niedziela, 22 lutego 2026

Styczeń 1945 roku - Łódź - Dąbie n. Nerem - Ucieczka Niemców - Der Heimatbote - 9/1955 - cz.7

 

                                            Najpierw zbadać, potem uderzyć

W ostatniej części nasz autor opisał, jaki fałsz ujawniła towarzyszka Pietrzak, która chciała wydać niemieckiego lekarza, składając zeznania, ale sama potknęła się o własną pułapkę. Polskie służby specjalne znalazły się teraz w kłopotliwej sytuacji, muszą przyznać się do nieudanego aresztowania i tortur oraz zwolnić więźnia.

Kiedy zszedłem na dół, byłem wyczerpany i poprosiłem o wizytę u lekarza. Tym razem spełniono moją prośbę i trafiłem do gabinetu lekarskiego. „Chciałbym prosić”, powiedziałem do lekarza siedzącego w gabinecie, „o prześwietlenie, ponieważ odczuwam silny ból po prawej stronie, mam złamane żebra”. „Prześwietlenie rentgenowskie?” – zapytał. „Nie ma czegoś takiego dla Niemca! Jest pan przecież Niemcem narodowym?”. „Tak” – odpowiedziałem. „Jestem”. Rozebrano mnie, obejrzał moją zakrwawioną, opuchniętą klatkę piersiową i powiedział: „No cóż, mamy nadzieję, że będzie lepiej. Może pan odejść”. Tajna policja ponownie zaprowadziła mnie do piwnicy.

Cały dzień leżałem na pryczy. Żal mi było moich współtowarzyszy niedoli, którzy tak wyczerpani wracali do piwnicy po bezużytecznej, bezsensownej pracy. Przenoszenie cegieł z jednego rogu podwórza na drugi! Znów doszło do pobić! „A pan, panie doktorze, pewnie wychodzi pan z tej jaskini morderców. Na podwórzu mówiono o panu”. Wszyscy trzej leżeliśmy wyczerpani, zamienialiśmy ze sobą kilka słów, jeden próbował dodać otuchy drugiemu.

                                                        Szef przychodzi osobiście

Nagle, pod wieczór, drzwi się otworzyły. Byłem zdumiony i nie mogłem uwierzyć własnym oczom, ponieważ towarzysz Szpikowski, szef tego okrutnego oddziału, pojawił się osobiście w piwnicy. Podszedł prosto do mojego łóżka. „Doktorze Ziegler, przyszedłem panu powiedzieć, że jest pan wolny. Proszę natychmiast pójść ze mną”.

Wstałem, uścisnąłem dłoń moim współtowarzyszy cierpienia, pożegnałem się z nimi i wyszedłem. Widziałem łzy w ich oczach.

Towarzysza Szpikowski zaprowadził mnie do pokoju, w którym wcześniej mnie bito. Był tam obecny on i jeszcze jeden komunista, przewodniczący komisji śledczej. Pan Szpikowski wygłosił przemówienie skierowane do mnie.

„Doktorze Ziegler, oskarżenie i zeznania pani Pietrzak były oszczerstwem, a ona kłamała, jest pan niewinny. Okazało się, że nie miał pan nic wspólnego z Greiserem. Przeprowadziliśmy również dochodzenie w mieście i w szpitalu na temat pana osoby. Polscy robotnicy i ich towarzysze stwierdzili, że był pan przyjacielem narodu polskiego. Od towarzysza Wieczorka dowiedzieliśmy się również, że w czasie, gdy nasi Polacy byli zmuszeni do budowy okopów ochronnych, jako lekarz bez honorarium opiekował się Pan głodującymi dziećmi i często dawał im pożywienie. Jest więc teraz tak wielu świadków, że oskarżenie Pietrzak było oszczerstwem, a Pan jest niewinny, dlatego też uwalniamy Pana. Cieszę się, że nie został pan rozstrzelany i że pańska sprawa została wyjaśniona. Może pan teraz podjąć pracę w klinice dziecięcej. Czy jest pan gotowy to zrobić?”

„Nie”, odpowiedziałem. „Jako Niemiec nie mam prawa tu pracować, a mój dom i mieszkanie zostały skonfiskowane, jak pan wie”. „Tak, ale zapomina pan, że ma pan do czynienia z potężną tajną policją państwową. Już jutro może pan zamieszkać w swoim domu i pracować w szpitalu”. „Nie”, powiedziałem, „chcę wrócić do pracy w Dąbiu, tam jest moje obecne miejsce pracy, tam mieszka moja matka, której muszę pomagać. Uważam też, że tam jest moje miejsce, ponieważ mam tam możliwość pomagać wielu chorym, a oni na mnie czekają. Żałuję tylko, że przez pewien czas będę musiał zrezygnować z mojej pracy i że brutalne bicie jest tutaj stosowane nie po badaniu, ale już przed badaniem, bo inaczej nie dostałbym go”. „To nie nasza wina”, odpowiedział, „Ja byłem przeciwny, inni byli za”.

„Więc chce pan wrócić do Dombie?” – zapytał. „No dobrze. Zadzwonię do milicji w Dąbiu, że jest pan wolny, że będzie pan tam pracował i że niech w końcu dadzą panu spokój.

Otrzymałem z powrotem swoje rzeczy. W teczce brakowało tylko mojego cennego pióra wiecznego, które zatrzymano na „pamiątkę”.

„Mój towarzysz jest właśnie w mieście i zabrał pióro” – powiedział pan Szpikowski. Odprowadził mnie do wyjścia, zatrzymał się przed drzwiami i powiedział do mnie:

„Doktorze, nie ma pan gdzie spać. Proponuję, żeby pan przenocował u mnie. Mieszkam przy ulicy Zgierskiej, niedaleko Juljanowa”.

„O nie”, odpowiedziałem, „to niemożliwe. Pan jest Polakiem, a ja Niemcem, naraziłby się pan na niebezpieczeństwo. Poza tym mam wielu przyjaciół w Łodzi, którzy mieszkają wprawdzie w piwnicach i strychach, ale zawsze są gotowi udzielić mi schronienia. Dziękuję za to nieoczekiwane zaproszenie, ale naprawdę nie mogę z niego skorzystać”. Podając mi rękę, otworzył żelazne drzwi dużym kluczem. Obok mnie stał uzbrojony żołnierz.

                                                                    Wolny na ulicy

Byłem na ulicy. W tej chwili nie mogłem uwierzyć, gdzie się znalazłem i w którym kierunku powinienem iść. Rozejrzałem się z niepokojem. Naprzeciwko zobaczyłem niemieckie gimnazjum, obecnie tylko kamienny symbol dawnej niemieckiej nauki w Łodzi. Wokół było tak mało ludzi. Przechodzili obok mnie wygłodzeni Niemcy, na twarzach których widać było strach i głód. Wszyscy byli tak nieśmiali, że sam wielokrotnie się oglądałem. Wydawało mi się, że to nadal sen, a nie rzeczywistość, że mogę się tu swobodnie poruszać. -

Drzewa alei były w pełnym rozkwicie. Zachodzące słońce oświetlało małe akacje, w których śpiewały ptaki. Strumień świeżego powietrza, którego tak bardzo brakowało mi w więzieniu, napływał do moich płuc. Oddychałem głęboko, a powietrze mnie orzeźwiało. Szedłem powoli i obserwowałem przechodniów. Nie, to nie była już stara Łódź, którą znałem, ale zupełnie obce i wrogie miasto!

Ziemia, na której się urodziliśmy.

Gdzie nasi ojcowie pracowali,

Gdzie kiedyś była nasza ojczyzna,

Stała się dla nas hańbą...

Udałem się do moich krewnych na ulicę Żeromskiego. Zostali wysiedleni i mieszkali w małym pokoiku pod dachem. Ich mieszkanie zostało splądrowane, a oni przeżyli straszne rzeczy. Dostałem łóżko polowe, umyłem się i położyłem. W piwnicy nie miałem mydła ani wody do mycia. Podano mi szklankę herbaty, która była dla mnie prawdziwym orzeźwieniem. Następnego dnia wyruszyłem w drogę do Dąbia. Pojechałem jednak przez Kalisz, aby odwiedzić tam moją żonę i dzieci.

                                                                       W Kaliszu

Moja rodzina mieszkała w piwnicy, spotkałem tam moje najmłodsze dzieci. Elisabeth miała zaledwie 8 lat. Opowiadała mi wiele o swoim życiu w Kaliszu. „Wiesz, tato”, powiedziała do mnie, „kiedy Polacy przechodzą obok naszego okna, plują przez otwarte okno, bo tu mieszkają Niemcy”. Elisabeth musiała opiekować się naszą małą Ingeborg. Christa, 16-latka, została zabrana do pracy. Pracowała z panią Krause z Łodzi na majątku należącym do fabryki Müllera, potem wróciła do Kalisza i musiała wykonywać prace w ogrodzie dziadka Müllera. Pewnego dnia otrzymała polecenie, aby pojechać z pracownikiem fabryki do miejskiej rzeźni. Tam musiała zejść do biologicznej jamy, w której leżały odpady i wnętrzności, a pracownik podawał jej je na górę. Podłoże było miękkie, a smród nie do zniesienia. Tysiące much zaczęło się poruszać...

Pracownik stał na górze i z zadowoleniem obserwował mękę niemieckiej dziewczyny. „No i jak ci tam, Christa?”, zapytał, patrząc do dołu z góry. „Hej, chyba jeszcze nigdy nie pracowałaś tak ciężko...”. Mojej żonie również „znaleziono” pracę, tak jak wszystkim niemieckim kobietom w Kaliszu.

Mężczyźni i chłopcy – w wieku od około 16 do 65 lat – zostali w Kaliszu, podobnie jak w całej Polsce, zgodnie z rozkazem Armii Czerwonej, umieszczeni w obozach pracy przymusowej, a później wywiezieni na Rosję. Sam widziałem obóz w centrum miasta z napisem „Zbiorczy Punkt dla Niemców”.

Pewnego dnia moja żona ponownie zobaczyła na ulicy grupę niemieckich mężczyzn, którzy byli zmuszani do pracy. Wśród nich rozpoznała pastora Alexandra Grosse z Zagórza/Hinterbergu, powiat Konin. Został on aresztowany wraz z wszystkimi mężczyznami ze swojej parafii i przewieziony do obozu w Kaliszu, gdzie również musiał ciężko pracować. Moja żona miała przyjemność trzykrotnie dostarczać pastorowi Grossowi żywność do obozu. Kiedy po raz czwarty przybyła do obozu, był już w drodze do Rosji, gdzie zginął. Jego była służąca Marysia przyniosła do Kalisza długą listę podpisów Polaków i Żydów, którzy powrócili do miejscowości i wszyscy poręczyli za dobroczyńcę z Zagórowa, a władze zaproponowały, aby w końcu go uwolnić. Ale było już za późno. Pociąg do Rosji ruszył już w drogę. Najstarszy syn P. Grossa, Theodor, musiał już wcześniej wyruszyć do Rosji, podczas gdy jego najmłodszy potomek, Viktor, pozostał w domu w Zagórowie.

                                                                 (ciąg dalszy nastąpi)


                                       Erst untersuchen - dann schlagen

Unser Verfasser erzählte in der letzten Fortsetzung, wie die Falschheit per Genossin Pietrzak an den Tag kam, die den deutschen Arzt durch ihr Zeugnis hatte ans Messer liefern wollen und selbst über die von ihr gelegten Stricke gestolpert war. Der polnische Geheimdienst befindet sich jetzt in der peinlichen Lage, die verfehlte Verhaftung und Tortur zuzugeben und den Gefangenen freizulassen.

Als ich nach unten kam, war ich erschöpft und brachte die Bitte vor, zu einem Arzt gelassen zu werden. Diesmal tat man es, ich kam ins Arztzimmer. "Ich wollte Sie bitten", sagte ich zu dem Arzt, der im Zimmer saß, "mich zu durchleuchten, denn ich habe rechts starke Schmerzen, meine Rippen sind gebrochen." "Röntgendurchleuchtung?" sagte er, "so was gibt es nicht für einen Deutschen! Sie sind doch ein Volksdeutscher?" ,,Ja", sagte ich, "das bin ich." Ich wurde ausgezogen, er sah sich meinen blutigen, geschwollenen Brustkorb an und meinte: "Nun ja, wir wollen hoffen, daß es besser wird. Sie können gehen." Ich wurde von Geheimpolizisten wieder in den Keller gebracht.

Den ganzen Tag lag ich auf meiner Pritsche. Meine Leidensgenossen taten mir leid, so erschöpft kamen sie in den Keller von der unnützlichen, unsinnigen Arbeit zurück. Ziegeltragen von der einen Ecke des Hofes in die andere! Schläge hatte es auch wieder gegeben! "Und Sie, Herr Doktor, kommen wohl aus diesr Mördergrube heraus. Da draußen im Hof hat man von Ihnen gesprochen." Alle drei lagen wir erschöpft, wechselten Worte miteinander, einer suchte den andern zu ermuntern.

                                                      Der Leiter kommt persönlich

Plötzlich gegen Abend wurde die Tür geöffnet. Ich staunte und wollte meinen Augen nicht trauen, denn Genosse Szpikowski, der Leiter dieser grausamen Abteilung, ist selbst im Keller erschienen. Er kam gleich an mein Bett heran. "Dr. Ziegler, ich bin gekommen, Ihnen mitzuteilen, daß Sie frei sind. Kommen Sie sofort mit mir." 

Ich stand auf, reichte meinen Leidensgenossen die Hand, verabschiedete mich von ihnen und ging hinaus. Tränen sah ich in ihren Augen.

Genosse Szpikowski brachte mich in das Zimmer, wo man mich vorher geschlagen hatte. Er und noch ein Kommunist, der Vorsitzer des Untersuchungsauschusses, waren anwesend. Herr Szpikowski hielt eine Ansprache, die an mich gerichtet war.

"Dr. Ziegler, die Beschuldigung und die Angaben, die Frau Pietrzak eine Verleumdung war und daß Sie unschuldig sie hat gelogen. Es hat sich herausgestellt, daß Sie mit Greiser nichts zu tun hatten. Wir haben aber auch in der Stadt und im Krankenhause über Ihre Person nachgeforscht. Polnische Arbeiter und ihre Genossen haben festgestellt, daß Sie ein Freund des polnischen Volkes waren. Wir haben auch vom Genossen Wieczorek erfahren, daß Sie während der Zeit, wo unsere Polen gezwungen waren, die Schutzgräben zu bauen, deren hungernde Kinder als Arzt ohne Honorar betreut und ihnen auch oft Nährmittel gegeben haben. Es sind jetzt also so viele Zeugen vorhanden, daß die Anklage der Pietrzak eine Verleumdung war und daß Sie unschuldig sind, deshalb lassen wir Sie auch frei. Es freut mich, daß Sie nicht erschossen worden sind und daß Ihre Sache geklärt ist. Sie können jetzt Ihre Arbeit in der Kinderklinik aufnehmen. Sind Sie bereit, dies zu tun?" 

"Nein", antwortete ich. "Ich habe als Deutscher hier kein Recht zu arbeiten, auch mein Haus und meine Wohnung sind beschlagnahmt, wie Sie wissen." ,,Ja, Sie vergessen aber, daß Sie mit der mächtigen Geheimen Staatspolizei zu tun haben. Sie können schon morgen in Ihrem Hause wohnen und im Krankenhaus arbeiten." "Nein", sagte ich, "ich möchte nach Dombie zu meiner Arbeit zurück, dort ist mein jetziger Arbeitsplatz, dort wohnt meine Mutter, der ich helfen muß. Ich glaube auch, daß ich dort am Platze bin, denn ich habe die Möglichkeit, dort vielen Kranken zu helfen und sie warten auf mich. Ich bedauere nur, daß ich für eine gewisse Zeit auf meine Tätigkeit werde verzichten müssen und daß die heftigen Schläge hier nicht nach der Untersuchung, sondern schon vor der Untersuchung verordnet werden,. denn sonst würde ich doch wohl keine bekommen haben." "Das ist nicht unsere Schuld", erwiderte er, "ich war dagegen, die anderen waren dafür."

"Also Sie wollen nach Dombie zurück?" fragte er. "Nun gut. ich telephoniere an die Dombier Miliz, daß Sie frei sind, daß Sie dort arbeiten werden, und man möchte Sie dort endlich in Ruhe lassen.

Meine Sachen bekam ich zurück. In der Aktentasche fehlte nur meine wertvolle Füllfeder, die man zur "Erinnerung" behalten hat. "Mein Genosse, der ist eben in der Stadt und hat die Feder mitgenommen", sagte Herr Szpikowski. Er begleitete mich bis zum Ausgang, blieb vor der Tür stehen und sagte zu mir:

"Herr Doktor, Sie haben doch keine Stelle, wo Sie schlafen könnten. Ich würde Ihnen vorschlagen,. bei mir zu übernachten. Ich wohne an der Zgierska in der Nähe von Juljanow."

,,O, nein", sagte ich, "das ist ein Ding der Unmöglichkeit. Sie sind ein Pole und ich ein Deutscher, Sie würden ja in Gefahr kommen. übrigens, ich habe viele Freunde in Lodz die zwar in Kellern und Dachkammern wohnen, aber sie sind immer bereit; mir eine Schlafstelle zu geben. Ich danke Ihnen für die für mich so unerwartete Einladung, aber ich kann sie wirklich nicht annehmen." Er reichte mir die Hand und öffnete mit einem großen Schlüssel die eiserne Tür. Ein bewaffneter Soldat stand in meiner Nähe.

                                                        Frei auf der Straße

Ich war draußen auf der Straße. Im Moment konnte ich es kaum fassen, wo ich mich befand und in welcher Richtung ich gehen sollte. Ich schaute mich ängstlich um. Gegenüber sah ich das Deutsche Gymnasium, jetzt nur ein steinernes Wahrzeichen einstiger deutscher Wissenschaft in Lodz. Ringsherum so wenig Leute. Abgerissene Deutsche, in deren Gesichtern man Angst und Hunger sah, gingen vorbei. Die Leute waren alle so schüchtern, ich selbst schaute mich wiederholt um. Es schien mir, als ob es noch ein Traum wäre und keine Wirklichkeit, daß ich mich hier frei bewegen ,dürfte. -

Die Bäume der Allee standen in voller Blüte. Die untergehende Sonne beleuchtete die kleinen Akazienbäume in denen die Vögel zwitscherten. Ein Strom frischer Luft die ich im Gefängnis so entbehrt hatte, drang in meine lunge hinein. Ich atmete tief und die Luft erfrischte mich. Ich ging langsam und beobachtete die Vorübergehenden. Nein, das war nicht mehr das alte Lodz, das ich kannte, sondern eine ganz fremde Stadt und eine feindliche!

Die Erde, auf der wir geboren.

Wo unsere Väter geschafft,

Wo einstmals uns Heimat gewesen,

Ist uns geworden zur Schmach ....

Ich begab mich zu meinen Verwandten auf die Zeromskiego Str. Die waren ausgesiedelt und wohnten in einem Dachstübchen. Ihre Wohnung hatte man geplündert, und sie haben schreckliches erlebt. Ich bekam ein Feldbett, habe mich gewaschen und hingelegt. Ich habe ja im Keller keine Seife und kein Wasser zum Waschen gehabt. Man reichte mir ein Glas Tee, welcher für mich eine wahre Erquickung war. Am nächsten Tage begab ich mich auf den Weg nach Dombie. Ich bin aber über Kalisch gefahren, um dort meine Frau und Kinder zu besuchen.

                                                                       In Kalisch

Meine Familie wohnte in einem Keller, ich habe dort meine jüngsten Kinder angetroffen. Elisabeth war erst 8 Jahre alt. Sie erzählte mir viel von ihrem Leben in Kalisch. "Weißt Du, Papa", sagte sie zu mir, "wenn die Polen an unserem Fenster vorübergehen, dann spucken sie durch das offene Fenster hinein, denn hier wohnen Deutsche." Elisabeth hat unsere kleine Ingeborg betreuen müssen. Christa, 16 Jahre alt, wurde zur Arbeit genommen. Sie arbeitete mit Frau Krause aus Lodz auf einem Gut, welches zur Fabrik Müller gehörte, sie kam nachher wieder zurück nach Kalisch und mußte in Opa Müllers Garten die Arbeiten verrichten. Eines Tages erhielt sie den Befehl, mit einem Fabrikarbeiter ins Städtische Schlachthaus zu fahren. Dort mußte sie in eine biologische Grube hinabsteigen, wo Abfälle und Gedärm lagen und das dem Arbeiter nach oben reichen. Der Boden war weich, ein Gestank, daß man es kaum aushalten konnte. Tausende von Fliegen kamen in Bewegung .... Der Arbeiter stand oben und betrachtete mit Wohlgefallen die Qual des deutschen Mädchens, "Nun, wie ist es Dir dort, Christa ?", fragte er, in die Grube von oben schauend, "he, so schwer hast Du wohl noch nicht gearbeitet .... " - Meiner Frau hatte man gleichfalls eine Arbeit "vermittelt", wie allen deutschen Frauen in Kalisch.

Männer und Jungen - vom 16. Lebensjahr etwa angefangen bis zum 65. Lebensjahr - waren in Kalisch, wie überall in Polen, gemäß Befehl der Roten Armee, in Zwangsarbeitslager gebracht und später nach Rußland verschleppt worden. Ich selbst sah das Lager im Zentrum der Stadt mit der Aufschrift "Zbiorczy Punkt dla Niemcow".

Eines Tages erblickte meine Frau wieder eine Gruppe deutscher Männer auf der Straße, die zur Arbeit getrieben wurden. Unter diesen entdeckte sie Pastor Alexander G r o s s aus Zagórow/Hinterberg, Kreis Konin. Man hatte ihn mit sämtlichen Männern seiner Gemeinde verhaftet und nach Kalisch ins Lager gebracht, wo er auch schwer hot arbeiten müssen. Meine Frau hot die Freude gehabt, Pastor Gross dreimal Lebensmittel ins Lager zu reichen. Als sie das vierte Mal ins Lager kam, war er schon auf dem Wege nach Rußland, wo er auch umgekommen ist. Sein früheres Dienstmädchen Marysia hatte nach Kalisch noch eine lange Liste mit Unterschriften von Polen und Juden mitgebracht, die wieder in den Ort zurückgekehrt waren und sich alle für den Wohltäter von Zagórow verbürgten und die Behörden boten, ihn endlich freizulassen. Aber - zu spät. Der Zug noch Rußland hatte sich bereits in Bewegung gesetzt. Der älteste Sohn von P. Gross, Theodor, hat schon früher den Weg nach Rußland antreten müssen, während sein jüngster Sproß, Viktor, daheim in Zagórow geblieben ist.

                                                                     (Schluß folgt)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz