Dzisiaj przedstawiamy zakończenie opowiadania Erharda Wittka, w którym główną rolę odgrywają młody Niemiec (Karl), młody Polak (Leo) i dziewczyna Mischka.
Leo próbował wszelkich środków, aby zdobyć Mischkę, i nie miał nic przeciwko obrażaniu i poniżaniu przyjaciela, gdy ten nie był obecny. Wtedy bowiem jego namiętność zagłuszała wszelkie uczucia lojalności wobec przyjaciela.
Cała posiadłość z uśmiechem obserwowała grę trójki młodych ludzi, którzy w swoim zaślepieniu wierzyli, że nikt nie może wiedzieć ani nawet domyślać się, co się w nich dzieje, mimo że padało mnóstwo dobrodusznych lub złośliwych uwag. Jednak pewnego dnia stary Witt powiedział do swojego syna: „Karl, uważaj na Mischkę, Leo nie jest całkiem uczciwy!”, ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że jego powolny syn nie był już dzieckiem, które w nim widział, ponieważ Karl po szybkim spojrzeniu odpowiedział bardzo spokojnie, ale też bardzo stanowczo: „Uważam, ojcze”.
Mischka została w międzyczasie pokojówką u łaskawej pani, miała tam wiele koleżanek w kuchni, ogrodzie, pracowni krawieckiej, które były od niej starsze i od których dzięki instynktownej pewności siebie przyszłej kobiety w krótkim czasie nauczyła się wszystkiego, co jeszcze musiała się nauczyć. Jak większość Polek dbała o czystość ciała i ubrania, a kiedy Leo po raz kolejny – ponieważ nie rezygnował z tego środka – zapytał ją, co widzi w Karlu Wittcie, skoro jest on jednym z tych choleryków, Niemców, a ona przecież nie weźmie Niemca, bo jest na to zbyt dumna, odpowiedziała mu nagle po niemiecku: „Czego chcesz, głupcze? Nie wyjdę za Niemca, sama dobrze wiem, że jestem Polką, nie musisz mi tego mówić. Ale nie wierzę w obelgi pod adresem Niemców i wasze kłamstwa. Znam pana i znam Karla, i są oni lepsi niż wielu Polaków. Więc proszę, proszę się nie odzywać. Nie wyjdę za pana, jest pan dla mnie o wiele za młody. A bez ślubu nic z tego nie będzie, Leo, proszę się nie denerwować”.
Następnie pokazała mu długi nos i zniknęła w drzwiach kuchni, a Leo po raz kolejny nie wiedział, czy powinien traktować jej słowa poważnie, czy nie.
Tragiczny wrzesień
1 września 1939 roku Leo skończył osiemnaście lat, a 1 września rozpoczęła się wojna z Polską. Polak, jak każdy porządny człowiek, kocha swoją ojczyznę, ale podczas gdy mężczyźni wszędzie – przeklinając, bojąc się lub entuzjastycznie – wstępowali do wojska, strach i nienawiść polskiego narodu w wielu miejscach przyniosły straszne skutki. W pełnym pasji Leo, wraz z burzą wojenną, która szybko przetoczyła się przez kraj, narastał niepokój jego niejasnych uczuć, gotowy do fatalnego wybuchu. Kiedy czwartego września grupa maruderów, polskich żołnierzy zdezerterowanych z frontu, wtargnęła do majątku, aby, jak prawie wszyscy, ukryć przed sobą i innymi swoją tchórzliwość wobec wroga i zdradę pozostałych na froncie towarzyszy, popełniając akty przemocy wobec niemieckiej ludności, Leo nie wiedział już, co robi, nie wiedział: czy chce śmierci swojego przyjaciela, czy naprawdę wierzył, że zostanie tylko aresztowany i wywieziony, a tym samym na dłuższy czas zniknie z majątku i z otoczenia Mischki. Kiedy niespodziewanie zapytano go o Niemców, w tej samej chwili krzyknął: „Tam! Ten przy pompie, to jeden z nich!”.
Kiedy ktoś ma broń, a broń jest naładowana i kładzie palec na spuście, broń strzela, nie trzeba prawie nic robić, słychać głośny huk, a z lufy tryska ogień i dym, a wszystko to jest cholernie męskie.
W grupie, która biegła w kierunku młodego Witta, pięciu mężczyzn miało karabiny, a kiedy Karl Witt odwrócił się, aby uciekać, dwóch z nich zatrzymało się, wycelowało i strzeliło, a kiedy pozostali trzej usłyszeli huk, również strzelili, a Leo Kwiatkowski krzyknął w tym samym momencie i nie mógł powstrzymać słów, które zamieniły się w przenikliwy dźwięk śmiertelnego przerażenia, krzyknął triumfalnie: „Widzisz, Kuba!”, swoje stare wołanie nasycone złośliwą radością, a ostatnia sylaba zamieniła się już w pełen lęku jęk, krzyk bolesnej skruchy, i rzucił się, aby chronić Karla, ale było już za późno.
Za późno przyszedł też stary Witt, za późno przyszła też dziewczyna, która z podwieszona spódnicą wybiegła z kuchni przez podwórze. Upadła na kolana obok umierającego, który już stracił przytomność, chwyciła go za rękę, płakała głośno i krzyczała, przeklinając wszystkich, którzy to zrobili: „Święta Matka Boża was ukarze, a nasz Pan Jezus...”.
Strzelcy oddali się, po tym jak oszołomieni, zaniepokojeni i przerażeni zobaczyli, co zrobili. Najpierw odszedł jeden, potem drugi, potem kolejni, aż w końcu wszyscy. Wtedy jeden z nich krzyknął, że dobrze mu się stało, temu cholerycznemu przeklętemu, a następny od razu zgodził się z nim, a także trzeci i czwarty zagłuszyli swoje sumienia i chwalili się.
Leo leżał na kolanach przed starym, zgarbionym mężczyzną, podniósł ręce i doświadczył na własnej skórze, że można drżeć, jąkać się i nie mieć kontroli nad własnymi słowami: „To ja, panie Witt, naszczułem ich na niego, a był moim najlepszym przyjacielem, Święta Matka Boża o tym wie...”.
Stary Witt spojrzał na płaczącego i jąkającego się chłopca, położył rękę na głowie Leo Kwiatkowskiego i powiedział:
„Idź do kościoła, chłopcze, idź... Bóg ci wybaczy, jeśli go o to poprosisz”.
A potem z trudem podniósł zmarłego i sam zaniósł go do swojego mieszkania. Mischka i Leo patrzyli za nim.
Erhard Wittek
Wir bringen heute den Schluß der Erzählung von Erhard Wittek, in der ein junger Deutscher (Karl), ein junger Pole (Leo) und das Mädchen Mischka die Hauptrolle spielen.
Leo versuchte jedes Mittel, Mischka für sich zu erobern, und es kam ihm nicht darauf an, den Freund zu beschimpfen und herabzusetzen, wenn der nicht zugegen war. denn dann erstickte seine Leidenschaft alle Treuegefühle für den anderen,
Das ganze Gut sah schmunzelnd dem Spiel der drei jungen Leute zu, die in der Verblendung ihres Dahingerissenseins glaubten, niemand könne wissen oder auch nur ahnen, was in ihnen vorgehe, obwohl doch gutmütige oder auch spitze Bemerkungen zur Genüge fielen, Als aber eines Tages der alte Witt zu seinem Sohn sagte: "Karl, auf die Mischka paß etwas auf, der Leo ist nicht ganz sauber!", da erkannte er zu seinem Erstaunen, daß sein langsamer Sohn doch nicht mehr das Kind war, das er in ihm sah, denn Karl antwortete nach einem raschen Aufblicken sehr gleichmütig, aber auch sehr bestimmt: "Ich paß schon, Vater."
Mischka war inzwischen Hausmädchen bei der gnädigen Frau geworden, sie hatte dort viele Gefährtinnen in der Küche, im Garten, in der Nähstube, die alle älter waren als sie und von denen sie mit der Instinktsicherheit des werdenden Weibes in kürzester Zeit lernte, was es für sie noch zu lernen gab. Sie hielt sich wie die meisten Polinnen peinlich sauber an Körper und Kleidung, und als Leo sie wieder einmal - da er auch auf dieses Mittel nicht verzichtete - fragte, was sie denn an Karl Witt sehe, er sei doch nun einmal einer von diesen Cholerras, den Deutschen, und sie werde doch einen Deutschen nicht nehmen, dazu sei sie doch wohl zu stolz, da sagte sie, und sie sprach auf einmal deutsch zu ihm: "Was willst du denn, du Dummer? Einen Deutschen heirate ich nicht, weiß ich ganz allein, daß ich bin eine Polin, brauchst du mir das nicht saggen. Aber schimpfen auf die Deutschen und eure Lügen glauben tue ich auch nicht. Ich kenne die gnäddige Frau und auch Karl kenne ich, und sie sind besser als viele Polen. Also da sei du nur still. Dich heirate ich auch nicht, bist du mir viel zu jung. Und ohne Heirat gibt's nichts, Leo, da sei du nur ganz ruhik."
Dann machte sie ihm eine lange Nase und verschwand im Kücheneingang, und Leo wußte wieder einmal nicht, ob er ihre Worte ernst nehmen solle oder nicht.
Tragischer September
Am 1. September 1939 wurde Leo achtzehn Jahre alt, und am 1. September begann der Krieg mit Polen. Der Pole liebt wie jeder anständige Mensch sein Vaterland, aber während die Männer überall, - fluchend oder angstvoll oder begeistert - zum Heer eingerückt waren, trug der Angsthaß des polnischen Volkes an vielen Orten schreckliche Früchte. In dem leidenschaftlichen Leo war mit dem rasend schnell über das Land hereinbrechenden Kriegsgewitter der schwärende Tumult seiner unklaren Gefühle zu unheilvollem Ausbruch bereit. Als am vierten September ein Haufen marodierender, von der kämpfenden Front desertierter polnischer Soldaten in das Gut einbrach, um, wie alle dieser Banden, ihre Feigheit vor dem Feinde und ihren Verrat an den vorn gebliebenen Kameraden mit Gewalttaten an den Volksdeutschen des Landes vor sich und anderen zu vertuschen, da wußte Leo nicht mehr, was er tat, wußte nicht: wollte er den Tod seines Freundes oder glaubte er wirklich, er werde nur verhaftet und abgeführt werden und also für längere Zeit vom Gut und aus Mischkas Nähe verschwinden. Als er überraschend nach Deutschen gefragt wurde, schrie er auch schon im gleichen Augenblick: "Da! Der drüben, der an der Pumpe, das ist einer!"
Wenn einer ein Gewehr hat und das Gewehr ist geladen und er kommt mit dem Finger an den Abzug, so geht das Gewehr los, man braucht fast nichts zu tun, es gibt einen lauten Knall, und Feuer und Rauch spritzt aus der Mündung, und alles das ist verflucht männlich.
In dem Haufen, der auf den jungen Witt zulief, hatten fünf Mann Gewehre, und als Karl Witt sich zur Flucht wandte, da blieben zwei von ihnen stehen und legten an und zielten und schossen, und als die anderen drei, es krachen hörten, da schossenauch sie, und Leo Kwiatkowski schrie zur gleichen Zeit und konnte das Wort nicht mehr zurückhalten, und es ging in einen schrillen Laut des Todesschreckens über, er schrie triumph erend: "Widzisz, Kuba!" ihren alten Ruf gesättigter Schadenfreude, und die letzte Silbe schon schlug um in ein banges Jammern, einen Schrei qualvoller Reue, und, er stürzte vor, um Karl zu schützen, aber er kam zu spät.
Zu spät kam auch der alte Witt, und zu spät kam auch das Mädchen, das mit fliegenden Röcken aus dem Kücheneingang über, den Hof lief. Es sank neben den Sterbenden, der bereits ohne Sinnen war, auf die Knie und faßte nach seiner Hand und weinte laut und schrie, und es verfluchte alle, die das getan hatten: "Die Heilige Mutter Gottes wird euch bestrafen und unser Herr Jesus - ... "
Die Schützen verzogen sich, nachdem sie verblüfft, bestürzt, erschrocken gesehen hatten, was sie angerichtet. Erst ging einer fort, dann der nächste, dann weitere, dann, alle. Dann lärmte einer und schrie, dem sei recht geschehen. dem Cholerra dem Verfluchten, und erleichtert stimmte sofort der nächste bei, und auch der dritte und der vierte überlärmte sein Gewissen und rühmte sich.
Leo ober lag auf den Knien vor einem alten, gebückten Mann und er hatte die Hände erhoben und erlebte es nun an sich, daß man zittern kann und stottern und keine Gewalt haben kann über seine Worte: "Ich bin es, gewesen, Herr Witt, ich habe sie auf ihn gehetzt, er war, doch mein bester Freund, die Heilige Mutter Gottes weiß es ... " ,.
Der alte Witt sah auf den Weinenden und Stammelnden hinab, er legte Leo Kwiatkowski die Hand auf das Hoar und sagte:
"Geh in die Kirche, Junge, geh ... Gott wird dir verzeihen, wenn du ihn bittest."
Und dann hob er mühsam den Toten auf und trug ihn allein in seine Wohnung. Mischka und Leo sahen ihm nach.
Erhard Wittek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz