niedziela, 22 lutego 2026

Styczeń 1945 roku - Łódź - Dąbie n. Nerem - Ucieczka Niemców - Der Heimatbote - 8/1955 - cz.6

 Autor, lekarz z Łodzi, opowiada dalej o swoich przeżyciach z 1945 roku i zadaje pytanie, dlaczego dziesięć lat później musieliśmy tak gorzko cierpieć w Polsce.

                                      Pocieszenie w najciemniejszej godzinie

Nie mogłem zasnąć. Leżałem i rozmyślałem o swojej sytuacji w tej ciemnej nocy, w tym ciemnym lochu. A była to naprawdę ciemna noc w moim życiu. Stało się dla mnie jasne, że ja również tutaj zginę. Ale czy to musiało być konieczne? Ponieważ należę do narodu niemieckiego? Czy to ma być moja zbrodnia, czy też jestem odpowiedzialny za okrucieństwa popełnione podczas II. wojny światowej przez mocarstwo, które chciało podbić świat? A może zamierzają mnie zabić jako przedstawiciela niemieckiej inteligencji, która obecnie (1945 r.) ma zostać zniszczona w dzikiej i bezsensownej walce klasowej o dominację nad światem? Dlaczego podczas przesłuchania mówili o ogrodzie, o parku? Co to wszystko miało znaczyć? Myśli piętrzyły się, pytania goniły pytania, szukałem odpowiedzi i nie znalazłem żadnej.

A jednak ten loch, ta jama morderców, gdzie ściany codziennie są splamione ludzką krwią, gdzie ludzie są torturowani, a nawet mordowani, jest faktem. Loch i sala tortur, gdzie ludzie są torturowani na śmierć w postępowym XX wieku! A jednak to nie jest sen, to rzeczywistość, widzę to na własne oczy, widzę nieludzkie sceny, widzę ściany pokryte krwią; co mogło się dziać w tym lochu w ostatnich dniach, skoro ściany są tak zakrwawione!

Tak, czyżby ludzie byli tu tak niewinnie mordowani? Jakże niewinne wydają mi się doświadczenia „Wspomnienia z martwego domu” Dostojewskiego w porównaniu z tym piekłem, które zostało stworzone w imię dyktatury, która chce narzucić światu swoją naukę. Dostojewski przeżył straszne rzeczy na Syberii, ale czego doświadczają miliony ludzi w więzieniach współczesności (1945 r.) i nazywa się to postępem i kulturą, popełnia się niewiarygodne grzechy wobec bliźnich, których Bóg stworzył na swoje podobieństwo, tylko dlatego, że ci bliźni mają inne zdanie i poglądy...

Czy wyjdę stąd i znów zobaczę moich bliskich – ta myśl nie dawała mi spokoju. Tylko modlitwa i łączność z Bogiem dawały mi pocieszenie i siłę w tej ciemnej godzinie: Tej nocy widziałem też wyraźnie więzienie, w którym przebywał apostoł Piotr, widziałem, jak otworzyły się drzwi i wyprowadzono Piotra. „ I oto anioł Pański przyszedł ... i kajdany spadły z jego rąk” (Dz 12, 7). Te słowa Pisma Świętego przeniknęły moje serce i stało się dla mnie jasne, że nikt nie może mnie uwolnić z tej jaskini morderców, tylko sam Bóg.

To Zbawiciel, który przebywa również w lochu więźniów, może mi pomóc. W tej najciemniejszej godzinie mojego życia, kiedy stałem na krawędzi śmierci, odkryłem na nowo, że wszystkie problemy życia mogą być rozwiązane tylko przez Niego. Niech tam na zewnątrz odrzucają Go i wyśmiewają, ale krzyż z Golgoty pozostaje centrum naszego życia, z którego płynie siła i zbawienie dla mnie i całej ludzkości. Wszyscy musimy przejść przez Golgotę i podjąć decyzję: za lub przeciw.

Świat jest zalany ludzką krwią, ponieważ był przeciwny Ukrzyżowanemu. Również ta morowa dziura mogła powstać tylko dlatego, że ludzie Go odrzucili. Tylko Jego światło, Jego moc może ocalić ten świat od zguby i dać nam nowe życie.

Tutaj, w więzieniu w Łodzi, tak wyraźnie widziałem dwa światy: świat światła i świat ciemności. I tutaj, w więzieniu, na nowo przekonałem się, że istnieją tylko dwa światy. Świat ciemności i świat światła, świętego światła, które kiedyś zostało sprowadzone z nieba na tę ziemię i zapalone, i które do dziś świeci wszystkim narodom w tej ciemności. I tylko w tym świetle można rozwiązać wszystkie problemy narodów i zakończyć walkę między narodami, bezsensowną walkę, nędzę, cierpienie, polityczne więzienia, które są tylko oznaką wewnętrznej zgnilizny i atrofii ludzkiej duszy, oznaką upadku kultury zachodniej.

Nie mogłem zasnąć. Była to noc refleksji, walki, modlitwy.

                                                              „Do pracy”

Wcześnie rano wszyscy zostaliśmy zabrani. Uzbrojona dziewczyna w mundurze żołnierza weszła do naszej piwnicy. Miała około 18 lat, była niska, miała blond włosy, nieprzyjazny wyraz twarzy i szorstkie rysy. „Do pracy” (Do roboty) – krzyknęła. „Nie możemy się ruszać, wszyscy jesteśmy ranni i niezdolni do pracy, mój sąsiad pluł krwią” – odpowiedziałem. „No to zaraz zobaczymy, czy nie możecie się ruszać!! – Natychmiast wstańcie!” – krzyknęła i uderzyła mnie kolbą karabinu mocno w okolice nerek.

Próbowałem wstać. Wszyscy trzej szliśmy krok po kroku, a ta mała tyranka zawsze za nami. Zaprowadziła nas na podwórze należące do „Bezpieki” (Urząd Bezpieczeństwa), jak nazywa się polską tajną policję, otoczone dużymi budynkami. Po jednej stronie podwórza leżała duża sterta cegieł.

Otrzymaliśmy polecenie przeniesienia cegieł z jednej strony podwórza na drugą i z powrotem. Wziąłem cegłę do ręki, ale poczułem silny ból w klatce piersiowej, zrobiłem kilka kroków i zatrzymałem się. W tym momencie z okna dobiegł głos. „Towarzyszu, czy u ciebie pracuje ceglarz?” „Tak, ten wysoki facet, który przenosi cegły” – krzyknęła głośno. „Niech natychmiast przyjdzie do komendanta, jest pilnie potrzebny. Możesz go na krótko zwolnić z pracy, biorę za to osobistą odpowiedzialność, on wróci”. Milicjant zszedł na dół i odprowadził mnie do komendanta. Był to ten sam 19-letni chłopak, który opisał mi „drugi oddział” i groził mi. Poruszałem się powoli i z trudem dotarłem na górę.

                                                                Towarzyszka Pietrzak

Na górze panowała ożywiona atmosfera. Było tam około 10 mężczyzn, jeden w skórzanym kombinezonie. Jeden z nich podszedł do mnie i powiedział: „Jesteś tu potrzebny, ale milcz, czekaj!”. Zajrzałem do pokoju, w środku stała kobieta około 40 roku życia, trzymała na rękach małe dziecko, obok niej stało starsze. Była ubrana skromnie, wyglądała na robotnicę, nie robiła dobrego wrażenia, miała ponurą i złą minę. Nie znałem jej, nigdy jej nie widziałem, ani o niej nie słyszałem.

Mężczyźni, którzy czekali na zewnątrz w przedpokoju, zostali wezwani do środka i za każdym razem pytano ją: „Czy to był ten?”. Kobieta – nazywana towarzyszka Pietrzak – musiała wydać swój werdykt i za każdym razem, gdy wchodził kolejny mężczyzna, słyszałem jej szorstki głos: „Nie”. Kolejka dotarła do mnie i zostałem wprowadzony do środka. „Czy to ten?” „Nie, to nie on”, powiedziała, patrząc na mnie badawczo. Potem przyszedł następny: wysoki mężczyzna, ciemne kręcone włosy, ciemne oczy, orli nos, szybkie ruchy i energiczna postawa. „Czy to ten?” „Tak, to ten”, krzyknęła.

„I widziała pani tego mężczyznę, tak jak napisała pani w swoim doniesieniu do tajnej policji?” „Tak, to on, widziałam go i słyszałam”. „Proszę opowiedzieć, jak to było” – powiedział jeden z nich.

W zeszłym roku (1944) w łódzkim Parku Paniatowskiego odbyła się wielka manifestacja Volksdeutschów. Było tam mnóstwo ludzi, wszyscy ubrani na czarno i brązowo, wszędzie widać było czerwone flagi. Gauleiter Greiser z Poznania wygłosił przemówienie, wszyscy krzyczeli „hurra”, nie, „Heil”. A potem przyszła kolej na niego, wskazała na niego palcem – wygłosił przemówienie i znowu krzyczeli „hurra”, nie, „Heil”...”. „A co powiedział?” „No cóż, oczywiście przeciwko nam, Polakom, przeciwko Moskwie, przeciwko Sowietom, a co innego mógł powiedzieć? Wiecie przecież, że chcą zamordować wszystkich proletariuszy”. „A ty tam byłaś, widziałaś go i słyszałaś?”

„Już wam mówiłam, pisałam i przysięgałam, że widziałam i słyszałam. A ten, który siedzi w skórzanym garniturze, to właśnie on tam był i przemawiał w parku, teraz go rozpoznałam”.

„Ale to kłamstwo, towarzyszko Pietrzak”, odparł tajny policjant. Nasz znany towarzysz, który przybył do nas z Moskwy jako organizator, który zasłużył się wśród proletariuszy, który nosi order i jest filarem naszego ruchu – widziała go pani, jak wygłaszał faszystowską mowę z Greiserem w parku Poniatowskiego? To już za dużo, zostanie pani pociągnięta do odpowiedzialności za znieważenie towarzysza i będzie musiała odpowiedzieć przed komunistycznym sądem ludowym. Komunista wierny linii partyjnej i Greiser! Co za haniebne porównanie! Bezgraniczne kłamstwo!

Oto dr Ziegler! Stoi w kącie! Nie znasz go, więc twoje informacje są błędne. Chcieliśmy go dzisiaj rozstrzelać, a teraz okazuje się, że kłamałaś, że wszystko, co nam napisałaś, jest nieprawdziwe. Nasz szanowany towarzysz, który ma takie zasługi, nie mógł mieć nic wspólnego z Greiserem, nie wierzę ci. To kłamstwo, podłość, kłamałaś, nie wierzymy ci teraz”.

„Dlaczego mnie tu wyzywasz?”, krzyknęła. „Nie twierdziłam, że ten lojalny i szanowany towarzysz wygłosił przemówienie w parku, twierdziłam jednak, że wygłosił je dr Ziegler. Posłuchajcie mnie teraz.

Kiedy byłam z wizytą w Dombie i wyszłam z kościoła, długo rozmawialiśmy przed kościołem z panią Zapedowską, panią Monastyrską i panią Gogelową, farmaceutką. Opowiedziały mi, że w Dombie pracuje niemiecki lekarz, dr Ziegler, syn starego Zieglera, który miał łąki i pola, a na których torfowiskach mieszkańcy Dombie wydobywają teraz torf. Wszyscy biegną do dr. Zieglera, powiedzieli, nie tylko Niemcy, ale także nasi głupi Polacy. A nasz polski lekarz siedzi w swojej poczekalni i czeka, czeka na pacjentów... Niemiec przyciąga wszystkich do siebie. Powiedzieliśmy więc, że z tym koniec! Nie widziałem doktora Zieglera, chociaż uważałem, był wtedy we wsi. I teraz się pomyliłem. Kiedy przyjechałam do Łodzi, napisałam do was list i oskarżyłam go.

A teraz to nie wy jesteście za to odpowiedzialni? Dlaczego na mnie krzyczycie, przecież mnie potrzebujecie. Każdy może się pomylić! Ale to wy sami napisaliście w gazetach i zażądaliście, abyśmy szpiegowali wszystkich Niemców bez wyjątku, donosili na każdego, obserwowali każdego, ponieważ wszyscy oni są zdrajcami narodu i wrogami komunizmu. A na naszych zebraniach partyjnych propagowaliście, że powinniśmy zrzucić na nich całą winę i zniszczyć ich bez wyjątku, ponieważ wszyscy są wrogami sowieckiej Polski. No cóż, ale to ja jestem za to odpowiedzialna. Zrobiłam to, czego chcieliście. I chciałam zrobić coś dobrego, zabić Niemca, bo przecież potrzebowaliście świadka. A teraz wyrzucacie mi, że jestem winna, że popełniłam błąd? Jestem Polką, członkinią partii, a nie jakąś Volksdeutsche. To, że popełniłam błąd, nie jest moją winą. Nie chciałam obrazić wielkiego towarzysza, bo to nie on wygłosił przemówienie, tylko dr Ziegler, którego chciałam zabić, po prostu popełniłam błąd. Oskarżacie mnie, sprawa nie jest taka prosta, pójdziemy do sądu partyjnego... – zaczęła grozić, wyzywać i bronić się. Nastroje w pokoju coraz bardziej się zagęszczały i zostałem wyprowadzony. Kiedy byłem już na schodach, usłyszałem przekleństwa i krzyki.

                                                                          (ciąg dalszy nastąpi)



Der Verfasser, ein Lodzer Arzt, berichtet hier weiter über seine Erlebnisse im Jahre 1945 und wirft zunächst die Frage auf, warum wir - vor heute zehn Jahren - in Polen so bitter leiden mußten.

                                                        Trost in dunkelster Stunde

Ich kannte nicht schlafen. Ich lag und dachte in dieser dunklen Nacht, in diesem dunklen Kerker, über meine Lage nach. Und es war wirklich eine dunkle Nacht in meinem Leben. Es war mir so deutlich geworden, daß auch ich hier umkommen würde. Aber war um mußte das sein? Weil ich zum deutschen Volk gehöre? Soll das mein Verbrechen sein oder bin ich etwa verantwortlich für die Grausamkeiten, die im 11. Weltkriege von einer Macht verübt werden sind, die die Welt hat erobern wallen? Oder gedenkt man mich als Vertreter der deutschen Intelligenz umkommen zu lassen, die jetzt (1945) in einem wilden und sinnlosen Klassenkampf um die Weltherrschaft vernichtet werden soll? Warum sprachen sie in meinem Verhör van einem Garten, einem Park? Was sollte das alles bedeuten? Gedanken häuften sich, Fragen über Fragen, ich suchte eine Antwort und fand keine.

Und doch ist dieser Kerker, diese Mördergrube, Wo die Wände täglich mit menschlichem Blut bespritzt werden, wo die Menschen gepeinigt, ja gemordet werden, eine Tatsache. Kerker und Folterkammer, wo die Menschen zu Tode gemartert werden im fortschrittlichen 20. Jahrhundert! Und es ist doch kein Traum, es ist Wirklichkeit, ich sehe es mit eigenen Augen, ich sehe die unmenschlichen Szenen, ich sehe die Wände, die mit Blut befleckt sind; was mag in diesem Kerker in den vergangenen Tagen alles vorgekommen sein, wenn die Wände so blutig sind!

Ja, war um werden die Menschen hier so unschuldig gemordet? Wie harmlos scheinen mir doch die Erlebnisse "Erinnerungen aus dem toten Hause" van Dastojewski zu sein im Vergleich mit dieser Hölle hier, die im Namen einer Diktatur eingerichtet ist, die der Welt ihre Lehre aufzwingen will. Furchtbares hat Dostojewski in Sibirien erlebt, aber was erleben nach Millionen von Menschen in Gefängnissen der Jetztzeit (1945) und das nennt man dann Fortschritt und Kultur, man begeht die unglaublichsten Sünden am Mitmenschen, den doch Gatt auch zu seinem Ebenbild geschaffen hat, bloß weil dieser Mitmensch anderer Meinung und Ansicht ·ist .....

Ob ich von hier herauskommen und die Meinen wiedersehen werde - dieser Gedanke verfolgte mich und ließ mir keine Ruhe. Nur das Gebet und die Verbindung mit Gott gaben Trost und stärkten mich in dieser dunklen Stunde: In dieser Nacht sah ich auch so deutlich das Gefängnis, in dem sich Apostel Petrus befand, ich sah, wie die Türen sich geöffnet haben und Petrus herausgeführt wurde. "Und siehe, der Engel des Herrn kam ... und die Ketten fielen ihm von den Händen" (Apostelgesch. 12, 7). Diese Worte der Heiligen Schrift drangen in mein Herz hinein und es war mir so deutlich, daß aus dieser Mördergrube mich niemand befreien kann, nur Gott allein.

Der Heiland ist es, der auch im Kerker der Gefangenen weilt, der allein helfen kann. In dieser dunkelsten Stunde meines Lebens, da ich am Abgrund des Todes stand, entdeckte ich aufs neue, daß alle Probleme des Lebens nur von ihm gelöst werden können. Mögen die da draußen ihn verwerfen und verspotten, so bleibt doch das Kreuz von Golgatha der Mittelpunkt unseres Lebens, aus dem Kraft und Heil für mich und die ganze Menschheit strömt. An Golgatha müssen wir alle vorbei und uns entscheiden: dafür oder dagegen.

Vom menschlichen Blut ist die Welt überströmt, weil sie gegen den Gekreuzigten war. Auch diese Mördergrube hier kannte nur eingerichtet werden, weil die Menschen ihn verwarfen haben. Nur Sein Licht, seine Kraft kann allein diese Welt vom Verderben erretten und uns ein neues Leben geben.

Hier im Gefängnis in Lodz sah ich so deutlich zwei Welten: die Welt des Lichtes und die der Finsternis. Und hier im Gefängnis habe ich von neuem die Überzeugung gewonnen, daß es nur zwei Welten gibt. Eine Welt der Dunkelheit und eine des Lichtes, des heiligen Lichtes, welches einst vam Himmel auf diese Erde gebracht und entzündet wurde und welches bis heute allen Völkern in dieser Dunkelheit leuchtet. Und nur ;n diesem Lichte können alle Völkerprobleme gelöst werden und das Völkerringen, der unsinnige Kampf, Not, Elend, die politischen Kerker, die nur ein Zeichen innerer Fäulnis und Atrophie der menschlichen Seele sind, ein Zeichen des Untergangs der abendländischen Kultur, ihre Beseitigung finden.

Ich kannte nicht schlafen. Es war eine Nacht der Besinnung, des Kampfes, des Gebets.

                                                               "Zur Arbeit"

Am Morgen schon ganz früh wurden wir alle abgeholt. Ein bewaffnetes Mädel in einer Soldatenuniform kam zu uns in den Keller rein. Sie war ungefähr 18 Jahre alt, klein, blondes Haar, mit einem unfreundlichen Gesichtsausdruck und groben Zügen. "Zur Arbeit" (Do robaty) schrie sie los. "Wir können uns ja gar nicht bewegen, wir sind doch alle verletzt und nicht fähig zur Arbeit, mein Nachbar spuckte Blut", erwiderte ich. "Na, das wollen wir mal gleich sehen, ab ihr euch nicht bewegen könnt!! - Sofort aufstehen!" schrie sie das und versetzte mir mit dem Gewehrkolben einen starken Hieb in die Nierengegend.

Ich versuchte aufzustehen. Wir gingen alle drei Schritt für Schritt und der kleine Tyrann immer hinter uns her. Sie brachte uns auf den Hof, der der "Bezpieka" (Urzad Bezpieczenstwa), wie man die polnische Geheimpolizei nennt, gehörte und von großen Gebäuden umgeben war. Auf der einen Seite des Hofes lag ein großer Haufen Ziegel.

Wir bekamen den Befehl, die Ziegel van der einen Seite des Hofes auf die andere zu tragen und wieder zurück. Ich nahm einen Ziegel in die Hand, da überfielen mich starke Schmerzen in der Brust, ich machte einige Schritte und blieb stehen. In dem Augenblick hörte man eine Stimme aus dem Fenster. "Genossin, arbeitet bei dir ein Ziegler?" "Ja, der große Kerl, der da den Ziegel trägt", schrie sie laut. "Er soll sofort nach oben zum Kommandanten kommen, er wird dringend benötigt. Du kannst ihn auf meine persönliche Verantwortung für kurze Zeit von der Arbeit befreien, er kommt wieder zurück." Der Milizmann kam dann nach unten und begleitete mich zum Kommandanten. Es war derselbe 19- jährige Bursche, der mir die "zweite Abteilung" geschildert und damit gedroht hatte. Ich bewegte mich langsam und kam mit Mühe nach oben.

                                                          Genossin Pietrzak

Oben ging es sehr lebhaft zu. Ungefähr 10 Männer, einer in einem Lederanzug, waren dart anwesend. Einer von ihnen kam mir entgegen und sagte: "Du wirst hier benötigt, aber schweigen, kein Wart!" Ich schaute ins Zimmer hinein, in der Mitte stand eine Frau gegen 40, auf dem Arm hielt sie ein kleines Kind, neben ihr stand ein älteres. Sie war arm gekleidet, dem Aussehen nach eine Arbeiterin, sie machte keinen guten Eindruck, ihr Gesicht war finster und böse. Ich habe sie nicht gekannt, nie gesehen, auch nie von ihr gehört. 

Die Männer, die draußen im Vorzimmer warteten, wurden hineingerufen und sie wurde jedesmal gefragt: "War das dieser?" Die Frau - sie wurde Genossin Pietrzak genannt - mußte ihr Urteil abgeben und ich hörte immer, wenn der nächste eintrat, ihre grobe Stimme: "Nein". Die Reihe kam an mich und ich wurde hineingeführt. "Ist das dieser?" "Nein, er ist es nicht", sagte sie, prüfend waren ihre Augen auf mich gerichtet. Dann kam der nächste: ein hoher Mann, dunkles krausiges Haar, dunkle Augen, eine Adlernase, rasche Bewegung und ein energisches Auftreten. "Ist das dieser?" "Ja, dieser ist es", schrie sie los.

"Und diesen Mann haben Sie gesehen, so wie Sie in Ihrer Anklage an die Geheimpolizei geschrieben haben?" "Ja, dieser ist es und diesen habe ich gesehen und gehört." "Erzählen Sie jetzt, wie das war", sagte einer von ihnen.

Im vorigen Jahr (1944) fand eine große Kundgebung der Volksdeutschen im Lodzer Paniatowski Park statt. Es war viel Volk da, alle waren schwarz und braun angezogen, überall sah man rote Fahnen. Gauleiter Greiser aus Posen hat eine Rede gehalten, alle haben "Hurra", nein "Heil" haben sie geschrieen. Und dann kam dieser an die Reihe, sie zeigte mit dem Finger auf ihn - er hat eine Ansprache gehalten und wieder haben sie "Hurra", nein "Heil" haben sie geschrieen... ". "Was hat er denn gesprochen?" "Ja, natürlich gegen uns Polen, gegen Moskau, gegen die Sowjets, was konnte er denn anderes sprechen? Sie wissen ja, daß sie die Proletarier alle ermorden möchten." "Und Sie waren dabei, haben ihn gesehen und gehört??"

"Ich habe es Euch schon gesagt, geschrieben und geschwaren, daß ich es gesehen und gehört habe. Und dieser, der da sitzt in diesem Lederanzug, der ist es, der war da und hat im Park gesprochen, ich habe ihn jetzt erkannt."

"Das ist aber eine Lüge, Genossin Pietrzak", erwiderte der Geheimpolizist. Unser bekannter Genosse, der aus Moskau zu uns als Organisator gekommen ist, der unter den Proletariern sich große Verdienste erworben hat, der einen Orden trägt und die Säule unserer Bewegung ist - den haben Sie gesehen, wie er mit Greiser im Poniatowski-Park eine faschistische Rede gehalten hat?? Das ist schon zuviel, Sie werden für diese Beleidigung des Genossen zur Verantwortung gezogen werden und sich vor dem kommunistischen Volksgericht verantworten müssen. Ein linientreuer Kommunist und Greiser! Dieser schandhafte Vergleich! Eine grenzenlose Lüge!

Da ist Dr. Ziegler! Da steht er in der Ecke! Sie kennen ihn nicht und deshalb sind auch Ihre Angaben falsch. Wir wollten ihn heute erschießen und jetzt stellt es sich heraus, daß Sie gelogen haben, daß alles falsch ist, was Sie uns geschrieben haben. Unser geschätzter Genosse, der solche Verdienste hat, konnte mit Greiser nicht in Verbindung stehen, das glaube ich Ihnen nicht. Das ist eine Lüge, eine Niederträchtigkeit, Sie haben gelogen, wir glauben Ihnen jetzt nicht."

"Was schimpft Ihr hier auf mich", schrie sie los. "Ich behauptete ja nicht, daß dieser linientreue und geschätzte Genosse die Rede im Park gehalten hat, ich behauptete aber, daß Dr. Ziegler sie gehalten hat. Hört mich mal jetzt an.

Als ich in Dombie zu Besuch war und aus der Kirche rauskam, haben wir noch lange mit der Zapedowska, Monastyrska und der Apothekerin Gogelowa vor der Kirche geschwätzt. Die haben mir erzählt, daß in Dombie ein deutscher Arzt Dr. Ziegler arbeitet, der Sohn von dem alten Ziegler, der die Wiesen und Felder hatte und auf dessen Torfwiesen sich jetzt die Dombier Torf machen lassen. Alles rennt zu Dr. Ziegler, sagten sie, nicht nur die Deutschen, aber auch unsere dummen Polen. Und unser polnischer Arzt, der sitzt in seinem Warteraum und wartet, wartet auf Patienten ... Alle zieht der Deutsche an sich. Da haben wir gesagt, wir machen Schluß damit! Ich konnte Dr. Ziegler nicht sehen, obgleich ich aufgepaßt habe, er war damals im Dorfe gewesen. Und nun habe ich mich deshalb geirrt. Als ich nach Lodz kam, habe ich an Euch einen Brief geschrieben und ihn angeklagt.

Und jetzt seid Ihr nicht schuld daran? Was schreit Ihr auf mich, Ihr braucht mich doch. Irren kann sich ein jeder! Aber Ihr habt selbst in den Zeitungen geschrieben und verlangt, wir sollten jedem Volksdeutschen ohne Ausnahme nachspionieren, jeden anzeigen, jeden beobachten, denn alle sind sie Landesverräter (zdrajcow narodu) und Feinde des Kommunismus. Und auf unseren Parteiversammlungen habt Ihr Propaganda gemacht, wir sollten ihnen alles in die Schuhe schieben und sie ohne Ausnahme vernichten, denn sie sind sämtlich Feinde von Sowjet-Polen. Nun. aber bin ich schuld daran. Ich habe getan, was Ihr wolltet. Und ich wollte ein gutes Werk tun, einen Deutschen umbringen, denn einen Zeugen braucht Ihr doch. Und jetzt schimpft Ihr auf mich, ich bin schuld, ich bin schuld, daß ich mich geirrt habe? Ich bin eine Polin, eine Parteigenossin und nicht irgendwelche Volksdeutsche. Daß ich mich geirrt habe, das ist nicht meine Schuld. Den großen Genossen, den wollte ich nicht beleidigen, denn nicht er hat die Rede gehalten, nur Dr. Ziegler, den wollte ich umbringen, es war eben ein Irrtum. Ihr macht mir Vorwürfe, die Sache ist nicht so einfach, wir gehen ins Parteigericht ... ," Sie fing an zu drohen, zu schimpfen und sich zu verteidigen. Die Gemüter im Zimmer erhitzten sich immer mehr und ich wurde entfernt. Als ich schon auf der Treppe war, härte ich ein Fluchen und Schreien.

                                                              (Fortsetzung folgt)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz