piątek, 23 grudnia 2022

Bukowiec - Königsbach - Ucieczka - Erich Kühler - Miottelpolen.de - 1945

 

    Od dawna nie byłem na portalu: Mittelpolen.de. Znalazłem tam m.in. dialog prowadzony pomiędzy członkami Forum o styczniu 1945 roku w Bukowcu. Miałem to szczęście, że od Ericha Kühlera otrzymałem jego wspomnienia, także o tym pamiętnym styczniu 1945 roku. Oprócz jego wspomnień zamieszczam wypowiedzi członków Forum:

     17.1.1945. Wszyscy mieszkańcy wsi i rolnicy uciekali przed zbliżającym się frontem, furmanka za furmanką, torby i bagaże. Wozy konne z drabinami wyłożone były burtami, a na nie naciągnięta była plandeka. Nie mieliśmy gospodarstwa, więc wujek Jonas Frank, brat mojej babci, zabrał nas do siebie. Było mało miejsca. Wujek Jonas z żoną i dwójką dzieci, babcia z ciocią Marią i Klarą, plus moja mama z trzema chłopcami. Na wozie, który był ciągnięty tylko przez jednego konia, było nas 11 osób.
Po drodze spotkaliśmy ojca mojej matki. Dziadek Aleksander miał sklep mięsny w Andrespolu i duży samochód dostawczy z gumowymi oponami oraz dwa silne konie. Z tyłu stała kabina z motorem dziadka. Przeładowano go i pozwolono nam jechać z dziadkiem Aleksandrem. Mieliśmy dużo miejsca i ładną białą pościel. Jeździliśmy tylko w dzień, konie miały odpoczywać.
To była nasza porażka, po prostu nie byliśmy w stanie poruszać się wystarczająco szybko. Dogonił nas front z szybkimi czołgami. Większość wozów zjechała na prawą stronę drogi i zatrzymała się. To było straszne przeżycie, po przejściu kolumny czołgów wyglądało to strasznie i niszczycielsko.   
Po prawej stronie drogi widziałem trupy koni i wraki wozów.

                            Erich Kühler jako dziecko, krótko przed ucieczką z Bukowca.

Mieliśmy szczęście. Z nieznanego mi powodu nasz dziadek zjechał na lewą stronę drogi do małego zagłębienia. Udało nam się bez zagrożenia opuścić zaprzęg i uciec do lasu. Bezradnie wszyscy biegali między sobą, uchodźcy, niemieccy żołnierze i zaprzęgnięte konie.  Żołnierze i uchodźcy z dziećmi nocowali w opuszczonym budynku gospodarczym. W każdym pokoju szukali miejsca do spania, bo na dworze było stanowczo za zimno. Następnego dnia dziadek Aleksander dał mamie pieniądze i powiedział, że nie może jej już pomóc, że musi sobie sama poradzić z dziećmi.
Mama z pomocą odczepiła kabinę od wielkiej furgonetki i zaprzęgła konia. Było wystarczająco dużo koni. W związku z posuwaniem się frontu wojennego i tym, co działo się z kolumną pancerną, wiele wozów zostało uszkodzonych, a konie, jeśli jeszcze żyły, pozostawały wolne. W lesie i okolicy było dużo koni.
Moja mama i nasza trójka dzieci pojechała wozem z powrotem do Bukowca. To było zdecydowanie za daleko na zachód i po przejściu frontu nie wiedzieliśmy, czy uda nam się przekroczyć granicę.

Tak rozpoczęła się odyseja powrotna do Bukowca !!!
Wracaliśmy tą samą drogą, którą posuwał się front. Żołnierze z wozami wyszli nam naprzeciw, a nasz koń był kilkakrotnie wymieniany na gorszego. Wreszcie mieliśmy ślepego konia, którego mama musiała prowadzić.
Po drodze widziałem okrucieństwo wojny. Wciąż mam w głowie obrazy, jak te liczne trupy układały się w stertę.
Po kilku dniach znaleźliśmy się w środku miasta Łodzi. Moja mama szukała ulicy, na której mieszkali krewni. Zapytała jakiegoś mężczyznę, czy mógłby nam pomóc. Z niemieckimi tabliczkami na samochodzie zostaliśmy zatrzymani przez milicję.

Musieliśmy iść na posterunek policji, mężczyzna też. Postawiono nas pod ścianą i przeszukiwano kieszenie. Przed nami stało trzech milicjantów z karabinami i bagnetami i ładowali broń. Wtedy rzuciłem się do ucieczki i wybiegłem na ulicę krzycząc: "Nie dam się zastrzelić". Strasznie bałam się o swoje życie. Wypuszczono nas po pół dnia pobytu w więzieniu. Człowiek ten miał przy sobie wszystkie swoje niemieckie dokumenty. Powiedział do mojej matki: "Mogę się teraz powiesić, nie puszczą mnie wolno".
Po tej historii zabrali nam wóz, a my znaleźliśmy schronienie u krewnych. Udało nam się tam pozostać przez kilka dni, ale jedzenia zaczynało brakować. Gdy zima stała się nieco łagodniejsza, mama zorganizowała sanie i wyruszyliśmy w kierunku Bukowca. Moi bracia na saniach, a ja i mama ciągnęłyśmy. Zawsze chodziliśmy wzdłuż głównej drogi. Z przystankiem u krewnych w Andrespolu dotarliśmy z powrotem do Bukowca.
Znaleźliśmy prababcię Rometsch i ciotkę Elsę z dziećmi, Gerhardem i Kurtem Kainath, w domu prababci w Dolnym Bukowcu....

DIALOG CZŁONKÓW FORUM:

EmilErich (30.09.2021 um 11:57 Uhr)

 

Witam, dlaczego Bukowiec/Königsbach miał być ewakuowany lub mieszkańcy uciekli na północ (Prusy Wschodnie) w połowie (16) stycznia 1945 roku, wszyscy pozostali chcieli chyba kierować się na zachód.

"Nakaz ewakuacji przyszedł zbyt późno w styczniu 1945 roku, aby można było przeprowadzić uporządkowaną ewakuację ludności niemieckiej przed nacierającą Armią Czerwoną".

Jeśli spojrzeć na sytuację militarną w Polsce Centralnej od 12.01.1945 r. to z 14/15.01.1945 r. w ofensywie zimowej interweniowała 61 Armia Czerwona (Below) i była w Radomiu 16.01 ,17.01 w Brzezinach , Łódź płonęła 17.01 a części 61 Armii były w Łodzi 19.01.

Jeszcze gdy 16.01.1945 r. wyruszyła wędrówka z Bukowca/Königsbach furmankami, tylko obok dróg, lód i śnieg, minus 20 stopni, 9 Armia wycofywała się z Wisły na zachód. Czołówka Armii Czerwonej posuwała się do przodu 40-80 km dziennie. Większość taboru została dogoniona przez wojska rosyjskie i odesłana do swoich wsi.

Wojska rosyjskie były w Warszawie 17/01/1945, Kutno zostało ewakuowane w kierunku Przedecza-Moosburga około godziny 7:00 i zostało zajęte przez wojska rosyjskie 19/01/1945, Płock-Schröttersburg i Włocławek-Leslau zostały osiągnięte przez wojska rosyjskie 21/01/1945, szczyt Armii Czerwonej był na obrzeżach Posen 22/23/01/1945.

Ucieczka w kierunku północnym oznaczałaby ucieczkę wzdłuż linii frontu. Gdyby wędrówka nie pokonała odpowiednio szybko 120 km do Płocka-Schröttersburga, wojska rosyjskie zablokowałyby drogę do Prus Wschodnich.

Scherfer (28.09.2021 um 22:26 Uhr)

…w książce Otto Heike "150 lat osadnictwa szwabskiego w Polsce 1795-1945" jest cały rozdział Leopolda Schenzla "Königsbach. The Fate of an East German Swabian Settlement". Są tam dwa fragmenty istotne z punktu widzenia ucieczki:

Str. 247: "Gdy w styczniu 1945 roku od Wisły rozpoczęła się wielka ofensywa Rosjan, tylko nieliczni mieszkańcy Königsbach zdążyli w porę uciec. Część z nich zapewne uznała, że ucieczka w nieznane nie ma większego sensu. Przede wszystkim w swoich mieszkaniach pozostawiono osoby starsze i samotne kobiety z małymi dziećmi. Część z nich została następnie internowana w obozach pracy lub znalazła zakwaterowanie u polskich sąsiadów, którzy w międzyczasie wrócili do swoich gospodarstw. Mimo wszystko wielu Polaków doświadczyło również dobra od swoich niemieckich współobywateli w czasie wściekłości narodowosocjalistycznych władców i nie zapomnieli o tym.

Po wypędzeniu większość Szwabów z Königsbach przybyła do historycznie ważnej wsi majątkowej Großgörschen koło Lipska. Tutaj i w trzech innych gminach, Kleingörschen, Rahner i Kaja, potomkowie kolonistów z południowych Niemiec znaleźli nowy dom. Tylko nieliczni przybyli do Republiki Federalnej pod koniec lat 40. dzięki więzom pokrewieństwa."

P. 287: "Jeśli w styczniu 1945 roku duża część mieszkańców Königsbach opuściła dom i gospodarstwo, to tylko po to, by chwilowo uniknąć bezpośrednich wydarzeń na froncie. Potem oczywiście wróciliby do swoich ojczyzn, jak to miało miejsce w grudniowych dniach 1914 roku."

 

DIVUS 17.09.2021, 08:31

Witam, informacje czerpię bezpośrednio od mojego chrzestnego. Urodził się w 1933 roku i miał 12 lat, gdy uciekł z Königsbach. Ma teraz 87 lat i jego pamięć jest wciąż dobra! Rozmawialiśmy o tym właśnie na drugi dzień i o ile pamiętam trasa ucieczki wyglądała następująco: Najpierw mieszkańcy Königsbach z burmistrzem na czele opuścili wieś Długim Traktem ( rodzaj ogromnej kolumny powozów) i przybyli do Prus Wschodnich. Stamtąd tor szedł przez kilka stacji do Berlina, a stamtąd do Halle. Z Halle przybyli do wsi "Großgörschen", gdzie kwaterowało wielu Königsbacherów, a także mój ojciec chrzestny i wiele innych rodzin. Inni, którzy nie chcieli zostać, pojechali dalej na Zachód, ale nic mi o tym nie wiadomo.

Mam nadzieję, że udało mi się w jakiś sposób pomóc i życzę wszystkiego najlepszego.





czwartek, 22 grudnia 2022

Łaznowska Wola - Starowa Góra - Bukowiec - Ksawerów - Łódź - Niemieckie osadnictwo - Heimatbote - 2/1966

 

Super artykuł, napisałem  do Beate, być może będzie możliwość uzyskania kopii tych dokumentów, mają olbrzymią wartość historyczną!

Heimatbote - 2/1966

6 ważnych dokumentów rozliczeniowych zdobytych

Z Łaznowskiej Woli, Starowej Góry, Bukowca, Ksawerowa i Łodzi. Po latach starań udało nam się pozyskać sześć ważnych dokumentów dotyczących osiedlania się niemieckich imigrantów w Łaznowskiej Woli, Starowej Góry, Bukowca, Ksawerowa, Łodzi  i samej Łodzi. Dokumenty te są następujące:

1, Akt ugody dla Jacoba Haasa w Groembach - Łaznowska Wola z dnia 4. 2. 1802 r. z trzema towarzyszącymi mu listami do Królewskiej Południowopruskiej Izby Wojennej i Domeny w Warszawie oraz Potwierdzenie;

2. akt ugody dla Johanna Bosserta w Effingshausen - Starowa Góra z 31. 8. 1805 r., wystawiony przez Królewską Południowopruską Kancelarię Domen w Pabianicach oraz towarzyszące mu polskie akty przeniesienia z 7. 4. 1822 r. i 31. 1. 1821 r;

3. akt dziedziczny dla kolonisty Michaela Münzera w Effingshausen - Starowa Góra z dnia 2. 7. 1804 r., wydany przez Królewski Południowopruski Urząd Sprawiedliwości w Pabianicach i związane z nim polskie akty prawne;

4. akt dziedziczny dla kolonisty Martina Köhlera w Königsbach - Bukowcu, wydany przez Królewski Urząd Domen Południowo-Pruskich w Pabianicach 15. 6. 1804 r;

5. kontrakt Wieczysto - Czynszowy (recepta dziedziczna) dla kolonisty Franza Hoche w kolonii Xawerow - Ksawerowie, wydany przez Komisję Wojewódzką w Kalisch dnia 1. 3. 1837 r. w języku polskim;

6. protokół deklaracji w języku niemieckim i polskim, wystawiony przez burmistrza Karla Tangermanna w Łodzi 2. 1. 1827 r. dla Wentzla Rittera z Ritschen w Czechach.

Te oryginalne dokumenty, w dobrym stanie, są pierwszymi tego typu, które znalazły się w prywatnych rękach po upadku w 1945 roku. Stanowią one cenne uzupełnienie naszego lokalnego archiwum historycznego i znacznie podnoszą jego znaczenie jako instytucji naukowej. Należy mieć nadzieję, że wszyscy, którzy posiadają dokumenty dotyczące działalności niemieckiej w centralnej Polsce i na Wołyniu, udostępnią je do naszego Heimatarchivu, aby mogły one dostarczyć potomnym dowodów na życie i działalność Niemców.

Niemieckie życie i działalność w Polsce dla potomnych. O. H.



6 wichtige Siedlungsurkunden erworben

Aus Groembach, Effingshausen, Königsbach, Xawerow und Lodz Nach jahrelangen Bemühungen i'st es jetzt gelungen, sechs wichtige Urkunden über die Ansiedlung deutscher Einwanderer in Groembach, Effingshausen, Königsbach, Xawerow bei Lodz und Lodz selbst zu erwerben. Es handelt sich um folgendeUrkunden:

1, Siedlungsurkunde für Jacob Haas in Groembach vom 4. 2. 1802 mit drei dazugehörigen Begleitschreiben an die Königlich Südpreußische Kriegs- und Domänenkammer zu Warschau und der Confirmation;

2. Siedlungsurkunde für Johann Bossert in Effingshausen vom 31. 8. 1805, ausgestellt vom Kgl. Süd preußischen Domänenamt Pabianice und dazugehöri'ge polnische Uebereignungsurkunden vom 7. 4. 1822 und 31. 1. 1821;

3. Erbverschreibung für den Kolonisten Michael Münzer in Effingshausen vom 2. 7. 1804, ausgestellt vom Kgl. Südpreußischen Justizamt in Pabianice und dazugehörige polnische Urkunden;

4. Erbverschreibung für den Kolonisten Martin Köhler in Königsbach, ausgestellt vom Kgl. Südpreußischen Domänenamt in Pabianice am 15. 6. 1804;

5. Kontrakt Wieczysto - Czynszowy (Erbverschreibung) für den Kolonisten Franz Hoche in der Kolonie Xawerow, ausgestellt von der Wojewodschaftskommission in Kalisch am 1. 3. 1837 in polnischer Sprache;

6. Deklarationsprotokoll in deutscher und polnischer Sprache, ausgestellt von Bürgermeister Karl Tangermann in Lodz am 2. 1. 1827 für Wentzel Ritter aus Ritschen in Böhmen.

Diese in gutem Zustand befindlichen Ori~inalurkunden sind die ersten dieser Art, die nach dem Zusammenbruch von 1945 in Privatbesitz ermittelt werden konnten. Sie stellen eine wertvolle Ergänzung unseres Heimatarchivs dar und heben seine Bedeutung als wissenschaftliche Einrichtung ganz beträchtlich. Zu wünschen ist, daß jeder, der Schriftstücke über die deutsche Tätigkeit in Mittelpolen und Wolhynien besitzt, diese unserem Heimatarchiv zur Verfügung stellt, um so für die

Nachwelt den Nachweis deutschen Lebens und Wirkens in Polen zu überliefern. O. H.

Bełchatów - Kościół eweangelicki - Pastor Gerhardt - Heimatbote - 6/1966

 Heimatbote - 6/1966

Pastor Jacob Gerhardt 



Domowy pastor Jakob Gerhardt już nie żyje! Spodobało się Panu nad życiem i śmiercią wezwać odważnych dzielny bojownik o wiarę i folklor 23 kwietnia 1966 roku! Wiadomości będą nie tylko byłych członków bełchatowskiego zboru, w którym pracował przez 20 lat, ale wszystkich, którzy kiedykolwiek zetknęli się ze zmarłym. Jest to jednocześnie pociecha dla wdowy po pastorze Marie Gerhardt w 4432 Gronau, Königstraße 40, jej dzieci i krewnych.

Życie pastora, urodzonego 27 lipca 1889 roku jako szóste dziecko wielodzietnej rodziny rolniczej, było barwne! Ldsm. Edmund Krenz opisał go szczegółowo pod hasłem "W szkole życia Bożego" z okazji 75. urodzin. z okazji swoich 75. urodzin. Oto tylko kilka krótkich szczegółów:

W zachodniej Galicji stała kolebka zmarłego, w polskim gimnazjum w Neu Sandez podjął pierwsze dobra edukacyjne. Studiował teologię w Wiedniu i Lipsku, w czasie I wojny światowej był pomocnikiem kaznodziei i wikarym w Posen. Wreszcie, po przerwie w Sobiesenkach, od 1920 roku w Bełchatowie, powiat Petrikau stałe miejsce działalności! Służba kościołowi i miastu (jako skarbnik miejski), konflikty z Polakami, uwięzienie, deportacja we wrześniu 1939 r., potem pierwszy burmistrz w Bełchatowie, ale wkrótce wrogość władz hitlerowskich, wyjazd do Orlau na Górnym Śląsku. Tam koniec wojny z atakiem partyzanckim, aresztowanie przez Czechów, ewentualne uwolnienie - dość wyliczonych doświadczeń podczas drogi życiowej zmarłego. Powtarza się tu tylko wyznanie niestrudzonego do ostatnich lat chrześcijanina, pastora i nauczyciela, który w 1952 roku wyjechał do USA: "Chrystus stał się dla mnie wszystkim". I tak też Wszechmocny dba o swojego wiernego sługę i wojownika w łasce.



Pastor Jacob Gerhardt 


Heimatpastor Jakob Gerhardt ist nicht mehr! Es hat dem Herrn über Leben und Tod gefallen, den tapferen Streiter für Glaube und Volkstum am 23. April 1966 zu sich zu rufen! Die Nachricht werden nicht nur die früheren Glieder der Gemeinde Belchatow, wo er 20 Jahre wirkte, mit Trauer aufnehmen, sondern alle, die mit dem Heimgegangenen je in Berührung gekommen sind. Das sei zugleich ein Trost für die Pfarrwitwe Marie Gerhardt in 4432 Gronau, Königstraße 40, ihre Kinder und Angehörigen.

Bunt war der Lebenslauf des am 27. 7. 1889 als 6. Kind einer kinderreichen Bauernfamilie geborenen Pastors! Ldsm. Edmund Krenz hat ihn unter der Ueberschrift "In der Lebensschule Gottes" anläßlich des 75. Geburtstages ausführlich dargestellt. Darum nur noch einige kurze Angaben:

Im westlichen Galizien stand die Wiege des Heimgegangenen, im polnischen Gymnasium von Neu Sandez nahm er die ersten Bildungsgüter auf. In Wien und Leipzig Theologiestudium, im Ersten Weltkrieg Hilfsprediger und Vikar im Posensehen. Endlich, nach einem Zwischenspiel in Sobiesenki, ab 1920 in Belchatow, Kreis Petrikau eine Wirkungsstätte von Dauer! Dienst an der Kirche und Dienst an der Stadt (als Stadtkassen prüfer), Konflikte mit den Polen, Gefängnis, Verschleppung im September 1939, nachher erster Bürgermeister in Belchatow, aber bald Feindschaft der Nazibehörden, Fortgehen nach Orlau Oberschlesien. Dort das Kriegsende mit Partisanenüberfall, Verhaftung durch die Tschechen, endliche Freilassung - es sei genug der aufgezählten Erlebnisse während der Lebenswanderung des Heimgegangenen. Genauer steht alles in der Juliausgabe 1964. Nur das Bekenntnis des bis in die letzten Jahre nimmermüden Christen, Seelsorgers, Pfarrers und Lehrers, der noch 1952 nach USA ging, sei hier noch einmal wiederholt: "Christus ist mir alles geworden". Und so nehme sich auch der Allmächtige seines treuen Dieners und Streiters in Gnaden an.


Fabryka pończoch - Aleksandrów - Heimatbote - 2/1968

 

Heimatbote - 2/1968

Aleksandrow, miasto tkaczy wyrobów pończoszniczych

    W 1913 r. czytamy: "W Aleksandrowie kwitnie tkactwo pończosznicze, tkanie ręczne też daje dobre wyroby. Monotonny dźwięk krosna i maszyny do dziergania pończoch słychać niemal w każdym domu."

    Do dziś Aleksandrów koło Łodzi jest miastem pończoch. Z 13 tys. mieszkańców prawie 3,5 tys. pracuje w fabryce pończoszniczej "Sandra". Już w 1827 r. w A. ustawiono pierwsze maszyny do produkcji pończoch; imigracja niemieckich sukienników i tkaczy miała tu miejsce w latach 1817-1830. W wyniku licznego osiedlania się kolonistów w okolicy wcześnie powstała gmina protestancka, która miała swoje centrum w sąsiedniej Groß-Brużycy, gdzie już w 1801 r. w nowej szkole i domu modlitwy odbyło się pierwsze nabożeństwo protestanckie. Sam Aleksandrów, podniesiony do rangi miasta w 1823 roku, otrzymał swój kościół na Boże Narodzenie 1828 roku; był on wówczas największy i najdroższy w całym okręgu przemysłowym Łodzi.

    Dostępny nam polski raport nie mówi nic o tej przeszłości. O wielu małych firmach z okresu przedwojennego mówi się tylko tyle, że w 1939 roku było tu podobno 70 niezależnych producentów pończoch. Nawet największa fabryka zatrudniała niewiele ponad 300 osób. Nie wspomina się o żadnej z małych fabryk pończoszniczych, np. Poranski, Rudolf Schultz, Adolf Greilich, Julius Paschke, Julius Wiese, Karl Reichert, Gtthilf Knappe, ale raczej o rozwoju po wojnie. Wszystkie małe firmy zostały zebrane razem.

    Wybrano dziesięć większych pomieszczeń i przeniesiono tam wszystkie maszyny. W ten sposób powstało "Aleksandrowskie przedsiębiorstwo pończosznicze". Krótko mówiąc, fabryka "Sandra". Dzięki tej koncentracji możliwe było pięciokrotne zwiększenie produkcji od 1945 roku! Polski raport podaje imponujące liczby: wyprodukowano tu 28 mln par pończoch i skarpet oraz 6 mln par bryczesów. A ostatnio doszły kolorowe pończochy i bryczesy z włóczki Helanki. Do tej pory poszczególne działy centrali pończoszniczej były rozrzucone po wielu budynkach. Dzięki przeprowadzce do nowo wybudowanego ogromnego budynku fabrycznego, o którym mówi się, że jest największy w europejskim przemyśle pończoszniczym, chcą osiągnąć jeszcze większą koncentrację pracy. Przede wszystkim gigantyczny budynek został wyposażony w 1000 najnowszych czeskich maszyn specjalnych. Aby uniezależnić się od dostaw surowców, "Sandra" zaczęła budować własny zakład produkcji przędzy Helanca, która po polsku nazywa się "elastil". Od 1970 roku 46% wszystkich wyrobów pończoszniczych ma być oparte na tym "elastilu".

   W Aleksandrowie wiele się zmieniło i każdy, kto mieszkał tu kiedyś i przeżył cierpienia 1945 roku, powinien koniecznie odwiedzić to miasto. Jednak w Aleksandrowie wciąż brakuje jednej rzeczy: bezpośredniego połączenia tramwajowego z centrum Łodzi. 

               "Jatka" na ringu w Aleksandrowie koło Łodzi. Kto tu kiedyś kupował śledzie?

        Die "Jatken" am Ring in Alexandrow bei Lodz. Wer hat hier früher Heringe gekauft??


Strumpfwirkerstadt Alexandrow

    Im Jahre 1913 las man: "Die Strumpfwirkerei befindet sich in Alexandrow in voller Blüte, auch die Handweberei liefert gute Erzeugnisse. Fast in jedem Hause ist das einförmige Geräusch des Webstuhls und der Strumpfwirkmaschine zu vernehmen."

    Noch heute ist Alexandrow bei Lodz die Stadt der Strümpfe. Von den 13 000 Einwohnern arbeiten nahezu 3500 in der Strumpffabrik "Sandra". Schon im Jahre 1827 wurden in A. die ersten Maschinen zur Herstellung von Strümpfen aufgestellt; die Einwanderung von deutschen Tuchmachern und Webern nach hier vollzog sich in der Zeit von 1817 bis 1830. Infolge der vielen Kolonisten in der Umgebung ist schon früh die evangelische Gemeinde begründet worden, die ihr Zentrum im benachbarten Groß-Bruzyca hatte, wo bereits 1801 im neuen Schul- und Bethause der erste evangelische Gottesdienst stattfand. Alexandrow selbst, 1823 zur Stadt erhoben, erhielt seine Kirche zu Weihnachten 1828; sie war damals die größte und teuerste des ganzen Lodzer Industriegebietes.

    Ueber diese Vergangenheit sagt der uns vorliegende poln. Bericht nichts. Da ist nur von den vielen kleinen Betrieben der Vorkriegszeit die Rede. 70 selbständige Hersteller von Strümpfen soll es hier 1939 gegeben haben. Selbst der größte Betrieb habe kaum mehr als 300 Leute beschäftigt. Man macht nicht eine einzige der kleinen Strumpffabriken namhaft, z. B. die von Poranski, Rudolf Schultz, Adolf Greilich, Julius Paschke, Julius Wiese, Karl Reichert, Gtthilf Knappe, sondern berichtet lieber über die Entwicklung nach dem Kriege. Da seien alle die kleinen Betriebe zusammengefaßt worden.

    Man habe zehn größere Räume ausgewählt und dorthin alle Maschinen gebracht. Auf diese Weise sei das "Alexandrower Unternehmen der Strumpfindustrie" entstanden. Kurz, die Fabrik "Sandra". Durch die Konzentration sei es gelungen, seit 1945 die Produktion zu verfünffachen ! Der polnische Bericht nennt imponierende Zahlen: 28 Millionen Paar Strümpfe und Socken und 6 Mill. Reithosen würden hier hergestellt. Und seit neuestem kämen bunte Strümpfe und Reithosen aus Helanca-Garn hinzu. Bisher waren die einzelnen Abteilungen der Strumpf-Zentrale über viele Gebäude verteilt. Durch den Umzug in ein neuerbautes gewaltiges Fabrikgebäude, das angeblich das größte in der europäischen Strumpfindustrie sein soll, will man eine noch größere Konzentration der Arbeit erreichen. Vor allem hat man das Riesengebäude mit 1 000 der neuesten tschechischen Spezialmaschinen ausgestattet. Um von der Rohstoffzufuhr unabhängig zu werden, begann die "Sandra" mit dem Bau eines eigenen Produktionsbetriebes für Helanca-Garn, das auf polnisch "elastil" genannt wird. Ab 1970 sollen 46 v. H. aller Strumpferzeugnisse dieses "elastil" zur Grundlage haben.

    Vieles hat sich in Alexandrow gewandelt, und wer hier früher gewohnt und das Leid von 1945 überstanden hat, sollte die Stadt unbedingt einmal besuchen. Eines freilich fehlt i A. nach wie vor: eine direkte Straßenbahnverbindung zum Zentrum von Lodz.

środa, 21 grudnia 2022

Dąbrowa - Łódź - Chór - Gałkówek - Heimatbote - 8/1967


Heimatbote - 8/1967

                                   Chór przy Kantoracie Łódź-Dąbrowa 

Po tym, jak w poprzednim numerze przybliżyliśmy nagranie chóru mieszanego przy St. Matthäigegemeinde, Kantorat Dąbrowa, pozwalamy, by historia tego chóru podążyła za nami dzisiaj. W 1923 roku w Dąbrowie Kantorat pod Łodzią powstał zespół śpiewaczy. Ten mieszany chór należał do kościoła św. Mateusza za czasów I prezesa Konsistorialratu Juliusza Dietricha. Założycielami chóru byli: Ldsm. Heinrich Schmidt, obecnie 56 Wuppertal-Barmen, -Elberfelder Straße 95, ks. Olga Kowalski, Erich Schmidt, pani Lidia Steinbart z domu Gläsmann, Alfred Schmidt, Erna Schiewe.

Po około 4 latach chór powiększył się i w roku 1927/28 liczył ponad 40 członków czynnych i 50 biernych. Kons.-Rat Dietrich, jak i późniejszy pastor Adolf Löffler, bardzo wspierali ten chór. Dodatkowo chór wsparło kilku łódzkich fabrykantów i właścicieli domów. Okres świetności tego chóru kościelnego przypada na lata 1932-1937, w tym czasie upiększał on nabożeństwa niemal w każdą niedzielę, na przemian w kościele św. Mateusza i w Dąbrowie Kantorat. W 1935 roku chór zdobył pierwszą nagrodę w konkursie śpiewu protestanckich chórów mieszanych Łodzi w ogrodzie "Silanka". W tym czasie skład komitetu wykonawczego był następujący:

I. Honorowy Przewodniczący Pastor Adolf Löffle

            1. honorowy przewodniczący Pastor Max Petznik

            2. przewodniczący Heinrich Schmidt

               Przewodniczący Artur Lehr

               Skarbnik Erich Schmidt

               Sekretarz Willi Fürus

               Chórmistrz Heinrich Schmid

Ponieważ większość śpiewaków w stowarzyszeniu była młoda, także festyny i inne uroczystości były pełne żywiołowości i chrześcijańskiej wesołości. Uroczystości fundacyjne chóru i inne święta również były przesiąknięte żywą, a zarazem chrześcijańską pogodą ducha. W pięknym sezonie letnim stowarzyszenie zorganizowało wiele wspaniałych pieszych wycieczek i wyjazdów. Zdjęcie z jednej z takich wycieczek można zobaczyć tutaj. Tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej wielu śpiewaków wyemigrowało do Niemiec, a stowarzyszenie przeniosło się z powrotem do Dombrowa z dotychczas używanej siedziby klubowej Łódzkiego Męskiego Towarzystwa Śpiewaczego: Łódź, Petrikauer Straße 243. W czasie wojny chórem kierował Fiedler z Łodzi. Byli śpiewacy proszeni są o przesłanie swoich adresów do pana Heinricha Schmidla, 56 Wuppertal-Barmen, Elberfelder- Straße 95. Pan Schmidt chciałby zorganizować zjazd. Ponowne spotkanie byłoby z pewnością największą radością dla wszystkich, dlatego gorąco prosimy o wsparcie projektu.

Letnia wycieczka chóru do Gałkówka.
W środku Honorowy przewodniczący Pastor Löffler, po jego lewej stronie 1. przewodniczący H. Schmidt, po prawej stronie 2. przewodniczący A. Lehr i 32 śpiewaków.

Sommerausflug des Chores nach Galkowek.
In der Mitte Ehrenpräses Pastor Löffler, links von ihm 1. Vorsitzender H. Schmidt, rechts 2. Vorsitzender A. Lehr und 32 Sänger

                             Der Chor am Kantorat Lodz-Dombrowa

Nachdem wir in der vorigen Nummer eine Aufnahme des gemischten Chores an der St. Matthäigemeinde, Kantorat Dombrowa gebracht hatten, lassen wir heute die Geschichte dieses Chores folgen. Im Jahre 1923 wurde am Kantorat Dombrowa bei Lodz eine Sängergruppe zusammengestellt. Dieser gemischte Chor gehörte zur St. Matthäikirche unter dem 1. Vorsitzenden Konsistorialrat Julius Dietrich. Die Gründer des Chores waren: Ldsm. Heinrich Schmidt, jetzt 56 Wuppertal-Barmen, -Elberfelder Straße 95, Fr!. Olga Kowalski, Erich Schmidt, Frau Lidia Steinbart geb. Gläsmann, Alfred Schmidt, Erna Schiewe.

Nach etwa 4 Jahren vergrößerte sich der Chor und zählte im Jahre 1927/28 mehr als 40 aktive und 50 passive Mitglieder. Kons.-Rat Dietrich, sowie später auch Pastor Adolf Löffler unterstützten diesen Chor sehr. Außerdem wurde der Chor von mehreren Lodzer Fabrik- und Hausbesitzern unterstützt. Die Blütezeit dieses Kirchengesangvereins war von 1932 bis 1937. In dieser Zeit verschönte er fast allsonntäglich die Gottesdienste, abwechselnd in der St. Matthäikirche und im Kantorat Dombrowa. Im Sängerwettstreit der evang. gemischten Chöre von Lodz errang der Chor im Jahre 1935 im Garten "Silanka" den 1. Preis. Der Vorstand setzte sich damals wie folgt zusammen:

I. Ehrenpräses Pastor Adolf Löffle

         1. Ehrenpräses Pastor Max Petznik

        2. Vorsitzender Heinrich Schmidt

             Vorsitzender Artur Lehr

             Kassierer Erich Schmidt

             Schriftführer Willi Fürus

             Chorleiter Heinrich Schmid

Da der Verein meist junge Sänger zählte, so waren auch die. Stiftungsfeste und anderen Festlichkeiten so recht von lebhaftem und doch christlichen Frohsinn durchdrungen. In der schönen Sommerzeit veranstaltete der Verein viele herrliche Wanderfahrten und Ausflüge. Die Aufnahme von einem Ausflug folgt hier. Kurz vor Beginn des 2. Weltkrieges wanderten viele Sänger nach Deutschland aus und der Verein zog aus dem bisher benutzten Vereinslokal des Lodzer Männergesangvereins: Lodz, Petrikauer Straße 243, wieder nach Dombrowa zurück. Während des Krieges hat diesen Chor Chorleiter Fiedler aus Lodz geleitet. Die ehemaligen Sänger und Sängerinnen werden herzlich gebeten, Herrn Heinrich Schmidl, 56 Wuppertal-Barmen, Elberfelder· Straße 95, ihre Anschriften zuzusenden. Herr Schmidt möchte ein T re f fe n arrangieren. Ein Wiedersehen würde für alle bestimmt die größte Freude sein; darum wird herzlich um Unterstützung des Vorhabens gebeten


Neu Sulzfeld - Nowosolna, - Konfirmacja 1939 - Heimatbote - 1/1968

 Nowosolna z 1939 roku....

Heimatbote - 1/1968

Prawie 30 lat temu

Przedstawione osoby to konfirmanci z Neusulzfeld - Nowosolnej, poświęceni w 1939 roku przez pastora Heinricha Boethera, który, jak wiadomo, zginął w wypadku samochodowym 17 sierpnia 1960 roku. Na zdjęciu widzimy m.in. w pierwszym rzędzie od lewej: Rodzeństwo Kiebler, M. Weber, A. Preis, l. Bauer, l. Schmidtke, K. Henes, I. Guderian, pastor Böttcher, E. Nehring, E. Engel, l. Muth, A. Grudke, R. Maier, E. Abel, K. Grunwald.

W drugim rzędzie: Erhard Grüning, F. Hornung, A. Baumgärtel, A. Schrot, M. Damaschke, K. Theobald, l. Buchholz, Schwarz, O. Hofseß, A. Zoller, E. Nehring, l. Meier, l. Zimmermann, Schulz, K. i H. Zoller. Z chłopców można rozpoznać: Bruno Link, Artur Rein, A. Werk, E. i H. Graumann, E. Bauer, H. luz, Zutz, B. Zoller, H. Hoffmann, R. Schaffner. Kto zna nazwiska pozostałych?

Za zdjęcie dziękujemy naszej rodaczce Klarze Buchholz,



Vor fast 30 Jahren

Die Dargestellten sind die Neusulzfelder Konfirmanden, konfirmiert 1939 von Pastor Heinrich Boether, der bekanntlich am 17. 8. 1960 einem Autounfall zum Opfer fiel. Auf dem Bilde sehen wir u. a. in der ersten Reihe von links: Geschwister Kiebler, M. Weber, A. Preis, l. Bauer, l. Schmidtke, K. Henes, I. Guderian, Pastor Böttcher, E. Nehring, E. Engel, l. Muth, A. Grudke, R. Maier, E. Abel, K. Grunwald.

In der zweiten Reihe: Erhard Grüning, F. Hornung, A. Baumgärtel, A. Schrot, M. Damaschke, K. Theobald, l. Buchholz, Schwarz, O. Hofseß, A. Zoller, E. Nehring, l. Meier, l. Zimmermann, Schulz, K. und H. Zoller. Von den Jungen sind zu erkennen: Bruno Link, Artur Rein, A. Werk, E. und H. Graumann, E. Bauer, H. loose, Zutz, B. Zoller, H. Hoffmann, R. Schaffner. Wer weiß die Namen der übrigen?

Für das Bild danken wir unserer landsmännin Klara Buchholz,


Pabianice - Bełchatów - Łódź - Bitwa o Łódź - Heimatbote - 2/1965

 

W centrum walki: okolice Pabianic

    Dni od 27. 11. do 30. 11. 1914 r. upłynęły w ciężkich walkach. Na północ od Bzury zrobiło się tylko trudniej. Rosjanie posuwający się w dolinie Bzury przez Sobotę do Orłowa zagrażali flance I Korpusu Rezerwowego i tyłom armii i tylko dzięki posunięciu I Dywizji Piechoty pod dowództwem gen. ppor. v. Conta przez Kiernozię przeciwko tylnym połączeniom nieprzyjaciela, siły rosyjskie zostały wieczorem 28 listopada wyparte do Soboty. W zwycięskiej akcji wzmocniony I Korpus Rezerwowy zdołał następnie do 30 listopada odzyskać opuszczoną 5 dni wcześniej wysoką pozycję na północny zachód od Łowicza. Z pozostałych posiłków przeznaczonych na lewe skrzydło 26 Dywizja dotarła w rejon Gostynina 27 listopada, natomiast maszerująca z Thornu Dywizja Westernhagen osiągnęła dopiero Krośniewice. Ale Rosjanie przynieśli też na front nowe silne siły z Warszawy przez Łowicz. Aby zapobiec kolejnemu przebiciu się po obu stronach Bzury, przeprowadzono atak na południowe skrzydło, który zakończył się sukcesem.

    1 grudnia gen. von Linsingen, który wysunął się z linii Zduńska Wola-Szadek, osiągnął odcinek Dobroń-Markówka w zwycięskim posunięciu nad Łaskiem, zaś dalej na północ Korpus Posenów odepchnął nieprzyjaciela na linię Juljanów-Apolonia, gdzie uzyskał kontakt z częściami 38 Dywizji, które przekroczyły Ner.

    W międzyczasie 48. Res. Div. osiągnęła odcinek Widawki i po długiej walce sforsowała przeprawę przez małą rzeczkę Widawkę. Generał porucznik von Trossel miał jeszcze trudniejsze zadanie ze swoją 3 Dywizją pod Dobroniem; chociaż 2 grudnia zdobył szturmem wzgórza na południe od wsi Dobro, nowe, silnie okopane pozycje na skraju lasu uniemożliwiły dalsze posuwanie się na wschód. 2 grudnia Korpus Posen wysunął się na linię Żytowice-Zalew, tocząc ciężkie walki. Najbardziej zacięte walki toczyły się wokół wzgórza 181 na południe od Bechcic. Tu jeszcze widoczny był czarny drewniany krzyż cmentarza, z którego dwa tygodnie temu Niemcy musieli się wycofać. Teraz podpułkownik von Taysen i jego dobrzy Turyngowie wdarli się na tę pozycję dominującą nad doliną Neru. Wybuchła dzika przepychanka z długimi jak drzewo Azjatami! Kolby świstały na futrzanych czapkach wroga, który mimo przewagi liczebnej w końcu ustąpił. Ale wróg wrócił w ciemnościach i tylko wysunięte działa artylerii naumburskiej uratowały Niemców. W blasku reflektorów pociski wyryły szerokie pasy w napierających masach, które zostały również zajęte z flanki i z tyłu od północnego brzegu Neru przez pozostałe baterie pułku 55. Ze strasznymi stratami napastnicy zalali się z powrotem. Jeszcze pięć razy Rosjanin próbował nocnego natarcia. Wtedy jego siły zostały złamane i 887 trupów Sybiraków pokryło wąskie pole bitwy przy czarnym drewnianym krzyżu z Bechcic (koło Konstantynowa). Gorąca była też bitwa 3 grudnia pod Pawlikowicami (na południe od Pabianic). A z Kolonii Chechło (na południe od Pabianic samochody pancerne posłały grad żelastwa na wciąż rozwijających się Pomorzan. Sierżant Zander upadł z flagą w ręku. Major von Knobelsdorff chwycił godło, ale i on, podobnie jak jego porucznik Eichstädt, został trafiony morderczą kulą. To jako kolejny przykład surowości bitwy. Dalej na południe 48. dywizji rez. udało się zdobyć przeprawę przez Grabię pod Karczinami. Południowe skrzydło (prawe skrzydło) armii Mackensena odniosło kolejny sukces w swoim wszechstronnym ataku na Pabianice: w nocy 4 grudnia gen. v. Linsingen osiągnął linię Pawlikowice-Kolonia Chechło-Wymysłów. 5 grudnia Pabianice zostały otoczone od południa, ich siła oporu złamana, baza flankowa Pawlikowice zajęta, a Łódź zagrożona w rozdartym otwartym odwodzie. 11 Korpus i 24 Korpus Rezerwy osiągnęły w międzyczasie drogę Pabianice-Wadlew. Było to udane naruszenie luki między siłami rosyjskimi zgromadzonymi pod Łodzią a grupą bojową Petrarki i stanowiło całkowite zaskoczenie dla wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza. Okrążenie południowej flanki Łodzi było jednocześnie przełamaniem centrum rosyjskiego i rozerwało 1, 2 i 5 armię rosyjską, która znajdowała się na froncie łowicko - łódzkim oraz 4 i 9 armię walczącą pod Piotrkowem i Krakowem. Zniweczyła też próbę przebicia się Mikołaja pod Bełchatowem. 3 grudnia Gwardia wyparła Rosjan z Bełchatowa na Mzurki i Piotrków. Tutaj walczyli również Austriacy pod Tersztyńskim, ale nie byli w stanie zająć rosyjskiego linia Nowo Radomsko - Piotrków. Niemniej jednak Rosjanie byli tu tak silnie zajęci, że nie mogli już wpaść w bok prawego skrzydła armii Mackensena pod Pabianicami. 

Łódź oczyściła się przez noc. 

    Generał von Mackensen nie myślał jeszcze o natychmiastowym szturmie na miasto, zwłaszcza że miało ono charakter twierdzy, a liczba znajdujących się tam rosyjskich baterii rosła. Liczba rosyjskich baterii w tym miejscu rosła z dnia na dzień. Postanowił ominąć pozycję wroga w Łodzi, przesuwając się nocą na prawo. Z rejonu Dłutowa należało rozpocząć ciąg kompleksowo na lewe skrzydło przeciwnika w celu jego zwinięcia. .

    W nocy 6 grudnia Rosjanie zaatakowali zwartymi masami piechoty, zwłaszcza w okolicach Niesułkowa i Głowna. Dostają krwawe głowy. Nikt wśród Niemców nie podejrzewa, że te ataki mają na celu jedynie zamaskowanie wycofania się z Łodzi! W rzeczywistości Iwan opuszcza Łódź nocą i mgłą Koła pojazdów są oklejone, a Niemcy dopiero rano orientują się, co się dzieje!

    Następnie Wielki Książę pozwala artylerii prowadzić ogień, podczas gdy sam prowadzi swoje oddziały z powrotem do punktu przechwytującego przygotowanego w Miazdze. Zaledwie kilka godzin później przez zdobytą Łódź rozbrzmiewają echem marszowe kroki Niemców: o godz. 16.45 XI Korpus jako pierwsza jednostka wkracza do naszego rodzinnego miasta. Jest niedziela, 6 grudnia 1914 r.

    Od 12 listopada do 5 grudnia 1914 roku trwała bitwa łódzka, w której do niewoli dostało się 78 tysięcy Rosjan. W walkach na górze i na dole życie straciło ponad 39 tysięcy dzielnych ludzi, Niemców i Rosjan. Większość z nas zna cmentarz bohaterów spod Rzgowa, ale należy pamiętać także o innych cmentarzach z poległymi bojownikami, np. o cmentarzu w Małczewie czy Grabinie Woli na drodze Łódź-Piotrków, gdzie dzielni niemieccy wojownicy walczyli z rosyjską napaścią z Piotrkowa. Cmentarz w Malczewie lub Grabina Wola na drodze Łódź-Piotrków, gdzie dzielni niemieccy wojownicy odparli rosyjską napaść z Petrikau na flankę i tyły wojsk otaczających Łódź od południa.



  Im Kampfmittelpunkt: der Raum Pabianice

    Die Tage vom 27. 11. bis 30. 11. 1914 vergingen in harten Stellungskämpfen. Schwieriger wurde es nur nördlich der Bzura. Im Bzuratale über Sobota bis Orlow vorgedrungene Russen bedrohten die Flanke des I. Reserve-Korps und den Rücken der Armee, und einzig nur dem über Kiernozia gegen die rückwärtigen Verbindungen des Feindes geführten Vorstoß der I. Infanterie-Division unter Gen.Leutnant v. Conta war es zu danken, daß die russischen Kräfte am Abend des 28. 11. wieder bis Sobota zurückgenommen wurden. In siegreichem Vorgehen gelang es dem verstärkten I. Reserve-Korps dann bis zum 30.11. die vor 5 Tagen aufgegebene Höhenstellung nordwestlich Łowicz zurückzuerobern. Von den übrigen für den linken Flügel bestimmten Verstärkungen erreichte am  27. 11. die 26. Division die Gegend von Gostynin, während die von Thorn anmarschierende Abteilung Westernhagen erst bis Krosniewice gelangte. Aber, auch die Russen brachten von Warschau her neue starke Kräfte über Lowicz zur Front. Damit nicht noch ein Durchbruch beiderseits der Bzura erfolgte, wurde auf dem Südflügel ein Angriff unternommen, der erfolgreich war.

    Am 1. 12. erreichte General von Linsingen, der aus der Linie Zdunska Wola-Szadek vorgegangen war, im siegreichen Vordringen über Lask den Abschnitt von Dobron-Markowka, während weiter nördlich das Korps Posen den Feind bis zur Linie Juljanow-Apolonia zurückwarf, wo es Anschluß an die über den Ner gegangenen Teile der 38. Division gewann.

    Die 48. Res.Div. erreichte inzwischen den Widawka-Abschnitt und erzwang nach langem Kampfe den Uebergang über das Flüßchen Widawka. Noch schwerer hatte es Generalleutnant von Trossel mit seiner 3. Division bei Dobron; er nahm zwar am 2. 12. die südlich des Dorfes Dobron gelegenen Höhen im Sturm, aber neue, am Waldrande befindliche, stark verschanzte Stellungen verhinderten ein weiteres Vordringen nach Osten. Das Korps Posen stieß am 2. 12. schwer kämpfend bis zur Linie Zytowice-Zalew vor. Am heftigsten tobte der Kampf um die Höhe 181 südlich Bechcice. Hier ragte weihin sichtbar das schwarze Holzkreuz des Friedhofes gen Himmel und vor 2 Wochen hatten sich die Deutschen von hier zurückziehen müssen. Jetzt brach Oberstleutnant von Taysen mit seinen braven Thüringern aufs neue in diese das Nertal beherrschende Stellung ein. Ein wildes Handgemenge entspann sich da mit den baumlangen Asiaten! Der Kolben sauste auf die Pelzmützen des trotz seiner Ueberzahl schließlich weichenden Feindes. Aber der Feind kam in der Dunkelheit wieder, und nur die vorgezogenen Geschütze der Naumburger Artillerie rette- ten die Deutschen. Im Leuchten der Scheinwerfer rissen die Granaten breite Gassen in die anstürmenden Massen, die auch vom Nordufer des Ner her von den anderen Batterien des Regiments 55 in Flanke und Rücken gefaßt wurden. Unter furchtbaren Verlusten flutete der Angreifer zurück. Noch fünf· mal versuchte der Russe den nächtlichen Ansturm. Dann war seine Kraft gebrochen, und 887 sibirische Leichen bedeckten das engbegrenzte Gefechtsfeld am schwarzen Holzkreuz von Bechcice (bei Konstantynow). Heiß her ging es am 3. 12. auch bei Pawlikowice (südlich von Pabianice). Und von Kolonie Chechlo (südlich von Pabianice schickten Panzerkraftwagen einen Eisenhagel auf die noch in der Entwicklung begriffenen Pommern. Sergeant Zander fiel mit der Fahne in der Hand. Major von Knobelsdorff ergriff das Wahrzeichen, doch auch ihn wie seinen Leutnant Eichstädt ereilte die mörderische Kugel. Das als ein weiteres Beispiel für die Härte des Kampfes. Weiter südlich gelang es der 48. Res.Div., bei Karcziny den Uebergang über die Grabia zu erkämpfen. Der Südflügel (rechte Flügel) der Armee Mackensen hatte in seinem umfassenden Angriff auf Pabianice weiteren Erfolg: In der Nacht zum 4. 12. erreichte General v. Linsingen die Linie Pawlikowice-Kolonie Chechlo-Wymyslow. Am 5. Dezember war Pabianice von Süden umfaßt, seine Widerstands- kraft gebrochen, der Flankenstützpunkt Pawlikowice genommen und Lodz in der aufgerissenen Weiche bedroht. Das 11.Korps und das 24. Res.Korps hatten inzwischen die Straße Pabianice-Wadlew erreicht. Es war ein erfolgreicher Einbruch in die Lücke, die zwischenden bei Lodz versammelten russischen Kräften und der Petrikauer Kampfgruppe klaffte, und er kam für den Großfürsten Nikolai Nikolajewitsch ganz überraschend. Die Umfassung der Lodzer Südflanke stellte sich zugleich als eine Durchbrechung des russischen Zentrums dar und riß die 1., 2. und 5. Russen- Armee, die in der Front Lowicz-Lodz standen, und die bei Petrikau und Krakau kämpfende 4. und 9. Armee auseinander. Sie machte auch den Versuch Nikolais, bei Belchatow durchzubrechen zunichte. Am 3. 12. trieb die Garde die Russen von Belchatow auf Mzurki und Petrikau zurück. Hier kämpften auch die Oesterreicher unter Tersztyanski, die indes die russischeLinie Nowo Radomsk-Petrikau nicht zu nehmen vermochten. Immerhin wurden die Russen hier so stark beschäftigt, daß się dem rechten Flügel der Armee Mackensen bei Pabianice nicht mehr in die Seite fallen konnten.

Lodz über Nacht geräumt. 

    General von Mackensen dachte noch nicht an einen unmittelbaren Sturm auf die Stadt, zumal diese festungsartig ausgebaut war und die Zahl der russ. Steilfeuerbatterien sich dort täglich vermehrt hatte. Er beschloß, in nächtlicher Rechtsschiebung die feindliche Stellung von Lodz umgehen zu lassen. Aus der Gegend von Dlutow sollte der Stoß umfassend gegen den feindlichen linken Flügel zum Aufrollen des Gegners angesetzt werden. .

    In der Nacht zum 6. 12. greifen die Russen mit dichten Infanteriemassen insbesondere bei Niesulkow und Glowno an. Sie holen sich blutige Köpfe. Bei den Deutschen ahnt niemand, daß diese Angriffe nur zur Verschleierung des Abzuges aus Lodz dienen sollen! Tatsächlich verläßt der Iwan bei Nacht und Nebel mit sämtlichem Kriegsgerät und mit der Truppe selbst die Halbmillionenstadt; die Räder der Fahrzeuge sind umwickelt und die Deutschen erkennen erst am Morgen, was los ist!

    Der Großfürst läßt dann die Artillerie feuern während er seine Truppen in eine an der Miazga vorbereitete' AuffangsteIlung zurückführt. Nur wenige Stunden später hallt der Marschtritt der Deutschen durch das eroberte Lodz: Um 16.45 Uhr rückt als erste Einheit das XI. Korps in unsere Heimatstadt ein. Es ist Sonntag, der 6. Dezember 1914.

    Vom 12. 11.-5. 12. 1914 dauerte die Schlacht bei Lodz' 78000 Russen fielen in Gefangenschaft. Ueber 39000 tapfere Männer Deutsche und Russen, mußten in den auf- und abwogenden Kämpfen ihr Leben lassen. Die meisten von uns kennen den Heldenfriedhof von Rzgow, aber auch der anderen Friedhöfe mit toten Kämpfern sei gedacht, z. B. des Friedhofes von Malczew oder Grabina Wola an der Straße Lodz-Petrikau wo tapfere deutsche Krieger den russ. Ansturm von Petrikau her gegen Flanke und Rücken der Lodz südlich umfassenden Truppen abgewehrt haben.


Łaznowska Wola - Grömbach - Bitwa o Łódź - Heimatbote - 2/1965

  Heimatbote -2/1965

Przebili się przez pierścień

W ciągu dwóch dni gorących walk wojska niemieckie przebiły się przez rosyjski pierścień. Kaiser Wilhelm II zachował 3 dywizje piechoty i dwie dywizje kawalerii generała Richthofena, który w międzyczasie toczył poważne walki pod Łaznowską Wolą (Groembach). Około 1500 zabitych pokryło Waldstatt; naliczono 2800 rannych, z których ponad 2000 udało się bezpiecznie sprowadzić. Długa kolumna wagonów, na które je załadowano, wjechała do Strykowa 25 listopada 1914 roku. Wiele pojazdów było ciągniętych lub pchanych przez więźniów. Zdobyte działa (64) i karabiny maszynowe (39) również zawisły na wozach, a cała procesja wywarła uroczyste i głębokie "wrażenie na widzach, którzy prawie nie wierzyli, że zobaczą jeszcze cokolwiek z grupy armii Scheffera. Wielki książę rosyjski Mikołaj Mikołajewicz był jednak wściekły! Już wcześniej zamówił puste pociągi na trasie Skierniewice-Warszawa, aby przewieźć niemieckich więźniów, których myślał, że są już w jego rękach, ale którzy niestety wszyscy uciekli. Odwołał Rennenkampfa z naczelnego dowództwa i kazał sprowadzić posiłki ze Skierniewic, aby ponownie zaatakować grupę armii Scheffera między Brzezinami a Głownem. Oddziały nacierające z Petrikau i Rawy otrzymały również rozkaz rozbicia niemieckiego pierścienia ognia, który nieubłaganie przesuwał się na północ. Ale - było już za późno! A potem nawet rosyjski krytyk wojskowy Szumski napisał pochlebnie w petersburskiej gazecie: "Bardzo duża liczba niemieckich batalionów, które dotarły do Rzgowa i Tuszyna, została otoczona ze wszystkich stron przy pomocy dużych rosyjskich mas kawalerii. Oddziały te jednak w bohaterskiej walce przedostały się przez Rosjan, co zjednało im szacowny podziw wszystkich rosyjskich wojskowych."

Biorąc pod uwagę wyczerpany stan ludzi i koni, nie było oczywiście możliwe sprowadzenie w jak najkrótszym czasie całego korpusu uratowanej grupy armii Scheffera. Marsz powrotny trwał jakiś czas, a Rosjan trzeba było odpierać pod Polikiem i Buczkiem. Dopiero późno w nocy ostatnie części dotarły na odcinek Mrożyca koło Niesułkowa i 26 listopada można było zamknąć pozostałą 15-kilometrową lukę między Strykowem a Brzezinami.

Zwycięski generał Litzmann po bitwie pod Brzezinami przeszedł kiedyś tą brzozową ścieżką między Gałkowem a Königsbach - Borową z Brzezin (1914).

Ueber diesen Birkenweg zwischen Galkow und Königsbach zog einst der siegreiche General Litzmann nach der Schlacht bei Brzeziny (1914)



Sie hatten den Ring durchbrochen

In zweitägigem heißem Kampfe hatten die deutschen Truppen den russischen Ring durchbrochen. Dem Kaiser Wilhelm II. waren 3 Infanterie-Divisionen und die beiden Kavallerie-Divisionen des Generals Richthofen, die unterdessen ernste Kämpfe bei Laznowska Wola (Groembach) zu bestehen gehabt hatten, erhalten geblieben. Etwa 1 500 Tote deckten die Walstatt; 2800 Verwundete wurden gezählt, von denen über 2000 wohlbehalten zurückgebracht werden konnten. Die lange Wagenkolonne, auf der sie verladen waren, zog am 25. 11. 1914 in Strykow ein. Viele von den Fahrzeugen wurden von den Gefangenen gezogen oder geschoben. Auch die eroberten Geschütze (64) und Maschinengewehre (39) hingen an den Wagen, und der ganze Zug machte einen feierlichen und tiefen 'Eindruck auf die Zuschauer, die kaum noch geglaubt hatten, etwas von der Armeegruppe Scheffer wiederzusehen. Diese hatte noch 16000 Gefangene mitgebracht Der russische Großfürst Nikolai Nikolajewitsch aber schäumte vor Wut! Hatte er auf der Strecke Skierniewice-Warschau doch bereits Leerzüge zum Abtransport der deutschen Gefangenen bereitstellen lassen, die er schon in seiner Hand wähnte, die ihm aber leider alle entwichen waren. Er rief Rennenkampf vom Oberbefehl ab und ließ Verstärkungen von Skierniewice heranführen, um die Armeegruppe Scheffer zwischen Brzeziny und Glowno noch einmal anzufallen. Auch die von Petrikau und Rawa nachdrängenden Truppen erhielten Befehl, den unaufhaltsam nach Norden wandernden deutschen Feuerring zu zerschmettern. Aber - es war zu spät! Und hinterher schrieb sogar der russische Militärkritiker Schumski in einer Petersburger ZeitunQ anerkennend: "Eine sehr große Anzahl von deutschen BatClllonen, die bis Rzgow und Tuschin gelangt waren, sind unter Zuhilfenahme großer russischer Kavalleriemassen von allen Seiten eingekreist gewesen. Diese Truppen haben aber in heldenhaften Kämpfen sich einen Weg durch die Russen gebahnt, was ihnen die achtungsvolle Bewunderung aller russischen Militärs gewonnen hat."

Bei dem erschöpften Zustand von Mann und pferd war es freilich unmöglich, den gesamten Troß der geretteten Armeegruppe Scheffer in kürzester Zeit zurückzuführen. Der Rückmarsch dauerte einige Zeit und heftig andrängende Russen mußten bei Polik und Buczek abgewehrt werden. Erst spät in der Nacht erreichten die letzten Teile den Mrozyca-Abschnitt bei Niesulkow und am 26. 11. konnte auch die zwischen Strykow und Brzeziny noch bestehende Frontlücke von 15 km geschlossen werden.


wtorek, 20 grudnia 2022

Józefów koło Brzezin - Nabożeństwo - Kościół ewangelicki - Dzieci - 1939 Heimatbote - 4/1969

 

Heimatbote - 4/1969

Nabożeństwo dla dzieci w Józefowie koło Brzezin

To zdjęcie zostało wykonane w 1939 roku i przedstawia dzieci z nabożeństwo w Józefowie koło Brzezin. W tle okna sali modlitewnej w domu Riemerów. Kto może rozpoznać rozpoznaje się na tym zdjęciu? Nadawca, Ldm. Hugo Biedler,

33 Braunschweig, Neustadtring 46, będzie bardzo zadowolony z otrzymania wiadomości.

Józefów – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie brzezińskim, w gminie Rogów.

Józefów do roku 1864 należał do wsi szlacheckiej Mroga Górna na prawie emfiteuzy

W latach 1975–1998 miejscowość należała administracyjnie do województwa skierniewickiego.- Wikipedia


Kindergottesdienst in Josefow bei Brzeziny

Diese Aufnahme entstand 1939 und stellt die Besucher eines

Kindergottesdienstes in Josefow bei Brzeziny dar. Im Hintergrund die Fenster des Betsaales im Hause Riemer. Wer erkennt sich auf dem Foto wieder? Der Einsender, Ldm. Hugo Biedler,

33 Braunschweig, Neustadtring 46, würde sich über Post sehr freuen.

Józefów - ein Dorf in Polen in der Woiwodschaft Łódź, Kreis Brzezińska, Gemeinde Rogów.

Bis 1864 gehörte Józefów zum Adelsdorf Mroga Górna auf der Emphyteusis rechts.

Zwischen 1975 und 1998 gehörte das Dorf verwaltungstechnisch zur Woiwodschaft Skierniewice. - Wikipedia

Andrzejów - Orkiestra Dęta - Kościół ewangelicki - Heimatbote - 5/1969 - cz.1

 Następna perełka dotycząca Andrzejowa dzięki Beate! Artykuł poświęcony powstaniu Orkiestry Dętej zamieszczam w dwu częściach. 

Orkiestra Dęta z Andrzejowa koło Łodzi

W naszej starej ojczyźnie kwitły chóry, a oprócz niezliczonych chórów śpiewaków mieliśmy także liczne orkiestry dęte. Każdy szanujący się zbór miał swoich puzonistów, którzy grali muzykę świąteczną na chwałę i cześć Pana. Zbliżając się ponownie do niedzieli Kantaty (4 maja 1969 r.), której łacińska nazwa oznacza "Singet", chcielibyśmy jeszcze raz przypomnieć sobie o chórach w domu. Poszczególne chóry mają swoją własną historię, a szczególnie chór puzonowy przeżywał na przemian okresy świetności i żywego uczestnictwa oraz okresy spadku i niskiej liczebności. Jako przedstawiciel innych pozwolę sobie teraz opowiedzieć historię chóru puzonowego mojej rodzinnej parafii, czyli wspomnienie o puzonistach z Andrzejowa. Parafia Andrzejów znajdowała się zaledwie 6 kilometrów od Łodzi, na drodze z Łodzi do Tomaszowa, a losy tej parafii szczegółowo zrelacjonowałem pod hasłem "Andrzejów - powstanie i upadek" w numerach 5, 7 i 8/1968 naszej gazety. Teraz posłuchajmy młodych muzyków. 

    Andrzejowski Chór Puzonów został założony w 1908 roku. Jej założycielem był O s k a r                  T a r l o w s k i, ówczesny nauczyciel i kantor. Początkowo chór występował tylko na nabożeństwach i wspomagał śpiew zborowy. Później występował również na pogrzebach. Jego siła wynosiła dziesięciu mężczyzn. Na drodze do pomyślnego rozwoju chóru stanęło niepisane prawo: do chóru miały należeć tylko osoby samotne. Jeśli członek się ożenił, musiał odejść. A to w szczególności nie sprzyjało występowi chóru. Jeśli bowiem ktoś opanował instrumenty i był doskonałym dęciakiem, to zazwyczaj miał już swoją ukochaną, którą w końcu zamierzał doprowadzić do ołtarza. I odszedł ze stowarzyszenia, które w ten sposób marniało przez wiele lat. 

Sytuacja poprawiła się dopiero, gdy w 1927 roku dyrektorem został Reinhold Kr i e s e. Kriese już podczas służby wojskowej był muzykiem w polskiej orkiestrze pułkowej. Teraz zajął się oprawą muzyczną i poszerzaniem repertuaru. Dawniej grano tylko chorały i kilka lekkich marszów, teraz zaryzykowano uwertury i inne utwory koncertowe. Dodano także kilka nowych marszów żałobnych.

    Poczucie wspólnoty było w naszej starej ojczyźnie znacznie silniejsze niż w Niemczech. Do udziału w pogrzebie nie było potrzebne osobiste zaproszenie, za obowiązek uważano oddanie ostatniego hołdu znajomemu. Pogrzeby z udziałem kilkuset uczestników nie były więc rzadkością. A chór puzonów grał na każdym większym pogrzebie! Gdy długi kondukt na cmentarz uformował się i ruszył, puzoniści zagrali arię żałobną, np. "Dlaczego wyglądasz tak ponuro? W drodze na miejsce spoczynku rozbrzmiewała muzyka żałobna, na zmianę z marszem i chorałem. To zawsze robiło ogromne wrażenie.

    W 1934 roku chór puzonów zapragnął stać się prawdziwym stowarzyszeniem, z członkami czynnymi i biernymi, zarządem, sztandarem stowarzyszenia i zarejestrowanym statutem. Jednak ten cel nie mógł zostać zrealizowany tak szybko. Wybrano prowizoryczny zarząd, który miał się wszystkim zająć, a w jego skład weszli następujący panowie:

Pastor Wilhelm Ostermann (Prezes), O. Tarlowski (Pasywny członek Zarządu), R. Kriese (Aktywny członek Zarządu), E. Kriese (Sekretarz), R. Doberstein (Pisarz) i E. Hage (Skarbnik).

    Tkaninę na sztandar kupiono w Warszawie; była z najlepszego jedwabiu i kosztowała nawet wtedy 120 zł. Hafciarka wyhaftowała na sztandarze emblematy klubowe i napisy. Z jednej strony flaga była niebieska i nosiła niemiecki napis: "Allein Gott in der Höh sei Ehr". Z drugiej strony Z drugiej strony była żółta i nosiła polski napis: "Warownym grodem jest nasz Bóg". Maszt wykonany był z najlepszego drewna i niósł w szpic złoconą lirę. Lira jest symbolem muzyki. Statut stowarzyszenia leżał jednak w województwie łódzkim przez dwa lata, zanim został potwierdzony. Dopiero 10 maja 1936 roku mogło nastąpić poświęcenie sztandaru. Chór o potwierdzonym teraz statucie nosił nazwę "Stowarzyszenie Chór Puzon".



Andrzejowska Orkiestra Dęta:
Siedzą od lewej: A. Schmidt , A. Krampitz,O. Meier  G. Jess, P. Ostermann, E. Kriese,
O. Omenzetter, P. Roth.
Stoją od lewej: O. Schulz, E. Hermann, K. Völker, A. Stelzer, R. Völker, A. Heidemann, A.
Welke, C. Sutter, O. Radtke und E. Roth.

Der Andrzejower Posaunenchorverein
Sitzend von links: A. Schmidt , A. Krampitz,O. Meier , G. Jess, P. Ostermann, E. Kriese,
O. Omenzetter, P. Roth.
Stehend von links: O. Schulz, E. Hermann, K. Völker, A. Stelzer, R. Völker, A. Heidemann, A.
Welke, C. Sutter, O. Radtke und E. Roth.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Der Posaunenchor von Andrzejow bei Lodz

    In unserer alten Heimat blühte das Chorwesen und wir hatten neben den unzähligen Sängerchören auch Bläservereinigungen in großer Zahl. Jede Gemeinde, die etwas auf sich hielt, hatte ihre Posaunisten, die zu Ruhm und Ehre des Herrn die Gottesdienste festlich gestalteten. Da wir uns wieder dem Sonntag Kantate nähern (4. Mai 1969), dessen lateinische Bezeichnung "Singet" bedeutet, wollen wir uns gern wieder der Chöre daheim erinnern. Die einzelnen Chöre. hatten ihre Geschichte, und besonders bei den Posaunenchorvereinen wechselten Zeiten des Glanzes und der regsten Beteiligung mit solchen des Niederganges und der geringen Bläserzahl ab. Stellvertretend für andere möge nun die Geschichte des Posaunenchors meiner Heimatgemeinde folgen, die Erinnerung an die Posaunisten von Andrzejow. Die Gemeinde Andrzejow lag nur 6 Kilometer von lodz entfernt, an der Straße Lodz- Tomaschow, und über die Geschicke dieser Gemeinde war unter der Ueberschrift "Andrzejow - Aufstieg und Untergang" in den Nummern 5, 7 und 8/1968 unseres Blattes von mir ausführlich berichtet worden. Nun laßt uns von den jungen Bläsern hören. 

     Der Andrzejower Posaunenchor ist im Jahre 1908 entstanden. Gründer war der damalige lehrer und Kantor Oskar T a r l o w s k i. Anfänglich trat der Chor nur in Gottesdiensten auf und unterstützte den Gemeindegesang. Später auch auf Beerdigungen. Seine Stärke betrug zehn Mann. Der gedeihlichen Entwicklung stand ein ungeschriebenes Gesetz entgegen: daß dem Chor nur ledige angehören sollten. Heiratete ein Mitglied, mußte es ausscheiden. Und gerade das war der leistung des Chores nicht förderlich. Denn beherrschte jemand die Instrumente und war ein perfekter Bläser, dann besaß er gewöhnlich schon sein Liebchen, das er endlich auch zum Traualtar zu führen gedachte. Und er verließ den Verein, der auf diese Weise viele Jahre dahinkümmerte. 

    Die Lage besserte sich erst, als im Jahre 1927 Reinhold Kr i e s e zum leiter bestellt wurde. Kriese war schon während seiner Militärzeit Musiker in einem polnischen Regimentsorchester gewesen. Nun sorgte er für Notenmaterial und die Erveiterung des Repertoires. Spielte man früher nur Choräle und einige leichte Märsche, so wagte man sich jetzt schon an Ouvertüren und andere Konzertstücke heran. Auch kam eine Anzahl neuer Trauermärsche hinzu.

    Der Gemeinsinn war in unserer alten Heimat weit stärker ausgeprägt als in Deutschland. So bedurfte es keiner persönlichen Einladung, um an einer Beerdigung teilzunehmen; man sah es als Pflicht an, dem Bekannten das letzte Geleit zu geben. Beerdigungen mit mehreren hundert Teilnehmern waren daher keine Seltenheit. Und auf jeder größeren Beerdigung spielte auch der Posaunenchor! Wenn sich der lange Zug zum Friedhof formierte und in Bewegung setzte, bliesen die Posaunisten eine Trauer-Arie, zum Beispiel "Warum blickst du so trübe ?". Auf dem Wege zum Ruheort erscholl Trauermusik, abwechselnd ein Marsch und ein Choral. Das war immer sehr eindrucksvoll.

    Im Jahre 1934 wollte der Posaunenchor ein richtiger Verein werden, mit aktiven und passiven Mitgliedern, Vorstand, Vereinsfahne und eingetragenen Satzungen. Dieses Ziel war aber nicht so schnell zu verwirklichen. Ein provisorischer Vorstand wurde gewählt, der alles in die Wege leiten sollte und der sich aus folgenden Herren zusammensetzte:

    Pastor Wilhelm Ostermann (Präses), O. Tarlowski (Vorstand der Passiven), R. Kriese (Vorstand der Aktiven), E. Kriese (Schriftführer), R. Doberstein (Wirt) und E. Hage (Kassenwart).

    Das Fahnentuch wurde in Warschau gekauft; es war aus feinster Seide und kostete schon damals 120 Zloty. Eine Kunststickerin stickte Vereinsabzeichen und Inschriften in die Fahne. Auf der einen Seite war die Fahne blau und trug die deutsche Inschrift: "Allein Gott in der Höh sei Ehr". Auf der anderen Seite war sie gelb und trug die polnische Inschrift: "Warownym grodem jest nasz Bóg" (Ein feste Burg ist unser Gott). Der Fahnenstock war aus feinstem Holz und trug in der Spitze eine vergoldete Lyra. Die Lyra ist das Symbol für Musik. Indes lagen die Vereinssatzungen zwei Jahre auf der Lodzer Wojewodschaft, ehe sie bestätigt wurden. Erst am 10. Mai 1936 konnte die Fahnenweihe stattfinden. Der Chor mit den nun bestätigten Satzungen hieß "Posaunistenchorverein".


Andrzejów - Orkiestra Dęta - Kościół ewangelicki - Wiśniowa Góra - Heimatbote - 5/1969 - cz.2

 


Uroczystość poświęcenia

    Poświęcenie sztandaru na płaskim terenie było bez precedensu, a to coś znaczyło. 10 maja 1936 roku zebrał się więc ogromny tłum. Oprócz miejscowego proboszcza w uroczystości wzięli udział pastorzy Doberstein i Lipski oraz około 500 gości. Wśród nich było 14 orkiestr i pięć sztandarów oraz liczne delegacje i deputaty.

   Kościół był przepełniony; wielu członków wiary musiało stać na zewnątrz. Poświęcenia sztandaru dokonał ks. O s t e r m a n n, a asystowali proboszczowie D o b e r s t e i n  i  L i p s k i. Po nabożeństwie uformowała się kilometrowa procesja. Z wartką muzyką marszową udał się do sali ldm. Janicka w K i r s c h be r g u (Wiśniowa Góra). Policja starała się, aby droga była wolna od innego ruchu. Jasne słońce i głęboki błękit nieba zwiększyły uroczystość tego dnia, po tym jak dzień wcześniej padał deszcz. Hala w Kirschbergu oferowała miejsce dla tysiąca osób, mogli oni zjeść obiad i po przerwie o 16.00 dalej świętować. Kluby i delegacje przekazały piny do sztandaru tak, że górna połowa trzonu sztandaru była nimi całkowicie pokryta. Flaga została umieszczona w szafie, której front składał się z jednej szyby. Gdy członek odchodził do wieczności, sztandar zawsze szedł z nim. Gabinet mieścił się we własnym "lokalu" klubowym, gdzie znajdowała się 300-tomowa biblioteka.

Zawsze lojalni

    Oczywistą sprawą dla Stowarzyszenia Chóru Puzon był udział w publicznych pochodach w polskie święta narodowe, czy to 3 maja, czy 11 listopada. Niemcy zapewnili muzykę i flagę oraz umożliwili procesję. Stowarzyszenie było niepolityczne i nigdy nie dało się wciągnąć w wielkie walki narodowe. Zależało jej jedynie na propagowaniu protestanckiego chorału i muzyki kościelnej, ale także na kultywowaniu niemieckiej pieśni ludowej i towarzyskości. 

    Do 1938 roku stowarzyszenie organizowało coroczne przyjęcie ogrodowe. Festiwale te cieszyły się ogromną popularnością i dobrą frekwencją. Odbywały się one najczęściej w domu kościelnego Adolfa Werka w Andrzejowie. Ponieważ puzoniści nie dmuchali do tańca, zawsze wzywano kilku muzyków, którzy grali dla par. Chór mógł z łatwością zagrać wszystkie nowe przeboje i tańce, ale uznano za niestosowne chwalić i wysławiać Boga w kościele rano, a po południu przy pomocy tych samych instrumentów podgrzewać przyjemności tego świata. Na festiwalach chóralnych, oprócz strzelania do tarczy i loterii na zastawy, popularne było strzelanie do gwiazd. Często trzeba było ustawić dwie gwiazdy, jedną dla partii, drugą dla warstw. Zawsze było to ekscytujące, gdy z gwiazdy zwisały tylko trzy promienie: "Marszałek", "Wicekról" i "Król". Tradycyjnie były to dwie gęsi dla wicekróla i baran dla króla. Często ciemność zapadała zanim gwiazda była pusta. W takim przypadku ostatnie nagrody zostały następnie zlicytowane. Gdy zaczęło się ściemniać, przez plac targowy przeszła parada dzieci z kolorowymi lampionami.

     Ponieważ wolno było podawać napoje alkoholowe, był bufet ze sznapsem i piwem i mówiono: Raz możesz się przyłączyć do cesarza! Ale ludzie pili umiarkowanie; nasi Niemcy wiedzieli, jak daleko mogą się posunąć. Na ogół nie było trupów sznapsów czy piwa. Cały teren festiwalu był oświetlony elektrycznie do godziny 23. Potem zgasły światła i ostatni uczestnicy spieszyli do domu podekscytowani. Od tego czasu minęło ponad 30 lat. My starsi ludzie jeszcze dobrze pamiętamy wydarzenia w domu, młodzi nic o nich nie wiedzą. I już zaczyna się nad nimi rozpościerać zasłona zapomnienia. Jak długo jeszcze - i wszystko zostanie zapomniane? Cóż, mówi się: Co ma się narodzić w miłości, musi zginąć w życiu - ale czy to prawda? Zresztą wiele rzeczy już zginęło w życiu, które nie zostały przekazane ani na piśmie, ani ustnie.

Edmund Kries


Widzimy ołtarz i ambonę z kościoła w Andrzejowie koło Łodzi. Na środku ołtarza: błogosławiący Chrystus.(Zdjęcie z 1936 roku; nadesłane przez Ldm. Edmund Kriese).

Wir sehen Altar und Kanzel der Kirche zu Andrzejow bei Lodz. In der Mitte des Altars: der segnende Christus. (Aufnahme 1936; übersandt von Ldm. Edmund Kriese).


Das Fest der Weihe

    Eine Fahnenweihe auf dem flachen Lande war noch nie dagewesen und wollte etwas heißen. So strömte denn am 10. Mai 1936 eine riesige Menschenmenge zusammen. Außer dem Ortspastor nahmen die Pastoren Doberstein und Lipski an der Feier teil sowie ca. 500 Gäste. Darunter waren 14 Orchester und fünf Fahnen sowie zahlreiche Delegationen und Abordnungen.

    Die Kirche war überbesetzt; viele Glaubengenossen mußten draußen stehen. Die Weihe der Fahne vollzog P. O s t e r m a n n, während die Pastoren D o b e r s t e i n und Li p s k i assistierten. Nach dem Gottesdienst bildete sich ein kilometerlanger Zug. Unter flotter Marschmusik ging es zu dem 2 Kilometer entfernten Saal des ldm. Janick in K i r s c h b e r g (Wisniowa Gora). Die Polizei war bemüht, die Straße von sonstigem Verkehr freizuhalten. Strahlender· Sonnenschein und tiefblauer Himmel erhöhten die Feierlichkeit des Tages, nachdem es am Vortage noch in Strömen geregnet hatte. Der Saal in Kirschberg bot tausend Personen Platz, man konnte sein Mittagessei'l einnehmen und nach einer Pause um 16 Uhr weiter feiern. Da wurde der offizielle Teil fortgesetzt und die neue Fahne reich beschenkt.Vereine und Delegationen stifteten Fahnennägel, so daß die obere Hälfte des Fahnenschaftes von diesen ganz bedeckt war. Die Fahne kam in einen Schrank, dessen Vorderseite aus einer einzigen Glasscheibe bestand. Wenn nun ein Mitglied in die Ewigkeit ging, ging auch die Fahne immer mit. Der Schrank befand sich in dem vereinseigenen lokal" in dem es eine 300 Bände zählende Bücherei gab.

Immer in loyaler Haltung

   Dem Posaunistenchorverein war es eine Selbstverständlichkeit, daß er sich an den öffentlichen Umzügen der polnischen Staatsfeiertage beteiligte, ob das nun am 3. Mai war oder am 11. November. Die Deutschen stellten Musik und Fahne und ermöglichten erst den Umzug. Der Verein war unpolitisch und hat sich nie in die großen völkischen Kämpfe hineinziehen lassen. Er wollte nur den evangelischen Choral und die Kirchenmusik heben, daneben auch das deutsche Volkslied und die Geselligkeit pflegen 

    Bis zum Jahre 1938 hat der Verein alljährlich ein Gartenfest veranstaltet. Diese Feste waren außerordentlich beliebt und gut besucht. Gewöhnlich fanden sie bei Kirchenvorsteher Adolf Werk in Andrzejow statt. Weil die Posaunisten grundsatzlich nicht zum Tanze bliesen, waren immer ein paar Musiker bestellt nach deren Klängen sich die Paare drehten. Der Chorverein hätte ohne weiteres all die neuen Schlager und Tänze spielen können, aber man fand es unpassend, vormittags. in der Kirche Gott zu loben und zu preisen und nachmittags mit denselben Instrumenten die Lüste dieser Welt anzuheizen. Auf den Chorfesten wurde neben Scheibenschießen und Pfandlotterie gern das Sternschießen praktiziert. Häufig mußten zwei Sterne aufgestellt werden, der eine für die Lose, der andere für die Lagen. Spannend wurde es Immer wenn an einem Stern nur drei Strahlen hingen: der "Marschall, der "Vizekönig , der "König". Traditionsgemäß gab es für den Vize. zwei Gänse und für den König einen Schafbock. Oft brach die Dunkelheit herein, ehe der Stern leer war. In einem solchen Falle sind dann die letzten Preise verlost worden. Wenn es zu dunkeln begann, fand ein Kinderumzug über die Festwiese mit bunten Lampions statt.

     Da alkoholische Getränke ausgeschenkt werden durften, gab es ein Büffett mit Schnaps und Bier und es hieß:Einmal kannst du mit dem Kaiser mittun! Doch trank man mäßig; unsere Deutschen wußten, wie weit się gehen konnten. Schnaps- und Bierleichen gab es im allgemeinen nicht. Die ganze Festwiese war bis 23 Uhr elektrisch beleuchtet. Dann wurde das Licht gelöscht und die letzten Teilnehmer eilten beschwingt heimwärts. Seitdem sind über 30 Jahre vergangen. Wir Alten gedenken der Begebenheiten bei uns zu Hause noch gut, die Jugend weiß nichts mehr davon. Und schon beginnt sich der Schleier des Vergessens darüber zu breiten. Wie lange noch – und alles wird vergessen sein? Wohl heißt es: Was in liebe soll erstehen, muß im Leben untergehen - aber ob das stimmt? Jedenfalls ist im Leben schon vieles untergegangen, das weder schriftlich noch mündlich überliefert wurde.

Edmund Kries

poniedziałek, 19 grudnia 2022

Wykno - Będków - Orkiestra puzonistów - Osadnictwo niemieckie - Heimatbote - 2/1967

 

To, że w Wyknie gmina Będków mieszkali niemieccy osadnicy wiedziałem. Wcześniej na blogu zamieszczałem nekrologi poległych podczas 2 Wojny Światowej mieszkańców Wykna służących w niemieckiej armii. Jednak, że to była tak hermetyczna wieś (1 polska rodzina) dowiedziałem się dopiero dzisiaj. Wykno z czasów mojej młodości kojarzy mi się z moją ukochaną Wolbórką, także z udziałem na sobotnich zabawach w miejscowej remizie strażackiej.

Heimatbote 2/1967

Wykno? Niektórzy przyjaciele ojczyzny powiedzą, że nigdy o niej nie słyszeli. Otóż stara ojczyzna w centralnej Polsce była zdecydowanie zbyt duża, aby można było poznać wszystkie niemieckie wioski i małe parafie. W y k n o leżało między Koluszkami a Tomaszowem i należało do parafii Tomaszów. Była to wieś protestancka z jednym tylko polskim rolnikiem. Do Wykna należały jeszcze trzy inne małe wioski: Zaosie, Szymanów i Młynek. Mały dom modlitwy był zbudowany z drewna i miał ponad sto lat. W 1945 roku został rozebrany i sprzedany przez Polaków, którzy krzyż i naczynia komunijne zabrali na cmentarz. Na dawnym cmentarzu rolnicy wypasają teraz swoje bydło. Mało kto rozpoznałby poszczególne groby! Dwa lata temu rodak ze strefy był w starej ojczyźnie; prawie nie poznał Wykna. Więc wszystko się zmieniło...

Daniel Heit


Na zdjęciu widzimy chór Puzon z Wykna stojący przed domem modlitwy. W górnym rzędzie od lewej: Wilhelm Fritz, Daniel Heit, Gustav Maß, Karl Fritz, Günter Ewald. -
Dolny rząd: Gustav Reich, Türling, Wilhelm Friedenberger, pastor Leo M a y (zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym, syn Witold był po wojnie w Kilonii), nauczyciel i kantor Bernhard Schmied, Albert Schwarzkopf, Gottfried Bartschke,
Artur Günter

Auf dem Bilde sehen wir den Posaunenchor von Wykno, der vor dem Bethaus steht. In der oberen Reihe von links: Wilhelm Fritz, Daniel Heit, Gustav Maß, Karl Fritz, Günter Ewald. -

Untere Reihe: Gustav Reich, Türling, Wilhelm Friedenberger, Pastor Leo M a y (der in einem deutschen KZ verstarb, Sohn Withold war nach dem Kriege in Kiel), Lehrer und Kantor Bernhard Schmied, Albert Schwarzkopf, Gottfried Bartschke,

Artur Günter

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dass in der Gemeinde Wykno in Będków deutsche Siedler lebten, wusste ich. Zuvor hatte ich in diesem Blog die Nachrufe auf die Einwohner von Wykno veröffentlicht, die im Zweiten Weltkrieg gefallen sind und in der deutschen Armee gedient haben. Dass es sich um ein so hermetisches Dorf handelt (1 polnische Familie), habe ich erst heute erfahren. Wykno verbinde ich seit meiner Jugend mit meinem geliebten Wolbórka, auch mit dem Besuch von Samstagsfesten in der örtlichen Feuerwache.

Wykno? Nie gehört, wird mancher Heimatfreund sagen. Nun, die alte Heimat in Mittelpolen war viel zu groß, als daß man all die deutschen Dörfer und kleinen Gemeinden kennen lernen konnte. W y k n o lag zwischen Koluszki und Tomaschow und gehörte zur Kirchengemeinde Tomaschow. Es war ein evangelisches Dorf mit nur einem polnischen Bauern. Zu Wykno gehörten noch 3 kleine Ortschaften: Zaosie, Szymanow und Mlenek. Das kleine Bethaus war aus Holz erbaut und schon über hundert Jahre alt. Im Jahre 1945 wurde es von den Polen abgerissen und verkauft; das Kreuz und die Abendmahlsgeräte trugen sie auf den F r i e d h o f. Der Friedhof war mit einer Mauer aus Blocksteinen umgeben, wurde aber von den neuen. Herren liquidiert, und auf dem einstigen Gottesacker weiden jetzt die Bauern ihr Vieh. Die einzelnen Gräber würde kaum einer wiedererkennen! Vor zwei Jahren war ein Landsmann aus der Zone in der alten Heimat; er hat Wykno fast nicht mehr erkannt. So hat sich alles geändert ..

Daniel Heit

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Także w Heimatbote z czerwca 1969 roku znalazłem nekrolog:

Wiem, że żyje mój Odkupiciel i on mnie podniesie z ziemi. Job 19,25 a

Po długim i ciężkim cierpieniu znoszonym z wielką cierpliwością, 

miłosierny Bóg uratował moją kochaną żonę, córkę

matka, siostra, szwagierka, teściowa i babcia.

babcia

WANDA STAPEL

z domu Jahnke

urodzona 13. 11. 1900 zmarła 9. 4. 1969

zabrał ją do wieczności.

Jest opłakiwana przez:

Daniel Stapel, J. Jahnke jako matka (88 lat I),

cztery córki, trzech synów, trzech braci..,

wnuki i wszyscy krewni

X 4901 Kleinpörthen, powiat Zeitz

Dawniej Wykno, powiat tomaszowski Maz.

Pogrzeb odbył się z wielkim udziałem w dniu 14. 4.

na cmentarzu w Kleinpörthen (NRD).

Ich weiß, daß mein Erlöser lebt, und er wird mich
hernach aus der Erden auferwecken. Hiob 19,25 a
Nach langem, schwerem, mit großer Geduld ertragenem
Leiden hat der barmherzige Gott meine liebe Frau, Toch-
ter, Mutter, Schwester, Schwägerin, Schwiegermutter und
Großmutter
WANDA STAPEL
geb. Jahnke
geb. 13. 11. 1900 gest. 9. 4. 1969
zu sich in die Ewigkeit genommen.
Es trauern um sie:
Daniel Stapel, J. Jahnke als Mutter (88 Jahre I),
vier Töchter, drei Söhne, drei Brüder,
Enkelkinder und alle Anverwandten
X 4901 Kleinpörthen, Kreis Zeitz
Früher Wykno, Kreis Tomaschow Maz.
Die Beerdigung fand unter großer Ar)teilnahme am 14. 4.
auf dem Friedhof in Kleinpörthen (DDR) statt.