Nasza rodaczka opowiada, jak w 1945 roku, w swojej ciężkiej sytuacji, znalazła prawdziwą pociechę wyłącznie w Bogu, który ostatecznie wyprowadził ją wraz z tysiącami innych ludzi z nocy nędzy i cierpienia w Polsce, z dala od kraju, który niegdyś ugorowali ich ojcowie, do ratującego ich Zachodu.
W niedziele, kiedy czasami miałam wolne popołudnia, zawsze czułam potrzebę wycofania się, aby zebrać myśli i nabrać sił.
Niedzielny spokój
Niedzielny spokój! Bliskość Boga
czuję dziś szczególnie mocno,
unosi mnie ona na wyżyny
ponad troski i cierpienia dnia codziennego.
Tam zabieram moich bliskich,
których tutaj straciłem – których mi brakuje –
tam jestem z nimi w duchu
i pokój Boży jest z nami,
takie niedzielne godziny są pocieszające,
będą one kiedyś błogie,
gdy wszyscy uwolnieni od cierpienia
staniemy zjednoczeni w blasku chwały,
tam nie będzie już wroga, który nas rozdzieli,
nie będzie już nawet śmierci!
Bóg uzna nas za błogosławionych,
wtedy nadejdzie prawdziwa niedziela.
Pierwsza poczta
Dopiero jesienią 1946 roku otrzymałam zupełnie nieoczekiwanie list z obozu pracy Nowa-Wies od mojego szwagra, którego już dawno uważałam za zmarłego. List ten przyniósł mi również wiadomość o miejscu pobytu mojego męża, a niestety także o śmierci mojego ojca, który zmarł w Berlinie. Mój ojciec był, co z pewnością wiedziało wielu jego towarzyszy niedoli, wieloletnim organistą i kantorem parafii Kamień (Cholm) Edmundem Birkholzem. Po powrocie z deportacji z Rosji w latach 1914/18 przez prawie 14 lat pełnił funkcję sekretarza parafii w Lublinie.
Ta zupełnie nieoczekiwana wiadomość od szwagra uświadomiła mi ponownie, jak cudowne i wzniosłe są drogi i prowadzenie naszego Boga w stosunku do nas, małych i nieśmiałych dzieci ludzkich. Otóż tak się złożyło, że pewnej Niemce z Nowej-Wsi udało się uciec na Zachód. Kobieta ta odwiedziła swoją siostrzenicę, która mieszkała bardzo blisko mojego męża. Zbieżność nazwisk nasunęła mi pierwszą myśl o ewentualnym pokrewieństwie, a mój przywołany mąż mógł to tylko potwierdzić. W tym czasie ogólne połączenie pocztowe z Polską zostało już nawiązane, więc mój mąż mógł napisać do swojego brata w Nowej-Wsi.
Jak dostać się na Zachód?
Od tej pory moim jedynym celem było dotarcie na Zachód do mojego męża. Niestety nie było możliwości dołączenia do jednej z nielicznych transportów, które od czasu do czasu wyjeżdżały. Postanowiłam więc wyruszyć na własną rękę. Potrzebowałam do tego pieniędzy, które najpierw musiałam zarobić. Nadzieja dodała mi sił. Próbowałam zarobić pieniądze, zamiatając ulice i wykonując wszelkie inne prace dorywcze u najemców. Oszczędzałam każdy grosz. Suszyłam chleb przeznaczony dla kur i zbierałam go na drogę. Od czasu do czasu otrzymywałam kilka słów od męża, który zawsze dodawał mi otuchy i zachęcał do przyjazdu. To samo robił mój szwagier w Nowej-Wsi.
Tak minął kolejny rok ciężkiej pracy, wyrzeczeń i braku jakichkolwiek praw. Ciągle przypominałam sobie 23. psalm: „Pan jest moim pasterzem”. Czułam, że Bóg jest blisko mnie, a to dodawało mi sił. We wrześniu 1947 roku szwagier namawiał mnie do ucieczki, sam chciał uciec z Nowej-Wsi. W Szczecinie mieliśmy spotkać się w określonym miejscu i czasie, aby wspólnie kontynuować ucieczkę. Zaryzykowałem więc i wyruszyłem w drogę z niewielkimi środkami. Niestety, do Szczecina dotarłam w nocy. Ponieważ nie miałam dokumentów, musiałam uniknąć kontroli policji kolejowej. Kiedy ją zobaczyłam, ustawiłam się w kolejce do kasy biletowej, aby później pod jakimś pretekstem z niej wyjść. Udało mi się to dwukrotnie, innym razem udało mi się ukryć w ciemnym korytarzu. W końcu ta długa noc dobiegła końca. Następnego ranka, w słoneczną niedzielę, z pomocą miłego konduktora tramwajowego szczęśliwie dotarłam do umówionego miejsca spotkania.
W ruinach Szczecina
W głębokiej dolinie, nad którą znajdował się wówczas jeszcze nieprzejezdny most, znajdował się ogrodzony drutem obóz transportowy dla Niemców. Przed obozem znajdował się przestronny plac otoczony kilkoma dużymi ruinami. Znalazłem tam wielu uchodźców, którzy częściowo czekali już od tygodni na wpuszczenie do obozu. Dołączyłam do nich i cieszyłam się, że znów jestem wśród Niemców. Szwagier nie przyjechał! Znalazłam schronienie w dużej ruinie, która nie miała już drzwi ani okien i była całkowicie wystawiona na działanie wiatru.
Jak Cyganie
Wiedliśmy tu skromne życie, mając nadzieję, że w końcu uda nam się ruszyć dalej. Trudna sytuacja sprawiła, że staliśmy się pomysłowi. Duże dziury zostały prowizorycznie uszczelnione blachą, kartonowymi pudełkami i starymi workami. Stare wiadra po dżemie i podobne przedmioty służyły nam za siedziska. Ci, którzy nadal mieli łóżka, należeli do bogatych. Ja sama zbierałam trawę, suszyłem ją i przygotowywałam z niej podkład pod łóżko. Jako kołdrę służył mi stary płaszcz, który chronił mnie przed nocnym chłodem. Nasze możliwości gotowania były różne, najczęściej układaliśmy na zewnątrz stare cegły, kładliśmy na nich starą blachę jako płytę grzejną i gotowe było palenisko. Ponieważ nie mieliśmy żadnych naczyń, szukaliśmy ich w starej hałdzie w pobliżu. Otwory w znalezionych garnkach były zatykane korkami, zatyczkami lub kawałkami materiału. W takich dobrze wyczyszczonych garnkach powstawały najlepsze potrawy. Nawet jeśli czasami były one doprawione dymem lub kroplami deszczu, nie miało to znaczenia, ponieważ głód nadal jest najlepszym kucharzem. Jako drewno opałowe służył nam rozbity samolot, który leżał w pobliżu. Przez wiele godzin rąbaliśmy go starą znalezioną siekierą, aby uzyskać kilka wiórów. Złożone drewno było niezwykle twarde. Wokół leżały również inne połamane kawałki drewna.
Wszystkie produkty spożywcze musieliśmy kupować za nasze skromne pieniądze bez kart. Czasami mogliśmy zarobić trochę w okolicznych ogrodach, wykonując jesienne prace. Tam zazwyczaj dostawaliśmy też trochę owoców lub warzyw. Było to dla nas wielką pomocą, ponieważ żywność była bardzo droga. Potrzebowały tego przede wszystkim liczne dzieci, które mieszkały z nami. Wszystkie były bardzo zaniedbane, miały również duże opóźnienia w rozwoju umysłowym, zwłaszcza że musiały dorastać bez nauki w szkole. Wśród nas mieszkał stary, przyjazny mężczyzna, który postawił sobie za zadanie zgromadzić dzieci w jednym pomieszczeniu. Opowiadał im wtedy historie biblijne, uczył je piosenek dla dzieci i pokazywał różne gry. Dzieci były tym bardzo podekscytowane i bawiły się razem, a obserwowanie ich sprawiało ogromną radość. Wiele z tych dzieci było bardzo nieśmiałych, ponieważ nie rozumiały już dobrze języka niemieckiego. Szczególnie najmłodsze z nich po 1945 roku nie mogły już uczyć się niemieckiego.
Tak więc żyliśmy w ruinach Szczecina, prowadząc skromne życie.
Byliśmy pozbawieni praw, wyrzuceni ze społeczeństwa, a każdy mógł dysponować nami według własnego uznania. Często zdarzało się, że polscy lub rosyjscy żołnierze zabierali ludzi z naszego grona na nieokreślony czas do pracy w polu. Kto się sprzeciwiał, był bity. Szczególnie polowali na młode dziewczyny. One jednak wyczuwały związane z tym niebezpieczeństwo i starały się ukryć, jak tylko było to możliwe. Zdarzało się też, że do nich strzelano. A jeśli nie udało się ich złapać w ciągu dnia, żołnierze przychodzili wieczorem lub w nocy z latarkami. Czasami dodatkowo nas okradali. Na przykład w nocy przywiązywaliśmy buty do rąk, aby od razu zauważyć złodzieja. W naszej małej grupie, która się zebrała, była też taka młoda, prześladowana dziewczyna z matką. Dziewczyna ta była zazwyczaj ukrywana w nocy wzdłuż ściany, a my inni służyliśmy jej za poduszki. Tak więc noce były dla tej dziewczyny tylko męką. Czasami kilka dziewcząt zbierało się razem i spędzało noce w innych ruinach lub nawet pod gołym niebem.
(ciąg dalszy nastąpi)
Unsere Landsmännin erzählt, wie sie in ihrer schweren Not damals 1945 einzig und allein in Gott wahren Trost gefunden hat, der sie schließlich mit Tausenden anderen endlich auch herausgeführt hat aus der Nacht des Elends und Leids in Polen, fort vom Lande, das einst die Väter urbar gemacht, hin in den rettenden Westen.
An Sonntagen, an denen ich bisweilen nachmittags frei hatte, war es mir stets ein Bedürfnis, mich zurückzuziehen um mich zu meiner Erbauung sammeln und erquicken zu können.
Sonntagsfriede
Sonntagsfriede ! Gottes Nähe
fühl' ich ganz besonders heut',
die entrückt mich zu den Höhen
aus des Alltags Sorg und Leid,
Dort entführ ich meine Lieben,
die ich hier verloren - vermißt -
dort bin ich im Geist mit ihnen
und der Friede Gottes mit uns ist,
Tröstlich sind solch' Sonntagsstunden,
selig werd'n sie einst noch sein,
wenn wir all' dem Leid entbunden
steh'n vereint im Glorienschein,
Dort wird uns kein Feind mehr trennen,
auch der Tod wird nicht mehr sein!
Selig wird uns Gott erkennen,
dann wird wahrer Sonntag sein
Erste Postverbindung
Erst im Herbst 1946 bekam ich ganz unerwartet einen Brief aus dem Arbeitslager Nowa-Wies von meinem Schwager, den ich schon längst gestorben wähnte. Dieser Brief brachte mir auch Nachricht vom Verbleib meines Mannes und leider auch vom Tode meines Vaters. der in Berlin gestorben war. Mein Vater war, der gewiß noch vielen Leidensgefährten bekannte langjährige Organist und Kantor der Pfarrgemeinde Kamien (Cholm) Edmund Birkholz. Er war, aus der Verschleppung aus Rußland 1914/18 heimgekehrt, noch fast 14 Jahre lang in der Pfarrgemeinde Lublin als Schriftführer tätig gewesen,
Diese nun so ganz unerwartet eingetroffene Nachricht des Schwagers hat mich wiederum erkennen lassen, wie wunderbar und erhaben unseres Gottes Wege und Führungen in bezug auf uns kleinmütige Menschenkinder sind. Es verhielt sich nämlich so, daß es einer deutschen Frau aus Nowa-Wies gelungen war, nach dem Westen zu fliehen, Diese Frau besuchte nun ihre Nichte, die ganz in der Nähe meines Mannes wohnte, Die Namensgleichheit brachte den ersten Gedanken an eine evtl. Verwandtschaft und mein herbeigeholter Mann konnte dies nur bestätigen, Um diese Zeit war die allgemeine Postverbindung mit Polen schon hergestellt, so daß mein Mann seinem Bruder in Nowa- Wies schreiben konnte.
Wie komme ich nach dem Westen?
Von nun an war es mein einzigstes Bestreben, zu meinem Manne nach Westen zu gelangen, Mich einem der wenigen Transporte, die ab und zu einmal gingen, anzuschließen war leider nicht möglich, So beschloß ich, auf eigene Faust fortzukommen. Dazu brauchte ich Geld welches ich mir zunächst verdienen mußte, Die Hoffnung machte mich wieder stark. Mit Straßenkehren und allen sonstigen Aushilfen bei Mietern suchte ich Geld zu verdienen, Jeder Groschen wurde gespart, Alles für die Hühner bestimmte Brot trocknete ich und sammelte es für den Weg, Ich bekam auch gelegentlich ein paar Zeilen von meinem Manne, der mir immer wieder Mut zusprach und zum Kommen anspornte. Dasselbe tat auch mein Schwager in Nowa-Wies,
So verging wieder ein Jahr unter vieler schwerer Arbeit. Entbehrungen und ohne jeglichen Rechtsanspruch, Immer wieder erinnerte ich mich an den 23. Psalm: "Der Hen ist mein Hirte". Ich fühlte, daß Gott mir nahe war und das gab mir Kraft. Im September 1947 forderte mich der Schwager zur Flucht auf, er selbst wolle von Nowa-Wies aus fliehen. In Stettin sollten wir uns an einem bestimmten Platz und Zeitpunkt treffen, um dann gemeinsam weiter zu fliehen, So wagte ich es, mit wenigen Mitteln mich auf den Weg zu machen. In Stettin kam ich unglücklicherweise zur Nachtzeit an, Da ich keinen Ausweis hatte, mußte ich mich der Kontrolle der Bahnpolizei entziehen. Wenn ich ihrer ansichtig wurde, reihte ich mich der Schlange am Fahrkartenschalter an, um nachher wieder unter einem Vorwand auszutreten. Dieses gelang mir zweimal, ein andermal konnte ich mich im dunklen Flur verbergen. Endlich ging auch diese lange Nacht zu Ende. Am nächsten Morgen, es war ein sonnenklarer Sonntag, kam ich mit Hilfe eines guten Straßenbahnschaffners glücklich an den verabredeten Treffpunkt.
In den Trümmern von Stettin
In einem tiefen Tale, darüber eine damals noch unbefahrbare Brücke, befand sich ein drahtumzäuntes Transportlager für Deutsche. Vor dem Lager war ein geräumiger Platz, mit mehreren großen Ruinen umgeben. Hier fand ich viele Flüchtlinge vor, die teils schon wochenlang auf Einlaß ins Lager warteten. Zu ihnen gesellte ich mich und war froh, wieder mit Deutschen zusammen zu sein. Der Schwager war nicht gekommen! Ich fand Unterkunft in einer großen Ruine, die keine Türen und Fenster mehr hatte und dem Winde freien Durchzug bot,
Wie die Zigeune
Wir fristeten hier draußen ein kümmerliches Dasein in der Hoffnung, doch gelegentlich weiter zu kommen, Die Not machte uns erfinderisch. Die großen Löcher wurden mit Blech, Pappschachteln und alten Säcken notdürftig abgedichtet. Alte Marmeladeneimer und ähnliches diente uns als Sitzgelegenheit. Wer noch Betten besaß, gehörte zu den Reichen. Ich selbst pflückte mir Gras, ließ es trocknen und bereitete mir ein Unterbett daraus, Als Zudecke diente mir mein alter Mantel, der mich vor der Nachtkälte schützte. Unsere Kochgelegenheit war unterschiedlich, zumeist wurden draußen alte Ziegelsteine zusammengestellt, altes Blech als Kochplatte daraufgelegt und der Herd war fertig. Da wir ja auch keinerlei Geschirr hatten, suchten wir in einer alten Schuttkuhle in der Nähe danach. Die Löcher in den gefundenen Töpfen wurden mit Stöpseln, Pfropfen oder Läppchen zugestopft. In solchen, gut gereinigten Töpfen gerieten die besten Speisen. Und auch dann, wenn sie gelegentlich einmal mit Rauch oder Regentropfen gewürzt waren, schadete es nichts, denn der Hunger ist immer noch der beste Koch. Als Brennholz lag ein abgestürztes Flugzeug in der Nähe, daran wir stundenlang mit einer alten aufgefundenen Axt herumhackten, um einige Späne loszubekommen. Das zusammengefügte Holz war ungemein zähe. Auch andere zertrümmerte Holzstücke lagen herum.
Alle Lebensmittel mußten wir für unser weniges Geld kartenfrei kaufen. Gelegentlich konnten wir uns etwas in den umliegenden Gärten mit Herbstarbeit verdienen, Dort erhielten wir dann meistens auch etwas Obst oder Gemüse mit. Das war für uns eine große Hilfe, denn die Lebensmittel waren sehr teuer. Vor allem benötigten dieses die zahlreichen Kinder, die hier bei uns lebten, Diese waren alle sehr elend heruntergekommen, auch geistig standen sie weit zurück, zumal sie ja ohne Schulunterricht aufwachsen mußten. Unter uns lebte ein alter freundlicher Mann, der es sich zur Aufgabe machte, die Kinder in einem Raum zu versammeln. Hier erzählte er ihnen dann biblische Geschichten, übte mit ihnen Kinderlieder und zeigte ihnen verschiedene Spiele. Auch die Kinder freuten sich sehr darüber und sie spielten zusammen, daß es eine Freude war, ihnen zuzuschauen. Viele der Kinder waren auch sehr schüchtern, denn sie verstanden die deutsche Sprache nicht mehr recht. Besonders die Kleinsten unter ihnen hatten nach 1945 gar nicht mehr deutsch lernen dürfen.
So lebten wir in den Trümmern von Stettin ein kümmerliches Leben. Wir waren ja die Entrechteten, die aus der menschlichen Gesellschaft Ausgestoßenen, darüber jeder nach seiner Willkür verfügen konnte. So geschah es oftmals, daß polnische oder russische Soldaten Leute aus unserer Mitte auf ungewisse Zeit für Feldarbeiten wegholten. Wer sich weigerte, wurde verprügelt. Ganz besonders aber hatten sie es auf junge Mädchen abgesehen. Diese allerdings witterten die Gefahr, die hiermit verbunden war und suchten sich nach, Möglichkeit zu verbergen. Es kam auch vor, daß ihnen nach geschossen wurde. Und wenn man sie am Tage nicht erwischen konnte, kamen die Soldaten am Abend oder in der Nacht mit Taschenlampen. Gelegentlich bestahlen sie uns dann noch obendrein. Wir banden so zum Beispiel unsere Schuhe nachts an der Hand fest, um den Dieb gleich zu merken. In unserer kleinen Gruppe, die sich zusammengetan hatte. war auch so ein junges gehetztes Mädchen mit ihrer Mutter. Dieses Mädchen wurde meistens zur Nacht längs der Wand versteckt, diese Tarnung diente uns anderen als Kopfkissen. So waren die Nächte für dieses Mädchen nur eine Qual. Zum Teil taten sich auch mehrere Mädchen zusammen und verbrachten die Nächte in anderen Ruinen oder gar unter freiem Himmel.
(Schluß folgt)
ßÄäÖöÜü
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz