czwartek, 5 listopada 2020

Brzeziny - Cmentarz ewangelicki - Kacper Buldecki - 1 Listopada

     Pod wieczór 1 listopada otrzymałem wiadomość: 

- Andrzejku, za 10 minut będę na cmentarzu ewangelickim w Bukowcu.., napisał Kacper Buldecki z Brzezin.

    Jest tradycją "cmentarników" odwiedzanie cmentarzy ewangelickich w najbliższej okolicy...Do ubiegłego roku również ja objeżdżałem takie nekropolie w Łaznowskiej Woli, Borowej, Zielonej Górze czy też w Brzezinach. Tradycją było zapalenie symbolicznego znicza...Ten rok przyniósł nam Covid-19, jestem w grupie podwyższonego ryzyka, to co mogłem zrobić to zakupić dwie wiązanki chryzantem i kilka zniczy wspomagając zarazem ich sprzedawców.

   Spędziłem z Kacerkiem dobrą godzinę, były to prawdziwe wspominki, jak minął ten rok na cmentarzach...

    Dostałem w następnych dniach sporo zdjęć z cmentarza ewangelickiego w Brzezinach. Można tylko pozazdrościć, zarazem być dumnym, czego dokonał ten młody człowiek. Od 4 lat zajmuje się tym cmentarzem, z zarośniętego, pełnego śmieci obiektu zrobił coś wspaniałego. Ręce same składają się do oklasków! Muszę nadmienić, ze Kacperek zdążył "zaliczyć" dwa tygodnie na cmentarzu w Kołomyi!

    Prezentuję zdjęcia które on wykonał tego 1-szo listopadowego wieczora, piękne!






 








niedziela, 1 listopada 2020

Bukowiec - Cmentarz ewangelicki - 1 listopada

    Dzień wcześniej pisałem o przygotowaniach tegorocznego Święta Wszystkich Świętych. Podobna sytuacja nigdy wcześniej nie miała miejsce, zakazu wstępu na cmentarze. Rozumiem sedno decyzji, nie rozumiem jednego, dlaczego tak późno?! Mój blog nie był i nie nie będzie miejscem dysput politycznych.

    Dzisiaj zaglądałem trzykrotnie na mój cmentarz, nie powiem, widziałem rodziny z dziećmi. Miły widok, bardzo cieszy, że widać młodzież, oto mi zawsze chodziło.

    Miłą niespodzianką była wiadomość, że Kacperek jedzie w kierunku Bukowca, chce zapalić symboliczny znicz, nie pozostało mi nic innego jak wyjść mu na spotkanie. Spędziliśmy na cmentarze dobre trzy kwadranse, jak zwykle przewodnim tematem było sprawy cmentarzy....

   Zrobiłem kilka fotek o zmroku, nie powiem, cmentarz wieczorową porą prezentuje się ładnie.









sobota, 31 października 2020

Bukowiec - Cmentarz ewangelicki - Feralny 1 listopada...

     Dzień 1 listopada dla wszystkich "grobersów" jest tzw. Wigilią. To dzień, kiedy mogą z dumą spojrzeć na wynik prac wykonanych samemu jak i przez ich przyjaciół. Przez długie lata to samo odczuwałem kiedy "dyżurowałem" tego dnia na cmentarzu ewangelickim w Bukowcu. We wrześniu minął rok jak przestałem być jego administratorem...

    W tym okresie wydarzyło się sporo, nie zawsze miłego  dla mnie, kiedy patrzyłem ze smutkiem na zarośnięty cmentarz, nie skoszoną trawę, którą sam zasiałem i  z takim pietyzmem pielęgnowałem...Nie chcę wracać do grudniowych dni ubiegłego roku i show w wykonaniu grupki radnych naszej Gminy... Uschnięte tuje straszyły do połowy lata...

    Ten rok jest bardzo trudny, przede wszystkim ze względu na pandemię, wiem jak trudno w obecnej sytuacji wszystko ogarnąć. Dlatego spokojnie podchodziłem do wyglądu tej nekropolii. Mój stan zdrowia nie pozwala i ryzyko zarażenia Covid-19, na odwiedzenie cmentarzy na których spoczywają moi najbliżsi jak i przyjaciele. Dotyczy to cmentarzy w Bełchatowie, Kleszczowie, Łodzi, czy też w Będkowie. Przeczuwając także, że sytuacja epidemiologiczna wymusi na rządzących decyzję zamknięcia cmentarzy w okolicy 1 listopada, postanowiłem posprzątać dwie kwatery grobowe na "moim" cmentarzu. Chciałem w symboliczny sposób 1 listopada zapalić znicze i położyć kwiaty w imieniu wszystkich mi bliskich.. Tak też się stało i w czwartek pojechałem, oczyściłem grób malutkiej Katarzynki. Grób który ma dla mnie niezwykle duże znaczenie..



     Schowany głęboko w ziemi, przełamany.. , potrzebowałem naprawdę dużo samozaparcia, spawając robiąc pierwszy raz w życiu lastryko, malując napisy... Byłem bardzo dumny z efektów mojej pracy. 


     Także ten tragiczny moment, kiedy z powodu zapalenia zniczy przez 14 uczniów z Koła Historycznego przy Szkole Podstawowej w Bukowcu, właśnie przy tym grobie, zostałem oskarżony, że "ZNIEMACZAM POLSKIE DZIECI". Podobno czas goi rany, nie w tym przypadku, boli, boli, boli...


   Prezentuję kilka fotek, jak wygląda obecnie cmentarz. Nie jest tak źle, pracownicy Zakładu Usług Komunalnych w Brójcach, bodajże w początkach września, skosili trawę, zrobili ogólne porządki. Szkoda, że same groby są zarośnięte chwastami, na szczęście jesienne liście z drzew rosnących na cmentarzu przykryły w części ten przykry widok...Żadna firma nie wypielęgnuje grobów tak, jak osoby które czują to powołanie, do tej pracy trzeba podchodzić z sercem...



























czwartek, 1 października 2020

Zielona Góra - Grünberg - Gmina Andrespol - Otto Heike - 150 Jahre Schwabensiedlungen in Polen 1795-1945 - cz.1

 

     Zielona Góra, proszę nie mylić z tą przy zachodniej granicy. Malownicza wieś która w ostatnim czasie przechodziła rewolucję... Zapomniana przez wszystkich, przede wszystkich prze Gminę Koluszki, szczęśliwie po referendum i aktywnym udziale mieszkańców przeszła do Gminy Andrespol, zasobnej, z dobrym gospodarzem. Minęło kilka miesięcy i widać jak wiele zrobiono! Gratulacje!

     Ale nie o tym chcę napisać. Bardzo podobne losy spotkały mój Bukowiec i Zieloną Górę. Malutka, zaledwie rok różnicy powstania - lata 1803- 1804. Zielona Góra była zdecydowanie mniejszą wsią, jednak ładniej położoną. Piękne lasy położone wzdłuż rzeki Miazgi, rzeki która stanowi granicę pomiędzy obu wsiami. 

     Przez Zieloną Górę przejeżdżam bardzo często, czy to jadać na grzyby, czy też na spacery z pieskami. Niewiele śladów pozostało po Grünberg, bo tak się nazywała do 1945 roku. Boleję bardzo, kiedy przejeżdżam koło cmentarzyka ewangelickiego, cmentarzyka całkowicie zdewastowanego, zaniedbanego.... Planowałem zabrać się za jego renowację, jednak siły, wiek i choroby zrewidowały moje plany...

    Jednak widząc coraz to nowe domy, liczę bardzo, że znajdzie się ktoś, kto ulituje się nad pamięcią o wsi, która ma swoją piękną historię. Dlatego zabrałem się do tłumaczenia bardzo ciekawej książki Otto Heike "150 Jahre Schwabensiedlungen in Polen 1795-1945". Na 4 stronach maszynopisu, jest zamieszczony rys powstania Zielonej Góry, liczę, że ten krótki materiał przybliży nowym mieszkańcom historię  miejsca w którym przyszło im mieszkać.

     W 1805 r., kiedy państwo pruskie borykało się już z wielkimi trudnościami wynikającymi z polityki Napoleona, rozpoczęto przygotowania do założenia kolonii Grünberg (Zielona Góra) w sąsiedztwie Königsbach (Bukowiec). Jesienią 1804 r. przybyła tu grupa 14 osadników, którzy wcześniej osiedlili się w kolonii Neu-Württemberg (Tkaczewska Góra), ale porzucili swoje stanowiska z powodu słabej gleby. Spośród 14 Szwabów z Wirtembergii sześciu ponownie odmówiło osiedlenia się na przewidzianym tu miejscu. Ośmiu jednak zgodziło się na miejsce na północnym brzegu małej rzeki Miazgi. Na południowym brzegu znajdowała się kolonia Königsbach, która była już w budowie. 


    W przeciwieństwie do Königsbach, które nadal należało do Wydziału Izby Kaliskiej, tereny na północ od Miazgi znajdowały się już w obrębie Izby Warszawskiej. W dniu 14 listopada 1804 r. Intendent Moritz z Łaznowa zgłosił przybycie osadników do Izby Warszawskiej. Prawdopodobnie ze względu na zaawansowaną porę roku Moritz z własnej inicjatywy rozpoczął rozmieszczanie ośmiu osadników i zażądał przyznania im przydziałów na namioty i szałasy, ponieważ obiecano im jeszcze stare warunki osiedlenia w Neu-Württemberg. Środek Intendenta Moritza został ostatecznie zatwierdzony przez izbę. Przybysze musieli najpierw zbudować szałasy awaryjne na terenie leśnym przeznaczonym pod ich nową osadę, aby uchronić się przed nadchodzącą zimą. Prace geodezyjne na osiedlu przebiegały szybko. Już 14 stycznia 1805 r. kierujący badaniami konduktor Redtel donosił, że wzdłuż rzeczki Miazgi zbadano 6 placów (jeden o powierzchni 50 akrów, pozostałe pięć po 45 akrów) oraz 2 place wzdłuż drogi z Kurowic do Gałkowa o powierzchni 60 akrów każdy. Gleba na Miazdze się dobra, było tu też sporo łąk, natomiast glebę na drodze do Kurowic określono jako mierną. W maju 1805 r. powstał kolejny folwark o powierzchni 67 akrów. Pierwszymi osadnikami na tych nowych miejscach w Grünberg byli:



    Im Jahre 1805, als der preußische Staat infolge der Politik Napoleons bereits mit großen Schwierigkeiten zu kämpfen hatte, wurden die Vorbereitungen für die Anlage der an Königsbach angrenzenden Kolonie Grünberg begonnen. Im Herbst 1804 traf hier eine Gruppe von 14 Siedlern ein, die bereits in der Kolonie Neu-Württemberg (Tkaczewska Góra) angesetzt waren, aber ihre Stellen wegen des schlechten Bodens aufgegeben hatten. Von den 14 Schwaben aus  Neu-Württemberg lehnten es aber sechs wiederum ab, auf dem hier vorgesehenen Gelände zu siedeln. Acht jedoch erklärten sich mit dem am Nordufer des Flüßchens Miazga gelengen Gelände einverstanden. Am Südufer erstreckte sich die bereits im Aufbau befindliche Kolonie Königsbach. 


   Zum Unterschied von Königsbach, das noch zum Kalischer Kammerdepartement gehörte, lag das Gebiet nördlich der Miazga bereits im Bereich der Warschauer Kammer. Am 14 November 1804 berichtete der Intendant Moritz aus Łaznów der Warschauer Kammer von der Ankunft der Siedler. Wohl wegen der vorgerückten Jahreszeit leitete Moritz die Ansetzung der acht Siedler zunächst aus eigener Machtvollkommenheit ein und beantragte się der Bewilligung von Zehr- und Hüttengeldern, da ihnen in  Neu-Württemberg noch die alten Siedlungsbedingungen zugesagt worden waren. Die Maßnahme des Intendanten Moritz wurde schließlich von der Kammer gebilligt. Die Ankömmlinge mußten in dem für ihre neue Siedlung vorgesehenen Waldgelände zunächst Nothütten bauen, um vor dem hereinbrechenden Winter geschützt zu sein. Die Vermessung der Siedlung ging schnell vonstatten. Schon am 14 januar 1805 berichtet der mit der Vermessung beauftragte Kondukteur Redtel, daß entlang dem Flüßchen Miazga 6 Stellen (eine mit 50 Morgen, die weiteren fünf mit je 45 Morgen) und 2 Stellen am Wege von Kurowice nach Galkow zu je 60 Morgen vermessen würden. Der Boden an der Miazga się gut, auch gebe es hier viel Wiesenland, während der Boden am wege nach Kurowice als mittelmäßig bezeichnet wurde. Im Mai 1805 wurde noch eine weitere Bauernstelle von 67 Morgen geschaffen. Die an diesen neuen Stellen in  Grünberg angesetzten ersten Siedler waren:







środa, 30 września 2020

Friedhöfe und Ehrenmale - Elbing - Cmentarze i miejsca pamięci - Elbląg - Cmentarz ewangelicki - Żydowski - Pomnik

     W jednym z wielu egzemplarzy ELBINGER NACHRICHTEN, Heimatzeitung für Staft - und Landkreis Elbing z listopada 1994 roku (Numer 777/44) znalazłem na stronie trzeciej bardzo ciekawy artykuł dotyczący nekropolii w Elblągu. Przetłumaczyłem ten tekst, gdyż wydał mi się interesujący dla grup zajmujących się porządkowaniem cmentarzy ewangelickich.

 


 

 

                  Ku pamięci zmarłych mieszkańców Elbląga

                           Cmentarze i miejsca pamięci. 


                  Den Elbinger Toten zum Gedächtnis. Friedhöfe und Ehrenmale)


    Na starych cmentarzach miasta Elbląga nie ma prawie żadnych niemieckich grobów. Zostały splądrowane wkrótce po 1945 roku. Część cmentarzy zostało zrównanych z ziemią, albo nadal są opuszczone i czekają na projekt odpowiedni dla uporządkowania cmentarza. Cmentarz Św. Anny (St. Annenfriedhof) i cmentarz Św. Marii (St. Marienfriedhof) stały się parkami, podobnie jak stary cmentarz Johannisfriedhof, i to samo dotyczy cmentarza północnego, na którym teraz znajduje się rynek. Inny cmentarz (Leichnamsfriedhof ) został częściowo zrównany z ziemią, jak również został przecięty przez budowę drogi. Podczas układania kabli, były wykopane rowy, następnie ponownie zasypane. 

     Na cmentarzu żydowskim rosną duże drzewa, ale nikt nie wie jak dawno zostały posadzone.

      Cmentarze na Pangritzkolonie i Johannstrasse zostały ponownie zajęte i powiększone, niektóre z nich są  ledwo rozpoznawalne, a te na Hindenburgstrasse nie są pielęgnowane, ani wyrównane, niektóre groby rozbito.

      Pomnik wojenny na Ludendorffhöhe jako tytuł książki "Elbląg miasto żołnierzy". Truso-Verlag, Münster?Westf.
      Oprócz małego rosyjskiego cmentarza wojennego na przeciwko Johannplatz, nikt nie wie, gdzie sa polegli z walk o Elbląg z 1945 roku. Pojedyncze mogiły są znane na terenie miasta, ale nie zostały udokumentowane.

     W parku (Lustgarten) naprzeciw komendy policji znajdował się pomnik ku czci poległych w latach 1870/71. Ten pomnik już nie istnieje.

 

Elbląg 1994. Pomnik wojenny poległych w I Wojnie Światowej  1914-18 na Gänseberg z pozostałościami pomnika w kierunku Dębicy (Dambitzen).

 

      Po I Wojnie Światowej, po wielokrotnych prośbach ludności, wzniesiono centralny pomnik na wschód od miasta na wzgórzu (Gänseberg). Ta 90-metrowa góra, niezamieszkała, była nadal częścią obszaru miejskiego, została w tym czasie nazwana na cześć generała Hindenburga dowodzącego w bitwie pod Tannenbergiem jego imieniem. Nowa nazwa szybko się przyjęła, nie zastępując starej nazwy góry. Kamień węgielny wmurowano 28 sierpnia 1937 roku w ramach obchodów rocznicy Elbląga. Burmistrz i dowódca elbląskiej dywizji złożyli wspólnie wieńce. Rok później pomnik zbudowany przez architekta Lüchauera widoczny z daleka ze wszystkich stron.

 

 

Elbląg 1994. Pomnik wojenny poległych w I Wojnie Światowej  1914-18 na Gänseberg z zewnętrznym murem.

      Pomnik został wysadzony w powietrze w 1945 roku,. Podobnie jak pamiątkowy kamień na cześć 2 pułku artylerii polowej Zachodnich Prus (36) na dziedzińcu koszar hanzeatyckich  przy ul. Królewieckiej (Königsbergerstraße). Na Gänsebergu pozostały wspomnienia po wyniosłym pomniku w postaci dużych kamieni i pozostałości betonu, a także zniszczonej, ale w dużej mierze zachowanej ściany zewnętrznej.






.

czwartek, 10 września 2020

Facebook - Irena Szydłowska - Konin - Judaika - Mord - Kościół - Pogrzeb

 


    Znalezione na Facebooku:

NA POGRZEBIE MOJEJ BABCI NIE BYŁO KSIĘDZA
Nie było go, bo moja babcia, Irena Szydłowska z domu Lewandowska, tuż przez swoją śmiercią powiedziała patrząc na mnie z łagodnym uśmiechem, że jeśli z zaświatów zobaczy jakiegoś klechę obok swojej trumny to zamieni się w demona i będzie nas straszyć przez kolejne 10 lat.
Stało się tak jak chciała. Kilka dni później babcia zmarła i pochowaliśmy ją na suwalskim cmentarzu, zgodnie z jej wolą bez udziału księdza. Nad grobem pożegnała ją grupa przyjaciół i bliskiej rodzin, nie było modlitw i śpiewów. W prószącym śniegu, na skraju lasu, w zupełnej ciszy trębacz grał ulubione melodie babci Ireny...
Brak księdza na pogrzebie to nie była fanaberia, Irena mimo że była ciężko chora wiedziała co robi. Dlaczego tak postąpiła? Bo przedstawiciele kościoła skrzywdzili jedną z najbliższych jej osób, jeśli chcecie się Państwo dowiedzieć jak do tego doszło to posłuchajcie tej historii.




Mała Irka urodziła się w katolickiej rodzinie 27 maja 1925 roku, jej ojciec a mój pradziadek Franciszek Lewandowski, był właścicielem nowoczesnego młyna motorowego, który znajduje się do dzisiaj przy skrzyżowaniu ulicy Poznańskiej i Kleczewskiej w Koninie. Franciszek był światłym człowiekiem, wynalazcą i podróżnikiem.
Młyn wybudował za pieniądze, które zarobił w USA na początku XX wieku, gdzie pracując w fabryce Singera przy 149 Broadway w Nowym Jorku przez wiele lat był szefem jednego z działów udoskonalających i projektujących nowe urządzenia.
Do Polski wrócił przywożąc ze sobą sporą fortunę i przekonanie, że wszyscy ludzie są równi i mają równe prawa. W takim duchu starał się wychowywać swoje dzieci.
Może to te ideały wpojone małej Irence sprawiły, że gdy mając siedem lat poszła do szkoły powszechnej usiadła w jednej ławce z Żydówką. Od tej chwili dziewczynki stały się nierozłączne, przez kolejne lata spędzały ze sobą każdą wolną chwilę i wspierały się w nauce.
Gdy w połowie lat 30- tych w Koninie nasiliły się prześladowania Żydów przez polskich narodowców, a w szkołach zaczęły pojawiać getta ławkowe jeden z nauczycieli próbował rozdzielić dziewczynki. Pewnego dnia oświadczył, że dzieci żydowskie od teraz będą zajmowały ostatnie ławki, Irenę jako córkę szanowanego polskiego przedsiębiorcy przesadził do pierwszej ławki. To wtedy mała Irenka zaprotestował po raz pierwszy, mimo sprzeciwu nauczyciela zebrała swoje książki i bez słowa usiadła w ostatniej ławce razem ze swoją żydowską przyjaciółką.
Za swoją przyjaźń dziewczyny płaciły wysoką cenę, były wyśmiewane, popychane i przezywane, w Wielkopolsce narastał terror narodowców, którzy niszczyli żydowskie stragany, rozbijali szyby w żydowskich sklepach i atakowali żydowskie dzieci i samotne dziewczyny oblewając je cuchnącymi substancjami.
W 1939 roku, gdy dziewczynki miały 14 lat, wybuchła wojna. Niemcy wjechali do Konina i sąsiednich miasteczek na rowerach, zajmowali kolejne urzędy często bez jednego wystrzału. Żydów poniżali dla zabawy, często bijąc i upokarzając zaganiali ich do bezsensownych prac, które miały ich poniżyć. W tych działaniach wspierały ich osoby narodowości niemieckiej mieszkające w Wielkopolsce, czasem polscy narodowcy.
Szkoły zostały zamknięte, a przyjaciółki zostały rozdzielone, gdy Niemcy utworzyli getta dla Żydów. Młyn motorowy wybudowany kilkanaście lat wcześniej przez mojego pradziadka został zarekwirowany przez okupantów, a jego właściciel zredukowany do pozycji robotnika, pozwolono jednak rodzinie Lewandowskich zostać w jednym z pomieszczeń.
Znając rozkład przedsiębiorstwa i wszystkie przejścia Irena przez kolejne dwa lata dostarczała co tydzień worek mąki i chleba rodzinie swojej żydowskiej przyjaciółki.
Jednak w październiku 1941 roku naziści przystąpili do całkowitej likwidacji gett w Koninie i okolicach. Gdy 16 letnia Irena kolejny raz poszła zanieść worek chleba, zobaczyła scenę której nie zapomni do końca życia.
Niemcy zebrali na placu wszystkich Żydów i zapowiedzieli im, że zostaną wywiezieni do innego kraju, w którym będą mogli mieszkać i spokojnie żyć. Przed wyjazdem nakazali jednak wniesienie opłaty za każdą osobę oraz przekazanie do depozytu wszelkich kosztowności.
Przez wiele godzin setkom ludzi kazano stać na małym placu, naziści zabronili podawać im wodę i jedzenie, ogłosili że każdy Polak który poda im pożywienie zostanie na miejscu rozstrzelany.
Gdy zaczęło się ściemniać Irena zdecydował się wejść i podać swojej przyjaciółce worek z chlebem. Trzęsąc się cała minęła jednego z Niemców i podała pożywienie swojej przyjaciółce. Gdy to zrobiła Niemiec podniósł karabin i wycelował lufę w jej kierunku, przygotowując się do oddania strzału, po chwil jednak opuścił broń i ruchem ręki kazał jej się oddalić.
To był ostatni moment, w którym moja babcia widziała swoją najlepszą przyjaciółkę, nigdy więcej nie dowiedziała się niczego o jej losie i losie jej rodziny.
O tym co stało się z Żydami z Konina opowiedział potem jeden z Polaków, Mieczysław Sękiewicz, lekarz weterynarii z tego miasta:
„W połowie listopada 1941 roku, o czwartej nad ranem, do mojej celi
w więzieniu przyszli gestapowcy i kazali mi przygotować się do wyjazdu. Skuli mnie kajdankami i wsadzili do samochodu osobowego, w którym dostrzegłem również kilku innych kolegów z więzienia, towarzyszy niedoli. Siedzieli z tyłu samochodu, ręce i nogi mieli skute kajdanami. […] Usiadłem obok nich,
a gestapowcy również i mnie skuli nogi. Wsiedli do samochodu i odjechaliśmy. […] Za Kazimierzem Biskupim [8 km od Konina], kiedy wjechaliśmy do lasu, samochód skręcił w dróżkę leśną. […] W poprzek polany wykopano tam dwa doły. Pierwszy, znajdujący się bliżej dróżki, miał około ośmiu metrów długości
i sześciu szerokości, był głęboki na jakieś dwa metry. Po drugiej stronie polany, niemal równolegle do niego, znajdował się drugi dół, tej samej głębokości, długi na piętnaście metrów i szeroki na sześć. Pomiędzy dołami była wolna przestrzeń. […] Wokół polany […] stali lub siedzieli Żydzi. […] Nie potrafię powiedzieć, ilu ich było, częściowo zasłaniały ich drzewa. […]
W tłumie znajdowali się mężczyźni, kobiety i dzieci, również matki z dziećmi
na rękach. Nie wiem, czy byli to polscy Żydzi. Później powiedziano mi,
że pochodzili z Zagórowa [wioski położonej 25 km w dół biegu rzeki od Konina]. Rozpoznałem między nimi krawca i kupca z Konina, ale nie znam ich nazwisk. Ścieżki i polany pełne były Niemców. Poza nami trzema, przywiezionymi
z Konina, było tam również około trzydziestu innych Polaków. Nie wiem, skąd pochodzili. Na dnie większego dołu widziałem warstwę wapna. Nie wiem jak grubą. W mniejszym dole nie było wapna. Gestapowcy ostrzegli nas, że las
jest otoczony i dobrze pilnowany i jeśli spróbujemy uciec, to dostaniemy kulę
w łeb. Następnie kazali zgromadzonym Żydom zdjąć ubrania – najpierw tym, którzy znajdowali się przy większym dole. Potem kazali do niego wskakiwać rozebranym do naga ludziom. Brak mi słów, aby opisać rozlegające się jęki
i płacz. Niektórzy wskakiwali do dołu bez rozkazu; inni opierali się i byli bici
przez Niemców, po czym spychani do dołu. Niektóre matki wskakiwały do środka trzymając na rękach dzieci, niektóre wrzucały dzieci, inne odrzucały je na bok. Jeszcze inne spychały dzieci do dołu i wskakiwały za nimi. Kilka kobiet pełzało po ziemi, całując buty gestapowców i kolby ich karabinów. Kazano nam wejść między Żydów i zebrać odzież i buty. Kiedy zobaczyliśmy, że do stosu,
na który układaliśmy zegarki, pierścionki i inne kosztowności, podchodzili Niemcy i napychali sobie nimi kieszenie, zaczęliśmy odrzucać cenniejsze przedmioty
w głąb lasu.
W pewnym momencie Niemcy kazali Żydom przestać się rozbierać, dół był
już pełny. Było w nim widać jedynie ciasno upakowane głowy. Stojący
na zewnątrz Żydzi, którzy już się rozebrali, zostali popchnięci na głowy znajdujących się w dole. Cały czas zbieraliśmy ubrania, buty, pakunki, żywność, koce i inne rzeczy. Trwało to aż do południa, kiedy przyjechała ciężarówka
i zatrzymała się na dróżce przy polanie. Na ciężarówce znajdowały się cztery beczkowate pojemniki. Niemcy uruchomili mały silnik – była to zapewne pompa – i podłączyli wężami do jednego z pojemników, a dwóch żołnierzy przeciągnęło inne węże od pompy do dołu pełnego ludzi. Pompa zaczęła pracować
i gestapowcy polewali znajdujących się w dole ludzi wydobywającym się z węży płynem, była to chyba zwykła woda. Wąż podłączano po kolei do pozostałych pojemników. Wapno w dole zaczęło się lasować i ludzi po prostu gotowano żywcem. Krzyki były tak przeraźliwe, że zatykaliśmy sobie uszy leżącymi na stosie fragmentami ubrań. Oprócz cierpiących w dole, krzyczeli również Żydzi znajdujący się na zewnątrz i oczekujący na własną zagładę. Trwało to ze dwie godziny, może dłużej. Kiedy zrobiło się ciemno, poprowadzono nas do drogi,
na skraj lasu.
Dostaliśmy kawę i po ćwierć bochenka chleba każdy. Wzdłuż linii lasu stało sześć lub siedem ciężarówek okrytych plandekami. Stłoczono nas wewnątrz nich, tak że leżeliśmy koło siebie twarzami w dół i nie mogliśmy się ruszyć. Kazano nam spać w tej pozycji. Słyszałem jeszcze cały czas krzyki, ale byłem tak zmęczony, że szybko zapadłem w sen. Rano Niemcy kazali nam przysypać większy dół ziemią. Powierzchnia dołu wyglądała, jakby przysypano ją pyłem. Masa ciał ludzkich pod spodem skurczyła się i zapadła w głąb. Ciała były upakowane tak ciasno, że wyglądały jakby stały, jedynie głowy zwieszały
się w różne strony. Nie zdążyliśmy zasypać dołu dokładnie, miejscami spod ziemi wystawały ręce, ale przyjechały ciężarówki i kazano nam ładować
na nie zebrane na stosach rzeczy – oddzielnie ubrania, buty i wszystkie inne przedmioty."
Kilka dni po likwidacji i wymordowaniu wszystkich Żydów z Konina, moja babcia mając 16 lat poszła razem z rodzicami na niedzielne nabożeństwo do kościoła.
Rodzina Lewandowskich siedziała zawsze w jednej z pierwszych ławek. Był słoneczny ale mroźny dzień, słońce wpadało przez okna do świątyni.
Ksiądz który prowadził mszę przemówił do wiernych nawiązując do wywiezienia Żydów. Mówił najpierw, że stała się rzecz straszna i tragiczna, że tysiące ludzi musiało opuścić swoje domy ..a potem stwierdził, że ta sytuacja ma jednak swoje dobre strony. Że Żydzi sami sobie byli winni, że to co ich spotkało jest karą za ukrzyżowanie Jezusa. Że Niemcy wiedzą co robią, i że w końcu kraj oczyści się z żydostwa.
Moja babcia po tych słowach wstała, wyszła z ławki i podeszła do księdza wchodząc na ołtarz, ludzie zgromadzeni w świątyni zamarli. Szesnastoletnia dziewczyna przez długi czas w zupełnej ciszy patrzyła mu prosto w oczy. Potem odwróciła się i powoli wyszła z kościoła, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi.
Nigdy już do kościoła nie wróciła.
Pamiętając o doświadczeniach moich dziadków, kilka lat temu zainicjowałem uruchomienie instytucji o nazwie
Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych
, jeśli Państwo jej nie znacie kliknijcie w link.
Rafał Gaweł

poniedziałek, 7 września 2020

Studzianna - Opoczyńskie - Kapliczki - Grzybobranie

    Niedziela, 6 września, krótko po 5 rano wyruszamy z Krzysiem na podbój opoczyńskich lasów. Cel oczywisty, grzyby, grzyby, grzyby! Pogoda nie rozpieszcza, cała drogę siąpi drobny deszczyk, u celu nie lepiej, zmoknięci, uflagani po pachy znajdujemy kilkadziesiąt przepięknych prawdziwków! Koniec grzybobrania? -  a gdzież tam, Polak nigdy nie będzie syty! Postanowiliśmy poszukać nowych miejsc, samochodów z grzybiarzami coraz więcej, zrobiło się ciasno, wszędzie ich widać i słychać! W pewnym momencie zatrzymałem się, oczom moim ukazała się w środku lasu piękna budowla, kaplica z 1874 roku gdzie jest napis, że fundatorzy Jan Kowalczyk i Michał Kozłowski proszą o modlitwę z datą 16 lutego 1974 roku. W środku wota, stare obrazy. Przy następnej wizycie dostarczę sporo podobnych rzeczy z mojej kolekcji, myślę, że to właściwe miejsce.


Zaledwie 300 metrów dalej następne cudo, kapliczka z 1892 roku! Ci sami fundatorzy również proszą o modlitwy. Szukają materiałów w tym temacie, znalazłem ciekawy artykuł w Dzienniku Łódzkim z dnia 10 maja ubiegłego roku.

    "Opoczyńscy policjanci wyjaśniają okoliczności zdarzenia, w którym kierujący bmw 
wjechał w zabytkową kapliczkę. Policja ustala, kto był kierowcą samochodu.O wielkim
szczęściu mogą mówić mężczyźni, którzy wjechali bmw w przydrożną kapliczkę 
w Studziannie. Budowla niemal całkowicie przygniotła przód samochodu. 
Na szczęście kierowcy i pasażerowi nic poważnego się nie stało.Dyżurny opoczyńskiej 
policji 10 maja o godzinie 6.50 otrzymał informację, że w miejscowości Studzianna 
na drodze powiatowej, bmw wjechało w przydrożną kapliczkę".....


10 maj 2019 - Opoczyńscy policjanci wyjaśniają okoliczności zdarzenia, w którym kierujący bmw 
wjechał w zabytkową kapliczkę. Policja ustala, kto był ...








 Wyjeżdżając z lasu po kilometrze wśród pól oczom moim ukazała się trzecia kapliczka, z 1912 roku, równie piękna!


Jak na wstępie wspomniałem, byliśmy na grzybach, obrodziło! Na zdjęciu poniżej tylko mała część naszych zdobyczy! Udany dzień, tym bardziej, że wyszło słoneczko i nasze przemoknięte ubrania bardzo szybko na nas wyschły!