niedziela, 8 lutego 2026

Kuba - Miszka - Karl - Przyjaźń - Opowiadanie - Der Heimatbote - 9/1958 - cz.1

 

                                                       WIDZISZ, „KUBA!

                                                   (Żal przyszedł za późno)

                                               Opowiadanie Erharda Wittka

Karl Witt był jedynym synem zarządcy majątku, Leo Kwiatkowski był najstarszym synem kowala, a Mischka Madojewska była jedną z wielu córek woźnicy pani właścicielki. Trójka dzieci urodziła się w tym samym roku i od trzeciego roku życia bawiła się razem w okazałym parku, na ogromnym podwórzu majątku lub w stajniach, stodołach i szopach.

Kiedy poszły do szkoły, Karl Witt osiągał zdecydowanie najlepsze wyniki, mimo że w domu był tylko z ojcem – matka zginęła w wypadku, gdy miał trzy lata – mówił tylko po niemiecku. Dlatego Karl musiał pomagać pozostałej dwójce w odrabianiu zadań domowych, kiedy mieli ochotę je wykonać lub kiedy matka Mischki, która była bardzo ambitna, zmuszała córkę do pokonywania nieskończonych trudności polskiej gramatyki i ortografii. W przeciwnym razie to Mischka decydowała, co będą robić: łapać raki pod pniami wierzb nad jeziorem, rozbierać gniazda ptaków lub bawić się w klipę. Czasami, gdy wracali ze szkoły, jakiś chłopiec z wioski chciał do nich dołączyć, ale Mischka miała dość swoich dwóch towarzyszy i wyśmiewała się z nachalnego chłopca tak długo, aż ten, w zależności od usposobienia, odchodził od nich, przeklinając, milcząc lub płacząc. Zdarzało się wtedy, że odrzucony chłopiec, jeśli był Polakiem, wyrzucał Mischce, że bawi się z deutsche, czyli Niemcem. Nie wynikało to z nienawiści narodowej, jak widać – gdyby Mischka dopuściła Staśka lub Władzia, udział Karla Witta w ich zabawach byłby jej całkowicie obojętny, a nawet prawdopodobnie bardzo pożądany, ponieważ Karl był najsilniejszy w swojej klasie, a jego przyjaźń była bardzo pożądana. Ale Mischka nie rozumiała żartów w takich przypadkach. Powiedziała: „Zbij go, Karl!” i Karl go zbił. Kiedy ten drugi odszedł z płaczem, powiedziała wyniośle: „Widzisz, Kuba!”,

W ten sposób sprawa została załatwiona, a nasza trójka mogła ponownie zająć się kwestią, jak najlepiej przywiązać kulkę papieru gazetowego do ogona grubego kota kucharki. Karl zdobył gazetę, ponieważ był członkiem grupy, który potrafił ją zdobyć, ponieważ zarządca majątku prenumerował „Kujawskie Wieści” i dlatego był uważany przez mieszkańców majątku, wsi, a nawet przez panów za pół-intelektualistę. Karl zdobył więc gazetę, Leo sznurek, a Mischka zapałki, ponieważ oczywiście chcieli podpalić gazetę. Ale koty mają pazury. Pazury miał również kot kucharki, który dwukrotnie podrapał rozgorączkowanego Leo, który miał go trzymać, pozostawiając pięć czerwonych śladów na grzbiecie dłoni, po czym wymknął się na zewnątrz między nogami stolarza, który wracał do swojego warsztatu. Stary Michałek jednak jednym spojrzeniem zrozumiał, co zamierzali zrobić, zamknął drzwi i spokojnie złapał jednego po drugim trzech grzeszników, aby ich spokojnie i stanowczo skopać. Po egzekucji schronili się z płaczem na strychu i knuli plany zemsty, ponieważ tym razem Michałek powiedział „Widzisz, Kuba!”, kiedy otworzył drzwi i ich wypuścił.

Kiedy trójka miała po dwanaście lat, trzy dni przed Wigilią, jak co roku zimą, wybiegli na zamarznięty jezioro, ale tym razem Karl Witt wpadł pod lód. Młodzież z wioski pobiegła do domu z krzykiem ze strachu, a nawet Leo chciał uciec w pierwszym odruchu, ale Mischka podczołgała się na brzuchu do dziury, w której miotał się Karl, krzyknęła do Leo, żeby trzymał ją za nogi, a następnie wyciągnął tonącego za włosy na lód tak daleko, że nie miał już nosa w wodzie. W tej pozycji cała trójka zamarzłaby, gdyby przypadkiem łaskawa pani nie przejeżdżała saniami wzdłuż brzegu jeziora. Kazała się zatrzymać, wskazała staremu Madajewskiemu drabinę przeciwpożarową przy jednym z domów wiejskich, a następnie stojąc w saniach, wydawała polecenia z lądu, jak ma on przesunąć drabinę po lodzie. Kiedy woźnica przywiózł trzech biednych grzeszników, Leo i Mischka otrzymali od łaskawej pani po jednym ręcznie wykonanym policzku, a Karl dwa, ponieważ się załamał. Następnie zabrała całą trójkę do sań, nakryła ich kocami, pojechała z powrotem do majątku, dostarczyła ich do ciepłej kuchni i zadbała o to, aby otrzymali suche ubrania i zostali ukarani przez swoich ojców. Tym razem Mischka wypadła najgorzej, ponieważ miała tylko jedną parę spodni, a ta wisiała do wyschnięcia na piecu. Łaskawa pani stała obok i powiedziała – ona też wiedziała, co należy – „Widzisz, Kuba!” (Słowo to obiegło całą wioskę, a stary Kasprowicz, gdy o tym usłyszał, podrapał się po brudnej głowie i powiedział z uśmiechem: „Psia krew, nasza łaskawa pani! Ona jeszcze pamięta!”. I pomyślał o czasach, kiedy miał trzy, sześć i osiem lat – bawił się z panią w stajniach i w parku i mówił z nią bardziej po polsku niż po niemiecku).

                                                     Ognista i cicha miłość.

Miszka, Leo i Karl byli więc sercem i duszą, i pozostali nimi, aż obaj chłopcy stali się młodymi mężczyznami i w niedziele zaczęli nosić długie spodnie zamiast półdługich, które nadal nosili w dni powszednie. Mischka, ognista mała łobuziara, bawiła się tym, że raz faworyzowała jednego, a raz drugiego ze swoich dwóch przyjaciół i podsycała zrzędliwą, dziwnie bezradną zazdrość wielkiego, zamyślonego Karla Witta lub migotliwą nieopanowaną naturę czarnowłosego, sprężystego i szybkiego Leo, ale była też na tyle dobroduszna, że godziła swoich dwóch przyjaciół z dzieciństwa ciepłym słowem, błagalnym spojrzeniem swoich okrągłych, ciemnych oczu, zanim doszło do prawdziwej wrogości.

Leo Kwiatkowski dojrzewał znacznie szybciej niż dobroduszny, ociężały fizycznie i bardzo dokładny młody Witt, aż w końcu uspokajające słowa Mischki, która z każdym miesiącem stawała się coraz ładniejsza i pulchniejsza, przestały wystarczać, Leo, który od siedemnastego roku życia ścigał ją swoim jawnym, płonącym pożądaniem, które jednak nie miało w sobie nic odrażającego, ale wynikało z porywającego temperamentu szlachetnego ciała i jego niewinnej zmysłowości, nieograniczanej żadną wykształconą duchowością. Diabeł mógł wiedzieć, skąd ten piękny chłopiec czerpał swoje jasne gesty, swoją śmiałą, ale nigdy nachalną zuchwałość i beztroską naturę – diabeł i być może także pan von Legowski, właściciel majątku rycerskiego Moja Wola na drugim brzegu jeziora. Wszyscy młodsi bracia i siostry Leo nie byli do niego w najmniejszym stopniu podobni, byli grzecznymi, niezdarnymi, pokornymi dziećmi robotników, a Leo gardził nimi i wszystkimi synami i córkami dziedziców i chłopów jako głupimi wiejskimi prostakami. Jedynie Karla Witta nie potrafił pogardzać, i to nie tylko z powodu swojej dawnej i nieprzerwanej przyjaźni z nim, ale przynajmniej w równym stopniu z powodu jego z pewnością ociężałej, ale też bardzo spokojnej niezależności.

W swoich zalotach do Mischki Leo był jednocześnie żarliwy i wytrwały, i już niejednokrotnie porwał ją do pocałunku, gdy ta wciąż wyrywała się mu ze śmiechem. Ale on chciał więcej, znacznie więcej. Jednak im bardziej stawał się zuchwały, tym bardziej dziewczyna otwarcie okazywała sympatię Karlowi Wittowi, którego ataków nie musiała się obawiać, i w każdą niedzielę Leo musiał znosić, jeśli w ogóle chciał być z Mischką, że Karl uczestniczył w ich spacerach, które nie prowadziły tylko po wiejskiej drodze. Tak, z gniewnym zdziwieniem zdał sobie sprawę, że w większości jeszcze nieświadomy sposób, w jaki Karl zabiegał o dziewczynę, oddziaływał na niego i czasami wręcz wstydził się swoich zuchwałości, zwłaszcza gdy wydawało mu się, że przyjaciółka patrzy na jego rywala miękkim, rozmarzonym wzrokiem.

                                                            (Ciąg dalszy nastąpi)


                                                WIDZISZ, '"KUBA!

                                           (Die Reue kam zu spät)

Eine Erzählung von Erhard Wittek

Karl Wift war der einzige Sohn des Hofvogts, Leo Kwiatkowski der Alteste des Gutsschmieds und Mischka Madojewska war eine der vielen Töchter des Kutschers der gnädigen Frau. Die drei Kinder waren in demselben Jahr geboren, und von ihrem dritten Lebensjahr an spielten sie zusammen im herrschaftlichen Park, auf dem riesigen Hof des Gutes oder in seinen Ställen, Scheunen und Schuppen.

Als sie in die Schule gingen, kam Karl Witt bei weitem am besten voran, obwohl er doch zu Hause mit seinem Vater - die Mutter war an einem Unglücksfall gestorben, als er drei Jahre alt war - nur deutsch sprach. Darum mußte Karl den beiden anderen bei den Schularbeiten helfen, wenn sie gerade einmal Lust hatten, ihre Aufgaben zu machen, oder wenn Mischkas Mutter, die sehr ehrgeizig war, ihre Tochter zwang, die unendlichen Schwierigkeiten der polnischen Grammatik und Rechtschreibung zu bewältigen. Sonst aber bestimmte Mischka, was sie tun wollten: Krebse unter den Weidenstümpfen am See fangen oder Vogelnester ausnehmen oder Klipp spielen. Manchmal, wenn sie aus der Schule heimgingen, wollte sich ihnen ein Junge aus dem Dorf anschließen, aber Mischka hatte genug an. ihren beiden Gefolgsleuten und verhöhnte den Zudringlichen solange, bis er sich je nach Veranlagung schimpfend oder still oder weinend von ihnen trennte. Dann mochte es vorkommen, daß der Abgewiesene, wenn es ein Pole war, Mischka Vorwürfe machte, weil sie mit einem niemiec, einem Deutschen also, spiele. Das geschah nicht gerade aus Nationalhaß, wie man sieht - denn wenn Mischka den Staschek oder Wadschu zugelassen hätte, so wäre ihm die Teilnahme Karl Witts an ihren Spielen höchst gleichgültig, ja wahrscheinlich sehr erwünscht gewesen, denn Karl war der stärkste in seiner Klasse und seine Freundschaft sehr begehrt. Aber Mischka verstand in solchen Fällen keinen Spaß. Sie sagte: "Verroll ihm, Karl!" und Karl verrollte ihm. Zog dann der andere heulend ab, so sagte sie hochnäsig: "Widzisz, Kuba!" und das hieß: "Siehste, Kuba !

Damit war der Fall erledigt, und unsere Drei konnten sich wieder in aller Eintracht der Frage zuwenden, wie man dem fetten Kater der Köchin am besten ein Knäuel Zeitungspapier an den Schwanz binden könne. Karl besorgte, die Zeitung, denn er war dasjenige Mitglied der Gesellschaft, der eine Zeitung beizubringen vermochte, weil nämlich der Hofvogt den "Kujawischen Boten" hielt und deshalb bei den Gutsleuten, im Dorf und sogar bei der Herrschaft für einen halben Intellektuellen gehalten wurde. Karl also besorgte die Zeitung, Leo. den Bindfaden und Mischka die Streichhölzer, denn natürlich wollten sie das Zeitungspapier anzünden. Aber Katzen haben Krallen. Krallen hatte auch der Kater der Köchin, und mit seinen Krallen zog er dem hitzigen Leo, der ihn festhalten sollte, zweimal ja fünf rote Durchzieher über den Handrücken, bevor er zWischen den Beinen des in seine Werkstatt wieder eintretenden Gutsstellmachers ins Freie entwischte. Der alte Michalek aber sah mit einem Blick, was sie vorgehabt hatten, verschloß die Tür und griff sich in aller Ruhe einen der drei Sünder. nach dem anderen, um ihn mit Ruhe und Nachdruck gründlich zu vertabaken. Sie verkrochen sich nach der Exekution heulend auf den Heuboden und schmiedeten Rachepläne, denn diesmal hatte Michalek "Widzisz, Kuba!" gesagt, als er die Tür aufschloß und sie entließ.

Als die drei zwölf Jahre alt waren, liefen sie - viel zu früh wie in jedem Winter - drei Tage vor Heilig Abend auf das Eis des Sees hinaus, diesmal aber brach Karl Witt ein. Die Dorfjugend lief brüllend vor Schreck nach Hause, und sogar Leo wollte sich in der ersten Angst davonmachen, aber Mischka kroch auf dem Bauch an das Loch heran, in dem Karl herumzappelte, schrie Leo an, er solle sie an den Beinen festhalten und zog dann den Eingebrochenen an den Haaren so weit auf das Eis, daß er die Nase nicht mehr im Wasser hatte. In dieser Stellung wären die drei wohl angefroren, wenn nicht zufällig die gnädige. Frau im Schlitten am Seeufer entlang gefahren wäre. Sie ließ halten, zeigte dem alten, Madajewski eine Feuerleiter an emem der Bauernhäuser und kommandierte dann, in ihrem Schlitten stehend, vom lande aus, wie er die Leiter über das Eis schieben solle. Als der Kutscher die drei armen Sünder anbrachte, bekamen Leo und Mischka von der gnädigen Frau je eine handgefertigte Ohrfeige und Karl zwei, weil er eingebrochen war. Dann nahm sie alle drei in den Schlitten, legte Decken über sie;' fuhr im Karacho nach dem Gut zurück, lieferte sie in der warmen Küche ab, sorgte dafür, daß sie, soweit es nötig war, trockene Kleider bekamen und von ihren Vätern versohlt wurden. Diesmal kam Mischka am schlechtesten dabei weg, denn sie besaß nur ein Paar Hosen und das hing zum Trocknen am Ofen. Die gnädige Frau stand daneben und sagte - auch sie wußte, was sich gehörte - "Widzisz, Kuba!" (Das Wort machte die Runde im ganzen Dorf, und der alte Kasprowicz kratzte sich, als er davon vernahm, seinen dreckigen Kopf und sagte schmunzelnd: "Psia krew, unsere Gneddige! Die weiß noch!" Und er dachte der Zeit, als er drei und sechs und acht Jahre alt - mit der gnädigen Frau in den Ställen und im Park gespielt und mehr polnisch als deutsch mit ihr gesprochen hatte).

                                                     Feurige und stille Liebe.

So waren Mischka, Leo und Karl ein Herz und eine Seele, und sie blieben es, bis die beiden Jungen Männer geworden waren und an den Sonntagen lange Hosen zu tragen begannen statt der halblangen, die sie weiterhin an den Wochentagen trugen. Mischka, das feurige kleine Luder, hatte ihren Spaß daran, einmal den einen und dann wieder den anderen ihrer beiden Freunde zu bevorzugen und die knurrige, seltsam ratlose Eifersucht des großen, versonnenen Karl Witt oder die flackernde Unbeherrschtheit des schwarzhaarigen und wie eine Degenklinge federnd biegsamen, schnellen Leo zu schüren, aber sie war doch auch gutherzig genug, die beiden Jugendfreunde mit einem warm einlenkenden Wort, einem bittenden Blick ihrer runden, dunklen Augen miteinander auszusöhnen, bevor es zu einer wirklichen Verfeindung kam. 

Leo Kwiatkowski wachte viel eher auf als der gutmütige, körperlich schwerfällige und sehr gründliche junge Witt, und schließlich genügten die beruhigenden Worte der mit jedem Monat hübscher und molliger werdenden Mischka nicht mehr, Leo zurückzuhalten, der sie schon von seinem siebzehnten Jahre an mit seiner unverhüllt lodernden Begehrlichkeit verfolgte, die jedoch nichts Abstoßendes an sich hatte, sondern dem hinreißenden Temperament eins edlen Körpers und seiner unschuldigen, von keiner geschulten Geistigkeit im Zaume gehaltenen Sinnlichkeit entstammte. Der Teufel mochte Wissen, woher der schöne Junge seine klaren Gebärden, seine kühne und doch niemals zudringliche Dreistigkeit und sein unbekümmertes Wesen hatte - der Teufel und vielleicht auch Herr von Legowski, der Besitzer des Rittergutes Moja wola am anderen Ufer des Sees. Alle jüngeren Geschwister Leos hatten nicht die geringste Ähnlichkeit mit ihm, waren brave, ungeschickte, demütige Arbeiterkinder, und Leo verachtete sie und, alle Söhne und Töchter der Gutsleute und der Bauern als dumme Dorf tölpel. Nur Karl Witt zu verachten, gelang ihm nicht, und daran war nicht nur seine alte und ungebrochene Freundschaft mit ihm schuld. sondern mindestens ebenso Karls gewiß schwerfällige, aber auch sehr ruhige Selbständigkeit.

Bei seinem Werben um Mischka war Leo zugleich feurig fordernd und beharrlich, und er hatte der sich ihm immer wieder lachend Entwindenden schon manchen Kuß geraubt. Aber er wollte ja mehr, viel mehr. Jedoch das Mädchen hielt sich, je kühner er wurde, immer offener zu Karl Witt, von dem sie solche Attacken nicht zu fürchten brauchte, und Sonntag für Sonntag mußte Leo es dulden, wenn er überhaupt mit Mischka zusammen sein wollte, daß Karl an ihren Spaziergängen teilnahm, die nicht nur über die Dorfstraße führten. Ja, er erkannte mit zorniger Verwunderung, daß Karls großenteils offenbar noch unbewußte Art, um das Mädchen zu werben, auf ihn zurückwirkte und er sich seiner Frechheiten gelegentlich geradezu schämte, besonders, wenn er zu bemerken glaubte, daß die Freundin seinen Nebenbuhler mit weichen, träumerischen Augen anblickte. 

                                                                     (Fortsetzung folgt)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz