niedziela, 26 października 2025

Olechów - Obóz pracy - Kolej - Żydzi - Ludobójstwo - Instytut Pileckiego - cz.2

 


000014

                                                           PROTOKÓŁ  RZESŁUCHANIA  ŚWIADKA

Dnia 26 października 1972 roku

Sąd Powiatowy dla m. Łodzi w Łodzi w osobie Sędziego Sądu Powiatowego mgr Barbary Zelent z udziałem protokólanta Krystyny Klejman na wniosek: Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskiej w Poznaniu. Przesłuchał w dniu 26 października 1972 roku Władysława Kaczmarka w charakterze świadka, którego tożsamość  ustalono na podstawie okazanego dowodu osobistego. 

Sąd pouczył świadka o obowiązku mówienia prawdy i uprzedził o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania:

Świadek podał:

Władysław Kaczmarek, rodz. Jan i Stanisława z d. Slęzak, ur. 23.1.1922 r. w Perleburg Niemcy, zam. Łódź, ul. Warneńczyka, pracownik fizyczny.

W czasie okupacji byłem wzięty na przymusową pracę jako Polak do niemieckiej firmy Budowlanej Grün o Bielfinger z Mauscheim w charakterze robotnika, pomocnika maszynisty, na kolejce wąskotorowej roboczej. Pracowaliśmy przy budowie nasypu kolejowego na terenie między stacją Łódź – Chojny a Młynkiem. Kierownikiem budowy był Włoch – Mamani. Majstrami, osobami dozorującymi pracę maszynistami byli Niemcy. Byli oni ubrani w cywilne ubrania.

Niemiec, którego nazywaliśmy wszyscy „Tyrolczyk” miał powierzony pewien odcinek budowy nasypu i pełnił funkcję dozorcy, pilnował nas przy wykonywaniu pracy. Ten Niemiec mógł mieć wówczas około 45 lat, średniego wzrostu, dosyć tęgawy, czarny tzw. miał czarne włosy i czarne wąsiki. Nazywaliśmy go dlatego „Tyrolczyk”, bo nosił krótkie zamszowe spodenki i tyrolski kapelusz z piórkiem. Na tę budowę, gdzie myśmy pracowali przywozili, a właściwie przyprowadzali Żydów z obozu z Olechowa i jak myśmy przywozili piasek, żwir i glinę to Żydzi wysypywali to. Przeciętnie przyprowadzali do pracy 40-45- Żydów. Żydzi byli wynędzniali, wybiedzeni, ledwo chodzili, byli w różnym wieku. Byli tacy, co mieli z 16 lat, dwadzieścia parę lat, 40 i 50 lat.

Wiedzieliśmy, że to są Żydzi bo mieli na ubraniach żółte gwiazdy a poza tym przychodzili do nas po chleb i stąd wiedzieliśmy, że to są Żydzi. Myśmy pracowali na dwie zmiany po 12 godzin, w jednym tygodniu na dzień, w drugim tygodniu w nocy 12 godzin. Żydzi również pracowali w nocy. Najwięcej zabójstw Żydów widziałem, wówczas kiedy pracowałem na nocnej zmianie i kiedy była niedobra pogoda. Mokra glina, piasek załadowana przez koparkę na wagony przyklejała się do podłogi wagonu i kiedy Żydzi wyładowywali wagony musieli bardzo dokładnie wyładować wszystko wszystko, zostawić czystą podłogę. Tego wymagał Niemiec „Tyrolczyk”. Jak ten Niemiec zauważył, że podłoga wagonu nie jest zupełnie czysta, kazał szybko oczyścić Żydom podłogę, a kiedy zdawało mu się, że robią to zbyt wolno, to podchodził do wagonu, podnosił rączkę służącą do zamykania wagonu, wówczas klapa przyciskała głowę, albo uderzała w kark czy plecy Żyda i wtedy Żyd życie kończył, dlatego że waga tej klapy ważyła kilkaset kilo, ponieważ to były wagony metalowe, przeznaczone tylko na budowę. Zabici Żydzi zostawali na nasypie i jak przywieziono następną porcję ziemi to przysypywali tą ziemią zwłoki Żydów.

Ja na tym odcinku pracowałem od marca 1943 roku do października 1943 roku. Jak pracowałem na noc, to nie było w zasadzie nocy, w ciągu której nie zginęłoby w ten sposób 10-15 Żydów, to zależało, jaki humor miał „Tyrolczyk”. Te zbrodnie obserwowałem z lokomotywy, ponieważ byłem palaczem na lokomotywie i jak przypchaliśmy wagoniki z ziemią musieliśmy czekać, aż Żydzi rozładują żeby jechać po następną ziemię bo takich kursów z ziemią w ciągu 12 godzin pracy robiliśmy 20-25 razy. Według mego zdania te zbrodnie, które ja widziałem to zginęło najmniej 300-500 Żydów.

Zwłoki tych zamordowanych Żydów wszystkie zostały w nasypie z tym, że na przestrzeni całego odcinka na którym pracowaliśmy, a długość odcinka wynosiła około 1200 metrów. Nazwiska „Tyrolczyka”nie znałem, znam tylko nazwisko maszynisty z którym jeździłem na lokomotywie. Nazywał się Cymermann.

Nam nie wolno było z Żydami rozmawiać, bo byliśmy tak samo karani jak Żydzi. Tylko jak się czasem udało to rozmawialiśmy przez moment i wtedy prosili o żywność.

Wśród Polaków, którzy ze mną pracowali było dużo osób, które mówiły, że pochodzą z Ostrowia Wielkopolskiego. To byli młodzi ludzie, mieli po 19, 20 lat i byli też przywiezieni na przymusowe roboty jak i ja.

                                                                                                          Podpisy.


000014

PROTOKOLL DER VERNEHMUNG EINES ZEUGEN

Am 26. Oktober 1972

Das Bezirksgericht für die Stadt Łódź in Łódź, vertreten durch die Bezirksrichterin Barbara Zelent, in Anwesenheit der Protokollführerin Krystyna Klejman, auf Antrag der Bezirkskommission zur Untersuchung der Hitler-Verbrechen in Posen. verhörte am 26. Oktober 1972 Władysław Kaczmarek als Zeugen, dessen Identität anhand seines vorgelegten Personalausweises festgestellt wurde.

Das Gericht wies den Zeugen auf seine Pflicht zur Wahrheit und auf die strafrechtliche Verantwortung für falsche Aussagen hin:

Der Zeuge gab an:

Władysław Kaczmarek, geboren als Sohn von Jan und Stanisława, geb. Slęzak, geboren am 23.1.1922 in Perleburg, Deutschland, wohnhaft in Łódź, ul. Warneńczyka, Arbeiter.

Während der Besatzungszeit wurde ich als Pole zur Zwangsarbeit bei der deutschen Baufirma Grün o Bielfinger aus Mauscheim als Arbeiter, Hilfsmaschinist auf einer Schmalspurbahn eingesetzt. Wir arbeiteten am Bau eines Bahndamms zwischen dem Bahnhof Łódź-Chojny und Młynkiem. Der Bauleiter war ein Italiener namens Mamani. Die Vorarbeiter und Aufseher der Maschinenführer waren Deutsche. Sie trugen Zivilkleidung.

Ein Deutscher, den wir alle „Tyrolczyk” (Tiroler) nannten, war für einen bestimmten Abschnitt des Bahndamms zuständig und fungierte als Aufseher, der uns bei der Arbeit beaufsichtigte. Dieser Deutsche war damals etwa 45 Jahre alt, mittelgroß, ziemlich kräftig, hatte schwarzes Haar und einen schwarzen Schnurrbart. Wir nannten ihn „Tiroler”, weil er kurze Wildledershorts und einen Tirolerhut mit Feder trug. Zu dieser Baustelle, auf der wir arbeiteten, wurden Juden aus dem Lager in Olechów gebracht, und wenn wir Sand, Kies und Lehm herbeischafften, schütteten die Juden diese Materialien aus. Im Durchschnitt wurden 40-50 Juden zur Arbeit gebracht. Die Juden waren abgemagert, ausgezehrt, konnten kaum laufen und waren unterschiedlichen Alters. Es gab solche, die 16 Jahre alt waren, andere waren über zwanzig, vierzig oder fünfzig Jahre alt.

Wir wussten, dass es Juden waren, weil sie gelbe Sterne auf ihrer Kleidung trugen und außerdem kamen sie zu uns, um Brot zu holen, und daher wussten wir, dass es Juden waren. Wir arbeiteten in zwei Schichten à 12 Stunden, in der einen Woche tagsüber, in der anderen Woche nachts 12 Stunden. Die Juden arbeiteten ebenfalls nachts. Die meisten Morde an Juden habe ich gesehen, als ich in der Nachtschicht arbeitete und das Wetter schlecht war. Der nasse Lehm und Sand, der mit einem Bagger auf die Waggons geladen wurde, klebte am Boden der Waggons, und wenn die Juden die Waggons entluden, mussten sie alles sehr gründlich entladen und den Boden sauber hinterlassen. Das verlangte der Deutsche „Tiroler”. Wenn dieser Deutsche bemerkte, dass der Boden des Waggons nicht ganz sauber war, befahl er den Juden, den Boden schnell zu reinigen, und wenn er der Meinung war, dass sie das zu langsam machten, ging er zum Waggon, hob den Griff zum Schließen des Waggons, dann drückte die Klappe auf den Kopf oder schlug gegen den Nacken oder Rücken des Juden, der dann starb, weil die Klappe mehrere hundert Kilogramm wog, da es sich um Metallwaggons handelte, die nur für den Bau bestimmt waren. Die getöteten Juden blieben auf dem Bahndamm liegen, und wenn die nächste Ladung Erde gebracht wurde, wurden die Leichen der Juden mit dieser Erde bedeckt.

Ich arbeitete auf dieser Strecke von März 1943 bis Oktober 1943. Wenn ich nachts arbeitete, gab es im Grunde keine Nacht, in der nicht 10 bis 15 Juden auf diese Weise ums Leben kamen, es hing davon ab, in welcher Stimmung der „Tiroler” war. Ich beobachtete diese Verbrechen von der Lokomotive aus, da ich Heizer auf der Lokomotive war, und wenn wir die Waggons mit Erde herangeschoben hatten, mussten wir warten, bis die Juden sie entladen hatten, um die nächste Ladung Erde zu holen, denn solche Fahrten mit Erde machten wir 20-25 Mal in 12 Arbeitsstunden. Meiner Meinung nach sind bei diesen Verbrechen, die ich gesehen habe, mindestens 300-500 Juden ums Leben gekommen.

Die Leichen dieser ermordeten Juden blieben alle auf dem Damm liegen, und zwar auf der gesamten Strecke, auf der wir arbeiteten, die etwa 1200 Meter lang war. Den Namen „Tyrolczyk” kannte ich nicht, ich kenne nur den Namen des Lokführers, mit dem ich auf der Lokomotive fuhr. Er hieß Cymermann.

Wir durften nicht mit den Juden sprechen, denn wir wurden genauso bestraft wie die Juden. Nur wenn es manchmal gelang, unterhielten wir uns kurz, und dann baten sie um Essen.

Unter den Polen, die mit mir arbeiteten, gab es viele, die sagten, dass sie aus Ostrów Wielkopolski stammten. Es waren junge Leute, sie waren 19, 20 Jahre alt und wurden wie ich zur Zwangsarbeit gebracht.

Unterschriften.


niedziela, 19 października 2025

Bukowiec - Podła Góra Steinbach - Cmentarz ewangelicki - Wizyta

 Telefon z samego rana od Kacperka (Buldeckiego).

- Śpisz jeszcze?

- Oczywiście, że nie, brzmi moja odpowiedź.

Przyjedź na swój cmentarz (Bukowiec) za 10 minut, będzie niespodzianka!

Wyboru nie miałem, nie czekałem długo. Kacperek przyjechał z dwójką gości. Okazało się, że jest to Piotrek Marczenia zamieszkały w Świebodzinie. Przyjechała również znajoma Kacpra z Krakowa. Piotrek jest moim znajomym na Facebooku od kilku lat. To on jest bohaterem artykułów prasowych i programów w TV. Jak nastolatek postanowił zająć się zniszczonym cmentarzem ewangelickim w Podłej Górze - Steinbach *. Dzisiaj miałem przyjemność poznać osobiście Piotra do którego mam wielki szacunek za ciężką pracę i chęć zachowania historii tych miejsc! 

Dzisiaj w godzinach popołudniowych ponownie się spotkamy w Brzezinach na otwarciu wystawy "Śladami ewangelików na ziemi brzezińskiej", której pomysłodawcą i prelegentem będzie Kacper Buldecki.


Podła Góra (daw. Kamienny PotokniemSteinbach) – wieś w Polsce położona w województwie lubuskim, w powiecie świebodzińskim, w gminie Skąpe.





30 sty 2021 — O dawnych mieszkańcach naszego regionu pamięta Piotr Marczenia ze Świebodzina. Od kilku lat, razem z rodzicami, sprząta i odtwarza ...
24 sty 2021 — Piotr Marczenia ze Świebodzina w styczniu tego roku skończył 18 lat. Dojrzałością mógłby jednak obdzielić niejedną dorosłą osobę. To właśnie on, ...

sobota, 18 października 2025

Olechów - Obóz pracy - Kolej - Żydzi - Ludobójstwo - Instytut Pileckiego - cz.1

 

Temat Olechowa stał mi się bliski dzięki kontaktom i przyjaźni z  mieszkańcem tej dawnej wsi Horstem Milnikelem. Nie miałem najmniejszego pojęcia jak bogata i zarazem tragiczna jest historia Olechowa z okresu okupacji niemieckiej w latach 1939-45. Zdobywałem coraz to nowe materiały i dokumenty świadczące o niemieckim ludobójstwie na tych terenach (Olechów, Andrzejów, Jędrzejów). Horst wspominał o barakach które pozostały po wyzwoleniu, jako dziecko z kolegami biegał i bawił się na terenie obozu pracy. Z czasem było coraz mniej śladów, to co zostało to pomnik-tablica na ul. Przemysłowej. Myślę, że malutki procent nowych mieszkańców z tzw. blokowiska zdaje sobie sprawę z tragedii jakie miały miejsce.

Niemiecki okupant podjął decyzję o rozbudowie trasy kolejowej łączącej Łódź Kaliską bezpośrednio z Koluszkami przez Olechów, Andrzejów, Andrespol. Tem pomysł o budowie największej stacji rozrządowej na terenie centralnej Polski powstał jeszcze jakichś czas temu przed wojną. Jednak zabrakło na realizację tych planów funduszy. Rozmach z jakim Niemcy przystąpili do budowy wymagał bardzo dużo siły roboczej. Z rozmachem i pośpiechem zbudowano obóz pracy przy ulicy Zakładowej i ulicy Tomaszowskiej. Oprócz rdzenny Polaków, każdego dnia przywożono z łódzkiego Getta, Żydów na stację kolejową w Andrzejowie. Rotacja była olbrzymia, nieludzkie warunki pracy, bicie, systematyczne egzekucje (wieszanie) były na porządku dziennym. Żydzi byli zabijani podczas budowy nasypów, wielu z nich było grzebanych w tych nasypach lub pobliskim lasku. Spoczywają tam do dziś dnia....

Trzy lata temu miałem okazję odwiedzić dwukrotnie Instytut Pileckiego w Warszawie. Znajduje się tam ponad 3 miliony dokumentów związanych z niemiecką okupacją na terenie Polski. Także bardzo ciekawe dokumenty dotyczące Olechowa. 

Pozwolę sobie w tej części przedstawić protokół przesłuchania Tadeusza Węglewskiego przez prokuratora Okręgowej Komisji badania Zbrodni Hitlerowskich w Łodzi.


Sygnatura akt: D… 4/69

Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Łodzi.                                 000008

                                             PROTOKÓŁ  RZESŁUCHANIA  ŚWIADKA

Dnia 17 września 1969 roku w Łodzi

Wiceprokurator Wiktor Klimczak , na terenie Okręgowej Komisji badania Zbrodni Hitlerowskich w Łodzi.

Świadek: Tadeusz Węglewski, ur. 9 grudnia 1911 roku w Niedrzew pow. Kutno., syn Józefa Bronisławy, zam. w Łodzi ul. Trybały ( nie podaję całego numeru). Zajęcie: Mistrz budowlany.

W czasie okupacji zamieszkiwałem w Łodzi. Od marca 1941 roku zostałem zatrudniony w firmie braci Karola i Oskara Pleszke. Była to firma jeszcze przedwojenna prowadzona przez wymienionych braci Pleszke, którzy w czasie okupacji stali się Niemcami. Firma ta wykonywała roboty budowlane. Bracia Pleszke jak się orientuję mogli mieć w tym czasie mieć lat ponad 50 każdy. Gdzie w m-cu wrześniu 1942 w ramach firmy Pleszke wykonywałem prace związane z budową budynku łaźni, oraz wykończeniem budynku kuchni na terenie obozu w Andrzejowie. W czasie gdy tam pracowałem, zaczęli się do tego obozu wprowadzać Żydzi.

Przez okres pracy, który trwał około 5 tygodni nawiązałem kontakt z lekarzem Żydem, mieszkańcem tego obozu. Od niego wiem, że w obozie w Andrzejowie mieszkało 630 Żydów. Na terenie tego obozu ogrodzonego płotem z kolczastego drutu znajdowało sie 6 baraków. Nazwiska tego lekarza Żyda nie pamiętam. Żydzi z tego obozu byli wyprowadzani do pracy przy budowie nasypów kolejowych pod tory przez swoich grupowych Żydów. Grupy Żydów były nadzorowane jak mi wiadomo przy pracy przez majstrów niemieckich. Jak pamiętam przy bramie wejściowej na teren obozu żydowskiego znajdowała się wartownia w której służbę pełnili funkcjonariusze policji kolejowej. Zdaje się, że byli oni ubrani w szare mundury, ciemniejsze od mundurów żandarmów. Jak pamiętam funkcjonariuszy policji kolejowej było do pilnowania tego obozu 12,którzy pełnili służby na zmianę. Nazwisk żadnego z tych funkcjonariuszy nie znam. 0d Żyda-lekarza słyszałem z opowiadania, że z grup wychodzących do pracy nie wracało wieczorem 5-6 ludzi. W tym czasie jak pracowałem na terenie wymienionego obozu Żydzi wykonywali roboty przy budowie nasypu w lasku zwanym laskiem Hoffmanowej. Z tego miejsca pracy wg. opowiadań wspomnianego lekarza zawsze kilku nie wracało. Wynikało z jego wypowiedzi, ze przy tej pracy Żydzi giną, są zabijani i zakopywani w nasypie. Roboty w tym miejscu, położonym w odległości około 2 kilometrów od Andrzejowa wykonywała jakaś niemiecka firma, której nazwy nie znam. Nadmieniam, że żydowski obóz o którym wyżej mowa był położony w odległości około 1200 metrów od stacji w Andrzejowie przy drodze prowadzącej w stronę Olechowa. Dokładnie już nie pamiętam, ale zdaje się, że w listopadzie 1942 roku, gdy przyszedłem do pracy, na teren tego obozu żydowskiego w Andrzejowie dowiedziałem się, że we wczesnych godzinach rannych na terenie obozu powieszonych zostało 7 Żydów. Mówili o tym robotnicy – Polacy, którzy zamieszkiwali w barakach położonych za obozem żydowskim. Również przy drodze na Olechów. Nazwisk tych ludzi wskazać nie potrafię. Polacy ci byli obecni przy tej egzekucji. Egzekucja została przeprowadzona jak nadmienili mi opowiadający za samowolne odchodzenie Żydów z grup. Przyczyna ta została podana przed powieszeniem tych 7 Żydów, przez jakiegoś Niemca, który przybył z zewnątrz. Nadzorowali tą egzekucję funkcjonariusze policji kolejowej pełniący służbę przy obozie. Żydzi wieszani byli przez innych Żydów pod nadzorem Niemców. W baraku polskiego obozu położonego przy obozie żydowskim w Andrzejowie miałem jako brygadzista swoje pomieszczenie. Przychodziłem do tego pomieszczenia przez okres pracy, aż do lipca 1943 r. Dopiero w tym czasie przeniosłem się do Jędrzejowa. Przed przeniesieniem się do Jędrzejowa budowałem baraki przy torach na wysokości początku wsi Olechów, licząc od Andrzejowa dla jeńców angielskich, którzy zamieszkali w tym obozie gdzieś od maja 1943 r. Obóz ten został z chwilą wprowadzenia do niego jeńców odgrodzony i izolowany od reszty zatrudnionych przy budowie. Po zakończeniu roboty przy budowie baraków dla Anglików pracowałem przy budowie baraków w Jędrzejowie. Zostało tam postawionych 6 baraków. Teren został ogrodzony drutami kolczastymi, 3 baraki zostały jeszcze oddzielone od pozostałych. W jednej części zamieszkali Żydzi w liczbie 370, a w pozostałej Polacy. Z lekarzem żydowskim o którym wyżej nadmieniłem, stykałem się przez cały czas pracy na budowie. Przychodził on również do obozu przy wsi Jędrzejów. W maju lub czerwcu 1943 r., gdy przyszedłem do pracy i znajdowałem się w swoim pomieszczeniu przy obozie Żydów koło Andrzejowa, widziałem jak był wieziony jakiś Żyd na taczce z wartowni w kierunku baraków. Gdy spotkałem wspomnianego lekarza tego samego dnia, dowiedziałem się, że wieziony Żyd został tak mocno pobity przez funkcjonariuszy policji kolejowej na wartowni, że zmarł. Nazwiska tego Żyda nie znam. Chyba już na jesieni 1943 r. kiedy przechodziłem koło torów, widziałem jak majster niemiecki bił jakiegoś Żyda kawałem drewna. Żyd ten skulony stoczył się z wału nasypu. Miało to zdarzenie miejsce w pobliżu mostu przez rzekę idąc w kierunku Chojen, na wysokości lasku Kowalszczyzna. Żyd ten został zabity i zasypany, nie widziałem, ale przypuszczam, że tak było. Ja nie zatrzymywałem się, bo tego dnia wyszedłem nieco wcześniej z pracy i unikałem spotkań z Niemcami. Nadmieniam, że w miejscu, w które spadł z nasypu zabity przez Niemca, Żyd, sypana była ziemia z wagoników. Nie byłem poza tym świadkiem innych zbrodni dokonanych przez Niemców na Żydach lub osobach innych narodowości, ani też nie potrafię wskazać nazwisk sprawców zbrodni. Widziałem też, że przy budowie wykopów pod tory byli zatrudnieni więźniowie z Sikawy, dowożeni codziennie do pracy. Byli oni nadzorowani przez strażników, którzy nie dopuszczali nikogo do tych więźniów. Nie można było z tymi ludźmi porozumieć się. Na tym protokół zakończono i po odczytaniu jako zgodny ze złożonymi zeznaniami podpisany.

Wykaz niemieckich firm które korzystały na terenie Olechowa z niewolniczej pracy Polaków, Żydów, także w niewielkiej części jeńców angielskich i rosyjskich:

Kurt Hein - . Była to firma zajmująca się przygotowaniem terenu pod tory kolejowe. Torów jednak firma ta nie zakładała. Była to firma niemiecka z terenu Rzeszy.

Firma Budowlana Grün i Bielfinger z Mauscheim - budowa nasypu kolejowego

Breutigam i Matejko - Firma budowała budynki stacyjne i inne. Była to miejscowa firma budowlana prowadzona przez miejscowych Niemców.

Niemiecka firma tzw. „Ostdeutsche”, która wykonywała wykopy pod tory kolejowe. 

Ostdeutsche Tiefbau Geselschaft. - właściciel firmy był Niemiec  volksdeutsch o nazwisku Jędretzki z Konina.

Firma braci Karola i Oskara Pleszke z Łodzi ul. Nawrot 46, którzy w czasie okupacji stali się Niemcami. Firma ta wykonywała roboty budowlane.

Firma Ohlendorf - firma z Rzeszy, która wykonywała roboty związane z budową węzła kolejowego w Olechowie.

Firma Neubaumat z siedzibą w Andrzejowie. Budowa nowego dworca przetokowego.

Bilfinger & Berger - Mannheim   

Grün & Bilfinger z Mannheim 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Das Thema Olechów ist mir dank meiner Kontakte und meiner Freundschaft mit Horst Milnikel, einem Einwohner dieses ehemaligen Dorfes, sehr ans Herz gewachsen. Ich hatte nicht die geringste Ahnung, wie reichhaltig und zugleich tragisch die Geschichte von Olechów während der deutschen Besatzung in den Jahren 1939-45 ist. Ich sammelte immer mehr neue Materialien und Dokumente, die von dem deutschen Völkermord in diesen Gebieten (Olechów, Andrzejów, Jędrzejów) zeugten. Horst erinnerte sich an die Baracken, die nach der Befreiung übrig geblieben waren. Als Kind rannte er mit seinen Freunden auf dem Gelände des Arbeitslagers herum und spielte dort. Mit der Zeit wurden die Spuren immer weniger, was übrig blieb, war eine Gedenktafel in der Przemysłowa-Straße. Ich glaube, dass nur ein winziger Prozentsatz der neuen Bewohner der sogenannten Plattenbausiedlung sich der Tragödien bewusst ist, die sich dort ereignet haben.

Die deutschen Besatzer beschlossen, die Eisenbahnstrecke zwischen Łódź Kaliska und Koluszki über Olechów, Andrzejów und Andrespol auszubauen. Die Idee, den größten Rangierbahnhof in Zentralpolen zu bauen, entstand bereits einige Zeit vor dem Krieg. Allerdings fehlten die finanziellen Mittel für die Umsetzung dieser Pläne. Der Elan, mit dem die Deutschen den Bau in Angriff nahmen, erforderte sehr viel Arbeitskraft. Mit großem Elan und Eile wurde ein Arbeitslager an der Zakładowa-Straße und der Tomaszowska-Straße errichtet. Neben den einheimischen Polen wurden jeden Tag Juden aus dem Łódźer Ghetto zum Bahnhof in Andrzejów gebracht. Die Fluktuation war enorm, die Arbeitsbedingungen unmenschlich, Schläge und systematische Hinrichtungen (Erhängen) waren an der Tagesordnung. Juden wurden beim Bau von Dämmen getötet, viele von ihnen wurden in diesen Dämmen oder im nahe gelegenen Wald begraben. Dort ruhen sie bis heute...

Vor drei Jahren hatte ich zweimal Gelegenheit, das Pilecki-Institut in Warschau zu besuchen. Dort befinden sich über 3 Millionen Dokumente, die mit der deutschen Besatzung in Polen in Zusammenhang stehen. Darunter sind auch sehr interessante Dokumente über Olechów.

Ich möchte an dieser Stelle das Protokoll der Vernehmung von Tadeusz Węglewski durch den Staatsanwalt der Bezirkskommission zur Untersuchung der Nazi-Verbrechen in Łódź vorstellen.


Aktenzeichen: D… 4/69

Bezirkskommission zur Untersuchung der Nazi-Verbrechen in Łódź. 000008

PROTOKOLL DER VERNEHMUNG EINES ZEUGEN

Am 17. September 1969 in Łódź

Vize-Staatsanwalt Wiktor Klimczak , auf dem Gelände der Bezirkskommission zur Untersuchung der Nazi-Verbrechen in Łódź.

Zeuge: Tadeusz Węglewski, geboren am 9. Dezember 1911 in Niedrzew, Kreis Kutno, Sohn von Józef Bronisława, wohnhaft in Łódź, Trybały-Straße (ich gebe nicht die gesamte Hausnummer an). Beruf: Baumeister.

Während der Besatzungszeit wohnte ich in Łódź. Seit März 1941 war ich bei der Firma der Brüder Karol und Oskar Pleszke beschäftigt. Es handelte sich um ein noch aus der Vorkriegszeit stammendes Unternehmen, das von den genannten Brüdern Pleszke geführt wurde, die während der Besatzungszeit Deutsche geworden waren. Diese Firma führte Bauarbeiten durch. Soweit ich weiß, waren die Brüder Pleszke zu dieser Zeit jeweils über 50 Jahre alt. Im September 1942 führte ich im Rahmen der Firma Pleszke Arbeiten im Zusammenhang mit dem Bau eines Badehauses und der Fertigstellung eines Küchengebäudes auf dem Gelände des Lagers in Andrzejów durch. Während ich dort arbeitete, begannen Juden in dieses Lager einzuziehen.

Während meiner etwa fünfwöchigen Arbeit knüpfte ich Kontakt zu einem jüdischen Arzt, der in diesem Lager lebte. Von ihm weiß ich, dass im Lager in Andrzejów 630 Juden lebten. Auf dem Gelände dieses mit Stacheldraht umzäunten Lagers befanden sich sechs Baracken. Den Namen dieses jüdischen Arztes habe ich nicht mehr im Gedächtnis. Die Juden aus diesem Lager wurden von ihren Gruppenführern zur Arbeit beim Bau von Bahndämmen unter den Gleisen gebracht. Die Gruppen von Juden wurden, soweit ich weiß, bei der Arbeit von deutschen Vorarbeitern beaufsichtigt. Soweit ich mich erinnere, befand sich am Eingangstor zum jüdischen Lager ein Wachhäuschen, in dem Beamte der Bahnpolizei Dienst taten. Ich glaube, sie trugen graue Uniformen, die dunkler waren als die Uniformen der Gendarmen. Soweit ich mich erinnere, gab es 12 Bahnpolizisten, die dieses Lager bewachten und sich im Schichtdienst ablösten. Ich kenne die Namen keiner dieser Beamten. Von einem jüdischen Arzt habe ich gehört, dass von den Gruppen, die zur Arbeit gingen, abends 5-6 Menschen nicht zurückkehrten. Während meiner Arbeit in diesem Lager verrichteten die Juden Arbeiten am Bau eines Damms in einem Wald namens Hoffmanowa. Nach den Erzählungen des erwähnten Arztes kehrten von diesem Arbeitsplatz immer einige nicht zurück. Aus seinen Aussagen ging hervor, dass bei dieser Arbeit Juden ums Leben kamen, getötet und im Damm begraben wurden. Die Arbeiten an diesem Ort, der etwa 2 Kilometer von Andrzejów entfernt liegt, wurden von einer deutschen Firma durchgeführt, deren Namen ich nicht kenne. Ich möchte erwähnen, dass das oben erwähnte jüdische Lager etwa 1200 Meter vom Bahnhof in Andrzejów entfernt an der Straße in Richtung Olechów lag. Ich erinnere mich nicht mehr genau, aber ich glaube, dass ich im November 1942, als ich zur Arbeit kam, auf dem Gelände dieses jüdischen Lagers in Andrzejów erfuhr, dass in den frühen Morgenstunden 7 Juden im Lager erhängt worden waren. Das erzählten mir die Arbeiter – Polen, die in Baracken hinter dem jüdischen Lager wohnten. Auch an der Straße nach Olechów. Die Namen dieser Menschen kann ich nicht nennen. Diese Polen waren bei dieser Hinrichtung anwesend. Die Hinrichtung wurde, wie mir berichtet wurde, wegen des eigenmächtigen Verlassens der Gruppen durch die Juden durchgeführt. Dieser Grund wurde vor der Erhängung dieser sieben Juden von einem Deutschen genannt, der von außerhalb gekommen war. Die Hinrichtung wurde von Beamten der Bahnpolizei überwacht, die im Lager Dienst taten. Die Juden wurden von anderen Juden unter deutscher Aufsicht gehängt. In der Baracke des polnischen Lagers, das sich neben dem jüdischen Lager in Andrzejów befand, hatte ich als Vorarbeiter meinen Raum. Ich kam während meiner Arbeitszeit bis Juli 1943 in diesen Raum. Erst zu diesem Zeitpunkt zog ich nach Jędrzejów um. Vor meinem Umzug nach Jędrzejów baute ich Baracken an den Gleisen am Anfang des Dorfes Olechów, gezählt von Andrzejów aus, für englische Kriegsgefangene, die seit etwa Mai 1943 in diesem Lager lebten. Dieses Lager wurde mit der Einweisung der Kriegsgefangenen abgezäunt und vom Rest der am Bau beschäftigten Personen isoliert. Nach Abschluss der Arbeiten am Bau der Baracken für die Engländer arbeitete ich am Bau von Baracken in Jędrzejów. Dort wurden 6 Baracken errichtet. Das Gelände wurde mit Stacheldraht umzäunt, 3 Baracken wurden noch von den übrigen getrennt. In einem Teil wohnten 370 Juden, im anderen Teil Polen. Mit dem oben erwähnten jüdischen Arzt hatte ich während meiner gesamten Arbeitszeit auf der Baustelle Kontakt. Er kam auch in das Lager bei Jędrzejów. Im Mai oder Juni 1943, als ich zur Arbeit kam und mich in meinem Raum im Lager der Juden bei Andrzejów befand, sah ich, wie ein Jude auf einer Schubkarre vom Wachhaus in Richtung Baracken transportiert wurde. Als ich denselben Tag den erwähnten Arzt traf, erfuhr ich, dass der transportierte Jude von den Beamten der Bahnpolizei in der Wachstube so schwer geschlagen worden war, dass er starb. Den Namen dieses Juden kenne ich nicht. Ich glaube, es war im Herbst 1943, als ich an den Gleisen vorbeiging und sah, wie ein deutscher Vorarbeiter einen Juden mit einem Stück Holz schlug. Der Jude rollte zusammengekauert den Bahndamm hinunter. Dies geschah in der Nähe der Brücke über den Fluss in Richtung Chojen, auf Höhe des Waldes Kowalszczyzna. Dieser Jude wurde getötet und verschüttet, ich habe es nicht gesehen, aber ich nehme an, dass es so war. Ich habe nicht angehalten, weil ich an diesem Tag etwas früher von der Arbeit gegangen bin und Begegnungen mit Deutschen vermieden habe. Ich möchte erwähnen, dass an der Stelle, an der er von den Deutschen getötet wurde, Erde aus Waggons aufgeschüttet wurde. Ich war außerdem nicht Zeuge anderer Verbrechen der Deutschen an Juden oder Personen anderer Nationalitäten und kann auch keine Namen von Tätern nennen. Ich habe auch gesehen, dass beim Bau der Gleisgräben Häftlinge aus Sikawa beschäftigt waren, die täglich zur Arbeit gebracht wurden. Sie wurden von Wachen beaufsichtigt, die niemanden zu diesen Häftlingen ließen. Es war unmöglich, mit diesen Menschen zu kommunizieren. Damit wurde das Protokoll abgeschlossen und nach Verlesung als mit den gemachten Aussagen übereinstimmend unterzeichnet.

Kurt Hein – . Es handelte sich um eine Firma, die sich mit der Vorbereitung des Geländes für Eisenbahnschienen befasste. Die Firma verlegte jedoch keine Schienen. Es war eine deutsche Firma aus dem Reichsgebiet.

Bauunternehmen Grün und Bielfinger aus Mauscheim – Bau eines Bahndamms

Breutigam und Matejko – Das Unternehmen baute Bahnhofsgebäude und andere Gebäude. Es handelte sich um ein lokales Bauunternehmen, das von lokalen Deutschen geführt wurde.

Das deutsche Unternehmen „Ostdeutsche”, das Aushubarbeiten für die Eisenbahnschienen durchführte.

Ostdeutsche Tiefbau Geselschaft – Eigentümer des Unternehmens war ein Volksdeutscher namens Jędretzki aus Konin.

Das Unternehmen der Brüder Karol und Oskar Pleszke aus Łódź, ul. Nawrot 46, die während der Besatzungszeit zu Deutschen wurden. Dieses Unternehmen führte Bauarbeiten durch.

Die Firma Ohlendorf – ein Unternehmen aus dem Reich, das Arbeiten im Zusammenhang mit dem Bau des Eisenbahnknotens in Olechów ausführte.

Die Firma Neubaumat mit Sitz in Andrzejów. Bau eines neuen Durchgangsbahnhofs.

Bilfinger & Berger – Mannheim

Grün & Bilfinger aus Mannheim

czwartek, 16 października 2025

Śladami Olechowa - Fundacja Kewla - Łódż - Szkoła Podstawowa - Horst Milnikel

 Miałem przyjemność wraz z moją małżonką na zaproszenie pani Izabeli Wereckej-Szczepańskiej, prezes Fundacji Kwela, być obecnym na spotkaniu dotyczącym historii Olechowa.

Miejscem spotkania była Szkoła Podstawowa nr. 205 w Łodzi, ul. Dąbrówki 1. Prelekcję prowadziła oczywiście pani Izabela, gościem honorowym był Horst Milnikel, którego przodkowie byli jednymi z pierwszych niemieckich osadników przybyłych na początku XIX wieku. Spotkanie trwało ponad godzinę, przy pełnej sali uczniów tej szkoły jak i spora grupa mieszkańców Olechowa. Myślę, że to pierwsze z trzech planowanych spotkań powiększyło wiedzę w tym temacie. Można tylko pogratulować Fundacji Kwela dobrego pomysłu, być może cmentarz ewangelicki znajdujący się w najbliższej odległości od szkoły znów będzie się godnie prezentował. Tam spoczywa setki mieszkańców którzy tworzyli miejscową historię.

Informacje Fundacji Kwela dotyczące tego spotkania:

Zapraszamy na otwarte spotkanie „Olechów – od kolonii Olędrów do nowoczesnego osiedla”. Wspólnie cofniemy się do końca XVIII w., gdy na terenach dzisiejszego Olechowa pojawili się pierwsi Olędrzy i zaczęła się historia tej niezwykłej osady. Prześledzimy, jak z małej kolonii rolniczej powstawała wieś, jak zmieniała się liczba mieszkańców i domów, jak kolejne pokolenia przechodziły przez burzliwe wydarzenia XX w., aż wreszcie Olechów stał się nowoczesnym osiedlem, które znamy dziś.
Spotkanie to okazja do poznania przeszłości miejsca, które przez ponad 200 lat budowali zwyczajni ludzie - gospodarze, robotnicy, osadnicy i nowe rodziny przybywające tu po wojnie. To historia o ciągłości życia, zmianach i pamięci lokalnej społeczności.
Spotkanie ma charakter bezpłatny i otwarty.
Zapraszamy wszystkich mieszkańców Olechowa, uczniów i nauczycieli szkoły oraz wszystkich zainteresowanych historią tej części Łodzi.
Data: 16 października 2025 (czwartek)
Start: godz. 13.00
Miejsce: Szkoła Podstawowa nr 205 w Łodzi, ul. Dąbrówki 1
Prowadzenie: Izabela Werecka-Szczepańska









wtorek, 14 października 2025

Rodzina Häuser - Erwin Zielke - Łódż - Niemieckie osadnictwo - cz.1


Od ponad 10 lat zajmuję się śledzeniem niemieckiego osadnictwa w Łodzi i okolicach. Jest takie przysłowie, że: najciemniej jest pod latarnią!

Nigdy nie kryłem, że moja żona Elżbieta na swoich przodków ze strony taty Zenona pochodzących z Niemiec. Mieszkając w Bissendorfie koło Hanoweru w okresie 1987 - 2006 staraliśmy się o potwierdzenie takowego pochodzenia. 

Zamieściliśmy ogłoszenie w hanowerskim Weg und Ziel  - numer 6 z czerwca 1922 roku. (nigdy bym się nie spodziewał, że kiedyś będę zamieszczał moje artykuły w tej gazecie!)
Minęło zaledwie kilka dni, kiedy na nasz domowy adres otrzymaliśmy list polecony od pana Erwina Zielke zamieszkałego w Hamm, urodzonego w Łodzi. Pisał w nim, że znał dziadków mojej żony. W późniejszym czasie przysłał notarialne poświadczenie swoich słów. Niestety, urzędnicy (Landkreisu) uznali, że jest to nie wystarczający dowód na potwierdzenie niemieckiego pochodzenia.........

Mimo wszystko bardzo byliśmy wdzięczni panu Zielke, że czynił tyle starań. Niestety, od dawna nie żyje, jednak wniósł moim zdaniem sporo informacji bardzo mi bliskich. 

Urodziłem się w Łodzi przy ul. Kilińskiego 216, pan Erwin mieszkał również na Kilińskiego 211! 



Kto zna moich dziadków?

Kto może potwierdzić, że mój dziadek Gustav Häuser, urodzony w 1888 roku w Łodzi, zmarły w 1940 roku w Łodzi, oraz jego żona Maria z domu Pitke byli Niemcami i wyznawali niemiecką tożsamość? Dziadkowie Häuser mieszkali ostatnio w Łodzi, przy ulicy Recklingshauser 6 (pol. Grabowa). Dziadek zmarł również w tym mieszkaniu. Osoby, które pamiętają moich dziadków, proszone są o kontakt z rodziną Braun pod adresem Am Riepkenberg 6, 3002 Wedemark – Bissendorf.



Erwin Zielke                                                                                                   14 czerwca 1992 r.

                                                                               4700 Hamm 4, skrytka pocztowa 4265

Szanowna Rodzino Braun

Piszę do Państwa w związku z ogłoszeniem poszukiwawczym zamieszczonym w naszej lokalnej gazecie „Weg und Ziel”.

Nie wiem, czy moja skromna wiedza na temat pana Häusera będzie dla Państwa wystarczająca i pomocna. Faktem jest, że znałem pana Häusera jako Niemca. Wiem również, że mieszkał on przy ulicy Grabowej – późniejszej Recklinghauser – na odcinku między ulicami Senatorską i Napiorkowskiego. O tym, że pan Häuser wyznawał niemiecką tożsamość, wiem z okresu wyborczego – byłem pomocnikiem. Ponadto utrzymywałem kontakty z kolegami ze szkoły, którzy mieszkali przy ulicy Grabowej: Burg, Kemp, Hoffman, Reinke i mój były nauczyciel, od którego właściwie dowiedziałem się o nazwisku Häuser. Nie wiem nic więcej o panu Häuser.

Warto jeszcze dodać, że miałem dwóch kolegów ze szkoły, Alfreda i Bruno Pitke, którzy mieszkali przez pewien czas przy ulicy Kaliskiej i rok wcześniej wrócili z Niemiec do Łodzi. Obaj bracia mieli krewnych przy ulicy Grabowej. Czy to byli krewni Twojej babci? To by było to.

Z poważaniem

P.S.

W latach szkolnych mieszkałem przy ulicy Kilińskiego 211.

Urodziłem się w 1910 roku.

Seit über 10 Jahren beschäftige ich mich mit der Erforschung der deutschen Besiedlung in Łódź und Umgebung. Es gibt ein Sprichwort, das besagt: Am dunkelsten ist es unter der Laterne!
Ich habe nie einen Hehl daraus gemacht, dass meine Frau Elżbieta Vorfahren väterlicherseits aus Deutschland hat. Als wir von 1987 bis 2006 in Bissendorf bei Hannover lebten, versuchten wir, diese Herkunft zu bestätigen.
Wir schalteten eine Anzeige in der Hannoveraner Zeitung „Weg und Ziel” – Ausgabe Nr. 6 vom Juni 1922. (Ich hätte nie gedacht, dass ich einmal meine Artikel in dieser Zeitung veröffentlichen würde!
Nur wenige Tage später erhielten wir an unsere Privatadresse einen eingeschriebenen Brief von Herrn Erwin Zielke aus Hamm, geboren in Łódź. Darin schrieb er, dass er die Großeltern meiner Frau gekannt habe. Später schickte er eine notariell beglaubigte Bestätigung seiner Aussagen. Leider befanden die Beamten (des Landkreises) dies für keinen ausreichenden Beweis für die deutsche Herkunft...
Trotz allem waren wir Herrn Zielke sehr dankbar, dass er sich so sehr bemüht hatte. Leider ist er schon lange verstorben, aber meiner Meinung nach hat er viele Informationen beigesteuert, die mir sehr am Herzen liegen.
Ich wurde in Łódź in der Kilińskiego-Straße 216 geboren, Herr Erwin wohnte ebenfalls in der Kilińskiego-Straße 211!

Wer kennt meine Großeltern?

Wer kennt bestätigen, daß mein 1888 in Lodz geborener, 1940 in Lodz gestorbener Großvater Gustav Häuser und seine Ehefrau Maria geb. Pitke. Deutsche waren und sich zum Deutschtum bekannt haben? Die Großeltern Häuser haben zuletzt in Lodz, Recklingshauser Straße 6 (polnisch Grabowa), gewohnt. Der Großvater war auch hier in dieser Wohnung gestorben. Wer sich an meine Großeltern erinnern kann, möge sich bitte bei Familie Braun in Am Riepkenberg 6, 3002 Wedemark – Bissendorf, melden.


Erwin Zielke                                                                                                   14. Juni 1992

                                                                               4700 Hamm 4, Postfach 4265

Sehr geehrte Familie Braun

Ich schreibe Ihnen aufgrund Ihrer Suchanzeige in unserem Heimatblatt „Weg und Ziel”.

Ob. Ihnen mein weniges Wissen über Herrn Häuser ausreicht und damit gedient sein, bleibt dahingestellt.Tatsache ist, daß ich Herrn Häuser als Deutschen kannte. Bekannt ich mir auch, daß er Grabowastresse – die spätere Recklinghauser, - im Straßenabschnitt zwischen Senatorska und Napiorkowskiego gewohnt hat. Daß Herr Häuser sich zum Deutschtum bekannte, weiß ich aus der Wahlzeit – ich war Helfer. Außerdem verkehrte ich mit Schulfreunden, in die in der Grabowastraße wohnten: Burg, Kemp, Hoffman, Reinke und mein ehemaliger Schullehrer, durch dem ich eigentlich den Namen Häuser erfan habe. Näheres weiß ich über Herrn Häuser nicht.

Zu bemerken się noch: Ich hatte zwei Schulkamaradennahmess Alfred und Bruno Pitke, się wohnten zeitweilig auf der Kaliskastraße und waren damals vor ein Jahren aus Deutschland nach Lodz zurückgekehrt. Die beiden Brüder hatten in der Grabowastraße Verwandte. Ob. das wohl von Ihrergroßmutter Verwandte sind? Das wärs.

Mit freundlichen Grüßen

P.S.

In den Jahren meiner Schulzeit wohnte ich Kilinskiego 211.

Ich bin Jahrgang 1910


niedziela, 12 października 2025

Rodzina Meier - Dziennik podróży - Michael Meier - Bukowiec - Königsbach - cz.2

Dziennik: Podróż w czasie w poszukiwaniu naszych polskich korzeni

Mój pradziadek Friedrich i życie w Königsbach.

Mój pradziadek, kolejny Friedrich Meier, urodził się w 1862 roku. Jego życie jest przykładem egzystencji naszych przodków w Bukowcu. Najpierw poślubił Dorotę Baier, a po jej śmierci moją babcię Katharinę Spielmann, urodzoną w 1877 roku. Moja babcia Alma wspominała ją: „Twoja prababcia nazywała się Katarina Spielmann (urodzona w 1876 roku). Zmarła w wieku 82 lat”.

Mój pradziadek Friedrich nie miał tego szczęścia. Jak opowiadała Alma: „Twój pradziadek też miał na imię Friederich i zmarł młodo, nie znałam go... Kiedy Rosjanie zajęli Polskę podczas I wojny światowej, musiał jechać do Rosji, aby pomóc im transportować działa na wozach konnych. Potem tak się przeziębił...”. Zmarł w 1918 roku, pozostawiając po sobie dużą rodzinę.

Pierwsza wojna światowa była strasznym czasem dla wsi. Mój dziadek Friedrich, wówczas dziecko, zachował w pamięci imponujące wspomnienia, które często powtarzała moja babcia Alma: „Rosjanie całkowicie zniszczyli, spalili wieś twojego dziadka, wszystko trzeba było odbudować... Königsbach leżało między dwoma lasami, w jednym byli Rosjanie, w drugim Niemcy. Strzelali do siebie, a wieś leżała pośrodku... Do jedzenia... nie było nic innego, tylko te zamarznięte i częściowo spalone ziemniaki. Twój dziadek tak często o tym opowiadał. Miał wtedy 5-6 lat”.

Moi dziadkowie: Friedrich Meier i Alma Hahm, pomiędzy dwoma światami. Mój dziadek, Friedrich Meier, urodził się w 1909 roku. Dorastał w odbudowanej wiosce, w społeczności, w której niemieckie tradycje były nadal bardzo żywe. Muzyka, śpiew i uroczystości nadawały rytm życiu pomimo ciężkiej pracy na roli. Wujek mojej babci, Emil, był przykładem tej kreatywności: „robił skrzypce – naprawdę sam je robił – i grał na nich: był muzykalny!”


Zdjęcie: Mój dziadek Friedrich Meier (w środku) w wieku około 18 lat z dwoma przyjaciółmi, 1927 r.

W przeciwieństwie do swoich przodków mój dziadek nie był rolnikiem. Pracował w fabryce lakierów w Łodzi. Tam poznał moją babcię, Almę Hahm. Ich ślub w 1936 roku połączył dwie rodziny niemieckich kolonistów, ale musiał też pokonać uprzedzenia tamtych czasów. Alma opowiada: „Nie chcieli, żebym spotykała się z robotnikiem fabrycznym, który nie miał gospodarstwa rolnego. Więc uciekłam”.

Osiedlili się w Bukowcu, gdzie w 1944 roku urodził się mój ojciec, Hans-Jürgen. Jednak ten czas był krótki. Druga wojna światowa zniszczyła wszystko. Exodus, ucieczka, rozłąka...

Moja babcia mówiła o tym z nadal odczuwalnym bólem: „Byłam tak zrozpaczona i nie miałam nikogo... Czasami miałam ochotę przywiązać nam wszystkim trzem kamień do szyi i skoczyć do rzeki”. Mój dziadek trafił do niewoli wojennej i dopiero w 1949 roku powrócił do Düsseldorfu. Jego powrót był szokiem dla dzieci, które go nie rozpoznały. Moja babcia wspominała: „Dzieci w ogóle go nie znały, zawsze mówiły: »Co ten wujek tu robi? Niech sobie idzie«.

Historia mojej rodziny w Bukowcu/Königsbach to historia zakorzenienia i wykorzenienia. To historia migrantów, którzy zbudowali sobie życie w kraju, który nie był ich ojczyzną, ale który uczynili swoją własną.


                Zdjęcie: Moja babcia Alma (81 lat) i Michael (23 lata), lipiec 1996 r., Düsseldorf



Tagebuch : Zeitreise auf die Suche nach unseren polnischen Wurzeln

Mein Urgroßvater Friedrich und das Leben in Königsbach.

Mein Urgroßvater, ein weiterer Friedrich Meier, wird 1862 geboren. Sein Leben steht exemplarisch für das Dasein unserer Vorfahren in Bukowiec. Er heiratet zuerst Dorota Baier und nach deren Tod meine Großmutter Katharina Spielmann, geboren 1877. Meine Großmutter Alma erinnerte sich an sie: "Deine Urgrossmutter ist eine geborene Spielmann, Katarina Spielmann (1876 geboren) hieß sie. Sie ist mit 82 gestorben."

Mein Urgroßvater Friedrich hatte dieses Glück nicht. Wie Alma erzählte: "Dein Urgroßvater hieß auch Friederich und ist jung gestorben, ich habe ihn nicht gekannt... Als die Russen Polen besetzten im ersten Weltkrieg, musste er nach Russland, um ihnen zu helfen Geschütze mit den Pferdewagen zu transportieren. Dann hatte er sich so erkaltet…". Er starb 1918 und hinterließ eine große Familie.

Der Erste Weltkrieg war eine schreckliche Zeit für das Dorf. Mein Großvater Friedrich, damals ein Kind, behielt eindrückliche Erinnerungen, die meine Großmutter Alma oft wiedergegeben hat: "Die Russen hatten dein Opas Dorf ganz zerstört, verbrannt, alles musste neu gebaut werden... Königsbach lag zwischen zwei Wälder, in einem waren die Russen, im anderen die Deutschen. Sie haben sich geschossen, und das Dorf lag in der Mitte... Zum essen... war sonst nichts mehr zu essen da, außer diesen gefrorenen und zum Teile verbrannten Kartoffeln. Das hat dein Opa so oft erzahlt. Da war er 5-6 Jahre alt."

Meine Großeltern: Friedrich Meier und Alma Hahm, zwischen zwei Welten. Mein Großvater, Friedrich Meier, wird 1909 geboren. Er wächst in diesem wiederaufgebauten Dorf auf, in einer Gemeinschaft, in der die deutschen Traditionen noch sehr lebendig sind. Musik, Gesang und Feste strukturieren das Leben trotz der Härte der landwirtschaftlichen Arbeit. Der Onkel meiner Großmutter, Emil, war ein Beispiel für diese Kreativität: "der hatte Geigern gemacht - richtig selber Geigen gemacht- und hat auch gespielt: er war musikalisch!"

Foto : Mein Opa Friederich

Meier (mitte) zirca 18 J.a. mit zwei Freunden, 1927

Anders als seine Vorfahren war mein Großvater kein Bauer. Er arbeitete in einer Lackfabrik in Łódź. Dort lernte er meine Großmutter, Alma Hahm, kennen. Ihre Hochzeit im Jahr 1936 vereinte zwei Familien deutscher Kolonisten, musste jedoch auch die Vorurteile der Zeit überwinden. Alma erzählt: "Sie wollten mich aber nicht mit einem Fabrikarbeiter ausgehen lassen, der keine Landwirtschaft hatte. Also bin ich weggelaufen."

Sie ließen sich in Bukowiec nieder, wo mein Vater, Hans-Jürgen, 1944 geboren wurde. Doch diese Zeit war von kurzer Dauer. Der Zweite Weltkrieg fegte alles hinweg. Exodus, Flucht, Trennung ...

Meine Großmutter sprach darüber mit noch immer spürbarem Schmerz: "Ich war so verzweifelt und hatte niemanden... ich hatte manchmal so den Gedanken uns allen drei einen Stein um den Hals zu binden und in den Fluss zu springen." Mein Großvater geriet in Kriegsgefangenschaft und kehrte erst 1949 nach Düsseldorf zurück. Seine Rückkehr war ein Schock für seine Kinder, die ihn nicht erkannten. Meine Großmutter erinnerte sich: "Die Kinder haben ihn gar nicht gekannt, sie sagten immer: 'Was will denn der Onkel hier? Lass ihn doch wieder weggehen".

Die Geschichte meiner Familie in Bukowiec/Königsbach ist eine Geschichte von Verwurzelung und Entwurzelung. Es ist die Geschichte von Migranten, die sich in einem Land ein Leben aufgebaut haben, das nicht das ihre war, das sie aber zu ihrem eigenen machten.

Foto : Meine Oma Alma (81 J.a.) und Michael (23 J.a.), Juli 1996, Düsseldorf

sobota, 11 października 2025

Rodzina Meier - Dziennik podróży - Michael Meier - Bukowiec - Königsbach - cz.1

Dosyć długo brakowało wiadomości od rodziny Meyerów, martwiliśmy się, co też było tego przyczyną. W 27 września otrzymaliśmy obszernego e-maila, w którym Michael opisuje swój pobyt w Łodzi i wyjazd z dziećmi do Rumunii. Dodatkowo załączył swój dziennik podróży, począwszy od 3 września, kiedy przyjechał do Polski i zaczął swoją wędrówkę śladami swoich przodków. Pierwszym etapem był rejon ziemi kaliskiej, dokładniej Ostrów Wielkopolski. Bardzo ciekawy i obszerny materiał z podróży za jego zgodą postanowiłem zamieścić na moim blogu. Oczywiście zacznę od wizyty w Łodzi i "moim" Bukowcu. Pozwolę sobie zamieścić tylko część naszej korespondencji e-mailowej. Miłe słowa ze strony Michaela i jego wspaniałych dzieci zawsze cieszą!

Możesz opublikować naszą relację z podróży na swoim blogu.

Jesteśmy teraz w Cluj i w poniedziałek jedziemy do Balchik nad Morzem Czarnym. Spędzimy tam tydzień z moją żoną Kariną i najmłodszym synem Eliaszem.

Najserdeczniejsze pozdrowienia od nas wszystkich dla Was obojga, a także dla Horsta.

Z całego serca dziękujemy Tobie i Eli za Waszą hojną i serdeczną gościnność. Byliśmy głęboko poruszeni tak serdeczną opieką „strażników” miejsca naszych przodków.

Przesyłam Ci fragment naszego dziennika podróży (napisanego w języku francuskim i przetłumaczonego dla Ciebie przez sztuczną inteligencję na język niemiecki) oraz kilka zdjęć, w tym jedno przedstawiające mojego dziadka Friedricha Meiera w wieku około 18 lat, prawdopodobnie zrobione w Bukowcu. Więcej historycznych zdjęć prześlę Ci, gdy tylko wrócimy do Genewy.

Obecnie jesteśmy w Rumunii, w małej wiosce, gdzie pomagamy w gospodarstwie ekologicznym.

Z serdecznymi pozdrowieniami dla Ciebie i Eli oraz pozdrowieniami dla Horsta,

Michael, Johan, Benjamin i Alice


Dziennik: Podróż w czasie w poszukiwaniu naszych polskich korzeni

Rodzina Meyerów w Bukowcu / Königsbach 

Sobota, 13 września

 Kilka dni temu skontaktowałem się z Andrzejem Braunem, pasjonatem historii Bukowca i całego regionu. Od 2014 roku prowadzi bloga, na którym gromadzi informacje i świadectwa. Był zachwycony naszym pomysłem i zaprosił nas do siebie do domu. Jest on bez wątpienia naszym strażnikiem tego miejsca. Po zakupie bukietu kwiatów dla żony Andrzeja, kwitnącej rośliny doniczkowej i czerwonej lampki nocnej (znicz) w kształcie serca, wyruszamy w drogę, aby opuścić Łódź. Mijamy wysokie bloki mieszkalne na przedmieściach, przejeżdżamy przez długą strefę przemysłową i docieramy do dzielnicy mieszkalnej otoczonej polami i lasem. Andrzej i jego żona Elizabeth – Ela witają nas serdecznie. Zaprosili swojego przyjaciela, Horsta, Niemca urodzonego w 1944 roku w Olechowie, który jest jednym z nielicznych Niemców, którzy pozostali na miejscu. Rozmawiamy z pasją o naszym życiu, jedząc chipsy, ciasto i popijając domowy sok śliwkowy, które zostały przygotowane na naszą wizytę. Horst opowiada nam, że kiedyś pojechał samochodem pełnym mebli do Niemiec dla swojego syna, który tam mieszkał. Parkuje samochód przed domem, aby rozładować bagaż, a sąsiadka podchodzi, aby poskarżyć się, że nie wolno mu stać w tym miejscu, w którym stoi od pięciu godzin. A on odpowiada: Wy, Niemcy, też nie mieliście prawa okupować nas przez pięć lat! Następnie zabierają nas na stary niemiecki cmentarz w Bukowcu. Andrzej przez wiele lat pracował nad jego renowacją i pielęgnacją, aby zachować to historyczne i duchowe dziedzictwo. Jego ogromne zaangażowanie w działalność społeczną, uzupełniające jego pracę dokumentacyjną, przynosi mu uznanie wielu osób, takich jak my, poszukujących historii swoich rodzin. Jednak zarówno lokalna społeczność, jak i władze traktują jego pracę raczej z obojętnością, a nawet niezrozumieniem. Jego zdaniem w Polsce pogarsza się klimat zarówno wobec Niemców, jak i Żydów, co jest złym znakiem. Nie znalazł następcy, który przejąłby jego zadania, a jego obszerna kolekcja historycznych pocztówek z Łodzi, którą gromadził przez lata, prawdopodobnie trafi do muzeum jako darowizna. Karty te stanowią motyw przewodni książki jego autorstwa, której egzemplarz uprzejmie nam podarował.



Tablica informacyjna zaprojektowana przez Andrzeja wyjaśnia: „Cmentarz ewangelicki w Bukowcu – Königsbach 3 lipca 1803 r. niemieccy osadnicy z regionów Badenii i Wirtembergii przybyli na tereny dzisiejszego Bukowca. Liczne rodziny (średnio 5 osób) mieszkały w schroniskach pokrytych gałęziami świerkowymi. Śmiertelność była bardzo wysoka. Na prośbę osadników kolonia przyjęła nazwę Königsbach (królewski potok – prawdopodobnie rzeka Miazga). Najważniejsza decyzja: ewangelicki cmentarz w Bukowcu został założony około 1810 roku. Do końca lat 40-tych XX wieku pochowano tam prawie 3000 osób (wewnętrzna kontrola rejestrów kościelnych z tego okresu). Po zakończeniu działań wojennych na początku 1945 r. rozpoczęła się ucieczka mieszkańców Bukowca, którzy musieli opuścić swoje domy, aby uciec do Niemiec. Spośród 1000 mieszkańców ponad 100 osób zmarło z różnych przyczyn. Od lat 50. XX wieku cmentarz i kościół uległy zniszczeniu. Obecnie wolontariusze przeprowadzają prace konserwatorskie, aby przywrócić godność i spokój spoczywającym tam zmarłym. Zarządcą tej nekropolii jest Andrzej Braun, który na swoim blogu opisuje całą historię prawie 150-letniej obecności kolonistów szwabskich w tym regionie. Andrzej wyjaśnia nam, że jest pewien, iż nasi przodkowie mieszkający w Bukowcu są tu pochowani. Symbolicznie kładziemy kwiaty na grobie trojga dzieci Meierów (z innej rodziny), które prawdopodobnie zmarły w 1906 roku w wyniku epidemii. Wszyscy trzymamy się za ręce, aby pomodlić się ku czci naszych przodków – to prosta i wzruszająca chwila. 



Następnie odwiedzamy miejsce, w którym stał ewangelicki kościół wsi, zniszczony po wojnie. Plebania zachowała się, ponieważ służyła jako szkoła podstawowa. Można ją rozpoznać na historycznych zdjęciach. Następnie państwo Braun zapraszają nas na pizzę, a po podarowaniu nam marynowanych grzybów z własnej kolekcji żegnamy się, składając sobie wzajemnie serdeczne podziękowania. Nasze poszukiwania są wspierane i prowadzone przez wspaniałych ludzi! Jesteśmy niezmiernie wdzięczni za te dary życia. Kiedy stanąłem na ziemi starego cmentarza i zatrzymałem się w miejscu, gdzie stał kościół ewangelicki, poczułem ciężar i bogactwo naszej historii. 



Historia, która łączy precyzyjne fakty z badań genealogicznych z żywymi wspomnieniami mojej babci, Almy Meier. Jak powiedziała: „Tak często myślałam, że ludzie byli zbyt mało zainteresowani, że zbyt mało wiedzieli o swoich przodkach, zbyt mało wiedzą, kiedy są młodzi. A potem, kiedy są starzy, tak jak ja, wszyscy już nie żyją i nie można ich więcej o nic pytać”. Aby nie popadło to w zapomnienie, aby moje dzieci wiedziały, skąd pochodzą, zbieram te fragmenty życia – od krajów Badenii i Alzacji po polską kolonię, która przez ponad sto lat była domem rodziny Meierów. Pionierzy: Jakob Friedrich Meier i Anna Maria Fix Nasza historia w Bukowcu zaczyna się od mojego prapradziadka, Jakoba Friedricha Meiera, urodzonego w 1788 roku w Langensteinbach w Badenii. Kierowany obietnicą lepszego życia opuszcza ojczyznę i wyjeżdża do Polski. W 1809 roku poślubia Annę Marię Fix, pochodzącą z Salmbach w Alzacji. Osiedlają się jako „kolonizatorzy” w Bukowcu, jednej z licznych wsi założonych przez Niemców w celu uprawiania ziemi w regionie Łodzi. Ich syn, Friedrich Meier, mój prapradziadek, urodził się w 1835 roku. Był pierwszym członkiem naszej rodziny, który przyszedł na świat na tej nowej ziemi. W 1853 roku poślubił Elisabeth Wacker, również pochodzącą z rodziny niemieckich kolonistów. Razem umacniają korzenie rodziny Meier w Bukowcu, żyją z uprawy ziemi i uczestniczą w życiu tej niemieckojęzycznej i protestanckiej społeczności, połączonej językiem, religią i tradycjami. Dziennik: Podróż w czasie w poszukiwaniu naszych polskich korzeni Michael Meier - micmei@protonmail.ch

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Lange Zeit hatten wir nichts von der Familie Meyer gehört und machten uns Sorgen, was der Grund dafür sein könnte. Am 27. September erhielten wir eine ausführliche E-Mail, in der Michael seinen Aufenthalt in Łódź und seine Reise mit den Kindern nach Rumänien beschrieb. Außerdem fügte er sein Reisetagebuch bei, beginnend mit dem 3. September, als er nach Polen kam und seine Reise auf den Spuren seiner Vorfahren begann. Die erste Etappe war die Region Kalisz, genauer gesagt Ostrów Wielkopolski. Mit seiner Zustimmung habe ich beschlossen, dieses sehr interessante und umfangreiche Material aus seiner Reise in meinem Blog zu veröffentlichen. Natürlich beginne ich mit dem Besuch in Łódź und „meinem” Bukowiec. Ich erlaube mir, nur einen Teil unserer E-Mail-Korrespondenz zu veröffentlichen. Die netten Worte von Michael und seinen wunderbaren Kindern freuen mich immer sehr!

Sie können unseren Reisebericht in Ihrem Blog veröffentlichen.

Wir sind jetzt in Cluj und fahren am Montag nach Balchik an der Schwarzmeerküste. Dort werden wir eine Woche mit meiner Frau Karina und unserem jüngsten Sohn Elias verbringen.

Herzliche Grüße von uns allen an euch beide und auch an Horst.

Wir danken dir und Eli von ganzem Herzen für eure großzügige und herzliche Gastfreundschaft. Wir waren tief bewegt von der herzlichen Betreuung durch die „Wächter” des Ortes unserer Vorfahren.

Ich schicke dir einen Auszug aus unserem Reisetagebuch (geschrieben in Französisch und für dich durch künstliche Intelligenz ins Deutsche übersetzt) sowie einige Fotos, darunter eines, das meinen Großvater Friedrich Meier im Alter von etwa 18 Jahren zeigt und wahrscheinlich in Bukowec aufgenommen wurde. Weitere historische Fotos werde ich dir schicken, sobald wir wieder in Genf sind.

Derzeit sind wir in Rumänien, in einem kleinen Dorf, wo wir auf einem Biobauernhof mithelfen.

Herzliche Grüße an dich und Eli und liebe Grüße an Horst,

Michael, Johan, Benjamin und Alice


Die Meiers aus Bukowiec/Königsbach

Samstag, 13. September

Vor einigen Tagen habe ich Kontakt zu Andrzej Braun aufgenommen, einem leidenschaftlichen

Kenner der Geschichte von Bukowiec und der ganzen Region. Seit 2014 ist er Autor eines Blogs, in

dem er Informationen und Zeugnisse sammelt. Er war begeistert von unserem Anliegen und lud uns

ein, ihn bei sich zu Hause zu treffen. Er ist ohne jeden Zweifel unser Hüter des Ortes.

Nachdem wir einen Blumenstrauß für Andrzejs Ehefrau sowie eine blühende Topfpflanze und ein

rotes Herz-Nachtlicht gekauft haben, fahren wir los, um Łódź zu verlassen. Wir passieren die hohen

Wohnblöcke der Vorstadt, durchqueren eine lange Industriezone und erreichen ein Wohngebiet, das

von Feldern und Wald gesäumt ist. Der Empfang durch Andrzej und seine Ehefrau Elizabet – Ella –

ist herzlich. Sie haben einen Freund eingeladen, Horst, einen Deutschen, der 1944 in Bukowiec

geboren wurde und zu den sehr wenigen Deutschen gehört, die vor Ort geblieben sind. Wir

sprechen leidenschaftlich über unser Leben bei Chips, Kuchen und hausgemachtem Pflaumensaft,

die für unseren Besuch vorbereitet worden waren.

Horst erzählt uns, dass er einmal mit einem Auto voller Möbel nach Deutschland gefahren sei, für

seine Mutter, die dort lebte. Er parkt sein Auto vor dem Wohnhaus, um auszuladen, und eine

Nachbarin kommt, um sich zu beschweren, dass er dort nicht stehen dürfe, wo er seit fünf Stunden

stehe. Und er entgegnet: Ihr Deutschen wart auch nicht berechtigt, uns fünf Jahre lang zu besetzen!

Anschließend führen sie uns zum alten deutschen Friedhof von Bukowiec. Andrzej hat viele Jahre

daran gearbeitet, ihn zu rehabilitieren und zu pflegen, um dieses historische und geistige Erbe zu

bewahren. Sein enormes ehrenamtliches Engagement, als Ergänzung zu seiner

Dokumentationsarbeit, verschafft ihm die Anerkennung vieler Menschen wie uns, die nach ihrer

Familiengeschichte suchen. Von Seiten der lokalen Bevölkerung wie auch der Behörden stößt seine

Arbeit jedoch eher auf Gleichgültigkeit, ja Unverständnis. Seiner Ansicht nach verschlechtert sich

in Polen das Klima sowohl gegenüber Deutschen als auch gegenüber Juden, was ein schlechtes

Omen darstellt. Er hat keinen Nachfolger für seine Aufgaben gefunden, und seine umfangreiche

Sammlung historischer Postkarten aus Łódź, die er über die Jahre zusammengetragen hat, wird

wohl als Spende an ein Museum enden. Diese Karten bilden den roten Faden eines Buches aus

seiner Feder, von dem er uns freundlicherweise ein Exemplar geschenkt hat.

Die von Andrzej gestaltete Informationstafel erklärt:

„Evangelischer Friedhof von Bukowiec – Königsbach Am 3. Juli 1803 trafen deutsche Siedler aus

den Regionen Baden und Württemberg im Gebiet des heutigen Bukowiec ein. Die kinderreichen

Familien (durchschnittlich 5 Personen) lebten in Unterkünften, die mit Fichtenzweigen bedeckt

waren. Die Sterblichkeitsrate war sehr hoch. Auf Wunsch der Siedler wurde der Name der Kolonie

als Königsbach (königlicher Bach – wahrscheinlich der Fluss Mieża) angenommen. Die wichtigste

Entscheidung: Der evangelische Friedhof von Bukowiec wurde um 1810 angelegt. Bis zum Ende

des 19. Jahrhunderts wurden dort fast 3.000 Personen beigesetzt (interne Überprüfung der

Kirchenregister aus diesem Zeitraum). Nach dem Ende der Feindseligkeiten Anfang 1945 setzte

eine Flucht der Einwohner von Bukowiec ein, die ihre Häuser verlassen mussten, um nach

Deutschland zu fliehen. Von den 1.000 Einwohnern starben über 100 Menschen aus

unterschiedlichen Ursachen. Seit den 1950er Jahren wurden der Friedhof und die Kirche verwüstet.

Gegenwärtig werden Instandhaltungsarbeiten von Freiwilligen durchgeführt, um die Würde und die

Ruhe der dort Ruhenden wiederherzustellen. Verwalter dieser Nekropole ist Andrzej Braun, der auf

seinem Blog die gesamte Geschichte der nahezu 150-jährigen Präsenz der schwäbischen Kolonisten

in der Region beschreibt.“

Andrzej erklärt uns, er sei sicher, dass unsere in Bukowiec lebenden Vorfahren hier begraben sind.

Symbolisch pflanzen wir unsere Blumen auf das Grab von drei Meier-Kindern (einer anderen

Familie), die alle 1906 vermutlich an einer Epidemie gestorben sind. Wir nehmen uns alle an die

Hand zu einem Gebet in Ehrung unserer Vorfahren – ein schlichter und bewegender Moment.

Danach besuchen wir den Ort, an dem die evangelische Kirche des Dorfes stand, die nach dem

Krieg zerstört wurde. Das Pfarrhaus blieb erhalten, da es als Grundschule diente. Man erkennt es

auf den historischen Fotos. Die Brauns laden uns anschließend auf eine Pizza ein, und nachdem sie

uns noch eingelegte Pilze aus eigener Sammlung geschenkt haben, verabschieden wir uns mit

herzlichstem Dank auf beiden Seiten.

Unsere Suche wird von wunderbaren Menschen getragen und geleitet! Unser unendlicher Dank für

diese Geschenke des Lebens.

Als ich den Boden des alten Friedhofs betrat und dort verweilte, wo die evangelische Kirche stand,

spürte ich das Gewicht und den Reichtum unserer Geschichte. Eine Geschichte, die die präzisen Fakten genealogischer Forschung mit den lebendigen Erinnerungen meiner Großmutter, Alma

Meier, verbindet.

Wie sie sagte: "Ich habe schon so oft nachgedacht dass man zu wenig interessiert war, dass man von

den Vorfahren zu wenig wusste, zu wenig weiß, wenn man jung ist. Und nachher wenn man alt ist,

so wie ich, dann sind sie alle tot, dann kannst du nicht mehr fragen." ("Ich habe so oft gedacht, dass

man sich zu wenig interessiert hat, dass man über die Vorfahren zu wenig wusste, zu wenig weiß,

wenn man jung ist. Und später, wenn man alt ist, so wie ich, sind sie alle tot, dann kann man nicht

mehr fragen.")

Damit nicht in Vergessenheit gerät, damit meine Kinder wissen, woher sie kommen, sammle ich

diese Lebensfragmente – von den Ländern Baden und Elsass bis hin zu jener polnischen Kolonie,

die über mehr als ein Jahrhundert das Zuhause der Meier war.

Die Pioniere: Jakob Friedrich Meier und Anna Maria Fix

Unsere Geschichte in Bukowiec beginnt mit meinem Urururgroßvater, Jakob Friedrich Meier,

geboren 1788 in Langensteinbach im Land Baden. Getrieben von der Verheißung eines besseren

Lebens verlässt er seine Heimat und geht nach Polen. 1809 heiratet er Anna Maria Fix, gebürtig aus

Salmbach im Elsass. Sie lassen sich als „Kolonisten“ in Bukowiec nieder, einem jener zahlreichen

Dörfer, die von Deutschen gegründet wurden, um die Ländereien in der Region Łódź zu

bewirtschaften.

Ihr Sohn, Friedrich Meier, mein Ururgroßvater, wird 1835 geboren. Er ist der erste unserer Linie,

der auf diesem neuen Boden zur Welt kommt. 1853 heiratet er Elisabeth Wacker, ebenfalls aus einer

Familie deutscher Kolonisten. Gemeinsam festigen sie die Verwurzelung der Familie Meier in

Bukowiec, leben von der Erde und nehmen teil am Leben dieser deutschsprachigen und

protestantischen Gemeinschaft, verbunden durch Sprache, Religion und Traditionen.