czwartek, 12 marca 2015

Stróża - Leśne Odpadki - Bukowiec - Königsbach - Mord - Ekshumacja - cz.4




Wywiad z dnia 12.03.2015 roku, z panią Jadwigą Frydrych, urodzoną w 1933 roku w Stróży, przez wiele lat mieszkającą w Leśnych Odpadkach, a od 1945 roku w Bukowcu przy ulicy Dolnej.
Pani Jadwiga:
Mam wspaniałą pamięć, wszystko z dawnych lat pamiętam. Miałam 6 lat, jak mój tata poszedł na wojnę 1939 roku, także jak poszedł do niewoli. Pamiętam dokładnie jak zamordowano tych 14 mieszkańców Wiskitna. Ich trupy leżały w Leśnych Odpadkach, blisko lasu, jak biegnie ta droga w kierunku Stróży. Ja z bratem ukryliśmy się w rosnącym na polu życie, które tego roku bardzo obrodziło, było wysokie. Jak się tata o tym dowiedział, był cały roztrzęsiony, mówił nam na jakie ryzyko się naraziliśmy, powiedział:
 - Przecież tych trupów pilnowali żandarmi, mogli nas zastrzelić, uważając was za szpiegów.
Zresztą wielu dorosłych chciało ich zobaczyć, wszyscy którzy tam doszli strasznie płakali. Z tych 14 rozstrzelanych większość była w wieku 18 czy 19 lat. Jak ich odkopywali w 1945 roku, to wszyscy byli strasznie poddenerwowani, dlatego tych Niemców bili.
Moja uwaga: Do ekshumacji zbiorowej mogiły w Stróży skierowano cywilnych mieszkańców Bukowca. Jak mi przekazywano, nie pozwolono używać łopat, czy szpadli. Klęcząc, rękoma zdejmowali warstwy ziemi, później wydobyli ciała pomordowanych 4 lata wcześniej niewinnych mężczyzn.
Wszystko zaczęło się w Wiskitnie, żandarm który odkrył zabronione prawem okupanta niemieckiego świniobicie, wszedł na podwórko gospodarza. Moja uwaga: w rozmowach w tym temacie z innymi ludźmi, usłyszałem, że żandarm dostał donos o jakiegoś "przychylnego" mieszkańca Wiskitna.
Widząc go i czując zbliżające się niebezpieczeństwo skrył się w stodole, jednak żandarm zaczął bić jego żonę chcąc dowiedzieć się gdzie przebywa jej mąż. Nie mogąc patrzeć na to co się dzieje, nie wytrzymał i wybiegł na podwórko. Chcąc obronić bezbronną żonę, chwycił przypięty do woza orczyk, doleciał od tyłu, i tak go nim walnął w głowę, że na miejscu zabił. Jak gospodarz doszedł do siebie, to zarzucił zabitego żandarma na konia, na którym do nich przyjechał, a koń znając drogę zawiózł trupa na posterunek policji. W naszym rejonie posterunki policji był małe, w większości przemieszczali się konno. Pamiętam też fakt, że także do nas przyjechali konno, aby aresztować mojego tatę, ale w innej sprawie. Zabrali go i  przetransportowali do więzienia na Sikawie.
Wracając do tego mordu, to po rozstrzelaniu, stary Niemiec powiedział do zgromadzonych tam siłą mieszkańców, że jeśli jeszcze raz coś takiego zrobią, tzn. zabiją chociaż jednego żandarma, zostanie spalona cała wieś i rozstrzelają 100 mieszkańców. Od tego czasu ludzie bali się, jak coś robili niezgodnego z niemieckim prawem, to się mocno z tym ukrywali. A co było jeszcze straszne, to to, że żony i dzieci musiały patrzeć jak rozstrzeliwują ich bliskich. Znalazła się tam stara Niemka, skąd pochodziła, nie mogę powiedzieć, to ona  wszystkim 14 Polakom z tyłu wiązała drutem kolczastym ręce. Przed śmiercią byli oni strasznie skatowani, powybijane zęby, posiniaczeni, powyrywane włosy. Ich dzieci i żony musiały na to wszystko patrzeć, nie dziwota, że później mieli w sobie taką nienawiść. Polacy po wyzwoleniu złapali tą starą Niemkę (nie zdążyła uciec jak inni), przyprowadzili ją do tego grobu i kobiety rzucały w nią kawałkami drzewa, tak ją biły, że straciła przytomność. Obok był wykopany duży dół, tam ją zepchnęli i zasypali ziemią. Na drugi dzień dół był pusty, zniknęła, być może ktoś jej pomógł, nie było śladów. Wyjęto ze zbiorowej mogiły wszystkich zamordowanych. Leżeli oni obok siebie, na warcie postawiono jednego milicjanta. Dla mnie to była głupota, jednego milicjanta zostawić w lesie z 14 trupami, on tak wyszedł na róg zagajnika, obok był las i droga, zaczął strzelać, bo się chyba bał. Była noc. Moja ciocia słyszała te strzały, poszła później do niego, zaprosiła na gorąca herbatę, mówiąc do niego: "dlaczego pana zostawili samego, to jest okropne..."
Dopiero na drugi dzień przyjechali, zabrali te trupy na cmentarz w Kurowicach. Mój tata, którego bardzo kochałam, a byłam z nim 50 lat, nie pozwolił mi tam pójść. Bardzo chciałam być przy nich, chciałam ich pożegnać, była też w tym dziecinna ciekawość, jednak tata poszedł sam.

Mieszkańcy Stróży, dokładniej rodzina pani Jadwigi. Na dole, druga od lewej, mama Antonina Frydrych, ciekawa postać strażaka z tej wsi, ok. 1935 rok

Stróża, bliska rodzina pani Jadwigi, babcia Zofia, na dole pierwsza z lewej strony, ok.1930 rok

Stróża, Antonina, mama pani Jadwigi z kuzynami, ok.1935 rok.
Wszyscy na zdjęciach, byli prawdopodobnie świadkami tych wydarzeń...., piękne zdjęcia, dziękuję za ich udostępnienie przez panią Jadwigę!!!


Major Seweryn Kozyra - 30 Dywizja Piechoty Polesie - Wspomnienia - 1939

Znalazłem maszynopis z ręcznymi dopiskami majora Seweryna Kozyrę, pisanego w Zielonce w lutym 1971 roku. Wspomnienia bardzo ciekawe, poruszające wiele kwestii tematy kresowego , Ukrainę itp. Tekst zamieszczam bez poprawek. Całość liczy 18 stron maszynopisu.

                                                Wspomnienia z roku 1939 - w skrócie.

Zanim przystąpię do właściwego tematu, pragnę w kilku słowach wspomnieć o wydarzeniach poprzedzających ten rok z jednocześnie mających zasadniczy wpływ na wydarzenia w Polsce. Kanclerz Niemiec Adolf Hitler zbroił swój kraj na potęgę.Nikt mu w tym nie przeszkadzał, mimo, traktat Wersalski nakładał ograniczenia na stan liczbowy i uzbrojenie armii niemieckiej. Po uzbrojeniu i wyszkoleniu armii- Hitler stawiał coraz nowe żądania i realizował je wbrew woli Anglii i Francji. Wcielił do Rzeszy, Austrię, zagrabił Sudety a później całą Czechosłowację. Węgrom natomiast dał Ruś zakarpacką, a Polsce zezwolił na zajęcie Zaolzia. W ten sposób i my przyczyniliśmy się do upadku bratniego i Słowiańskiego państwa Czechosłowackiego. Ruś Zakarpacka była zajmowana w zimie na przełomie 1938/1939 r., przez Węgrów.
Polacy w tym pomagali przez rozmieszczenie swych wojsk wzdłuż byłej granicy Słowackiej po Rumuńską i uniemożliwienie przechodzenia Rusinów z Małopolski Wschodniej na Ruś Zakarpacką, gdzie tworzyła się armia Rusi i w/g założenia mająca stworzyć wielkie państwo Ukraińskie sięgające aż po morze Kaspijskie.
Buntowana przez Niemców ludność ukraińska, Małopolski Wschodniej i Wołyniu nie dążyła do Z.S.R.R., gdyż chciała stworzyć własne państwo. Uświadomienie narodowe Ukraińców było tak wielkie, że raczej należało im dać autonomię w ramach Państwa Polskiego, lub wziąć ich mocno za twarz. Głaskanie ich i połowiczność działania ze strony władz państwowych nie dało wyników dobrych a na odwrót coraz bardziej był przejawiany przez Ukraińców, wrogi stosunek do Polski.
W miesiącu grudniu 1938 znalazłęm się i ja ze swym Oddziałem Wydzielonym z 30 Dywizji Piechoty z Polesia- w sile jednej kompanii strzeleckie+pluton ciężkich karabinów maszynowych, w sumie około plus minus 200 ludzi we wsi Jawora/pow. Turka i Stryjem woj.Lwowskie ze znanym celem. Wchodziłem w skład batalionu dowodzącego przez mjr.Szlichtingera w 79 p.p. Moja Kampania miała: 3 plutony strzeleckie i jeden pluton C.K.M. pod dowództwem oficerów w stopniu p.poruczników w tym, że dowódcy plutonu
C.K.M. był porucznikiem. Ja w tym czasie byłem kapitanem. Posiadałem jedną kuchnię polową, jeden wóz przykuchenny, jeden wóz sanitarny, 2 wozy amunicyjne. Jednostek ognia ostrej amunicji miałem 6 z tym, że 2 jednostki stale były przy żołnierzach, a 4 jednostki na wozach.


wtorek, 10 marca 2015

Odyseja Umysłu - Łódź - Kurowice - Bukowiec - Brójce - 2015

"Odyseja Umysłu uczy młodych ludzi stawiać czoła zmianom, zaszczepia w nich radość z nauki i wiarę we własne zdolności osiągania tego, co inni mogliby uznać za niemożliwe."
Dr Sam Micklus – twórca Odysei Umysłu

Po raz pierwszy Łódź była jednym z gospodarzy eliminacji regionalnych międzynarodowego konkursu Odyseja Umysłu. W twórczych rozwiązaniach konkurowało ze sobą 45 drużyn z dwóch województw: łódzkiego i kujawsko-pomorskiego. Najlepsi spotkają się za trzy tygodnie w finale ogólnopolskim w Gdańsku.
Odyseja to konkurs twórczego rozwiązywania problemów. W 1978 r. opracował go w USA Sam Micklus. Odyseusze pracują w drużynach, a opiekę nad nimi sprawuje trener, który integruje grupę i moderuje jej pracę. Nie może jednak sugerować ani narzucać własnych pomysłów. Jesienią każdego roku drużyny wybierają jeden spośród pięciu publikowanych problemów długoterminowych, a później przez kilka miesięcy projektują jego rozwiązanie. Wiosną prezentują 8-minutowe przedstawienie podczas finału regionalnego. Każda grupa musi się też zmierzyć z problemem spontanicznym, czyli zadaniem niespodzianką, którego treści nie zna do ostatniej chwili, a rozwiązanie tworzy w zaledwie kilka minut. Najlepsi awansują do finału ogólnopolskiego, a jego zwycięzcy reprezentują Polskę podczas finału światowego w USA oraz na EuroFestiwalu. 
W tym roku po raz pierwszy Łódź była jednym z sześciu gospodarzy eliminacji regionalnych Odysei Umysłu. Dotychczas drużyny z Łódzkiego musiały jeździć do Warszawy. Tym razem to my gościliśmy zespoły z dwóch województw: łódzkiego i kujawsko-pomorskiego. W gmachu SP nr 205 konkurowało ze sobą 45 drużyn, w tym 34 z naszego regionu. Najlepsi w swoich kategoriach tematycznych i wiekowych spotkają się 28 i 29 marca w finale ogólnopolskim w Gdańsku.

Awansowało tam 11 drużyn: trzy z SP nr 14 w Bydgoszczy, dwie z
Zespołu Szkół w Kurowicach, po jednej z: SP nr 120, SP nr 172, ZSP STO, ZS ZNP, Młodzieżowego Domu Kultury w Aleksandrowie Łódzkim oraz zespół studentów z UŁ.*


Byłem, widziałem i podziwiałem razem z żoną, wspaniały i utalentowany zespół uczniów Szkół
z Kurowic i Bukowca. Z czterech biorących w Odysei Umysłu grup, awans do finału w Gdańsku zdobyły trzy zespoły w naszej Gminy!
Wspaniały sukces, ale spodziewany... W osobie pani Anety Owczarek i całej grupy wspomagającej, nie mogło być inaczej. 
Szefowa, Pani Aneta Owczarek i drugi trener nauczycielka j.polskiego Pani Beata Hetig-Jastrzębska.

Pełna koncentracja Pani Anety!
                                                   
Wytrwałość, oddanie tej sprawie wszystkich dorosłych i dzieci przyniosły wspaniałe efekty. Dzisiaj na posiedzeniu Rady Gminy Brójce, poruszaliśmy radośnie te sukcesy, których brakuje w naszej Gminie. Mam nadzieję, że nasz Wójt i Radni pomogą w podróży i pobycie tej grupy w Gdańsku. A oni odpłacą się zwycięstwami i podróżą do Nowego Jorku!!!


Wszystko przebiega według scenariusza.
Coraz lepiej.
Mała katastrofa, zawiodła technika, nie aktorzy. Rozpacz  i płacz..., nam też leciały łzy...
Nasi wspaniali profesjonaliści na zdjęciach:

MARTYNA URBAN, HANIA POŹNIAK, KLAUDIA OWCZAREK, MACIEK OWCZAREK, STAŚ KOZA, KAROL JASTRZĘBSKI I KONRAD SMOGORZEWSKI.




poniedziałek, 9 marca 2015

Pamiętnik znaleziony w... - Radomsko - Bełchatów - Wojna - 1914 - cz.6

Przyszedł pamiętny rok 1914- kiedy ukończyłem 10 lat. W tym to roku wybuchła Wojna Światowa. Nigdy mi się nawet nie śniło o rodzicach, a gdy miał przyjść huragan wojny, śniła mi się moja matka. Od strony zachodniej - skąd przyszła zawierucha Wojny Światowej przybyła w postaci gołębicy, a później przemieniła się w postać ludzką, spojrzała na mnie- długo, przeciągle i ... znikła. A ludzie, wojna!, wojna! powtarzali z ust do ust podawali sobie tę nowinę, opowiadali rzeczy okropne o tej wojnie, o której nie miałem pojęcia.
Wyobrażałem sobie, że się tak biją jak pastuchy kamieniami, albo zimą śniegiem. A gdy się dowiedziałem jak straszną jest wojna, wtedy się jej przyjścia lękałem, czułem jakiś strach przed nią.
A coraz to większa trwoga napływała do cichego i spokojnego wsi życia, a gdzieś z oddali płynęły: huki, jęki, a czasem aż szyby drżały- huragan wojny wciąż się zbliżał. Od zachodu na wschód zbliżała się ku nam wojna wiodąc z sobą: śmierć i zniszczenie- jak burza z grzmotem i piorunami. W dzień były tylko grzmoty oddalone słychać, a gdy przychodziła noc - wtedy obraz wojny jak Fata-morgana odzwierciedlały się na horyzoncie , gdyż oprócz oddalonych grzmotów było widać jakby błyskawice i pożary. Mijały dni z trwogą i oczekiwaniem co będzie jutro?. A burza wojny zbliżała się coraz bardziej, już domy drżały w posadach, drzwi się pod silniejszymi odgłosami armat otwierały, okna drżały. Zdawało się, że rzeczy martwe nabierają życia i drżą jakimś śmiertelnym konwulsyjnym dreszczem. A tabory rosyjskie dzień i noc na wschód się cofały, a ludność już z zagrożonych okolic uchodziła pieszo z tobołami na plecach, z dziećmi, a kto bogatszy wozem, maszerowała biedna ludność jak cyganie. Nawet zwierzyna i ptactwo różnego rodzaju ulatywało to wszystko całymi stadami w dal. Aż pewnego dnia rano ujrzeliśmy całe kolumny cofającej się rosyjskiej kawalerii różnego rodzaju. Jak było okiem sięgać, wojska pełno było,- piechoty nie było na tym odcinku wcale- tylko kawaleria i artyleria konna. potem pozsiadali z koni i poza domami, lasami ukrywszy konie, poczęli kopać okopy. Niezadługo na otrzymany rozkaz, wycofali się. Następnego dnia rano żadnych wojsk nie było, dopiero o godzinie dziewiątej ujrzeliśmy przednią straż austrjacko-niemiecką, po dwóch, czterech,
sześciu, a za nimi całe pułki kawalerii i piechoty, lecz nie ujechali zbyt daleko gdy ukryci w lasach Rosjanie poczęli ich ostrzeliwać. Momentalnie wykonali odwrót austrjacy i ukrywszy konie skryli się do okopów w przeddzień usypanych przez Rosjan i otworzyli ogień do ukrytych w lasach Rosjan.
Około godziny dwunastej już było słychać tylko salwy za salwą z karabinów maszynowych i ręcznych, a i rzadko armaty się odezwały. jakby olbrzymi las zapalił taki był trzask szumu pomieszany z odgłosami komend, a w górze niby stado ptaków krążyły latawce. A my zaś skryli się w piwnicy, która stała pośrodku linii okopów z tego względu mogliśmy obserwować przebieg bitwy...


sobota, 7 marca 2015

Pamiętnik znaleziony w... - Radomsko - Bełchatów - 7 p.a.p.Częstochowa - cz.5

O, jaki ten wójt był dziecinny przyjeżdzając na moje zeznanie- nie wiedząc o tym, że z dzieckiem co chcemy to zrobimy. Gdyż dziecko to jest podobne do tego zwierzątka kota, wybijemy go i pogłaskamy, a on się będzie człowiekowi łasił- lecz pamięta o tem, kto jest dla niego dobry a kto zły. Pisząc to wszystko nie mam na celu krytykowania moich opiekunów, ani stawiania ich w tak czrnych ramach i dziś nawet nie wytykam im tego. Robiono ze mną co chciano i kazano według swego "widzimisię". Byłem sierotą, nikt się za mną goręcej nie ujął. jeden duch matki patrzał z wyżyn niebieskich na swe dzieci na łasce i niełasce
i poniewieranie, ten duch matki może nieraz prosił Boga ażeby nas zabrał z tego padołu nędzy i łez, gdzie nas uważano za coś podrzędnego, jak mnie na przykład, że mi łaskę wyświadczają tem, że mnie wychowują ze swego "dobrego serca", że się litują nad sierotami.
Nie wspomniał bym dziś tego, gdyby to wszystko co mnie spotykało było mym przestępstwem zasłużonym, ale jeżeli niewinnie spotykała mnie krzywda- to musiałem tem silniej odczuwać tą krzywdę. Bywało, że przez mą nieostrożność zepsułem coś- wtedy też nie było nad tem zastanowienia, czy to się stało przez nieostrożność czy umyślnie, tylko od razu rżnięcie. Przez to stałem się bojaźliwy, smutny i przygnębiony. Pewnego razu- gdy byli na jarmarku, a ja sam byłem w domu, przez nieostrożność potłukłem lusterko.
O jak się wtedy bałem, a ponieważ już byłem doskonale religijnie, a szczególniej o św. Stanisławie Kostce moim patronie, który według podań dużo cudów sprawił, gdy się ktoś do niego w potrzebie zwracał. Tak i ja wziąłem książkę do nabożeństwa pod tytułem: św. St. Kostka i zacząłem odmawiać wszystkie modlitwy z błagalną prośbą, ażeby się stał cud i to lusterko żeby się naprawiło na powrót spoiło. Modliłem się tak żarliwie z wiarą dziecinną, tak silną jak nigdy, a co chwila spoglądałem na lusterko. Odmówiłem wszystkie modlitwy jakie się tylko znajdowały. jednak cudu nie było. Mówię sobie, kiedy mi święci nie chcą pomóc, muszę się udać do złego. a czytałem w tym czasie o czarnoksiężniku Twardowskim, który to miał duszę zaprzedać djabłu, aby miał wszystko czego dusza tylko zażąda. Tak samo i ja wtedy wyszedłem za stodołę i począłem wołać złego- i też się nie stawił na moje żądanie- zawiodły mnie nadzieje dobre i złe, Od tej chwili straciłem wiarę w siły nadprzyrodzone....

Bukowiec - Königsbach - Cmentarz ewangelicki - część 4

Ciekawe pismo wysłane przez Radę Gminy Brójce z dnia 30 listopada 2005, do Koła Historycznego przy Szkole Podstawowej w Bukowcu.

"W związku z wystąpieniem do rady Gminy Waszego Koła, o należyte zadbanie o miejsce pochówku byłych mieszkańców Bukowca, uprzejmie informuje, że zbiegło się ono w czasie z wystąpieniem proboszcza parafii rzymsko-katolickiej z Kurowic o przekazanie wyżej wymienionej nieruchomości na cele kultu religijnego. Ze swej strony parafia deklaruje ogrodzenie terenu i utrzymanie porządku, o który zabiegacie.
Naszym zdaniem przekazanie byłego cmentarza ewangelickiego parafii z Kurowic nie spowoduje profanacji tego szczególnego miejsca, daje szanse pogodzenia potrzeby zachowania śladów historii naszego regionu z aktualnie występującymi potrzebami dot. sfery duchowej lokalnego społeczeństwa. Dołożymy wszelkich starań aby w taki właśnie sposób rozwiązać ten problem."
Ostatnie zdanie "Dołożymy wszelkich starań aby w taki właśnie sposób rozwiązać ten problem."
świadczy o prawdomówności Radnych naszej gminy 10 lat temu.... WSTYD i HAŃBA.... przed uczniami i nauczycielami szkoły w Bukowcu. Jedyna dobra rzecz, to odpowiedź na list uczniów. Na moje pisma składane na dziennik w sekretariacie Wójta Glubowskiego, w tym temacie  nie doczekałem się odpowiedzi...
Między innymi dlatego zostałem Radnym, aby zakończyć sprawę cmentarza pozytywnie, obiecuję to uczniom tej Szkoły!!

piątek, 6 marca 2015

Bukowiec - Königsbach - Stare domy - ul.Dolna 150 - Studnia - cz.4

Gospodarstwo na końcu ulicy Dolnej, przy ul.Zielonogórskiej. Stylowy drewniany dom, opuszczony, zdewastowany w środku. O ponurej historii mieszkańców domu, dowiedziałem się od sąsiadów. Od dawna nie układało się w tej rodzinie, odejście żony, alkoholizm, śmierć syna Edwarda w wypadku (co do imienia nie jest pewny) 12-13 lat temu. Rok później zostaje zamordowany w tym domu ojciec, Edward Pach. Podobno pochwalił się, że posiada pieniądze... Dom, obora i stodoła splądrowane przez morderców pochodzących z Bukowca. Stan prawny: własność gminy Brójce. Zamieszczam znaleziony dzisiaj ciekawy dokument:
Ubezpieczenie z 9 maja 1934 roku, mocno zniszczony, ale czytelny, właściciel Jan Pach, prawdopodobnie ojciec Edwarda.










czwartek, 5 marca 2015

Bukowiec - Königsbach - Aniela Kiler - Kościół - Cmentarz - Wspomnienia

Alfred Killer był jednym z pierwszych, z którym nawiązałem kontakt przyjeżdżając po raz pierwszy do Bukowca przed 13 laty. Nie chcę opisywać dokładniej jak to się stało, że wybraliśmy wspólnie z moją żoną Bukowiec jako miejsce, w którym chcieliśmy spędzić resztę życia. W tym czasie mieszkaliśmy jeszcze w Niemczech, budowa naszego przyszłego domu odbywała się na telefon. Odwiedzaliśmy plac budowy 3-4 razy w roku. To właśnie dzięki Alfredowi przylgnęło do nas, że my to NIEMCE! Podczas pierwszej jego wizyty chciał się popisać, pokazać, że nie zapomniał języka niemieckiego. Troszeczkę porozmawialiśmy w tym języku i wtedy powiedział, że jest ostatnim mieszkańcem przedwojennego Bukowca! Tym ostatnim, któremu pozwolono pozostać z setek mieszkańców Bukowca pochodzenia niemieckiego.. Nie miałem najmniejszego pojęcia o czym on mówi, nie znałem zupełnie historii tej okolicy. Wtedy coś się obudziło we mnie, ciekawość co tutaj było wcześniej. Bukowiec nie różnił się niczym szczególnym, co by go wyróżniało od innych wsi. Jednak moje poszukiwania musiałem odłożyć na dość długo, przeciągająca się budowa, prace ogrodowe, poznawanie sąsiadów... Odkładałem na później konkretne spotkanie z Alfredem, raz czy dwa byłem u niego, ale czuł się bardzo źle, miał problemy z krążeniem, dializy, szpitale.. Raz, podczas kilkunastominutowej rozmowy, opowiedział mi w skrócie swoją historię, smutną, tragiczną... Widziałem jego rezygnację, smutek w oczach, widać było człowieka który poddał się,  zrezygnował ze swojej tożsamości, swojego przywiązania do rodzinnych tradycji.... Bardzo mocno odpowiedział na moje pytanie o cmentarz ewangelicki w Bukowcu.
- od dawna tam nie chodzę, nie mogłem patrzeć na to barbarzyństwo, niszczenie grobów, znikający mur cmentarny!
Zapytałem, czy spoczywają tam jego bliscy, znajomi?
- oczywiście, były tam groby moich dziadków, bliskiej rodziny. No cóż, nie miałem szans przeciwstawić się większości, chciałem uchronić moją najbliższą rodzinę przed represjami...Dlatego zaprzestałem odwiedzać ten cmentarz, ze łzami w oczach zakończył swoja wypowiedź...



Bardzo się cieszę, że miałem okazję porozmawiać z panią Anielą Kiler. Jestem bliskim sąsiadem, jednak żałuję, że nie zrealizowałem zaplanowanego spotkania z jej mężem, Alfredem Kilerem. Niestety, zmarł przed czteroma laty. Rozmawiałem z nim kilkakrotnie, bardzo krótko, powiadomił mnie, że jest ostatnim mieszkańcem  pochodzenia niemieckiego. Bukowiec jak wcześniej pisałem, był niemiecką wsią, tylko trzy rodziny polskie w niej mieszkały. Umawialiśmy się dłuższą rozmowę, jednak stan jego zdrowia nie pozwalał na to. Pan Alfred spoczywa na cmentarzu w Kurowicach. Spotkanie z wdową, panią Anielą sprawiło mi wiele satysfakcji. Osoba niezwykle miła, potrafiąca wspaniale opowiadać, jestem pełen podziwu dla jej pamięci.
Wspomnienia pani Anieli Matuszewskiej - Kiler dotyczące mordu na Polakach w Wiskitnie.
Wspomnienia są bardzo wyraźne i dokładne mimo podeszłego wieku pani Anieli, w tym czasie miała osiem lat. Wie dokładnie, że za zabicie miejscowego policjanta przez Polaków, rozstrzelano 14 miejscowych mieszkańców.
- " Przywieziono ich do Kraszewa, mieli związane ręce od tyłu drutem kolczastym czy innym, dokładnie nie pamięta. Wykopano duży dół w lesie i tak ich zakopano. Ziemię wyrównano, stratowano końmi, aby nie było śladu tej zbrodni. Jak Niemcy odjechali, ludzie przyszli w to miejsce, ja jako dziecko byłam bardzo ciekawa i też tam doszłam. Tak jak wcześniej wspomniałam, ziemia  na wierzchu była żółta, beż żadnego wzgórka, ludzie ze Stróży przytaszczyli duży polny kamień aby zaznaczyć to miejsce. Nie chcieli, żeby zagubić to miejsce, aby zarósł las, ......i tak leżeli do wyzwolenia. Po zakończeniu wojny Polacy podjęli decyzję o ekshumowaniu zabitych, zegnali wszystkich miejscowych Niemców. Musieli oni odkopać mogiłę i te wszystkie zwłoki powkładać do trumien. Nasi zaczęli znęcać się nad nimi, zaczęli ich bić. Między nimi był pan Rauf, dobry spokojny człowiek. Moi rodzice zamieszkali w ich domu, zajmowaliśmy 2 izby, jego rodzina jedną. Tak strasznie bili tego gospodarza, że z wysiłkiem doczołgał się do skraju lasu w Bukowcu, i tam zmarł z powodu odniesionych ran. Nikt nie kwapił się z jego pochówkiem. Żona i córka zmarłego, przyszły i powiedziały co się stało. Mój ojciec miał konia i wóz, pojechał i przywiózł zabitego. Kobiety bały się go zostawić w domu, podjęli decyzję, aby leżał w stodole, ojciec umył go i ubrał. Sam zbudował trumnę z desek które były w gospodarstwie. Ojciec potrafił wszystko, zbił trumnę, co było także koniecznością, zawiózł go na cmentarz w Bukowcu i tam pochował, bez pastora. Nie było żadnej ceremonii pogrzebowej, tak to się skończyło". 
Wspomnienia rodzinne.
Te kobiety były jeszcze jakichś czas, później przy pomocy grupy która trudniła się przewożeniem miejscowych Niemców przez granicę, zniknęły którejś nocy. Nigdy więcej się nie spotkaliśmy ani nic o nich nie słyszeliśmy. Zabrały swoje najpotrzebniejsze rzeczy jak pierzyny i inne drobiazgi. Nie zostawiły nic wartościowego, to nie była bogata rodzina. W każdym bądź razie zostaliśmy sami na gospodarce Raufa. Mój tata bardzo ciężko całą okupację chorował, miał gruźlicę. Nigdy nie mieliśmy gospodarstwa, mieszkaliśmy wcześniej w Stróży. Ojciec nigdy nie zajmował się rolnictwem, za późno było na zmianę zawodu. W Stróży, pod lasem mieliśmy mały domek. Przed wojną często letniskowali u nas Żydzi, którzy przyjeżdżali na wypoczynek z Łodzi, tak moja rodzina sobie dorabiała. Ojciec połaszczył się na tę gospodarkę, myślał że tutaj będzie lżej, ale że nie był nigdy rolnikiem, więc nie bardzo to wszystko wychodziło. Gospodarska mieściła się w Bukowcu przy ulicy Dolnej 19. 
                 Stan dzisiejszy, ulica Dolna 70, właścicielami są państwo Kuźmiccy.

Był to drewniany budynek, mieszkaliśmy w nim długie lata, dopiero jak nam przepisali rodzice ten grunt gdzie obecnie mieszkamy, wybudowaliśmy z moim mężem Alfredem ten dom (ulica Rokicińska). 


Ten stary dom rodzice sprzedali za kilka groszy, do tej pory jest zamieszkały. Po wojnie ten budynek z powodu pożaru, uległ zniszczeniu, ojciec dokładnie w tym miejscu odbudował także z bali podobny i tak mieszkaliśmy dalej.
Teściowa z mężem i dziećmi mieszkali w malutkim domku na wsi. Nie przelewało się, mój przyszły mąż musiał w wieku 11 lat chodzić na służbę, teściowa najmowała się do kopania kartofli, starała się zabierać swoje dzieci ze sobą. Mieszkali w jednym domku z inną niemiecką rodziną. Pewnego razu, kiedy ich nie było w domu, dzieci sąsiadki rozpaliły ognisko, dom się spalił, w tym jedno z tych dzieci. Jak mama wróciła z pola, zobaczyła, że wszystko uległo spaleniu, tak ona jak i dzieci zostały w łachmanach. Moi rodzice byli ludźmi bardzo wyrozumiałymi i litościwymi. Przyjęli tę rodzinę pod wspólny dach. Mieszkali u nas w jednym pokoiku przez kilka lat.Tak też poznałam swojego przyszłego męża. Kiedy urodziłam swoją najmłodszą córkę, ojciec napalił w piecu, aby nagrzać w środku i przygotować wodę do kąpieli. Od iskry zajął się słomiany dach i budynek spłonął. Jak przyjechali strażacy, pozostało im tylko bosakami rozwalić stojące resztki murów. Odszkodowanie, które otrzymaliśmy z ubezpieczenia, było tak małe, że w zasadzie na nic nie starczyło. Budynek nie miał wartości, był stary, drewniany, dach słomiany. Ojciec jako cieśla, starał się zdobyć gdzie się dało troszkę drewna, mąż z ojcem jeździli po całej wsi, aby zdobyć słomę na pokrycie dachu. Przez pół roku mieszkaliśmy u sąsiadów. Jak mężczyźni ulepili jakoś tę chałupinę, to wróciliśmy do swojego domu. Tak było przez kilka lat. Rodzice zdecydowali się na sprzedaż morgi ziemi w Stróży, której byli właścicielami. Za te pieniądze poprawili dom, rozbudowali budynek gospodarczy. Pani Aniela wspomina jak się dorobili pierwszej pralki we wsi, sąsiedzi zazdrościli, mówili, że też im takie luksusy potrzebne. Niedługo inni też kupili podobne. Mieliśmy jak pamiętam dwie krowy, jedną z nich mąż sprzedał i kupiliśmy pierwszy telewizor, w naszym mieszkaniu oglądało filmy i programy i po 20 dzieciaków, siedzieli jeden obok drugiego na podłodze.To był także pierwszy aparat we wsi. Pani Aniela jest dumna ze wszystkich trzech córek, dwie skończyły liceum, trzecia technikum. Wszystkie wnuki skończyły wyższe studia. Po śmierci męża, dzieci wnuki i prawnuki często odwiedzają panią Aniele, niekiedy jest ponad 20 osób.
Moi teściowie mimo, że byli biednymi ludźmi, w czasie okupacji nie zgodzili się na przejęcie polskiej gospodarki, jak większość Niemców. Teść mówił, że swojego nie ma, to i czyjegoś nie chce. Mój teść jako 53 letni mężczyzna wcielony został do armii niemieckiej i ślad po nim zaginął, teściowa czekała długie lata, w końcu poszła do Kraszewa, do nauczyciela który znał niemiecki i on napisał list do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Po jakimś czasie przyszła odpowiedź, że zmarł w latach 60-tych, jest pochowany w Hamburgu, podano nawet numer kwatery. Teściowa nie dostała żadnej renty czy emerytury z tego powodu, pamiętam jak mąż płakał dowiedziawszy się o swoim ojcu. Młodszy brat męża nigdy nie widział swojego ojca, urodził się po jego wyjeździe na front. Obecnie mieszka w Zgierzu.
Dotyczy kościoła w Bukowcu.
Pani Kiler wspominała, że po rozbiórce kościoła w latach 60-tych, pozostał kawałek muru z wnęką. Miejscowi mieszkańcy zrobili z niego kapliczkę. Mur obrobiono, kapliczka prezentowała się dobrze. Której nocy, miejscowy mieszkaniec, liną przy pomocy ciągnika zburzył tę kapliczkę. Także wspomina, że ojciec męża był kościelnym, spełniał swoje obowiązki związane z tą funkcją a teściowa zajmowała się sprzątaniem kościoła. Jako dziewczynka, pani Aniela bawiła się z innymi dziećmi w opuszczonym budynku kościoła, latali po całej świątyni, pamięta bardzo dobrze organy, które były na pierwszym piętrze.

środa, 4 marca 2015

Pamiętnik znaleziony w... - Radomsko - Bełchatów - 7 p.a.p.Częstochowa - cz.3

Tak skończyła się opieka rodziców, a opiekowali się nami ciocia i wujkowie. Lecz oni też musieli ciężko pracować na kawałek chleba, więc przemyśliwali jakby się nas pozbyć. A była dalsza krewna, a moja ciocia zamężna jednakże nie mająca dzieci, gdyż jej pomarły. Gdy doszła ją wiadomość, że zostaliśmy sierotami, postanowiono wziąć jedno z nas. W tem celu przyjechał Wujek Bieganowski, mąż cioci (a obecnie mój przybrany ojciec, ponieważ mnie usynowiono), do Nowo-Radomska i zabrał mnie pomimo mojego płaczu, zaspakajając mnie cukierkami, wioząc mnie do swej miejscowości Bukową zwanej. Podczas podróży przed memi oczyma przesuwały się tylko jakieś lasy, góry i pnie drzew.
Nie dość, że straciłem rodziców, jeszcze mnie zabrano z mych stron rodzinnych, gdzie ujrzałem pierwszy raz światło dzienne i w krótkim czasie straciłem tych co mi dali życie, a oderwano mnie od mych najbliższych: siostry, brata, cioci i wujków, lecz nie czułem braku tych osób tak jak siostry tylko, gdyż najżywszą czułem do niej sympatię. A później nawet już nie pamiętam jaki czas byłem na wsi, nie wygasła mi miłość ku siostrze, lecz przeciwnie. Więc zrobiłem sobie postanowienie, że jak dorosnę to się z siostrą ożenię, lecz dziś widzę, że spotkał mnie pierwszy zawód w życiu.


Ale nie czułem się nigdy w nowem otoczeniu wesoły, brakowało mi zawsze czegoś, czego?.
Ciepła rodzicielskiego, tej miłości macierzyńskiej, tych pieszczot, tego ogniska rodzinnego brakowało mi zawsze i dziś nawet. Kiedy doszedłem do lat sześciu, zaczęli mnie uczyć czytać, a takie miałem zdolności, iż w ciągu jednej zimy nauczyłem się czytać i to tak biegle jak pacierz. A kiedy ksiądz proboszcz jeździł po kolędzie, kazano mi przed nim czytać- sam się zdziwił i powiedział : "że szkoda ażeby z takim pojęciem chłopiec marnował się na wsi"- i radził - żeby mi dano wykształcenie i oddano do seminarium duchownego. Chciał nawet, ażeby dano na moje wykształcenie jedną część, a sam chciał dawać trzy czwarte. Jednakże i na jedną czwartą nie chciano się zgodzić, ponieważ mnie wzięto do pomocy w gospodarstwie, a nie po to ażeby ciężar brać na swoje barki, gdyż i tak moi przybrani rodzice mieli dość ciężarów.
Kiedy ukończyłem lat pięć, kazano mi pasać gęsi, a było ich po trzydzieści sztuk i więcej. Ucierpiałem ja przy nich nie mało. rano jeszcze słońce nie weszło, musiałem już ja je wypędzać na pastwę, na południe gdy przypędzałem, ledwie zdążyłem obiad zjeść i z powrotem na pastwę, dopiero przypędzałem na wieczór. Bywało, usnąłem na polu, gęsi poszły z zborze. O, dostawałem ja wtedy po skórze, że się wiłem jak opętany z bólu i to było dość często. Pamiętałem zawsze takie "rżnięcie" długo, bo nie dosyć było tego, co dostałem w polu, zawsze po takim "rżnięciu" - mówiono mi "poczekaj przypędzisz na południe, to tam ci jeszcze lepiej poprawię". I w rzeczywistości mnie to spotykało.
Parę razy odwiedzała mnie moja babcia, przynosiła mi wtedy zabawki różne i upominała, ażeby nie byli dla mnie tak surowemi. Na tą uwagę babci rozgniewali się się i zabronili jej do mnie przychodzić. Babcia rozgniewana, iż nie dość, że mi krzywdę czynią, jeszcze zabraniają mnie odwiedzać, - odniosła się ze skargą do władz zaborczych i jednocześnie chcąc mnie odebrać. Przyjechali do sołtysa, wójt gminy ze strażnikiem dla sprawdzenia i przysłano po mnie. Kiedy szedłem do sołtysa zapowiedziano mi surowo, ażebym powiedział, że mi jest dobrze, że nigdzie stąd nie chcę odchodzić i.t.p. rzeczy. Więc gdy to wszystko pod groźbą powtórzyłem, uwierzono mi, a babci zarzucono kłamstwo i pozostałem na miejscu....

poniedziałek, 2 marca 2015

Radni - Wybory - Bukowiec - Brójce - 2015

W dniu wczorajszym tj. 1.03.2015 w Bukowcu odbyły się wybory uzupełniające do rady Gminy Brójce.
Miałem zaszczyt być jednym z kandydatów w okręgu 4 i otrzymałem informację, że oddano na mnie 62 głosy, Krupińską Annę 5 głosów, Danielewicza Krzysztofa 12 głosów. Wygrałem, zostałem Radnym, jestem bardzo dumny i zobowiązany wobec moich Wyborców, dziękuję za wszystko. Mam nadzieję, że dzięki tej funkcji, będę mógł uratować zdewastowany cmentarz ewangelicki w Bukowcu i inne zabytki w naszym regionie.




W okręgu 3 startowała Pani Magdalena Comporek, która także wygrała we wczorajszych Wyborach.
Osoba bardzo odpowiedzialna, pełna entuzjazmu i pomysłów, szczególnie dotyczących skutecznej współpracy ze szkołami w Bukowcu i Kurowicach. Dzieci, przyszłość naszej gminy są priorytetem nowej Radnej. Dumna mama trójki dzieci Krystiana, Amelki i Mateusza i żona Krzysztofa. Bardzo dobry wybór!!!
Wyniki: Magdalena Comporek 69 głosów, Wiktor Wira 38 głosów, Marcin Bednarz 19 głosów.




Komunikat Gminy Brójce:
Wyniki wyborów uzupełniających PDF Drukuj Email
Poniedziałek, 02. Marzec 2015 08:39
W dniu 1 marca 2015 r. odbyły się wybory uzupełniające do Rady Gminy Brójce w okręgach nr 3 i nr 4 w Bukowcu. Poszczególni kandydaci otrzymali następującą liczbę głosów:
Okręg Wyborczy Nr 3

WIRA Wiktor Kamil, lat 19, zam. Bukowiec zgłoszony przez KWW Bukowiec - Wygoda - lista nr 1  -  38 głosów

BEDNARZ Marcin Przemysław, lat 42, zam. Bukowiec zgłoszony przez KWW Wspólnota Samorządowa Gminy Brójce - lista nr 2  -  19 głosów

COMPOREK Magdalena, lat 36, zam. Bukowiec zgłoszona przez KWW Radosława Agaciaka - lista nr 3  -  69 głosów

Okręg Wyborczy Nr 4

DANIELEWICZ Krzysztof Robert, lat 47, zam. Bukowiec zgłoszony przez KWW Bukowiec-Wygoda  - lista nr 1  -  12 głosów

KRUPIŃSKA  Anna  Beata, lat 42, zam. Bukowiec zgłoszona przez KWW Wspólnota Samorządowa Gminy Brójce - lista nr 2  -  5 głosów

BRAUN Andrzej Jan, lat 61, zam. Bukowiec zgłoszony przez KWW Radosława Agaciaka - lista nr 3  -  62 głosów

piątek, 27 lutego 2015

Pamiętnik znaleziony w... - Radomsko - 7 p.a.p.Częstochowa - cz.2

A kiedy ukochana matka spoczywała w łóżku chora - pamiętam jak przyszedł lekarz i stawiał cięte bańki, przy łóżku stała miednica z wodą, w której lekarz czyścił bańki  z krwi - a ja z ciekawością przyglądałem się tej robocie - lekarz ujrzawszy chciał i mnie bańki postawić, ale ja nie czekając uciekłem z domu, dopiero powróciłem gdy lekarz odszedł. A mamie nie już i bańki nie pomagały, jak roślina nadłamana więdła
z każdym dniem, a kiedy czując, że już nadchodzi ostatnia chwila życia, kazała przywołać do siebie i siostry, braci i matkę ojca i swoją matkę. Prosiła ażeby się nami sierotami zaopiekowali, żeby byli niejako rodzicami dla nas i pożegnawszy się rzuciła ostatnie spojrzenie na nas przesycone boleścią i trwogą o nas. Jaki nas los spotka!. Bo już wiedziała przed sobą drogę wiodącą na tamten świat. Co sobie myślała w tej ostatnie chwili życia?. Może myślała i czuła swym sercem macierzyńskim przepojonem boleścią, że lepiej by było gdybyśmy też z nią razem poszli na tamten świat!. Bo trworzyła się o nas, o nasza przyszłość, gdyż widziała, że już nie będzie mogła prowadzić przez życie, nie będzie mogła wszczepić w nas zasad moralnych, nie będzie mogła być podporą tych młodych roślin. Gdy się znajdziemy na złej drodze nie będzie mogła nas zawrócić z niej. Przyrzekli przecież, ciocia i wujkowie, że poprowadzą nas przez życie jak własne dzieci- ale myśl błądziła przed oczyma matki, że jak dorośniemy nie będziemy tak słuchać rad i wskazówek swych najbliższych krewnych - jak rodziców własnych, że możemy stać się twardzi i zuchwali, pewni siebie nie słuchając nikogo bez względu na to, choć będziemy brudzić się w błocie życia. Więc gdy to wszystko stanęło mamie przed oczyma przyspieszyło jeszcze okrutną czającą u wezgłowia  śmierć, tak, że tylko zdążyła wyszeptać " Boże, czuwaj na moimi dziećmi, to były ostatnie słowa błagalne mojej matki".
I dusza jej uleciała tam gdzie już nie ma cierpień i łez, gdzie już nie potrzebuje troszczyć się o nas, gdzie nie będzie już chodzić do lasu po drzewo, gdzie nie będzie słyszeć skarg i narzekań swych dzieci, a tylko będzie wiecznie chwalić wielkość  stwórcy po wieki wieków!!!


O !!!. Wielki litościwy Boże !!. jeżeli istniejesz, czemu odbierasz rodziców dzieciom ci pozostawiasz ich sierotami, jeżeli zabierasz im rodziców zabierasz i ich dzieci, gdyż nikt już ich nie zrozumie, gdzie nie zastąpi im rodzicielskiego serca nikt na ziemi, a rodzicielskiego serca nikt na ziemi, a pozostaną jako te kwiaty, w cieplarniach wystawionych na zimno. Po śmierci matki  pamiętam jak szedłem za trumną na cmentarz, towarzyszyłem mej rodzicielce w tej pielgrzymce ziemskiej ostatni raz- płakałem, gdyż widziałem jak inni płakali, a gdy wszedłem na cmentarz widziałem kwiaty niebiesko kwitnące, takie mi się smutne kwiaty, że stanęły w mej pamięci na zawsze. A potem spuszczono trumnę do grobu, znajomi i krewni rzucili grudki ziemi i mnie kazano też rzucić ziemię na trumnę - i zasypał grabarz ziemią grób. - powstał tylko kopiec, a spod nim ta co nam życie dała!. Po skończonym pogrzebie wzięła mnie moja babcia na rękę (mama mego ojca) i poprowadziła do kościoła- polecając mnie opiece Boskiej !!!

czwartek, 26 lutego 2015

Stróża - Mord - Ekshumacja - cz.3

Wspomnienia pani Anieli Kiler dotyczące mordu na Polakach w Wiskitnie.
Wspomnienia są bardzo wyraźne i dokładne mimo dziecięcego wieku  pani Anieli w 1940 roku . W tym czasie miała osiem lat. Wie dokładnie, że za zabicie miejscowego policjanta, przez miejscowych Polaków , rozstrzelano 14 mieszkańców Wiskitna. Przywieziono ich do Kraszewa, mieli związane ręce od tyłu drutem kolczastym czy innym, dokładnie nie pamięta. Wykopano duży dół w lesie i tak ich zakopano. Ziemię wyrównano, stratowano końmi, aby nie było śladu. Jak Niemcy odjechali ludzie przyszli w to miejsce, jako dziecko była bardzo ciekawa i też tam doszła w raz innymi z Bukowca. Tak jak wcześniej wspomniała, na wierzchu była tylko żółta ziemia, ludzie ze Stróży przytaszczyli duży polny kamień, aby zaznaczyć to miejsce. Nie chcieli, by to miejsce zniknęło, zarosło lasem.


 No i tak leżeli we wspólnej leśnej mogile, po wyzwoleniu Polacy podjęli decyzję o ekshumowaniu zabitych, zegnali wszystkich miejscowych Niemców. Musieli oni odkopać mogiłę i te wszystkie zwłoki powkładać do trumien, aby przewieźć do Kurowic na ostateczne miejsce spoczynku. Nasi zaczęli znęcać się nad nimi, zaczęli ich bić. Między nimi był pan Rauf, dobry spokojny człowiek. Miejscowy Niemiec, od pokoleń zamieszkałych w Bukowcu. Moi rodzice zamieszkali w ich domu zaraz po wyzwoleniu, zajmowali 2 izby, jego rodzina jedną. Tak strasznie bili tego gospodarza, że doczołgał się do skraju lasu w Bukowcu, i w tym miejscu zmarł z powodu odniesionych ran. Nikt nie kwapił się z jego pochówkiem. Żona i córka zmarłego, przyszły i powiedziały co się stało. Ojciec miał konia i wóz, pojechał i przywiózł zabitego. Kobiety bały się go zostawić w domu, podjęli decyzję aby leżał w stodole, ojciec umył go i ubrał. Sam zbudował trumnę z desek które były w gospodarstwie. Ojciec potrafił wszystko, zbił trumnę, to było także koniecznością, zawiózł go na cmentarz w Bukowcu i tam pochował, bez pastora. Nie było żadnej ceremonii pogrzebowej, tak to się skończyło. Te kobiety były jeszcze jakichś czas, później  przy pomocy grupy która trudniła się przewożeniem miejscowych Niemców przez granicę, zniknęły którejś nocy. Nigdy więcej ich nie spotkały, ani nic o nich nie słyszeli.

Bukowiec - Königsbach - Stare domy - ul.Dolna 73 - Studnia - cz.2

Część druga, mojego spaceru po ulicy Dolnej w Bukowcu. Pokazuję zdjęcia domu pod numerem 73, na tabliczce nazwisko Kubus, obecnie we władaniu miejscowych smakoszy piwa. Właścicielka mieszka w Niemczech, porządek lepszy niż w innych pustostanach, gdyż dba o to właścicielka sklepiku, bardzo miła i sympatyczna młoda pani. Bryła budynku coraz bardziej chwiejna, czas i brak zabezpieczenia robi swoje...






Szkoła Powszechna - 4-ro klasowa - Ruina - Brójce

Jadąc z Bukowca, poprzez Wygodę, kierunku Brójec, z lewej strony można zobaczyć stylowy budynek z lat 20 ubiegłego wieku. Obecny stan budynku jest katastrofalny. Ubytki w dachu, brak okien, obecnie nadaje się tylko do wyburzenia. Jest własnością Gminy Brójce. Na budynku, wywieszono informację, że budynek grozi zawaleniem, wstęp wzbroniony. Przed pięciu laty byłem w środku, grzyb na ścianach, śmieci, materace, prawdopodobnie lokum bezdomnych lokatorów.
Jest mi trudno zdobyć dokładniejsze informacje. Pytając osoby mieszkające naprzeciw tego budynku, dowiedziałem się, że do roku 1945 właścicielami budynku i działki była niemiecka rodzina.
Po wyzwoleniu otworzono 4 klasową szkołę powszechną, dalszą edukację dzieci zdobywały w nieistniejącej obecnie także szkole powszechnej o profilu 8-mio klasowym w Bukowcu na ul. Dolnej..

W tej szkole, na parterze znajdowały się izby szkolne, na piętrze mieszkali nauczyciele. Szkołę zamknięto i tak zaczął się upadek tej posesji. Z tego co słyszałem, Gmina ogłosiła kilka przetargów, nie przyniosły one żadnych efektów. Okazało się, że za ciężko było zabezpieczyć budynek w odpowiednim czasie, ruiny nikt nie kupi... Następne " kukułcze jajo" zostawiono przez stare władze gminny, podobnie jak cmentarz, o którym pisałem wcześniej.
Proszę czytelników  o więcej informacji dotyczących tego tematu, zdjęć szkolnych świadectw itp..