk Tak było. Jeśli mnie pamięć nie myli to w 1984r Stary pomnik otoczono wysokim parkanem z desek , i zburzono. Wystawiono ten w obecnej postaci - z innymi napisami i CHYBA o jeden "klocek" wyższy.
Zarządzaj
Lubię to!Zobacz więcej reakcji
Odpowiedz1 l
Gocha Ejchman To ja dodam, jeśli i mnie pamięć nie myli :) iż projektantem współczesnej wersji podobizny Marszałka jest nauczyciel pobliskiego liceum Pan Zbigniew Lubczyński (znany jako Pędzel")... podkreślam: JEŚLI MNIE PAMIĘĆ NIE MYLI:D
Zarządzaj
Lubię to!Zobacz więcej reakcji
Odpowiedz1 l
Janusz Wawrzyniak Przed pomnikiem na tym placu stała przed wojną synagoga z której niektóre elementy zostały użyte do budowy pomnika i wystroju tego parku czytałem o tym chyba w na sieradzkich szlakach






* Materiał pochodzi z:
Losy pomnika Józefa Piłsudskiego w Sieradzu..... W Sieradzu miejscem, gdzie odbywa się większość uroczystości patriotycznych jest skwer pomiędzy ulicami ...

czwartek, 8 listopada 2018

Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - Kino - Dorożka - Dzieciństwo - 1906-1916 - cz.8


       To stanie mnie męczyło i omdlewała ręka. Normalne skrzypce były dla mnie za duże, więc kupiono tzw. połówkę tj. o połowę mniejsze od normalnych, ale to nic nie pomogło. Lekcja muzyki była dla mnie postrachem, tym bardziej, ze nie okazywałem żadnego talentu w grze na skrzypcach. na szczęście pierwsza wojna światowa uratowała mnie z tego, ale tylko na pewien czas, bo już pod jej koniec, zaczęła się ta udręka od nowa. Szkoda, że Ojciec zachwycił się Hubermanem a nie jakimś pianistą światowej sławy, gdyż wtedy uczono by mnie gry na pianinie, które zresztą było w domu.
       W mieszkaniu naszym było już światło gazowe, gdyż pod koniec XIX wieku, wybudowano w Piotrkowie gazownię, pamiętam jednak również lampę naftową, gdyż była zabierana, gdy wyjeżdżaliśmy na letnisko. Była to duża stojąca lampa z ozdobnym szklanych kloszem, rzucająca światło w krąg na stole, koło którego wieczorem wszyscy się skupiali wytwarzała ciepły nastrój rodzinny.
        Z wczesnego dzieciństwa utrwaliła mi się przejażdżka łódką, w której wiosłował Ojciec, a to dlatego, że moja Mama bardzo się na niego gniewała, gdyż wiosłując nieumiejętnie, pryskał wodą do łódki. W tym miejscu odtwarzam ubranie Mamy. A więc na głowie szeroki kapelusz pełen sztucznych kwiatów na rondzie, a czasem wśród kwiatów głowa ptaszka. Kapelusz przymocowany był do włosów dwoma długimi szpilkami. Mam miała bardzo bujne włosy, tak dalece., że gdy była panną, wycinano jej ze środka, gdyż nadmiernie ciążyły. Włosy zaczesywano do góry. Sukienki i spódnice były długie, tak, że prawie dotykały ziemi a pod nimi noszono sztywne gorsety, sznurowane z tyłu, sięgające od połowy piersi aż poniżej bioder. Był to prawdziwy pancerz, nie wygodny i niehigieniczny. Buty zimą były wysokie do połowy łydki, sznurowane.
        I jeszcze kilka słów o kinematografie (tak wówczas nazywano kino). W Pamięci pozostały urywki kilku filmów, które wywarły na mnie największe wrażenie. A więc film batalistyczny z wyprawy Francuzów na Moskwę. Widzę jeszcze jakąś zaśnieżoną fortyfikację i ludzi strzelających dymnym prochem i karabinów.
        Drugi film, również batalistyczny, prawdopodobnie opiewający czasy wojny secesyjnej w Stanach Zjednoczonych. Widzę więc oficera w kapeluszu a la skautowski, który dla zabawy fechtuje się z synkiem, będącym w moim wieku, a potem zostaje aresztowany pod zarzutem szpiegostwa.
        W innym filmie rzecz się dziej na księżycu. Są tam ludzie, ale nie przybyli z ziemi a "auchtochtoni". Aby udziwnić ich wygląd - nie mieli rąk i tak ich pamiętam. Wreszcie jeszcze jeden film - seryjny. Bohaterem jest człowiek stworzony przez uczonych w probówce. Tytuł serialu - "Homunculus". Ma on fantastyczne szczęście. Pamiętam, jak w grze w karty wyciąga zawsze asa. Poza tym dysponuje ogromną wiedzą, ale dowiaduje się wreszcie, że nie jest normalnie urodzonym człowiekiem, a więc nie ma duszy i postanawia się nad ludzkością, niszcząc cywilizację. Jeszcze teraz widzę te zniszczenia jakie poczynił na ziemi. Myśl o powszechnej zagładzie, spowodowanej przez samego człowieka, jest więc wiele wcześniejsza niż wynalezienie bomby atomowej.
         Wówczas nie było samochodów i zimą była prawdziwa sanna na ulicach miasta. Dorożkarze odstawiali swoje dorożki i zaprzęgali konie do sanek tzw. "petersburskich". Były to małe sanki na żelaznych płozach. Z tyłu było siedzenie tylko dla dwóch osób, a dorożkarz stał z przodu, opierając się wysoką, wąską deską, zastępującą mu siedzenie, chroniony z przodu wysokim wygięciem sanek ku górze. Pamiętam jeszcze charakterystyczne blaszki z numerem dorożki, jakie nosili dorożkarze zawieszone na plecach.
          W zimie ubierano mnie w tzw. baszłyk. Była to moda rosyjska, powstała na skutek panujących tam siarczystych mrozów. baszłyk był to kaptur, przeważnie koloru popielatego, beżowego lub białego, z bardzo długimi końcami. zakładało się go na czapkę, a końce krzyżowano na piersiach i zawiązywano dookoła w pasie.

                                                       - ciąg dalszy nastąpi -

środa, 7 listopada 2018

Dzierżbice - Kutno - Ksiądz - Grupa - 1917

    Zdjęcie jako ciekawostka - formatu pocztówkowego, prezentuje je, gdyż jest kawałkiem historii tej małej miejscowości. Dedykacja:
 Od Księdza na pamiątkę, Państwo Iżmanowscy dla Marysi Cywinskiej.
Dzierżbice, dn. 28 sierpnia Roku 1917.





wtorek, 6 listopada 2018

Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - ŁKS - Concordia - Huta szkła - Dzieciństwo - 1906-1916 - cz.7


             Odniosłem wrażenie, że ostateczny uraz spowodowany został wypadkami 1905-1906 roku, kiedy to rewolucyjni robotnicy podzielili się na dwa odłamy, jeden stanowiła Polska Partia Socjalistyczna (PPS), a drugi Narodowa
 Partia Robotnicza (NPR) i w rezultacie, zaczęli się wzajemnie mordować.
             Jeśli idzie i pomijanie w opowiadaniach spraw polsko-rosyjskich, to później zrozumiałem, że chodziło Ojcu o to, aby nie robić ze mnie nieszczęśnika, cierpiącego już od dziecka na kompleks niewolnika, gnębionego jarzmem zaborcy. Nikt wówczas nie przypuszczał, że Polska stała już u progu niepodległości - przeciwnie sytuacja wyglądała wprost beznadziejnie.
             Gdy jednak chodzi o Niemców, to Ojciec nie szczędził w swych opowiadaniach opisów walk, toczonych przez Polaków z zachłannością germańską.
             Wywołał tym skutek zupełnie przez siebie nieoczekiwany. Otóż Rodzice moi uważali, ze obcego języka należy uczyć się od dziecka i wybór padł na język niemiecki. Oboje zresztą mówili zarówno językiem niemieckim, jak i rosyjskim. W tym celu została zaangażowana dla mnie niemiecka bona, ale cóż z tego, kiedy przejęty opowiadaniami Ojca, nie chciałem słowa powiedzieć po niemiecku. Bona mordowała się ze mną szereg miesięcy, ale wobec mego, iście oślego uporu, zrezygnowała z pracy.
             Wobec tego Ojciec wpadł na inny pomysł. Przyszedł do przekonania, ze prędzej zacznę mówić, gdy zajmę się zabawą. W tym celu zaangażował chłopca w moim wieku, Niemca, syna majstra hut szklanych w Piotrkowie. Według porozumienia z ojcem chłopca, musiał on przychodzić do mnie i bawić się ze mną, za co otrzymywał obiad i kolację, oraz jego ojciec - zapłatę. Ale i z tego nic nie wyszło, bo ów Niemczak unikał również mówić po polsku i w tym języku ze mną rozmawiał.
            To moje przekonanie, że Niemcy są naszym jedynym wrogiem, objawiało się czasem dość zabawnie, a mianowicie:
             W roku 1912 czy 1913, Ojciec zabrał mnie na mecz piłki nożnej, "futbolowy", jak to wówczas z angielska mówiło. Piłka nożna w zaborze rosyjskim była wówczas dopiero w powijakach, a dla mnie był to pierwszy mecz tego rodzaju, jaki w życiu oglądałem. Mecz rozgrywał się pomiędzy jakąś łódzką drużyną, prawdopodobnie późniejszym ŁKS-em, a drużyną piotrkowską, zorganizowaną przy hucie szkła - późniejszą "Concordią". Nic się oczywiście na grze nie rozumiałem, ale nieustannie pytałem Ojca, kto wygrywa, czy Niemcy (tj.łodzianie). czy Polacy (tj.piotrkowianie).
             Prawdziwą jednak udręką były dla mnie - skrzypce! ojciec tak się kiedyś zachwycił grą Bronisława Hubermana, skrzypka światowej sławy, ze postanowił mnie nauczyć gry na tym instrumencie i w tym celu zaangażował nauczyciela. Byłem chłopcem wątłym, karmionym ciągle różnymi wzmacniającymi środkami, z których jeden świetnie zresztą pamiętam, bo mi smakował. Otóż nabijano gwoździami jabłka, które po wyciągnięciu zostawiały ślady rdzy. Według lekarza, miało to być naturalne spożywanie żelaza. Ucząc się gry na skrzypcach, trzeba nie tylko stać, ale ponadto lewą ręką trzymać w górze podtrzymując instrument wetknięty pod brodę.

                                                         - ciąg dalszy nastąpi -

           

poniedziałek, 5 listopada 2018

2 wojna światowa - Trup - Żołnierze - Wehrmacht - Bunkier - Francja ? - 6.6.1940 - cz.2

      Następne 5 zdjęć, bardzo drastycznych... Jest to przestroga dla obecnych pokoleń, wielu zapomniało co to jest wojna... Buduje się strzelnice, w gimnazjach zakłada się klasy mundurowe... Nie uczy się historii prawdziwej, której przewodnim tematem jest walka o pokój, dobrosąsiedzkie stosunki z sąsiadami Polski.. Nauka posługiwania się karabinem prowadzi do tragedii...













2 wojna swiatowa - Czołg - Działko przeciwlotnicze - Wehrmacht - Francja ? - 6.6.1940

          Odnalazłem w swoich archiwach 7 zdjęć, bardzo ciekawych zarazem bardzo drastycznych! Wszystkie są oryginałami o wymiarach 7,0x9,0 cm. Nie znam się na uzbrojeniu, dlatego nie chcę się wymądrzać w tym temacie, opinie zostawiam czytelnikom (być może ktoś pomoże mi w rozpisaniu tych zdjęć?). Na pierwszym z nich jest podane, że jest to 16-to tonowy czołg pancerny, pozwoliłem sobie napisać Francja, gdyż tak mi się wydaje. Następne zdjęcia będą bardzo drastyczne, pokazują zwęglone zwłoki żołnierzy, tylko dla czytelników z mocnymi nerwami...










Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - Freblówka - Policja carska - Sokół - Dzieciństwo 1906-1916 - cz.6


           Freblówka mieściła się parterowym budynku, a na poddaszu  znajdowała się izba, w której
p. Kwiatuszyńska uczyła czytać i pisać po polsku. Była to tajemnica, gdyż nie miała ona zezwolenia od władz rosyjskich. O tym miejscu nauki dowiedziałem się dopiero, gdy miałem siedem lat i zaprowadzony zostałem tam, dla nauki.
           W związku z tym przypominam sobie taką scenę: Pewnego dnia dnia schodzę z tego poddasza i na dole, przy schodach widzę p. Kwiatyszyńską i jej matkę, a przede wszystkim policjanta rosyjskiego t.zw. wówczas "stójkowego". Nosili ciemne mundury (czarne? ciemno-granatowe?) i charakterystyczny czerwony sznur, który wisiał na szyi i schodził do kabury dużego pistoletu, do którego był przyczepiony. Gdy byłem już prawie na dole, policjant spytał mnie niespodziewanie po polsku:
  - Co robiłeś na górze?
            Mimo, że nikt mnie nie uprzedzał, iż nie wolno mówić o tym nauczaniu, byłem w tym wieku, że wyczuwałem obecność władzy rosyjskiej w stosunku do Polaków. Już w domu zauważyłem, jakie uczucie niechęci wywołuje urzędowa wizyta władzy rosyjskiej, jak pewne piosenki śpiewa się cicho i tp. Co odpowiedziałem owemu policjantowi - nie pamiętam, ale w każdym razie nie to, że się tam uczę. Co wówczas z miejsca skomponowałem, musiało być udane, skoro po odejściu policjanta, zarówno p. Kwiatuszyńska, jak i jej matka, serdecznie mnie ucałowały.
            Do dzisiaj pamiętam także pierwsze słowo, jakie w swym życiu przeczytałem; pamiętam nawet miejsce i porę dnia w której to nastąpiło. Było to słowo "anioł". Stwierdzenie, ze z tych poszczególnych literek można złożyć wyraz, było dla mnie tak wielkim i wstrząsającym objawieniem, że fakt ten na zawsze wrył mi się w pamięć.
            Chodząc do freblówki nosiłem jeszcze długie włosy, obcięte "na polkę", aż pewnego dnia się zbuntowałem. Chodziło o to, że chłopcy pociągali mnie za nie wołając "dziewczynka". Ojciec stanął po mojej stronie i zaprowadził do fryzjera, a gdy z dumą wróciłem do domu, Mama była oburzona, że mnie tak ojciec oszpecił.
           Po drzemce popołudniowej, gdy była pogoda, zabierał mnie Ojciec na spacer za miasto. Bardzo lubiłem te spacery, bo opowiadał mi wówczas różne ciekawe rzeczy. Opowiadanie te, to była po prostu historia Polski, podana w przystępnej dla dziecka formie. Ciekawe jednak, że opowiadania nigdy nie dotyczyły spraw polsko-rosyjskich, a przecież Ojciec już wówczas należał do tajnego "Sokoła".
           "Sokół" była to patriotyczna organizacja polska, zajmująca się rozwojem świadomości narodowej i tężyzny fizycznej swych członków  (gimnastyka, sport, turystyka i tp.). Organizacja ta dozwolona była z zaborze austryjackim, gdzie istniał już wówczas ograniczony samorząd polski, ale zabroniona była w zaborze pruskim (tj. niemieckim) i rosyjskim. Pamiętam do dzisiaj melodię i treść "Marszu Sokołów":
           " Ospały i gnuśny, zgrzybiały ten świat,
              Na nowe on życie koleje,
              Z wygodnej pościeli nie dźwiga się rad,
              A ciało i dusza w nim mdleje.

              Hej bracia sokoli dodajcież mu sił,
        bis 
              By życia zapragnął, by powstał i żył.
            
              Przytaczam go tutaj na pamiątkę, bo spółka hitlerowsko-stalinowska zlikwidowała w roku 1939 tę organizację i wiele jeszcze wody upłynęło w Wiśle, zanim zostanie reaktywowana.
             Gdy chodziłem już do gimnazjum i stałem się mądrzejszy, zorientowałem się, ze Ojciec nie lubił polityki, nie lubił nawet o niej mówić. Po uzyskaniu niepodległości był wieloletnim, aż do śmierci, ccłonkiem zarządu wielu organizacji w Piotrkowie jak np. "Sokoła", "Ochotniczej Straży Pożarnej", "Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości" itp., ale nigdy nie należał do jakiegoś stronnictwa politycznego.

sobota, 3 listopada 2018

Dokument - Ewangelicy - Jastrzębowo - Czeniejewo - Lisnowo - Czarne Dolne - Świecie n.Osą - Rogóźno - Grudziądz - Kwidzyń - cz.1


             Naście lat temu kupiłem na Flohmarku w Langenhagen teczkę z mnóstwem dokumentów w języku niemieckim. Kupiłem ją z dwóch powodów, po pierwsze walory filatelistyczne (kartki pocztowe)z lat 30 i 40 ubiegłego wieku, także fakt, że w wielu dokumentach i zapiskach były miejscowości polskie. Celem osoby która gromadziła te dokumenty było drzewo genealogiczne, tak obszernego wykazu nigdy wcześniej nie spotkałem. Nie zdawałem sobie sprawy jaką wartość mają te dokumenty obecnie, kiedy zajmuję się cmentarzami ewangelickimi. Brakuje tych informacji (które gromadził przez lata Reinhold Müller z Hamburga) w wielu miejscowościach w których zachowały się szczątki cmentarzy ewangelickich. Ten materiał który zachowałem przez lata, być może przyda się poszukiwaczom historii, szukających brakujących informacji. Jak wielki jest to obszar zgromadzony przez Reinholda, niech świadczą daty urodzin ludzi z początków 1500 roku! Większość dokumentów jest pisana ręcznie, w dodatku "maczkiem". Nie podejmuję się ich tłumaczenia, na poszczególnych stronach można znaleźć miejscowości, które obecnie znajdują się na terenie Polski. W wielu odcinkach będę zamieszczać te dokumenty, jeśli ktoś z państwa znajdą coś dla siebie, będę bardzo zadowolony!

                            Miejscowości: Jastrzębowo i Czerniejewo.

Miejscowości:
Lisnowo (1939–1942) Groß Leistenau
Czarne Dolne (niem. Niederzehren) - Kwidzyń (Marienwerder).
Świecie nad Osą (deutsch 1939–1945 Schwetz.

  
Miejscowości:
Szembruczek (Kleinschönbrück)
Przeczno (Ballrau)
Rogóżno /Grudziadz - Graudenz / Roggenhausen  

piątek, 2 listopada 2018

Kresy - Lwów - Światowid - Konkurs Fotograficzny - Stary cmentarz żydwoskiski - Judaika - Cerkiew - 1925

  W numerze 8-mym Światowida z 21 lutego 1925 roku, zamieszczono zdjęcia konkursowe zainicjowane przez redakcję tygodnika. Z ośmiu nagrodzonych fotografii, aż 3 nagrody zdobył Władysław Zapalski z Chęcin. Na tych 3 zdjęciach są motywy ze Lwowa. Widać, że był fanem tego przepięknego miasta. Niektóre z tych motywów już nie istnieją, cudownie, że pozostały zdjęcia...


       Nagroda (400 zł)- P.Władysław Zapalski (Chęciny): Stary cmentarz żydowski we Lwowie.

                                  Nagroda (400 zł)- P.Władysław Zapalski (Chęciny):
                                     W przedsionku cerkwi św. Mikołaja we Lwowie.

                                  Nagroda (400 zł)- P.Władysław Zapalski (Chęciny):
                                 Fragment attyki domu Jana Sobieskiego we Lwowie.


Władysław Reymont - Nobel - Chłopi - Śmierć - Pogrzeb - Warszawa - Stefan Żeromski - Światowit - 1915 - 1925 - cz.2

          W numerze Nr.51 w Światowidzie z 19 grudnia 1925 strona 16)  relacja i zdjęcia z pogrzebu naszego wielkiego wieszcza Władysława Reymonta:

                                              POGRZEB TWÓRCY CHŁOPÓW.

 Rodzina zmarłego, Prezydent i Rząd Rzeczypospolitej w kondukcie pogrzebowym na placu Zamkowym w Warszawie: 910 Prezydent, (2) Marszałek Sejmu Rataj, (3) Premier dr. Skrzyński, (4) Min. Spraw Wewnętrznych Raczkiewicz.

Kapituła i duchowieństwo w kondukcie pogrzebowym. Kondukt prowadzi, w zastępstwie chorego kardynała arcybiskupa ks. Kakowskiego, biskup podlaski ks.dr. Henryk hr. Przeździecki.

Min. W.R.i O.P. dr. Stanisław Grabski (x) przemawia na placu Zamkowym, imieniem Rządu, nad trumną Zmarłego, niesioną przez Krakusów.

Poeta Relidzyński niesie w kondukcie pogrzebowym na poduszce odznaczenia zmarłego: Wielką wstęgę orderu Polonia Restituta.

Delegacje włościańskie w kondukcie pogrzebowym. Na pierwszym planie wieniec Chłopów z Sierdzkiego.

          Kondukt pogrzebowy skręca z ulicy Wierzbowej na plac Teatralny, przed gmach Opery.

Władysław Reymont - Nobel - Chłopi - Śmierć - Stefan Żeromski - Światowit - 1915 - 1925 - cz.1

         W niecałe 16 dni 1925 roku, polska literatura, także cały Naród, poniosły niepowetowaną stratę.W dniu 20 listopada zmarł Stefan Żeromski, 5 grudnia odszedł Władysław Reymont. Tygodnik ilustrowany "Światowid"na stronach tytułowych jak i w środku obszernie opisuje te tragiczne informacje, dodając także bardzo dużo fotografii z ceremonii pogrzebowych. Skoncentrowałem się na Władysławie Reymoncie, gdyż jest mi bardzo bliski. Pasjonuje się jego książkami, także jego bardzo bliska obecność od mojego miejsca zamieszkania. Domek w którym mieszkał w Prażkach (10 km) jak i stacja kolejowa Wolbórka (18 km) gdzie pracował jako pomocnik dróżnika. Na ten temat pisałem w 2015 roku:

Wolbórka - Stacja kolejowa - Czarnocin - Będków - Smutek ......




Po stracie, jaką literatura, a z nią cała kultura narodowa polska poniosła przez śmierć Stefana Żeromskiego, nie mógł w nią uderzyć sroższy cios od zgonu Władysława Reymonta, genjalnego twórcy "Chłopów", laureata nagrody Nobla, pisarza, którego talent podziwiała nie tylko Polska, ale i cały świat.



środa, 31 października 2018

Kresy - Prut - Haculi - Ukraina - Światowid - 8.11.1924

 Jestem w posiadaniu pełnego rocznika tygodnika "Światowid", zestawu pięknego czasopisma. Mnóstwo fotografii i opisów z Polski i ze świata. W związku z tym, że w tym roku odwiedziłem piękną Ukrainę, zwiedzałem z przyjaciółmi wiele miejsc gdzie żyli i mieszkali Haculi. Dlatego jako pierwsze wstawiam artykuł pod tytułem:
                                  Z MALOWNICZEGO ZAKĄTKA POLSKI
      Jednym z najpiękniejszych zakątków Rzeczpospolitej jest niewątpliwie okolica Prutu. Malownicze krajobrazy oraz doskonałe warunki klimatyczne ściągają tam rok rocznie tysiące kuracjuszy z najdalszych stron Polski. Okolice te zamieszkują Haculi, sposobem życia i zatrudnieniem przypominający naszych górali tatrzańskich. Również i ich stroje są zbliżone bardzo do strojów naszych Zakopiańców. Malowniczość terenów zamieszkałych przez hacułów jak i ich stroje i zabawy ludowe były tematem wielu polskich malarzy. Aksentowicz uwiecznił w wielu obrazach zwyczaje ludowe hacułów jak "wesele", "święcenie Jordanu" i.t.d. Również wiele interesujących tematów czerpał wśród tej ludności znakomity malarz ś.p. Dębicki.
      Ludność haculska w odróżnieniu od ludności ruskiej nie zajmuje się zupełnie polityką. Wobec naszych włądz jest zupełnie lojalną i ani nie myśli o przewrotowych koncepcjach Petruszewicza. To też rząd polski otacza tę ludność ojcowską opieką, tem potrzebniejszą iż - jak wiadomo - wśród hacułów panują od wielu dziesiątek lat nagminnie choroby zaraźliwe. Rząd nasz ze strasznymi temi chorobami walczy skutecznie, i jest nadzieja, że w niedługim już czasie zaraza ta zostanie w zupełności wytępioną. Przyczyni się to do wzmożenia napływu kuracjuszów do Worochty, Jaremcza i innych podkarpackich miejscowości.

                           Typowa zagroda gospodarza na Haculszczyźnie.

                 Lepianki hacułów, którzy zagrody swe stracili w czasie wojny.

                              Haculi w odświętnych strojach na odpuście. Na pierwszym planie bogaty
                                                           gospodarz z nieodstępną fajką.

                                  Dziewczę haculskie w drodze do cerkwi. (Fot.K.Strzelecki)

                           Hacuł rozmawiający ze swym sąsiadem przy pomocy długiej trąby.

                    Grupa hacułek w malowniczych strojach ludowych na odpuście.

                                      Transport mleka i bryndzy z gór do doliny.

poniedziałek, 29 października 2018

Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - Wrocław Klinika Cesarska - Ciechocinek - Dzieciństwo 1906-1916 - cz.5



              W tym Ciechocinku upamiętnił mi się również inny fakt. Mieszkaliśmy wówczas w "Kruszynie", a więc był to rok 1912, czyli miałem sześć lat. Po południu chodziło się do parku "na wody" i koncert. Koncertowała wówczas jakaś duża orkiestra wojskowa rosyjska.Najpierw jednak wstępowaliśmy w tym parku na kefir, do pawilonu Sigaliny, warszawskiego wytwórcy kefiru. mam kupowała go w abonamencie i gdy Źle się czuła i nie szliśmy do parku, wysyłała mnie po kefir z kartą abonamentową.
             Pewnego dnia pobiegłem po kefir. Były to czasy, kiedy nawet takiemu małemu chłopcu, nie dawano w Polsce butelki bez zapakowania w papier. Tak też się stało i tym razem. Gdy biegłem z powrotem udając pociąg, wziąłem w jedną rękę butelkę za szyjkę, nie zdając sobie sprawy, co stać się musi. Butelka wysunęła się z papieru, upadła i rozbiła się. Wystraszony pobiegłem do domu i powiedziałem, że kefiru nie dostałem. Było to moje pierwsze kłamstwo. Mama stwierdziła, ze abonament jest przecięty i wierząc mi, postanowiła udać się następnego dnia z pretensją.
             Rozmowa z ekspedientką odbyła się w mojej obecności:
             - Dlaczego nie dała pani chłopcu kefiru, mimo przecięcia abonamentu?
             - Jeżeli przecięłam abonament, to na pewno chłopcu kefir dałam.
             - On twierdzi, ze nie dostał, a on nigdy nie kłamie.
 W tym momencie się "załamałem" i pociągnąłem mamę za sukienkę. Zwróciła się do mnie:
             - O co ci chodzi?
             - Ta pani mówi prawdę, kefir dostałem, ale w drodze butelka wypadła mi z ręki i potłukła się.
Mam poczerwieniała i przeprosiła ekspedientkę. Spodziewałem się na lada "bury", ale o dziwo, Mama mnie nie ukarała a tylko, gdy odeszliśmy, powiedziała:
             - Dobrze zrobiłeś, że się przyznałeś.
             Kary, jakie Mama stosowała, były następujące, zależne od wagi przewinienia; stanie w kącie, stanie w kącie twarzą do ściany, klęczenie w kącie, klęczenie w kącie z rękami podniesionymi do góry. Kara kończyła się wówczas, gdy podchodziłem i przepraszając, całowałem Mamę.
             Gdy tylko byłem dostatecznie duży, prowadzono mnie do freblówki. Freblówkami nazywano ówczesne przedszkola, powstałe na zasadach naukowych, opracowanych przez znanego niemieckiego pedagoga Fröbla. Właścicielką freblówki była p. Jadwiga Kwiatuszyńska, która była tez moją pierwszą nauczycielką. Dzieci spędzały tam całe przedpołudnie bawiąc się, układając klocki, uprawiając gry ruchowe, śpiewając, wykonując różne drobne roboty ręczne jak np. wycinanie ramek "laubzegą" i tp. tam też pierwszy raz zwróciłem uwagę na urodę dziewczynek, która tak mi się podobała, że zawsze stawałem z nią do porannej modlitwy, odmawianej stojąc parami. Do dzisiaj pamiętam jej nazwisko - Szachowska.
             Na uroczyste święta p. Kwiatuszyńska urządzała przedstawienia i w ten sposób stałem się "aktorem". Wtedy to Mama nauczyła mnie tańczyć walca, gdyż grałem królewicza w bajce "Kopciuszek" i ta umiejętność potrzebna mi była na scenie. Przypominam sobie, że również grałem Jasia w bajce "Ja i Małgosia", a upamiętniło mi się to dlatego, że gdy z Małgosią położyłem się spać w chacie czarownicy, leżąc mrugałem oczyma, wywołując śmiech na sali.
             Jeśli chodzi o tańczenie, to później wszystkich tańców nauczyłem się sam, obserwując tańczących.

                                                            
                                                         - ciąg dalszy nastąpi -

Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - Wrocław Klinika Cesarska - Ciechocinek - Dzieciństwo 1906-1916 - cz.4



               Bardzo wcześnie otrzymałem łyżwy i już jako mały chłopiec umiałem na nich jeździć, ale nigdy nie doszedłem w nich do perfekcji, kończąc swoje umiejętności na t.zw. "holendrowaniu". Holendrowaniem nazywano zataczanie łuków na zmianę, to na jednej, to na drugiej nodze, zawsze na zewnątrz.
               Rodzice mówili mi, że jak tylko nauczyłem się chodzić. i wymawiałem pierwsze słowa, nie lubiłem żeby mnie prowadzono za rękę; zaraz się wyrywałem wołając, że chcę "siam" iść. Rodzina zdrobniła moje imię z Karola na "Lolka" i tak mnie nazywano. Gdy pytano mnie kim chcę zostać, twierdziłem, że będę stangretem, bo mi się to zajęcie bardzo podobało. Pamiętam jakie wrażenie wywołało na domownikach moje trafne odczytanie godziny z zegara w pokoju stołowym. Nie umiałem wtedy jeszcze czytać, ale znałem już cyfry.
               Ponieważ, ani farmakologicznie, ani balneologiczne leczenie nie pomogło Mamie, więc w 1912 roku udała się znowu do Wrocławia, do tej samej "Kliniki Cesarskiej", tym razem na operację. Kiedy odbyła się ta operacja dokładnie nie wiem, gdyż z ocalałych dokumentów wynika, że była tam dwa razy t.j. od 27.6 do 23.7.1912 r. i w pół roku później t.j. od 28.1 do 3.3.1913 r. i że operował ją prof.dr. Küster. W każdym razie, na skutek tej choroby i operacji, nie mogła mieć już więcej dzieci i dlatego zostałem jedynakiem.
                Z tych najdawniejszych czasów przypominam sobie jeszcze, jak wywieszano w rosyjskie święta państwowe (t.zw. "galówki"), trzy kolorowe chorągwie na domach (barwy: czerwona, biała i ciemno-niebieska) i jak raz na głównej ulicy Piotrkowa - ul.Kaliskiej (obecnie ul.Sienkiewicza), nazywanej przez ciotki moje w żargonie uczniowskim "Kaliszem", paradował jakiś rosyjski dygnitarz w ogromnym "pierogu" na głowie i szpadą przy boku. Tych "galówek", ku radości uczniów, było bardzo dużo, gdyż każda rocznica związana z domem panującym i rodziną cara, była obchodzona ową "galówką", w czasie której nie było lekcji.
                Na lato jeździliśmy często do Ciechocinka, jako kurortu bardzo wskazanego dla dzieci. Chodziło tu o mnie, gdyż byłem dzieckiem mizernym, a i Mama zażywała kąpieli na swe dolegliwości. Wówczas w kurortach istniały t.zw. 3 sezony po 6 tygodni każdy. Pierwszy trwał od 15 maja do 30 czerwca; drugi od 1 lipca do 15 sierpnia, a trzeci od 15 sierpnia do 30 września. Jeździło się na cały sezon, a więc na 6 tygodni.
                Wiem, że w roku 1912 mieszkaliśmy w willi "kruszyna", niedaleko lasku sosnowego i wtedy też byłem z Mamą pierwszy raz w Toruniu, leżącym wówczas na terenie Niemiec. W 1913 roku mieszkaliśmy też w tej samej części Ciechocinka w willi "Meystra" i tam pierwszy raz widziałem w naturze polskie kontusze, w które pewnego dnia przebrała moich dwóch kolegów zabaw, ich matka, mieszkająca w tej samej willi.
                Przebywając w Ciechocinku chodziłem każdego popołudnia do zakładu gimnastycznego pana Nebla, gdzie z całą grupą innych dzieci, uprawialiśmy gimnastykę szwedzką. Moja Mama całe życie ją ćwiczyła w domu, więc na mnie coś z tego przeszło, gdyż wykonywałem ćwiczenia tak sprawnie, iż pan Nebel wyznaczył mnie na przewodnika, co polegało na tym, że on pokazywał ćwiczenia, stojąc twarzą do grupy a vis a vis niego stałem ja i ćwiczenie powtarzałem, a za mną cała grupa. Wszystko to odbywało się jednocześnie.Tam też przeżyłem jedną ze swoich dziecięcych tragedii. Co niedzielę p.Nebel urządzał jakieś zabawy i raz zorganizował wyścigi. Zawsze uważałem, że dobrze biegam, ale do wyścigu stanęła cała ćwicząca grupa, w której było wielu dużo starszych ode mnie chłopców. Nic dziwnego, że kilku z nich mnie wyprzedziło. Byłem zrozpaczony, płakałem twierdząc, że to niesprawiedliwy wyścig, bo jak można stawiać do biegu takiego małego chłopca jak ja, razem z takimi dużymi chłopakami. Ani Mama, ani pan Nebel nie mogli mnie uspokoić. Pan Nebel dawał mi taką samą zabawkę, jaka dostali w nagrodę wygrywający wyścig chłopcy, ale ja jej za nic przyjąć nie chciałem, bo przecież biegu nie wygrałem i nie przyjąłem.
              Matka moja nigdy mnie nie strofowała przy ludziach, ani na ulicy, nie mówiąc już o jakimś szarpaniu lub biciu.. Wystarczyło, że spojrzała na mnie i powiedziała: "Dobrze - porozmawiamy w domu", miała przy tym tak rozkazująco przenikliwy wzrok, że mi to zupełnie wystarczało, chociaż były wyjątki, jak w wyżej opisanej scenie u p.Nebla, gdzie poczucie niesprawiedliwości i krzywdy, przewyższyło wpływ Mamy.. Zresztą nie tylko ja bałem się tego jej wzroku; gdy była zagniewana, bali się go także wszyscy domownicy, służba i pracownicy Ojca. 

                                                        
                                                                     - ciąg dalszy nastąpi -