Dzisiaj otrzymałem pismo Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Łodzi, dotyczące rozbiórki domu drewnianego w Bukowcu, ul.Górna 49.
Przed 3 tygodniami spotkałem się na terenie działki na której stoi ten budynek z przedstawicielami Wojewódzkiego Urzędu. Było to bardzo miłe i owocne spotkanie, dotyczyło ono także cmentarza ewangelickiego w Bukowcu i budynku byłej szkoły w Bukowcu w kierunku Brójec. Efekty tego spotkania są widoczne już dzisiaj, konserwator podjął decyzję o rozbiórce zniszczonego budynku. Chociaż, muszę to szczerze przyznać, nie odczuwam radości, gdyż jeden z ładniejszych budynków poniemieckich przestaje istnieć... Na terenie Bukowca znajduje się jeszcze kilka podobnych budynków, ich stan jest obecnie lepszy, ale jak długo ??? Zrobiłem fotograficzną dokumentację tych budynków, liczę, że nikt nie będzie "pomagał" w ich dodatkowym niszczeniem.
wtorek, 11 sierpnia 2015
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Będków - Rodzina Pachniewicz - Irena Konewka - Manthei - Policja - Mord - cz.3
Zdjęcie 7:
Bardzo ciekawe zdjęcie na wprost drzwi wejściowych do knajpy w Będkowie.
Od lewej na ławce siedzą: pierwszego nie rozpoznaję, drugi to Stanisław Janiszewski, ( był właścicielem sadzawki, hodował kroczki karpi - pamiętam go jako mały chłopiec). Informacja Ireny: to jest Mariana Kotowskiego siostry mąż., Kralkowska, Artur Mantaj, moi rodzice i żandarm, którego nie rozpoznaję.
Zdjęcie 8:
Cała rodzina Mantajów, oprócz tego pana z lewej strony. na dole bardzo wyraźna podobizna Bubusia, tak go nazywano, właściwego imienia nie pamiętam. Na tle knajpy od strony ogrodu. Na podstawie tej fotografii Irena w wielkim oburzeniem zaczyna opowieść o tragedii jaka wydarzyła się w maju 1945 roku:
- Stary Mantaj uratował cały Będków przed zagładą dwa lub trzy razy. Tylko nasi "kochani" zabili ich... Raz ratował księdza Szymborskiego, bo zabili jakiegoś szkopa, później zabili jakiegoś Tyma (także Niemca) i posądzali o to będkowiaków. Mantaj klęczał przed oficerem niemieckim, przysięgał na swoją rodzinę i cały majątek, że nikt z miejscowych tego nie zrobił! Przecież mieli zdziesiątkować wszystkich mieszkańców, to tak mu się cholera"odwdzięczyli", że ciągnęli go za nogi po bruku, głowa mu się po nim odbijała. Moja mama się upomniała, to żeby nie Wanda Lenarczykowa , Brykowa, żeby nie Hejdukowa, to by mamę skurwysyny zabili. Mama mówiła, to nie dość, że was od śmierci uratował, nie ważne, że szkop, ale to dobry człowiek!
W maju 1945 roku synowa i Bubuś przyjechali w odwiedziny do Będkowa i to wtedy ich oboje utopili Polacy w sadzawce!!! Ona miała piękne złote kolczyki z koralami w uszach, zabrali je, a Bubuś po śmierci miał naciągniętą na buźkę czapkę, nie było widać twarzyczki.
| Sadzawka w Będkowie obecnie, miejsce zbrodni w maju 1945 roku... |
Na moje pytanie, czy ich pochowano na miejscowym cmentarzu, Irena odpowiada"
- nie, gdzieś ich zabrali, nie wiem nic więcej.
Irena wspomina starego Mantaja:
- jak jakichś Polak przyszedł na innego rodaka na skargę do knajpy, to stary Mantaj skrzyczał takiego i nieraz napluł w gębę i wyrzucał na ulicę. Ale jak znalazł się akurat na obiedzie jakichś szkop, to wtedy nie mógł nic zaradzić...
Będków - Rodzina Pachniewicz - Irena Konewka - Manthei - Policja - cz.2
- Zdjecie 4:
- Zdjęcie 5:
- Zdjęcie 6:
Będków - Rodzina Pachniewicz - Irena Konewka - Manthei - cz.1
Wspomnienia Ireny, mieszkanki Będkowa dotyczące rodziny Artura Mantaja lub Manthaja.
Wielką przyjemnością dla mnie była
dzisiejsza wizyta u Ireny Konewki i jej syna Darka, okazało się, że jesteśmy
bliską rodziną, mój dziadek Wojciech Pachniewicz, i tata Ireny,
Jan Pachniewicz byli braćmi !
Załapałem się na wspaniałą
zalewajkę. Celem mojej wizyty była historia rodziny Artura Mantaja,
którego rodzice byli ich sąsiadami Pachniewiczów, wiedziałem, że Irena jest w posiadaniu
oryginalnych zdjęciach z okresu międzywojennego. Dzisiaj miałem
okazję je zobaczyć i usłyszeć kto jest na tych fotografiach. Rodzina Józefa i Jana Pachniewiczów była znana ze znakomitych wyrobów wędliniarskich. Z pokolenia na pokolenie przekazywano swoje przepisy jak zrobić smaczną kaszankę, kiełbasę i inne mięsne przysmaki. Doskonale pamiętam wujka Jana, moja mam posyłał mnie jako kilkuletniego chłopca do jego sklepu mięsnego na zakupy.. Mieścił się z lewej strony knajpy, niestety nie zachował się jak i sąsiednia karczma... Między innymi rodzina Pachniewiczów zaprzyjaźniła się z rodziną Manthaja, byli nie tylko sąsiadami, także współpracowali. Manthaj jako właściciel karczmy zamawiał przetwory mięsne u obu Pachniewiczów. Oni jako Polacy, w czasie okupacji nie mogli zajmować się ubojem świń, było to pod karą śmierci surowo zabronione. jednak Manthai potrafił załatwić pozwolenia i rodzina Pachniewiczów mogła egzystować w tych bardzo trudnych czasach. Z tyłu karczmy w miejscu warsztatu (budynek pozostał do dzisiejszego dnia), szlachtowano świnie, stały kotły do gotowania wędlin. Teraz chcę oddać głos Irence, która opisuje zdjęcia które przetrwały w doskonałym stanie do dnia dzisiejszego. Serdecznie dziękuję za ich udostępnienie, te zdjęcia pozwalają dopisać bardzo ciekawą i tragiczną historię lat okupacji.
Irena:
- na pierwszych dwóch zdjęciach jest Artur Mantaj ze swoją żoną, jak ona miała na imię niestety nie mam pojęcia. Zdjęcia nie były podpisywane, były prezentem dla moich rodziców, znali ich. Moja mama bardzo szanowała i lubiła tę rodzinę. Mieli obok nas karczmę. Właścicielami byli rodzice Artura (mieszkał w Łodzi), mieściła się na rogu ulicy Warszawskiej i Rynku. Jak Niemcy weszli do Będkowa w 1939 roku, to zajęli tę karczmę, a te warsztaty które są z tyłu i są zachowane do dnia dzisiejszego, przerobili na kuchnię, tam gotowali, mieli swojego kucharza, chyba. Jednak gdy było świniobicie to wołali mojego tatę i dziadka, gdyż Mantaj zawsze mówił, że nikt nie potrafi doprawić tak wędlinę jak mój dziadek.
Zdjęcie 3:
poniedziałek, 27 lipca 2015
Kotliny - Tomaszów Mazowiecki - Żydowskie złoto - Okupacja - Jan Łuczka - cz.3
Dalszy ciąg wspomnień pani Janiny Sadowskiej-Łuczka:
Jan Łuczka, ojciec pani Janiny.
Mój tatuś wyjechał na początku wojny, on nie był gospodarzem, on miał swój własny autobus, pracował i mieszkał w Tomaszowie. Tym autobusem jeździł na Trasie: Tomaszów-Warszawa-Wilno i z powrotem. On jeździł na Kresach, miał tam swoją trasę.
Kochał ponad wszystko te wschodnie tereny, mówił do nas:
- jak przyjdzie odpowiedni czas, to wyprowadzimy się wszyscy na Kresy, tam dopiero będzie nam dobrze, że tam są tak dobrzy i serdeczni ludzie, tak bardzo się szanują, nie tak jak u nas w centrum Polski.
Tomaszowscy żydzi po rozpoczęciu wojny chcieli zabrać z Banku w Tomaszowie swoje złoto i wywieźć go za granicę. Wynajęli mojego tatę i pojechali do Iraku. Był z nimi także brat mojego taty, chciał także naszą trójkę zabrać z sobą, ale mama powiedziała:
- czyś ty zgłupiał, nie jestem żydówką, nigdzie z tym złotem nie pojadę, tym bardziej z dzieci!.
Jan Łuczka z prawej, z bratem i znajomym, jako pracownik Biura Turystycznego.
Z tyłu napis: Siedlce 24.IV.1957. Autobus wycieczkowy Warszawa, rejestracja także warszawska.
Przywieźli nas z Tomaszowa jakimś samochodem do Kotlin, do dziadków.Ojciec wrócił po kilku miesiącach piechotą, opowiadał, że wziął 3 lub 4 sztabki tego żydowskiego złota z transportu. Wspólnie z dwoma kolegami kupili konia i tak się posuwali do przodu, jednak bomba zabiła konia którego wcześniej kupili i resztę drogi jak wspominałam przeszli piechotą, trwało to 6 miesięcy. Jak wrócił to miał odmrożone i poobcierane nogi. Był człowiekiem bardzo uczciwym, nigdy nie wziął czyjegoś, nas uczył, że nawet orzech który spadł z drzewa, nie wolno brać, bo należy do kogoś.
Kotliny - Łódź - Obóz Łąkowa - Okupacja - Rodzina Sadowskich i Kopów - cz.2
Wspomnienia pani Janiny Sadowskiej, rodzice Łuczka Jan i Józefa.
Jest to dalszy ciąg wspomnień pani Janiny, która mieszka w Kotlinach, wspomina swojego ojca i czas 2 Wojny Światowej.
- Dokładnie pamiętam datę 6 czerwca 1940 roku, o godzinie 6 rano przyszli do nas Niemcy, myśmy jeszcze spali, (ja urodziłam się w 1932 roku, byłam jeszcze mała). Powiedzieli do mojej babci, że ma się natychmiast z rodziną, spakować tylko podręczne bagaże, gdyż wysyłają ją na zachód, do Niemiec.
- Babcia, gdzie kiedy, do jakich Niemiec???
-A tu, z tyłu za nimi stoi Niemiecka rodzina, która ma zając nasz dom. Nazywali się Felkier, mieszkali w Cisowie koło Rokicin.
- Z Cisowa, dziadzie takie co miało ze 3 mordzyny, czy dwie i przyszedł na nasze gospodarstwo!.
- A nas proszę pana wsadzili na wóz, końmi powoził Sołtys, razem z babcią, mamą i nas dwójką dzieci (ja i mój młodszy brat). Zawieźli nas do Gminy w Brójcach, tam czekaliśmy na samochody, jak przyjechały, to nas załadowali jak psów i zawieźli do Łodzi na ulicę Łąkową do obozu.
- Rodzina Felkierów mieszkała do wyzwolenia w naszym domu, jak Niemcy w 1945 roku uciekali, to oni zwiali razem z nimi.
- Zamieszkaliśmy wszyscy na tej Łąkowej, mnie przeszmuglował stamtąd mój chrzestny który mieszkał na Chojnach. Kiedy dowiedział się, że na tu zabrali, wziął swoje dziecko i żonę(siostrę mamy) i założył mi córeczki czapeczkę, i tak mnie wyniósł. Ciocia wcześnie wyszła ze swoją córką.
- Do momenty wyniesienia, to ja tam byłam dobre pół roku, byłam chora miałam anginę ropną, dusiłam się. To samo było z moim bratem, był bardzo chory, wujek jak się dowiedział przyniósł naftę, bo to w tym czasie było jedyne lekarstwo na szkarlatynę. Brat się dusił, leciała mu z ust piana. Wujek tą samą metodą jak ze mną, wziął swojego syna i wyprowadził mojego brata. Bo mojego brata szykowali na wywózkę do Niemiec, był blondynem, chcieli go zniemczyć. Na Łąkowej pozostały, babcia z mamą, nami nie miał się kto opiekować. Mieszkałam z bratem u takiego pana który był służącym u babci, on wziął nas do siebie. Mama z babcią jeszcze długo były na Łąkowej. Ten co się nami opiekował, poszedł ze swoją siostrą , przebrali mamę, ona wyszła, a oni później. Gorzej było z babcią Antoniną Kopą, oni ją znali, wiedzieli kim jest. Jak mama była już w Kurowicach, to dopomógł zięć babci, przyjął Volkslistę i pomógł się babci wyjść z obozu.
Miał duże możliwości, znał dużo miejscowych Niemców, także z Bukowca, m.in. Eglera .
Dali nam wszystkim takie mieszkanie u takiej pani co była jakaś rodzina do mojej babci, ona nas przyjęła do siebie na mieszkanie. Ten znajomy Niemiec Egler pracował w mleczarni w Kraszewie. Właścicielem był Niemiec o nazwisku Gierek (był bardzo blisko spowinowacony z Edwardem Gierkiem, sławnym I Sekretarzem PZPR), jego żona była Polką, pochodziła ze szlacheckiej rodziny. To dzięki niej mój tata dostał w mleczarni pracę.
![]() | ||
| Józefa i Jan Łuczka, rodzice, pochowani na cmentarzu w Kurowicach. stempel fotografa Leonar, Tomaszów Maz.,ul.Wojciechowskiego 14 |
![]() |
| Janina Łuczka-Sadowska jak dziecko, ok.1935, stempel fotografa Leonar Tomaszów Maz.ul.Wojciechowskiego 14 |
- Dokładnie pamiętam datę 6 czerwca 1940 roku, o godzinie 6 rano przyszli do nas Niemcy, myśmy jeszcze spali, (ja urodziłam się w 1932 roku, byłam jeszcze mała). Powiedzieli do mojej babci, że ma się natychmiast z rodziną, spakować tylko podręczne bagaże, gdyż wysyłają ją na zachód, do Niemiec.
![]() |
| Antonina Kopa, babcia |
-A tu, z tyłu za nimi stoi Niemiecka rodzina, która ma zając nasz dom. Nazywali się Felkier, mieszkali w Cisowie koło Rokicin.
- Z Cisowa, dziadzie takie co miało ze 3 mordzyny, czy dwie i przyszedł na nasze gospodarstwo!.
- A nas proszę pana wsadzili na wóz, końmi powoził Sołtys, razem z babcią, mamą i nas dwójką dzieci (ja i mój młodszy brat). Zawieźli nas do Gminy w Brójcach, tam czekaliśmy na samochody, jak przyjechały, to nas załadowali jak psów i zawieźli do Łodzi na ulicę Łąkową do obozu.
- Rodzina Felkierów mieszkała do wyzwolenia w naszym domu, jak Niemcy w 1945 roku uciekali, to oni zwiali razem z nimi.
- Zamieszkaliśmy wszyscy na tej Łąkowej, mnie przeszmuglował stamtąd mój chrzestny który mieszkał na Chojnach. Kiedy dowiedział się, że na tu zabrali, wziął swoje dziecko i żonę(siostrę mamy) i założył mi córeczki czapeczkę, i tak mnie wyniósł. Ciocia wcześnie wyszła ze swoją córką.
- Do momenty wyniesienia, to ja tam byłam dobre pół roku, byłam chora miałam anginę ropną, dusiłam się. To samo było z moim bratem, był bardzo chory, wujek jak się dowiedział przyniósł naftę, bo to w tym czasie było jedyne lekarstwo na szkarlatynę. Brat się dusił, leciała mu z ust piana. Wujek tą samą metodą jak ze mną, wziął swojego syna i wyprowadził mojego brata. Bo mojego brata szykowali na wywózkę do Niemiec, był blondynem, chcieli go zniemczyć. Na Łąkowej pozostały, babcia z mamą, nami nie miał się kto opiekować. Mieszkałam z bratem u takiego pana który był służącym u babci, on wziął nas do siebie. Mama z babcią jeszcze długo były na Łąkowej. Ten co się nami opiekował, poszedł ze swoją siostrą , przebrali mamę, ona wyszła, a oni później. Gorzej było z babcią Antoniną Kopą, oni ją znali, wiedzieli kim jest. Jak mama była już w Kurowicach, to dopomógł zięć babci, przyjął Volkslistę i pomógł się babci wyjść z obozu.
Miał duże możliwości, znał dużo miejscowych Niemców, także z Bukowca, m.in. Eglera .
Dali nam wszystkim takie mieszkanie u takiej pani co była jakaś rodzina do mojej babci, ona nas przyjęła do siebie na mieszkanie. Ten znajomy Niemiec Egler pracował w mleczarni w Kraszewie. Właścicielem był Niemiec o nazwisku Gierek (był bardzo blisko spowinowacony z Edwardem Gierkiem, sławnym I Sekretarzem PZPR), jego żona była Polką, pochodziła ze szlacheckiej rodziny. To dzięki niej mój tata dostał w mleczarni pracę.
![]() | |||||||||
| Zdjęcie z ok.1935 roku, most zbudowany przez dziadka Kopę w dniu 10.12.1913 roku, stoi do dnia dzisiejszego w Kotlinach, na zdjęciu mieszkańcy Kotlin. |
![]() |
| Czas okupacji, pani Janina z prawej strony akordeonisty - Kotliny. |
Kotliny - Młyn wodny - Rodzina Sadowskich i Kopów
Spotkanie z rodziną
Młyn który stał na rzece Miazdze był wielopokoleniowy, należał do Polskiej rodziny.
Według informacji pani Janiny młyn kupiła rodzina o nazwisku Kopa, przed przynajmniej 150 laty. Podobno bardzo dawno temu właścicielem młyna był Niemiec o nazwisku Sonnenberg. Jeszcze wcześnie, teren koło Kotlin należały do szwagra Księcia Korybuta Wiśniowieckiego. Młyn i ziemia wokół nazywała się Osada Młyńska Kotliny.
Pani Janina poślubiła lekarza weterynarii i zamieszkała w Srocku, opowiedziała o ciekawej wizycie:
- w trzy dni po zamieszkaniu w Srocku odwiedził mnie Niemiec o nazwisku Sonnenberg i zapytał mnie, czy pochodzę ze wsi Kotliny.
Zdziwiłam się myśląc, co też może chcieć ode mnie taki starszy facet, był tak między 40-50-ką., dla mnie, młodej dziewczyny to był starszy pan...
Zapytał, czy nazywałam się z domu Łuczka, odpowiedziałam że tak, mój tata nazywał się Łuczka, wcześniej mieszkali tam moi dziadkowie, nazywali się Kopa.
- Proszę pani, bo myśmy tam mieszkali, ale mój brat, jak były na wiosnę powodzie, to on pociągnął stawidło (most był drewniany), i to wszystko popłynęło, znaleźli go dopiero przy młynie w Prażkach!. Wcześniej popłynął przez młyn Kozice (obecnie znajdujący się po drugiej stronie zalewu w Kotlinach). Pani Janina wspomina przy okazji, tereny które posiadała jej rodzina. Dziadkowie, jak wcześniej wspomniała posiadali ten młyn, natomiast ziemie które dokupili były dworskie. Ciągnęły się aż do krzyżówki (stoi tam kapliczka) w kierunku Kurowic. W niedługim czasie, sprzedał niewielką część tych gruntów niejakiemu Karpiowi, który usilnie chciał ją kupić, nawet było mu to na rękę, gdyż spłaty za kupno ziemi były wysokie, a dzieci w domu było wiele. Same ziemie w Osadzie Młyńskiej zajmowały teren 84 mórg. A ziem które dziadek dokupił było dodatkowo ponad 100 mórg (1 morga nowopolska = 0,5598 ha).
Inna sprawa, mój dziadek zmarł 4 maja 1934 roku, moja babcia była jeszcze młoda kobitka, miała 16 lat jak ją drugi raz za mąż wydali, za wdowca 25 lat starszego wyszła, to panie, niech pan pomyśli, to było bez sensu, pojęcia i zastanowienia, i co straszne, że na to pozwoliła jej matka (była z domu Czarnecka), a Czarneccy mieli majątek w Wodzinie.
Ja wiem, tam był duży majątek, mój dziadek dlatego był bogaty, bo proszę pana, wziął z bogatego rodu żonę, jedną i drugą!. Pierwsza żona dostała w posagu 35 mórg ziemi, a druga 84 morgi !
Spytałem o budynek drewniany który stoi na tym terenie, zaraz po skręcie z asfaltu w kierunku młyna, po prawej stronie.
- A to ciekawa historia, mój dziadek miał zięcia który lubił wypić, przepijał w Dalkowie wszystko co tylko się dało. Aby wszystko nie poszło na zatracenie, dziadek dał 8 mórg swojej ziemi i pobudował ten stojący jeszcze budynek, aby lepiej przypilnować wesołego zięcia. Nie na wiele się to zdało...
Jak długo czynny był ten młyn ?
Młyn który stał na rzece Miazdze był wielopokoleniowy, należał do Polskiej rodziny.
Według informacji pani Janiny młyn kupiła rodzina o nazwisku Kopa, przed przynajmniej 150 laty. Podobno bardzo dawno temu właścicielem młyna był Niemiec o nazwisku Sonnenberg. Jeszcze wcześnie, teren koło Kotlin należały do szwagra Księcia Korybuta Wiśniowieckiego. Młyn i ziemia wokół nazywała się Osada Młyńska Kotliny.
Pani Janina poślubiła lekarza weterynarii i zamieszkała w Srocku, opowiedziała o ciekawej wizycie:
- w trzy dni po zamieszkaniu w Srocku odwiedził mnie Niemiec o nazwisku Sonnenberg i zapytał mnie, czy pochodzę ze wsi Kotliny.
Zdziwiłam się myśląc, co też może chcieć ode mnie taki starszy facet, był tak między 40-50-ką., dla mnie, młodej dziewczyny to był starszy pan...
Zapytał, czy nazywałam się z domu Łuczka, odpowiedziałam że tak, mój tata nazywał się Łuczka, wcześniej mieszkali tam moi dziadkowie, nazywali się Kopa.
- Proszę pani, bo myśmy tam mieszkali, ale mój brat, jak były na wiosnę powodzie, to on pociągnął stawidło (most był drewniany), i to wszystko popłynęło, znaleźli go dopiero przy młynie w Prażkach!. Wcześniej popłynął przez młyn Kozice (obecnie znajdujący się po drugiej stronie zalewu w Kotlinach). Pani Janina wspomina przy okazji, tereny które posiadała jej rodzina. Dziadkowie, jak wcześniej wspomniała posiadali ten młyn, natomiast ziemie które dokupili były dworskie. Ciągnęły się aż do krzyżówki (stoi tam kapliczka) w kierunku Kurowic. W niedługim czasie, sprzedał niewielką część tych gruntów niejakiemu Karpiowi, który usilnie chciał ją kupić, nawet było mu to na rękę, gdyż spłaty za kupno ziemi były wysokie, a dzieci w domu było wiele. Same ziemie w Osadzie Młyńskiej zajmowały teren 84 mórg. A ziem które dziadek dokupił było dodatkowo ponad 100 mórg (1 morga nowopolska = 0,5598 ha).
Inna sprawa, mój dziadek zmarł 4 maja 1934 roku, moja babcia była jeszcze młoda kobitka, miała 16 lat jak ją drugi raz za mąż wydali, za wdowca 25 lat starszego wyszła, to panie, niech pan pomyśli, to było bez sensu, pojęcia i zastanowienia, i co straszne, że na to pozwoliła jej matka (była z domu Czarnecka), a Czarneccy mieli majątek w Wodzinie.
Ja wiem, tam był duży majątek, mój dziadek dlatego był bogaty, bo proszę pana, wziął z bogatego rodu żonę, jedną i drugą!. Pierwsza żona dostała w posagu 35 mórg ziemi, a druga 84 morgi !
Spytałem o budynek drewniany który stoi na tym terenie, zaraz po skręcie z asfaltu w kierunku młyna, po prawej stronie.
- A to ciekawa historia, mój dziadek miał zięcia który lubił wypić, przepijał w Dalkowie wszystko co tylko się dało. Aby wszystko nie poszło na zatracenie, dziadek dał 8 mórg swojej ziemi i pobudował ten stojący jeszcze budynek, aby lepiej przypilnować wesołego zięcia. Nie na wiele się to zdało...
| Drewniany dom o którym wspominam powyżej. |
Jak długo czynny był ten młyn ?
- no, proszę pana, długo, ale opowiem, jak zakończył swój żywot.
- kiedyś w naszym płynie zaczął przeciekać dach, dachy w dawnych czasach były kryte gontami. Nie mieliśmy nikogo kto by nam mógł pomóc, tata w tym czasie wyjechał do sanatorium i ja z moim Wackiem zrobiliśmy coś bezmyślnie. Wzięliśmy traktor i rozciągnęliśmy ten młyn. Tak myśmy to zrobili jak głupie dzieci, jak głupie gówniarze.

Nieistniejący już budynek młyna.

Podwórze w Koltlinach 21, Pani Janina Sadowska z synami Jackiem i Mirkim - I tak sobie później pomyślałam, Matko Święta, te bale stojące były dużo zdrowsze niż reszta, one były łączone na takie drewniane kołki, szkoda tego było, ale wszystko już było rozwleczone.
- Mój Boże, jak ojciec wrócił, jak zobaczył, to bez mała zawału nie dostał.
- Stanął i mówi, chyba ktoś głupi Ciebie napuścił na mnie. Tyś taka mądra dziewucha i takie głupoty zrobiłaś?
- A ja, proszę pana rzeczywiście, to był nie potrzebne, że psu na budę się nie przydało, jak się to mówi, to było bezmyślne.
- Powiedzieliśmy, po co miał stać ten strop na pudle, i tak to się rozlatywał..
- Może ten nasz by i tak długo nie postał, ale się stało. Ten po drugiej stronie stoi do dzisiaj ale jest pusty
- Odpowiedziałem, że byłem w nim kilka razy i wszystko zostało rozszabrowane.
- Pan mi nie musi opowiadać, ja lepiej wiem jak to było. To było Wolskiego, ten Niemiec to nie był biedny facet, był dobrym człowiekiem, nie mogę powiedzieć, nikomu tam nie robił krzywdy
| Budynek mieszkalny- biuro z przełomu XIX-XX wieku |
| Pozostałości po młynie |
| Pozostałości po młynie |
poniedziałek, 8 czerwca 2015
Będków - Łódź - Okupacja - Wysiedlony - 1944 - cz 3.
Przedstawiam dwa ostatnie listy. Szkoda, że piszący nie wspomina o życiu miejscowych mieszkańców. O nazwiskach z wiadomych względów nie pisało się, mimo wszystko jest to kawałek wojennej historii.
Będków, d.24-I-44
Kochani, Otrzymałem od was 2 karty 21 i 29 stycznia. na pierwszą odpisałem 27 b.m. listem, bo kartek u nas niema i doniosłem, że paczkę z wiadomego miejsca odebrałem 26 b.m., w której była bib... i 4 p.t. Obecny list piszę na tę drugą kartkę i donoszę to samo. On mi mówił, że za długo leżała u niego paczka, ale ja tu nie winien. Po paczkę była Józia. Z owego miejsca odebrałem już dwie paczki. jedną ze 100g. w zeszłym roku i nic więcej i jedną paczkę ze 100 b. i 4 p.t., w bieżącym roku 26 stycznia, a tak nic więcej. Szkoda tylko paczki wysłanej do Koluszek, której nie otrzymałem. Za wszystko Wam serdecznie dziękuję. Co do listów, to widać, że przychodzą nieregularnie i z opóźnieniem, a może nawet i wcale. Jeszcze raz Wam serdecznie dziękuję za wszystko. U mnie to wszystko po staremu, te same bruki i to samo niezadowolenie. Życzę wam i dzieciom zdrowia i spokoju, czego rónież życzę wszystkim
Kochający Was Wiktor.
Będków, dnia 14-IV-44
Moi Kochani!
Kartę odebrałem 13 b.m., za która serdecznie dziękuję. na drugi dzień 13 kwietnia Józia poszła po odbiór p.. i odebrała ją w należytym porządku, za którą bardzo dziękuję. Co do mnie, to nic takiego nie słychać, zdrowie wprawdzie nie tęgie, ale się jakoś to życie kołacze. Dokucza mi reumatyzm i serce, ale i to z cierpliwością trzeba znosić, chociaż tej cierpliwości jest coraz mniej. Gdybym posiadał odpowiedniejsze mieszkanie, to znośniej byłoby można jakoś przeżyć, ale niestety, u nas trudno o mieszkanie. Może, da Bóg, że wszystko się zmieni. Trudno jest co prawda, ale iluż to ludzi cierpi. Nie dobrze jest, że Pela cierpi na serce, niech się nie przejmuje, bo co to da i w miarę możności trzeba się leczyć. List ten piszę poza swoim domem, to też więcej mam chęci do pisania, czego u siebie w domu, z powodu ciągłego hałasu, nie mógłbym uczynić. Ten właśnie brak odpowiedniejszego mieszkania wpływa mi ujemnie na nerwy. Jeszcze raz serdecznie dziękuję za wszystko i notuję skrupulatnie wszystko w pamięci. Obym wszystkim i za wszystko mógł się z procentem odwidzięczyć, to jest dzisiaj moim pragnieniem. Zasyłam wszystkim serdeczne pozdrowienia i spełnienia życzeń. wszystkim znajomym chorym polepszenia na zdrowiu, dzieciom zdrowia, aby rosły na pociechę rodzicom.
Kochający Was Wiktor.
Będków, d.24-I-44
Kochani, Otrzymałem od was 2 karty 21 i 29 stycznia. na pierwszą odpisałem 27 b.m. listem, bo kartek u nas niema i doniosłem, że paczkę z wiadomego miejsca odebrałem 26 b.m., w której była bib... i 4 p.t. Obecny list piszę na tę drugą kartkę i donoszę to samo. On mi mówił, że za długo leżała u niego paczka, ale ja tu nie winien. Po paczkę była Józia. Z owego miejsca odebrałem już dwie paczki. jedną ze 100g. w zeszłym roku i nic więcej i jedną paczkę ze 100 b. i 4 p.t., w bieżącym roku 26 stycznia, a tak nic więcej. Szkoda tylko paczki wysłanej do Koluszek, której nie otrzymałem. Za wszystko Wam serdecznie dziękuję. Co do listów, to widać, że przychodzą nieregularnie i z opóźnieniem, a może nawet i wcale. Jeszcze raz Wam serdecznie dziękuję za wszystko. U mnie to wszystko po staremu, te same bruki i to samo niezadowolenie. Życzę wam i dzieciom zdrowia i spokoju, czego rónież życzę wszystkim
Kochający Was Wiktor.
Będków, dnia 14-IV-44
Moi Kochani!
Kartę odebrałem 13 b.m., za która serdecznie dziękuję. na drugi dzień 13 kwietnia Józia poszła po odbiór p.. i odebrała ją w należytym porządku, za którą bardzo dziękuję. Co do mnie, to nic takiego nie słychać, zdrowie wprawdzie nie tęgie, ale się jakoś to życie kołacze. Dokucza mi reumatyzm i serce, ale i to z cierpliwością trzeba znosić, chociaż tej cierpliwości jest coraz mniej. Gdybym posiadał odpowiedniejsze mieszkanie, to znośniej byłoby można jakoś przeżyć, ale niestety, u nas trudno o mieszkanie. Może, da Bóg, że wszystko się zmieni. Trudno jest co prawda, ale iluż to ludzi cierpi. Nie dobrze jest, że Pela cierpi na serce, niech się nie przejmuje, bo co to da i w miarę możności trzeba się leczyć. List ten piszę poza swoim domem, to też więcej mam chęci do pisania, czego u siebie w domu, z powodu ciągłego hałasu, nie mógłbym uczynić. Ten właśnie brak odpowiedniejszego mieszkania wpływa mi ujemnie na nerwy. Jeszcze raz serdecznie dziękuję za wszystko i notuję skrupulatnie wszystko w pamięci. Obym wszystkim i za wszystko mógł się z procentem odwidzięczyć, to jest dzisiaj moim pragnieniem. Zasyłam wszystkim serdeczne pozdrowienia i spełnienia życzeń. wszystkim znajomym chorym polepszenia na zdrowiu, dzieciom zdrowia, aby rosły na pociechę rodzicom.
Kochający Was Wiktor.
Bukowiec - Cmentarz ewangelicki - Stan prawny - Znieczulica
Mija 5 rok mojej walki o cmentarz ewangelicki w Bukowcu.
Niestety rezultaty są żadne. W kwietniu wysłałem pisma o podobnej treści do Urzędu Gminy Brójce i Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Łodzi.
Wcześniej przeprowadziłem rozmowę z panem Wójtem Radosławem Agaciakiem, podczas której stwierdził, że Gmina Brójce nie jest właścicielem cmentarza, a dokładnie działki nr.428. Ten sam temat poruszałem podczas wizyty u poprzedniego Wójta, pana Glubowskiego w roku 2010. Oddałem na dziennik list z prośbą o odpowiedź. Odpowiedzi nie doczekałem się, ustnej lub na piśmie... Dlatego, tym razem postanowiłem ponownie napisać, aby otrzymać potwierdzenie na piśmie. W maju trzymałem odpowiedz Wójta Gminy Brójce o treści:
Natychmiast, po otrzymaniu odpowiedzi, zadzwoniłem do biura Starosty Powiatowego.
Dodzwoniłem się, do osoby odpowiedzialnej za zabytki w naszej Gminie. Pani, nie podaję obecnie jest nazwiska, potwierdziła, ze w roku 2010 otrzymała pismo z Gminy Brójce dotyczące uregulowania stanu prawnego działki nr. 428 w Bukowcu. Na moje pytanie co zrobiono przez ostatnie 5 lat, otrzymałem szokującą odpowiedź: " Nie wyszło" !!!! .
Już nie pytałem dlaczego nie odpowiedziano na oficjalne pismo Wójta Gminy w terminie ustawowym. Utwierdziłem się w przekonaniu, że pani ta, nie jest osobą na właściwym stanowisku.... Być może Starosta zatrudnił tą panią z łapanki ulicznej. Ręce opadają, jest to walka z wiatrakami, urzędnicy otrzymują pensje z pieniędzy podatników. Trzymają się na ciepłych posadkach, nie są zagrożeni konsekwencjami finansowymi...
Dzisiaj rozmawiałem telefonicznie z Głównym Specjalista Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków. Otrzymałem wstępną zgodę na spotkanie w Urzędzie Gminy Brójce, aby ostatecznie uzgodnić kierunki rozwiązania tego problemu. Także Wójt, pan Agaciak
poparł mój pomysł, liczę, że na początku czerwca spotkamy się i pozytywnie rozwiążemy problemy tego cmentarza jak i innych zaniedbanych zabytkowych obiektów na terenie naszej Gminy.
Niestety rezultaty są żadne. W kwietniu wysłałem pisma o podobnej treści do Urzędu Gminy Brójce i Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Łodzi.
Wcześniej przeprowadziłem rozmowę z panem Wójtem Radosławem Agaciakiem, podczas której stwierdził, że Gmina Brójce nie jest właścicielem cmentarza, a dokładnie działki nr.428. Ten sam temat poruszałem podczas wizyty u poprzedniego Wójta, pana Glubowskiego w roku 2010. Oddałem na dziennik list z prośbą o odpowiedź. Odpowiedzi nie doczekałem się, ustnej lub na piśmie... Dlatego, tym razem postanowiłem ponownie napisać, aby otrzymać potwierdzenie na piśmie. W maju trzymałem odpowiedz Wójta Gminy Brójce o treści:
Natychmiast, po otrzymaniu odpowiedzi, zadzwoniłem do biura Starosty Powiatowego.
Dodzwoniłem się, do osoby odpowiedzialnej za zabytki w naszej Gminie. Pani, nie podaję obecnie jest nazwiska, potwierdziła, ze w roku 2010 otrzymała pismo z Gminy Brójce dotyczące uregulowania stanu prawnego działki nr. 428 w Bukowcu. Na moje pytanie co zrobiono przez ostatnie 5 lat, otrzymałem szokującą odpowiedź: " Nie wyszło" !!!! .
Już nie pytałem dlaczego nie odpowiedziano na oficjalne pismo Wójta Gminy w terminie ustawowym. Utwierdziłem się w przekonaniu, że pani ta, nie jest osobą na właściwym stanowisku.... Być może Starosta zatrudnił tą panią z łapanki ulicznej. Ręce opadają, jest to walka z wiatrakami, urzędnicy otrzymują pensje z pieniędzy podatników. Trzymają się na ciepłych posadkach, nie są zagrożeni konsekwencjami finansowymi...
Dzisiaj rozmawiałem telefonicznie z Głównym Specjalista Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków. Otrzymałem wstępną zgodę na spotkanie w Urzędzie Gminy Brójce, aby ostatecznie uzgodnić kierunki rozwiązania tego problemu. Także Wójt, pan Agaciak
poparł mój pomysł, liczę, że na początku czerwca spotkamy się i pozytywnie rozwiążemy problemy tego cmentarza jak i innych zaniedbanych zabytkowych obiektów na terenie naszej Gminy.
niedziela, 7 czerwca 2015
Będków - Łódź - Okupacja - Wysiedlony - 1941-43 - cz.2
Część 2.:
Będków, d. 19.VI.41.
Moi Kochani,
Nie Wiem, czy ten list dojdzie do Was, więc ograniczę się w pisaniu. Jeszcze zimą odpisałem Wam list, ale dotąd nie wiem co u Was.
Mam do was jedną prośbę, o to, czybyście nie mogli mi kupić 4-ch sprężynek do sztucznych zębów, gdyż u nas nie można ich dostać. A zatem należy zwrócić się do jakiegoś dentysty, ci bowiem mają prawo nabywania takich rzeczy, zresztą macie siostrę, co pracuje u dentysty.
Piszę o 4 sprężynki, choć potrzebne są tylko dwie, ale chciałem mieć na zapas. Przed wojną takie sprężynki nie były drogie, nabywałem je u dentysty Guntera przy ul. Piotrkowskiej Nr. 157, czy nawet 175, dobrze nie pamiętam, ten właśnie dentysta robił mi zęby przed kilku laty. Gdybym otrzymał owe sprężynki, to u nas na miejscu technik by mi je założył. dalej idzie o przesłanie ich, więc nie inaczej, jak w jakiejś paczce opłaconej na poczcie, wraz z jakąś inną rzeczą. Do Będkowa paczki przychodzą. Zrobicie mi wielką przysługę, gdybyście mi to załatwili. A zatem, o ile to możliwe z waszej strony, to nie zwlekajcie, o co Was mocno proszę. A teraz co do mojego położenia, to nie warto pisać, zresztą echa dochodzą do Was.
Jeszcze raz proszę Was, nie zwlekajcie z odpisem. Pozdrowienia dla wszystkich.
Kochający Wiktor.
Adres: Będków, Kreis Tomaszów Mazowiecki, ulica Pierackiego 1.
P.s. Sprężynki te są metalowe, zresztą dentysta będzie wiedział.
Będków, dnia 27.VII. 43 r.
Moi Kochani !.
List od was otrzymałem, za który serdecznie dziękuję.
U mnie bez zmian, jedynie nadzieja krzepi mnie. Co do przyjazdu Józi do Łodzi, to jest nie do pomyślenia. Co do przysłania mi paczki, nie wiem, jaka byłaby inna droga.
W stronę do nas przedostaje się coraz mniej ludzi, zresztą tych okoliczności nie znam.
Wiem, że wiele osób ryzykuje i im się to udaje. Wprawdzie dzisiaj niczym się nie gardzi, ale nie chciałbym Was narażać. Zresztą trudno, trzeba przecierpieć, ale już za długo tego wszystkiego. W tych stronach dużo wysiedlonych. Jednym gorzej, drugim lepiej, - do tych pierwszych ja należę, bo cóż można zdobyć za tę skromną emeryturę i do tego ograniczoną. Gdybym miał jakieś najpotrzebniejsze sprzęty, to może zaryzykowałbym wyjście z tej dziury, ale, że tak, to trudno, trzeba siedzieć na miejscu i czekać końca.
Jest mi dużą pomocą w obecnym położeniu Józia, bez niej byłoby mi bardzo trudno przeżyć do tego czasu. Nie będę więcej rozpiwsywał, choć tyle rzeczy nas obchodzi. A zatem posyłam wam i dzieciom najserdeczniejsze uściski i pozdrowienia. Również pozdrawiam z obu stron Rodziców i wszystkich innych. Do zobaczenia, co daj Boże jak najprędzej.
Zawsze kochający was
Wiktor.
Adres do mnie:
Będków, powiat Tomaszów m., ulica Piereckiego Nr.1, pow. Piotrków.
Będków, d. 19.VI.41.
Moi Kochani,
Nie Wiem, czy ten list dojdzie do Was, więc ograniczę się w pisaniu. Jeszcze zimą odpisałem Wam list, ale dotąd nie wiem co u Was.
Mam do was jedną prośbę, o to, czybyście nie mogli mi kupić 4-ch sprężynek do sztucznych zębów, gdyż u nas nie można ich dostać. A zatem należy zwrócić się do jakiegoś dentysty, ci bowiem mają prawo nabywania takich rzeczy, zresztą macie siostrę, co pracuje u dentysty.
Piszę o 4 sprężynki, choć potrzebne są tylko dwie, ale chciałem mieć na zapas. Przed wojną takie sprężynki nie były drogie, nabywałem je u dentysty Guntera przy ul. Piotrkowskiej Nr. 157, czy nawet 175, dobrze nie pamiętam, ten właśnie dentysta robił mi zęby przed kilku laty. Gdybym otrzymał owe sprężynki, to u nas na miejscu technik by mi je założył. dalej idzie o przesłanie ich, więc nie inaczej, jak w jakiejś paczce opłaconej na poczcie, wraz z jakąś inną rzeczą. Do Będkowa paczki przychodzą. Zrobicie mi wielką przysługę, gdybyście mi to załatwili. A zatem, o ile to możliwe z waszej strony, to nie zwlekajcie, o co Was mocno proszę. A teraz co do mojego położenia, to nie warto pisać, zresztą echa dochodzą do Was.
Jeszcze raz proszę Was, nie zwlekajcie z odpisem. Pozdrowienia dla wszystkich.
Kochający Wiktor.
Adres: Będków, Kreis Tomaszów Mazowiecki, ulica Pierackiego 1.
P.s. Sprężynki te są metalowe, zresztą dentysta będzie wiedział.
Będków, dnia 27.VII. 43 r.
Moi Kochani !.
List od was otrzymałem, za który serdecznie dziękuję.
U mnie bez zmian, jedynie nadzieja krzepi mnie. Co do przyjazdu Józi do Łodzi, to jest nie do pomyślenia. Co do przysłania mi paczki, nie wiem, jaka byłaby inna droga.
W stronę do nas przedostaje się coraz mniej ludzi, zresztą tych okoliczności nie znam.
Wiem, że wiele osób ryzykuje i im się to udaje. Wprawdzie dzisiaj niczym się nie gardzi, ale nie chciałbym Was narażać. Zresztą trudno, trzeba przecierpieć, ale już za długo tego wszystkiego. W tych stronach dużo wysiedlonych. Jednym gorzej, drugim lepiej, - do tych pierwszych ja należę, bo cóż można zdobyć za tę skromną emeryturę i do tego ograniczoną. Gdybym miał jakieś najpotrzebniejsze sprzęty, to może zaryzykowałbym wyjście z tej dziury, ale, że tak, to trudno, trzeba siedzieć na miejscu i czekać końca.
Jest mi dużą pomocą w obecnym położeniu Józia, bez niej byłoby mi bardzo trudno przeżyć do tego czasu. Nie będę więcej rozpiwsywał, choć tyle rzeczy nas obchodzi. A zatem posyłam wam i dzieciom najserdeczniejsze uściski i pozdrowienia. Również pozdrawiam z obu stron Rodziców i wszystkich innych. Do zobaczenia, co daj Boże jak najprędzej.
Zawsze kochający was
Wiktor.
Adres do mnie:
Będków, powiat Tomaszów m., ulica Piereckiego Nr.1, pow. Piotrków.
Będków - Łódź - Okupacja - Wysiedlony - 1941 - cz.1.
Na skupie makulatury w Łodzi, w kontenerze z makulaturą znalazłem kilka ciekawych listów pisanych w Będkowie przez Wiktora Wilkowskiego do Edwarda Zielińskiego w Łodzi. Z adresu wynika, że piszący mieszkał przy ulicy Warszawskiej 1 ( Pierackiego Strasse 1). Myślę, że po przeczytaniu tego materiału, spotkam się z odzewem mieszkańców Będkowa.
Treść listu (oryginalna pisownia):
Będków, dnia 11.1.9141
- Moi kochani, list od was otrzymałem, za który serdecznie dziękuję. Zacznę od siebie- co do mnie, to nie maco się rozpisywać. Nie mam własnej izby, a poniewierka po obcych, to pożał się Boże. Może z wiosną będzie lepiej co do mieszkania.
U nas wielka drożyzna. Chłop też szakal, pierwszy śrubuje ceny, a za nimi idą wszyscy.
Znalazłem się w takim położeniu, że mi wszystkiego brakuje. Była u Władka w łodzi Józia, dostała od niego dla mnie ciepłą koszulę i kołnierzyk, za co mu dziękuję. Tylko niepotrzebnie przygadywał, na co to wszystko. Piszecie mi o paczkach. Józia nie może się ze mną komunikować, warunki obecnie nie pozwalają. U nas takie rzeczy załatwiają przez pocztę, która w większych miastach przyjmuje paczki do 5 kilogramów. Nie mało przeżyłem od czasu mojego wywiezienia. Wszystko mi prawie przepadło, ani pościeli, ani bielizny, ani innych rzeczy.
Trudno, nie ja sam tylko taki. Jak słyszałem, to się jeszcze jako tako trzymacie, za co nalezy podziękować Bogu. Nie będę się wiele rozpisywał, bo pewnie Józia o wszystkim opowiedziała u Władków. Kiedy piszęten list, jestem w pokoju nieopalonym, w dodatku męczy mnie kaszel. Na zakończenie przesyła wszystkim serdeczne pozdrowienia, a obojgu Rodzicom waszym życzenia długich lat i zdrowia. Jak się tam ma chrzestniaczka, uśmiechająca się.
Kochający Wiktor Wilkowski.
Adres do mnie:
Osada i Gmina Będków, Powiat Tomaszów mazowiecki przy St. Kolei Czarnocin, ulica Pierackiego 1
Treść listu (oryginalna pisownia):
Będków, dnia 11.1.9141
- Moi kochani, list od was otrzymałem, za który serdecznie dziękuję. Zacznę od siebie- co do mnie, to nie maco się rozpisywać. Nie mam własnej izby, a poniewierka po obcych, to pożał się Boże. Może z wiosną będzie lepiej co do mieszkania.
U nas wielka drożyzna. Chłop też szakal, pierwszy śrubuje ceny, a za nimi idą wszyscy.
Znalazłem się w takim położeniu, że mi wszystkiego brakuje. Była u Władka w łodzi Józia, dostała od niego dla mnie ciepłą koszulę i kołnierzyk, za co mu dziękuję. Tylko niepotrzebnie przygadywał, na co to wszystko. Piszecie mi o paczkach. Józia nie może się ze mną komunikować, warunki obecnie nie pozwalają. U nas takie rzeczy załatwiają przez pocztę, która w większych miastach przyjmuje paczki do 5 kilogramów. Nie mało przeżyłem od czasu mojego wywiezienia. Wszystko mi prawie przepadło, ani pościeli, ani bielizny, ani innych rzeczy.
Trudno, nie ja sam tylko taki. Jak słyszałem, to się jeszcze jako tako trzymacie, za co nalezy podziękować Bogu. Nie będę się wiele rozpisywał, bo pewnie Józia o wszystkim opowiedziała u Władków. Kiedy piszęten list, jestem w pokoju nieopalonym, w dodatku męczy mnie kaszel. Na zakończenie przesyła wszystkim serdeczne pozdrowienia, a obojgu Rodzicom waszym życzenia długich lat i zdrowia. Jak się tam ma chrzestniaczka, uśmiechająca się.
Kochający Wiktor Wilkowski.
Adres do mnie:
Osada i Gmina Będków, Powiat Tomaszów mazowiecki przy St. Kolei Czarnocin, ulica Pierackiego 1
piątek, 29 maja 2015
Drewniane Kościoły Górne Śląska - Schöne Holzkirchen Oberschlesien - Laskowice - Laskowitz - cz.3.
Przed paroma dniami, w Hannoverze kupiłem piękny zestaw zdjęć-pocztówek
zabrskiego fotografa Otto Schydło. W latach 30 ubiegłego wieku fotograf ten zrobił serię przepięknych zdjęć pokazujących drewniane kościoły na Śląsku. Jestem w posiadaniu 20 z nich, są sygnowane, w menniczym stanie, także ręcznie robione obwoluty.
Otto Schydlo urodził się w 1929 roku, swoje atelier miał w Zabrzu przy ul. Niedziałkowskiego (dawniej Hindenburg Paulstrasse 6).
Przedstawiam kościół w Laskowicach - Laskowitz.
Kościół św. Wawrzyńca w Laskowicach
Kościół św. Wawrzyńca – zabytkowy, drewniany, rzymskokatolicki kościół cmentarny, położony we wsi Laskowice, należący do parafii Matki Boskiej Bolesnej w Tułach, w dekanacie Zagwiździe, diecezji opolskiej. Dnia 5 maja 1964 roku, pod numerem 859/64, świątynia została wpisana do rejestru zabytków Narodowego Instytutu Dziedzictwa.
Kościół powstał w 1686 roku. Znajduje się na niewielkim wzniesieniu w zachodniej części Laskowic. Obecnie kościółek pełni rolę kościoła cmentarnego.
W pobliżu wybudowany został nowy kościół pod wezwaniem Ducha ŚwiętegoKościół to konstrukcja zrębowa, kryta gontem, orientowana, w otoczeniu cmentarza. Smukła wieża, zakończona jest ostrosłupowym hełmem. Dzwon odlany został prawdopodobnie w 1601 roku. Ściany tworzą poziomo kładzione, zachodzące w rogach na siebie belki. Nad nawą główną znajduje się strop kasetonowy, natomiast nad prezbiterium pozorne sklepienie kolebkowe. Chór muzyczny wsparty został na spiralnych, ozdobnie wyrzynanych kroksztynach. Ołtarz główny wykonano w stylu barokowym z dekoracją snycerską w połowie XVII wieku. Ponadto pośród wyposażenia wnętrza na uwagę zasługują m.in.: ambona z XVII wieku oraz kilka eksponatów sztuki sakralnej. Kruchta położona jest w podziemiach kościółka, w której spoczywają ciała dwóch nieznanych kobiet. Tuż przed I wojną światową próbowano wyjaśnić tajemnicę "laskowickich mumii". Stwierdzono wówczas, że pochowano tutaj Brigittę Buchta von Buchticz wraz z matką. W 1994 roku część zabytkowego wyposażenia wraz z dzwonami przeniesiono do nowego kościoła parafialnego *
Die Kirche ist eine Protokollstruktur , bedeckt mit Schindeln , orientiert , umgeben von dem Friedhof . Der schlanke Turm , absolvierte eine pyramidenförmige Kuppel. Die Glocke wurde wahrscheinlich im Guss 1601 Jahr. Die Wände bilden einen horizontal liegenden, einander überlappend in den Ecken des Trägers . Über dem Kirchenschiff ist der Haupt Kassettendecke , während das Presbyterium offensichtlich Tonnengewölbe . Der Chor wurde auf einer spiralförmigen dekorativ geschnitzt unterstützten Konsolen . Der Altar wurde im großen Stil durchgeführt, der Barock mit Dekoration in der Mitte des siebzehnten Jahrhunderts geschnitzt. Darüber hinaus im Inneren die sie verdienen Aufmerksamkeit m.in:. Kanzel . aus dem siebzehnten Jahrhundert und mehrere heilige Kunstausstellungen Vorraum befindet sich im Keller der Kirche, wo liegen die Leichen von zwei unbekannten Frauen entfernt. Kurz vor dem Ersten Weltkrieg versucht, das Geheimnis "laskowickich Mama" zu erklären. Es befand, dass hier begraben Buchta Brigitte von Buchticz mit seiner Mutter. In 1994 wird ein Teil der historischen Anlagen wurden, zusammen mit den Glocken auf ein neues übertragen Pfarrkirche
* pl.wikipedia.org/.../Kościół_św._Wawrzyńca_w_La...
** pl.wikipedia.org/.../Kościół_św._Wawrzyńca_w_La...
zabrskiego fotografa Otto Schydło. W latach 30 ubiegłego wieku fotograf ten zrobił serię przepięknych zdjęć pokazujących drewniane kościoły na Śląsku. Jestem w posiadaniu 20 z nich, są sygnowane, w menniczym stanie, także ręcznie robione obwoluty.
Otto Schydlo urodził się w 1929 roku, swoje atelier miał w Zabrzu przy ul. Niedziałkowskiego (dawniej Hindenburg Paulstrasse 6).
Przedstawiam kościół w Laskowicach - Laskowitz.
Kościół św. Wawrzyńca w Laskowicach
Kościół św. Wawrzyńca – zabytkowy, drewniany, rzymskokatolicki kościół cmentarny, położony we wsi Laskowice, należący do parafii Matki Boskiej Bolesnej w Tułach, w dekanacie Zagwiździe, diecezji opolskiej. Dnia 5 maja 1964 roku, pod numerem 859/64, świątynia została wpisana do rejestru zabytków Narodowego Instytutu Dziedzictwa.
Kościół powstał w 1686 roku. Znajduje się na niewielkim wzniesieniu w zachodniej części Laskowic. Obecnie kościółek pełni rolę kościoła cmentarnego.
W pobliżu wybudowany został nowy kościół pod wezwaniem Ducha ŚwiętegoKościół to konstrukcja zrębowa, kryta gontem, orientowana, w otoczeniu cmentarza. Smukła wieża, zakończona jest ostrosłupowym hełmem. Dzwon odlany został prawdopodobnie w 1601 roku. Ściany tworzą poziomo kładzione, zachodzące w rogach na siebie belki. Nad nawą główną znajduje się strop kasetonowy, natomiast nad prezbiterium pozorne sklepienie kolebkowe. Chór muzyczny wsparty został na spiralnych, ozdobnie wyrzynanych kroksztynach. Ołtarz główny wykonano w stylu barokowym z dekoracją snycerską w połowie XVII wieku. Ponadto pośród wyposażenia wnętrza na uwagę zasługują m.in.: ambona z XVII wieku oraz kilka eksponatów sztuki sakralnej. Kruchta położona jest w podziemiach kościółka, w której spoczywają ciała dwóch nieznanych kobiet. Tuż przed I wojną światową próbowano wyjaśnić tajemnicę "laskowickich mumii". Stwierdzono wówczas, że pochowano tutaj Brigittę Buchta von Buchticz wraz z matką. W 1994 roku część zabytkowego wyposażenia wraz z dzwonami przeniesiono do nowego kościoła parafialnego *
Vor par Tagen in Hannover kaufte ich mir eine schöne Reihe von Foto
Postkarten. Aus Hindenburg Fotografen Otto Schydlo . In den 30er Jahren des
letzten Jahrhunderts , der Fotograf hat eine Serie von Fotografien, die schönen
Holzkirchen in Schlesien. Ich bin im Besitz von 20 von ihnen sind
unterzeichnet , in sehr guten Bedingung , auch von Hand gefertigt Abdeckungen.
Schydlo Otto wurde 1929 geboren, war sein Atelier in Zabrze an der
Niedzialkowski Strasse (ehemals Hindenburg Paulstrasse 6) Kirche des hl. Lawrence in Laskowice.
Kirche des hl. Lawrence - antike , hölzerne römisch-katholischen Kirche, Friedhof, befindet sich in der Ortschaft Laskowice , Zugehörigkeit zur Pfarrei Unserer Lieben Frau der Schmerzen in Tulach , in dem Dekanat Zagwiździe , Diözese Oppeln . Am 5. Mai 1964 das Jahr, an der Hausnummer 859/64, der Tempel wurde in der eingegebene. Register der Denkmäler des National Heritage Institute
Die Kirche wurde gebaut 1686 Jahr. Es liegt auf einem kleinen Hügel in der westlichen Teil befindet Laskowice . Zur Zeit als Kirche Friedhofskirche dient er .
In der Nähe wurde eine neue Kirche zu geweiht dem Heiligen Geist .Die Kirche ist eine Protokollstruktur , bedeckt mit Schindeln , orientiert , umgeben von dem Friedhof . Der schlanke Turm , absolvierte eine pyramidenförmige Kuppel. Die Glocke wurde wahrscheinlich im Guss 1601 Jahr. Die Wände bilden einen horizontal liegenden, einander überlappend in den Ecken des Trägers . Über dem Kirchenschiff ist der Haupt Kassettendecke , während das Presbyterium offensichtlich Tonnengewölbe . Der Chor wurde auf einer spiralförmigen dekorativ geschnitzt unterstützten Konsolen . Der Altar wurde im großen Stil durchgeführt, der Barock mit Dekoration in der Mitte des siebzehnten Jahrhunderts geschnitzt. Darüber hinaus im Inneren die sie verdienen Aufmerksamkeit m.in:. Kanzel . aus dem siebzehnten Jahrhundert und mehrere heilige Kunstausstellungen Vorraum befindet sich im Keller der Kirche, wo liegen die Leichen von zwei unbekannten Frauen entfernt. Kurz vor dem Ersten Weltkrieg versucht, das Geheimnis "laskowickich Mama" zu erklären. Es befand, dass hier begraben Buchta Brigitte von Buchticz mit seiner Mutter. In 1994 wird ein Teil der historischen Anlagen wurden, zusammen mit den Glocken auf ein neues übertragen Pfarrkirche
* pl.wikipedia.org/.../Kościół_św._Wawrzyńca_w_La...
** pl.wikipedia.org/.../Kościół_św._Wawrzyńca_w_La...
czwartek, 28 maja 2015
Będków - Mietek Grzybczyński - Wspomnienie o przyjacielu.
Wyjątkowa rodzina, wyjątkowa przyjaźń, wyjątkowe wspomnienia.
Bohaterami moich wspomnień jest rodzina Grzybczyńskich z Będkowa. Niestety nikt z nich nie żyje... Jak tylko sięgam pamięcią moich dziecinnych lat, moi rodzice przyjeżdżając do Będkowa, przyjaźnili się z nimi. Moja mama Jadwiga, chodziła do jednej klasy z Mieczysławem Grzybczyńskim.
Moim szczęściem było poznanie tego człowieka, był dla mnie drugim ojcem. To od niego połknąłem bakcyla wędkarskiego, w każde wakacje przygotowywał dla mnie wędki z leszczyny. Niszczyłem je notorycznie, ze strachu przed krytyką, porzucałem połamaną wędkę przy oborze. Po dwóch dniach wracałem, wędka była naprawiona lub dostawałem drugą. Mietek wędkował na ukochanej Wolbórce, dla niego liczyły się tylko płotki, łapał je na specjalne ciasto składające się z ziemniaka, żółtka i chleba. Miał ze sobą własnoręcznie zrobioną faskę (pojemnik do ryb, na którym można było siedzieć). Nie siedział zbyt długo
ryb było w brud, raz po raz wyciągał przepiękne płoteczki. Jego mama Maria, obierała je i smażyła na maśle, przepyszne jedzenie. Ja szalałem po całej rzece, od dołka aż do młyna Lipińskich, łapałem co się dało, przede wszystkim kiełbiki i okonki. Kiedy podrosłem Mietek zabierał mnie swoim Junakiem (był to straszliwie głośny, wielki i silny motocykl)
do Woli Drzazgowej. Miał od dawna problemy z sercem, bał się jechać samemu, liczył, ze podczas ataku będę mógł mu pomóc. Ja już w tym czasie łapałem szczupaki, on pozostał przy swoich ukochanych płotkach. Te wyjazdy odbywały się wcześnie rano o szarówce, pukał do mojego okna, w przeciągu minuty byłem na zewnątrz. Jakże inna była nasza Wolbórka, szeroka, głęboka, pełna zakoli, wirów, zatopionych drzew. Łapałem także rękoma miętusy z dziur w brzegu. Było to bardzo ryzykowne, gdyż często w takiej dziurze zamiast miętusa trafiało się na piżmowca, jednak w wieku 12-14 lat nie myślało się, że można było stracić palce... Mietek bardzo przyjaźnił się z moim ojcem, wędkowali raczej rzadko, jednak spotykali się w każdej wolnej chwili. Mietek był wspaniałym rekodzielnikiem, to on pobudował ubikacje i komórki na naszym podwórku, te pierwsze przetrwały do dnia dzisiejszego (ponad 50 lat). Po takiej pracy moja mama przygotowywała dobre jedzenie, znalazła się zawsze flaszeczka bimberku. Nasz ganek przed domem był duży, więc siadała nasza czwórka i piątka Grzybczyńskim.
Mietek ze swoją żoną Zofią, zajmował się ogrodnictwem, dzierżawili od nas około 0,5 hektarową działkę, która graniczyła z prawej strony z cmentarzem. Ziemia była dobrej klasy, sadzili tam pomidory i inne warzywa. Pamiętam inspekty szklane w których dojrzewały pomidory. Jeździli konnym wozem na targi do Tomaszowa, nawet do Łodzi. Konia i wóz potrzebował także do obwoźnego kina, był zatrudniony jako operator filmowy. Jeździli w tygodniu po okolicznych wsiach wyświetlając filmy fabularne. W soboty pracowali w będkowskim kinie. Znajdowało się ono na ulicy Krakowskiej (nie ma już tego budynku). O godzinie 16, wystawiali ogromny głośnik i płynące z niego piosenki zabawiały cały Będków, później wyświetlano film, bilet kosztował 3 złote. Ja miałem chody i oglądałem filmy na pietrze w pomieszczeniu operatorów. Takiego klimatu już nigdy nie spotkałem, nawet w najlepszych salach kinowych...
Mietek był także miejscowym szklarzem, przycinał szkło, naprawiał okna, był niezwykle pracowitym i uczynnym człowiekiem. Niestety zmarł na serce w tomaszowskim szpitalu w dniu 6 .10. 1972 roku.
Był to dla mnie straszliwy cios i ciężko było mi sie pogodzić z jego stratą.. To był początek tragedii, który dosięgnął rodzinę Grzybczyńskich, ale o tym będę wspominał w następnych odcinkach.
Bohaterami moich wspomnień jest rodzina Grzybczyńskich z Będkowa. Niestety nikt z nich nie żyje... Jak tylko sięgam pamięcią moich dziecinnych lat, moi rodzice przyjeżdżając do Będkowa, przyjaźnili się z nimi. Moja mama Jadwiga, chodziła do jednej klasy z Mieczysławem Grzybczyńskim.
| Mieczysław Grzybczyński, zmarł w wieku 46 lat 6.10.1972 roku. |
Moim szczęściem było poznanie tego człowieka, był dla mnie drugim ojcem. To od niego połknąłem bakcyla wędkarskiego, w każde wakacje przygotowywał dla mnie wędki z leszczyny. Niszczyłem je notorycznie, ze strachu przed krytyką, porzucałem połamaną wędkę przy oborze. Po dwóch dniach wracałem, wędka była naprawiona lub dostawałem drugą. Mietek wędkował na ukochanej Wolbórce, dla niego liczyły się tylko płotki, łapał je na specjalne ciasto składające się z ziemniaka, żółtka i chleba. Miał ze sobą własnoręcznie zrobioną faskę (pojemnik do ryb, na którym można było siedzieć). Nie siedział zbyt długo
ryb było w brud, raz po raz wyciągał przepiękne płoteczki. Jego mama Maria, obierała je i smażyła na maśle, przepyszne jedzenie. Ja szalałem po całej rzece, od dołka aż do młyna Lipińskich, łapałem co się dało, przede wszystkim kiełbiki i okonki. Kiedy podrosłem Mietek zabierał mnie swoim Junakiem (był to straszliwie głośny, wielki i silny motocykl)
do Woli Drzazgowej. Miał od dawna problemy z sercem, bał się jechać samemu, liczył, ze podczas ataku będę mógł mu pomóc. Ja już w tym czasie łapałem szczupaki, on pozostał przy swoich ukochanych płotkach. Te wyjazdy odbywały się wcześnie rano o szarówce, pukał do mojego okna, w przeciągu minuty byłem na zewnątrz. Jakże inna była nasza Wolbórka, szeroka, głęboka, pełna zakoli, wirów, zatopionych drzew. Łapałem także rękoma miętusy z dziur w brzegu. Było to bardzo ryzykowne, gdyż często w takiej dziurze zamiast miętusa trafiało się na piżmowca, jednak w wieku 12-14 lat nie myślało się, że można było stracić palce... Mietek bardzo przyjaźnił się z moim ojcem, wędkowali raczej rzadko, jednak spotykali się w każdej wolnej chwili. Mietek był wspaniałym rekodzielnikiem, to on pobudował ubikacje i komórki na naszym podwórku, te pierwsze przetrwały do dnia dzisiejszego (ponad 50 lat). Po takiej pracy moja mama przygotowywała dobre jedzenie, znalazła się zawsze flaszeczka bimberku. Nasz ganek przed domem był duży, więc siadała nasza czwórka i piątka Grzybczyńskim.
| Nasz dom i ganek o którym wspominam. |
Mietek był także miejscowym szklarzem, przycinał szkło, naprawiał okna, był niezwykle pracowitym i uczynnym człowiekiem. Niestety zmarł na serce w tomaszowskim szpitalu w dniu 6 .10. 1972 roku.
| Płyta nagrobna, cmentarz w Będkowie. |
środa, 27 maja 2015
Poznaj historię swojej Gminy
Poznaj
historię swojej Gminy
Miło mi,
że zostałem zaproszony do napisania artykułu dotyczącego historii
Gminy Brójce, w pierwszym numerze naszej gazety.
Od wielu lat szukam
informacji w dokumentach archiwalnych, kupuję stare zdjęcia,
dokumenty, także odwiedzam mieszkańców którzy pamiętają ciekawe
wydarzenia w naszej Gminie. Chciałbym podzielić się z czytelnikami
tymi materiałami, ciekawymi historiami, niekiedy tragicznymi. Nasza Gmina jest pięknie umiejscowiona wśród zieleni, od strony wschodniej granicą jest rzeczka Miazga, od południowej Wolbórka. Cudowne okazy buków i świerków w lesie bukowskim w kierunku Wiśniowej Góry zapierają dech w piersiach. Las otoczony fosą z przełomu XIX-XX wieku, rękoma niemieckich kolonistów. O dużych zasoby rud żelaza w Kurowicach, wspominał Długosz w XVI wieku, proponując budowę huty. Piękna przyroda jest bogactwem naszych wsi, trzeba korzystać z jej dobrodziejstw, zwiedzając je podczas pieszych lub rowerowych wycieczek.
Pierwsze informacje o
Kurowicach pochodzą z 1346 roku. W dokumentach pojawiają się nazwy
"Ourouiczi" i Warzyn. Wsie naszej Gminy podlegały parafii
w Czarnocinie. Od 1530 roku mieszkańcy Kurowic starali się
wyodrębnić i wybudować swój kościół, gdyż odległość uniemożliwiała wielu mieszkańcom korzystanie z posług religijnych.Udało się to w 1621
roku, kiedy oddano parafianom
drewniany kościół w Kurowicach. Przetrwał on ponad 100 lat, jednak
ulegał stałemu zniszczeniu. W roku 1733 ukończono budowę nowego
kościoła, swoją dziesięciną utrzymywali miejscowego plebana
mieszkańcy wsi: Krasow, Kotliny,
Karpin i Brójce. Powiększanie terytorialne naszej Gminy trwało do
1878 roku. Do parafii należały wsie oderwane od parafii rzgowskiej
i tuszyńskiej: Kurowice, Palczew, Wardzyn, Dalków i Wola Rakowska;
później przybywały miejscowości: Karpin, Kotliny, Brójce,
Bukowiec i Kozica*. Decyzją władz pruskich w roku 1803 sprowadzono
do Bukowca kolonistów niemieckich, Bukowiec do roku 1945 nosił
nazwę Königsbach. Do wyzwolenia był niemiecką wsią, mieszkały
w niej zaledwie 3 polskie rodziny. Jednak sąsiednie wsie jak Wygoda,
Leśne Odpadki zamieszkiwali Polacy. Postaram się w następnych
artykułach napisać o wspólnych kontaktach, wspólnej pracy,
przyjaźni i współpracy mieszkańców naszej Gminy.
Bardzo
istotny wpływ na życie mieszkańców miała I Wojna Światowa. To
tutaj odbyła się jedna z najstraszniejszych z bitew w historii
nowożytnej świata. W okresie listopad-grudzień 1914 roku zginęło
200.000 żołnierzy, określana jako „Bitwa o Brzeziny”. W pobliskiej wsi Borowa, stacjonował generał Litzmann, który dowodził w boju wojskami niemieckimi. Jego nazwiskiem Łódź w okresie okupacji przemianowano na Litzmannstadt. W samym
Bukowcu całkowitemu zniszczeniu uległo 85 gospodarstw z kościołem
ewangelickim na czele. Kościół został odbudowany od podstaw w 1915 roku, rozebrany w latach 60 ubiegłego wieku przez komunistyczny reżim. Pozostał do naszych czasów budynek byłej szkoły (prawa strona zdjęcia), obecnie mieszkają w nim przesiedleńcy z Kazachstanu.
![]() |
| Kościół ewangelicki w Bukowcu, zdjęcie pochodzi z 1914 roku, został rozebrany w latach 60-tych XX wieku...** |
Ucierpiał także kościół w Kurowicach,
ślady tej straszliwej bitwy można zobaczyć na zamieszczonym
zdjęciu.
![]() |
| Zniszczony w listopadzie 1914 roku kościół w Kurowicach. Mieszkańcy Gminy na zgliszczach.** |
Do naszych czasów nie zachowało się zbyt wiele zabytków,
dlatego moim celem jest zabezpieczanie istniejących i zaniedbanych
jak cmentarz ewangelicki w Bukowcu. Postaram się cyklicznie opisywać historie poszczególnych wsi, są one naprawdę ciekawe.
* Maksymilian Baruch- Pabianice, Rzgów i wsie okoliczne z 1903 roku.
** Materiały zdjęciowe pochodzą z moich zbiorów.
* Maksymilian Baruch- Pabianice, Rzgów i wsie okoliczne z 1903 roku.
** Materiały zdjęciowe pochodzą z moich zbiorów.
wtorek, 26 maja 2015
Będków - Getto - Żydzi - Pachniewicz - ul.Krakowska 1
Odwiedzając dzisiaj groby moich w bliskich na cmentarzu w Będkowie, miałem okazję odwiedzenia moich starych przyjaciół i znajomych.
Od jednej z nich dowiedziałem się, że na terenie dwóch budynków mieszkalnych i zabudowań gospodarczych, przy ulicy Krakowskiej 1, znajdowało się przez krótki czas Getto dla będkowskich Żydów. Właścicielem obu posesji był mój dziadek Wojciech Pachniewicz.
Budynek przy ulicy Krakowskiej 1. Lewa strona była naszą własnością. Drugie okno od lewej, pod nim znalazłem banknoty i monety, o których wspominam poniżej.
Żółty budynek (z lewej strony)także należał do mojego dziadka, teren Getta.
Moja mama wspominała, że w okresie międzywojennym, aż do czasu wywiezienia do Getta, mieszkało u jej ojca 7 żydowskich rodzin. Mój dziadek, w zasadzie nie otrzymywał pieniędzy za mieszkania, gdyż w większości były to ubogie rodziny. Rodziny te, zajmowały pomieszczenia w piwnicach i parterowych zabudowaniach. Na terenie byłego Getta, spędzałem większość wakacji (lewa strona budynku była naszą własnością). Słyszałem od mamy o tym żydowskim wątku, ale wtedy nie interesowałem się takimi sprawami. Pamiętam jak w latach 60-tych, mój tata zmieniał parapet w pomieszczeniu na parterze, między cegłami znaleźliśmy sporo polskich banknotów i drobnych monet z lat 20-30 ubiegłego wieku.
Poginęły one podczas zabaw z moimi rówieśnikami... Były to z całą pewnością oszczędności jednej z rodzin żydowskich.
Prawdopodobnie obywateli pochodzenia żydowskiego wywieziono do Getta w Ujeździe.
Słyszałem legendy o znalezionych pożydowskich skarbach na terenie Będkowa, ile w tym było prawdy nie potrafię powiedzieć.
Znajoma opowiedziała także, że do jej dziadków przyszło dwóch mieszkańców Getta z prośbą o przechowanie ich żydowskich wotów z Bóżnicy. Być może ze strachu przed karami grążącymi za ich przechowanie, dziadkowie nie wyrazili zgody.
Być może ktoś z żyjących mieszkańców Będkowa, potrafi rozwinąć ten wątek ???
![]() |
| Wojciech Pachniewicz |
Od jednej z nich dowiedziałem się, że na terenie dwóch budynków mieszkalnych i zabudowań gospodarczych, przy ulicy Krakowskiej 1, znajdowało się przez krótki czas Getto dla będkowskich Żydów. Właścicielem obu posesji był mój dziadek Wojciech Pachniewicz.
Budynek przy ulicy Krakowskiej 1. Lewa strona była naszą własnością. Drugie okno od lewej, pod nim znalazłem banknoty i monety, o których wspominam poniżej.
Żółty budynek (z lewej strony)także należał do mojego dziadka, teren Getta.
Moja mama wspominała, że w okresie międzywojennym, aż do czasu wywiezienia do Getta, mieszkało u jej ojca 7 żydowskich rodzin. Mój dziadek, w zasadzie nie otrzymywał pieniędzy za mieszkania, gdyż w większości były to ubogie rodziny. Rodziny te, zajmowały pomieszczenia w piwnicach i parterowych zabudowaniach. Na terenie byłego Getta, spędzałem większość wakacji (lewa strona budynku była naszą własnością). Słyszałem od mamy o tym żydowskim wątku, ale wtedy nie interesowałem się takimi sprawami. Pamiętam jak w latach 60-tych, mój tata zmieniał parapet w pomieszczeniu na parterze, między cegłami znaleźliśmy sporo polskich banknotów i drobnych monet z lat 20-30 ubiegłego wieku.
Poginęły one podczas zabaw z moimi rówieśnikami... Były to z całą pewnością oszczędności jednej z rodzin żydowskich.
Prawdopodobnie obywateli pochodzenia żydowskiego wywieziono do Getta w Ujeździe.
Słyszałem legendy o znalezionych pożydowskich skarbach na terenie Będkowa, ile w tym było prawdy nie potrafię powiedzieć.
Znajoma opowiedziała także, że do jej dziadków przyszło dwóch mieszkańców Getta z prośbą o przechowanie ich żydowskich wotów z Bóżnicy. Być może ze strachu przed karami grążącymi za ich przechowanie, dziadkowie nie wyrazili zgody.
Być może ktoś z żyjących mieszkańców Będkowa, potrafi rozwinąć ten wątek ???
Subskrybuj:
Posty (Atom)







































