środa, 23 listopada 2022

Wola Rakowa - Nieszczęśliwa miłość - Freie Presse - 1934

 

Freie Presse. Jg. 12, 1934, nr 285

Złe skutki nieszczęśliwej miłości

    Wczoraj 28-letni Walenty Klepacz z Woli Rakowej, gmina Brojce, powiat łódzki, musiał stanąć przed łódzkim Sądem Okręgowym pod zarzutem usiłowania zabójstwa. Proces opierał się na następujących faktach: Klepacz zakochał się w 33-letniej wdowie Mariannie Niewiadomej i chciał się z nią ożenić. Ale ona go odrzuciła. Gdy mimo wielokrotnych ponagleń odmówiła wyjścia za Klepacza, ten poprzysiągł na niej zemstę. 24 kwietnia przyszedł do Niewiadomej i wrzucił ją głową do studni. Studnia nie była jednak zbyt głęboka, dzięki czemu kobieta zdołała się z niej uwolnić. Podczas wczorajszego procesu Klepacz przyznał się do winy. Został skazany na 4 lata więzienia. W uzasadnieniu sąd wskazał, że kara jest łagodna, ponieważ Klepacz popełnił przestępstwo w stanie skrajnego wzburzenia.

 


 

Böse folgen einer unglücklichen liebe

Vor dem Lodzer Bezirksgericht hatte sich gestern der 28 Jahre alte Walenty Klepczacz aus Wola Rakowa, Gemeinde Brojce, Kreis Lodz, unter der Anklage des Mordversuchs zu verantworten. Dom Prozeß lag folgender Sachverhalt zugunde: Klepacz hatte sich in die 33 Jahre alte Witwe Marianna Niewiadoma verliebt und begehrte sie zur Frau. Diese wies ihn aber ab. Als sie trotz wiederholten Dränegens nichts von Klepacz wissen wollte, schwor er ihr Rache. Am 24. April kam er zu der Niewiadoma und warf sie kopfüber in den Brunnen. Dieser war aber nicht sehr tief, so daß die Frau sich daraus befreien konnte. Während der gestrigen Verhandlung bekannte sich Klepacz schuldig. Er erhielt 4 Jahre Gefängnis. In der Urteilsbegründung wies das Gericht darauf hin, daß das Urteil deshalb milde ausgefallen fei. weil Klepacz die Tat im Zustand höchster Erregung begangen habe.



wtorek, 22 listopada 2022

Niemieckie wsie regionu łódzkiego - Albert Breyer - Freie Presse - 1938- cz.2

 

     W okresie od 1810 do 1860 roku trwała niezakłócona niemiecka kolonizacja wiejska. W większości osad - córek powstawały na gruntach dworskich, a do 1843 roku także na gruntach koronnych. Spojrzenie na mapę kwatermistrzowską, która pokazuje nam warunki osadnicze około 1828 roku, pokazuje nam rozwój osadnictwa niemieckiego. W okolicach Łodzi, zwłaszcza na zachodzie, znajdujemy 24 nowe miejscowości z nazwiskiem "Buden". Nazwa ta daje nam szczególnie dobre zrozumienie trudnych warunków polanowych w Puszczy Łódzkiej. W pierwszych latach karczowania puszczy główną pracą było uzyskanie gruntów ornych. Nie starczyło czasu na wybudowanie odpowiednich mieszkań i budynków gospodarczych. Z tego powodu ludzie zadowalali się życiem w prymitywnych chatach z trawy lub ziemi. Polskiemu sąsiadowi nie podobało się to zjawisko. Dlatego początkowo zabudowane chaty do gotowania oleju nazwał po prostu "chatami" i dodał nazwę odpowiedniego osiedla lub inne znaki. Możliwe też, że niemiecka wieś powstała w licznych miejscach leśnych, gdzie stały stragany gorzelników potażu lub hut smoły. Obecnie tylko pięć niemieckich wsi nosi nazwę "Buden". Poszczególne niemieckie wsie z biegiem czasu zmieniały swoje nazwy. Początkowo Pustkowa Góra była wyraźniej nazywana Pustkowiem Górnym; Kalonka - Mieszkami; Rexul Holland - Chociszewer Holl. Należy również wymienić niemieckie nazwy miejscowości. I tak wieś Piaskowa Góra = Jeschkenberg; Majdany - Maidom; Stępowizna = Stempowiese; Chechło = Hechel; Chorzeszów = Korischew; Mileszki = Militz; Rydzyny = Reisner Holl; Rossanów = Rosenau. Mapa kwatermistrzowska dostarcza nam również informacji o początkach handlu suknem w okolicach Łodzi. Liczne czyste potoki, które mają swoje źródła na płaskowyżu łódzkim, zostały około 1825 roku zajęte przez liczne młyny pełnoziarniste. Na Moszczenicy znajdują się cztery folusze: w Sosnowcu, Smolicach, Swędowie i Giecznie. Na potoku Czarnówka były też cztery: w Szczawinie, Smardzewie, Kielminie i Dobrem. Ponadto istniały folusze w Ciosnach, Dąbrowie koło Zgierza, w Mrożycy, Żakowcu, Trupiance i Karkoszce. W bezpośrednim sąsiedztwie Łodzi, w Lamusmühle, znajdował się również młyn pełnoziarnisty. Późną osadą rodową na ziemi łódzkiej jest wieś Bechcice, którą w 1835 roku kupiło sześciu kolonistów z Hesji-Darmstadt, ze wsi Komrod, Keltingen, Niedergosse, Elbenrod i Elbertsheim od właściciela ziemskiego Kwirina Okołowicza z Bechcic za 333 Rhein. Gulden na kopyto, w sumie 60 Kopyt reńskich. Kraina olejenia składała się z: lasy, grunty orne, łąki, bagna. Pastwiska i zadymiona ziemia. Były tylko 2 wolne lata. Właściciel zobowiązał się dostarczyć 20 000 cegieł na budowę szkoły. Koloniści dali 2430 rh. guldenów w gotówce, 6222 rh. guldenów wpłacili do banku we Frankfurcie, resztę 13 000 rh. guldenów po przejęciu ziemi. W tych samych warunkach powstały około 1835 roku heskie wsie Babiczki i Konstantynówek oraz wieś Srebrna, założona przez badeńskich obywateli wyznania katolickiego. W 1838 roku powstała heska wieś Łobudzice koło Szadku.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Im Zeitraum von 1810 bis 1860 nimmt die deutsche ländliche Kolonisation ihren ungestörten weiteren Verlauf. Es entstehen meist Tochtersiedlungen auf gutsherrschastlichem Boden und bis 1843 auch auf Kronsland. Ein Blick aus die Quartiermeisterkarte, die uns die Siedlungsverhältnisse um 1828 wiedergibt, zeigt uns das Werden der deutschen Siedlungen. Wir finden in der Umgegend von Lodz, ganz besonders zahlreich im Westen, 24 Neudörfer mit dem Zunamen „Buden". Diese Bezeichnung läßt uns die schweren Rodnngsbedingungen im Lodzer Urwald besonders gut verstehen. I n den ersten Jahren der Abräumung der Urwälder galt die Hauptarbeit der Gewinnung von Ackerboden. Zur Errichtung von ordentlichen Wohn- und Wirtschaftsgebäuden reichte die Zeit nicht aus. Aus diesem Grunde begnügte man sich mit dem Unterkommen in primitiven Rasen- oder Erdbuden. Dem polnischen Nachbarn fiel diese Erscheinung aus. Darum nannte er die aus Eröbuden anfänglich aufgebaute Roöungssieölung einfach „Buden", wobei als Ergänzung noch der Name des betreffenden Gutshoses oder anderweitige Kennzeichen hinzukamen. Auch liegt die Möglichkeit nahe, daß an zahlreichen Waldstellen, wo früher die Buden der Pottaschebrenner oder Teerschweler gestanden haben, nun ein deutsches Dorf angelegt wurde. Gegenwärtig tragen die Bezeichnung „Buden" nur fünf deutsche Ortschaften. Einzelne deutsche Dörfer wechselten im Laufe der Zeit ihre Namen. Anfänglich hieß Pustkowa Góra eindeutiger Pustkowie Górne; Kalonka nannte sich Mieszki; Rexul Holland trug auch die Bennenung Chociszewer Holl. Nicht unerwähnt sollen auch deutsche Dorsnamen bleiben. So heißt auch in der Gegenwart das Dorf Piaskowa Göra = Jeschkenberg; Majdany — Maidom; Stępowizna = Stempowiese; Chechlo = Hechel; Chorzeszow = Korischew; Mileszki = Militz; Rydzyny = Reisner Holl; Rossanow = Rosenau. Die Quartiermeisterkarte gibt uns auch Aufschluß über die Ansänge des Tuchmachergewerbes in der Umgegend von Lodz. Die zahlreichen klaren Bächlein, die auf der Lodzer Hochfläche ihren Ursprung nehmen, waren um 1825 mit vielen Walkmühlen besetzt. Am Flüßchen Moszczenica finden wir vier Walkmühlen, so in Sosnowiec, Smolice, Swendow und Gieczno. Am Bach Czarnówka ebenfalls vier: in Szczawin, Smardzew, Kielminia und Dobre. Weiterhin bestanden Walkmühlen in Ciosny, Dabrowa bei Zgierz, in Mrozyca, Zakowiec, Trupiankä und Karkoszka. In der nächsten Nähe von Lodz, in der Lamusmühle, bestand ebenfalls eine Walke. Eine verspätete Stammsieölung auf Lodzer Boden ist das Dorf Bechcice, das im Jahre 1835 von sechs Kolonisten aus Hessen-Darmstadt, aus den Dörfern Komrod, Keltingen, Niedergosse, Elbenrod und Elbertsheim vom Gutsbesitzer Quirin Okolowicz aus Bechciee für 333 Rhein. Gulden die Hufe, im ganzen 60 Rheinische Hufen, gekauft wurde. Das Sieölungslanö bestand aus: Wald, Ackerboden, Wiesen, Sümpfen. Weideland und verstraucheltem Boden. Es gab nur 2 Freijahre. Zum Bau einer Schule verpflichtete sich der Grundherr 20 000 Ziegel zu liefern. Handgeld gaben die Kolonisten 2430 Rh. Gulden, in einer Frankfurter Bank zahlten sie 6222 Rh. Gulden ein, den Rest von 13 000 Rh. Gulden nach Uebernahme der Länder. Unter gleichen Bedingungen entstanden um 1835 das Hessendorf Babiczki und Konstantynówek und das von Badensern katholischer Religion gegründete Dorf Srebrna. Das Hessendorf Lobudzice bei Szadek ist 1838 angelegt worden.

Niemieckie wsie regionu łódzkiego - Albert Breyer - Freie Presse - 1938- cz.1

Freie Presse. Jg. 16, 1938, nr 237 

Niemieckie wsie regionu łódzkiego

   Według informacji z Tajnego Pruskiego Archiwum Państwowego pochodzenie kolonistów osiedlonych przez władze południowopruskie przedstawia się następująco: w kolonii Effingshausen - Starowa Góra osiedliło się 28 rodzin z Wirtembergii, które w 1813 r. wyemigrowały do Besarabii*; w Königsbach 25 rodzin osiedliło się z Wirtembergii, 17 z Baden Durlach, 2 z Palatynatu i 14 z Alzacji cm; w Hochweiler 3 rodziny przybyły z Wirtembergii, 6 z Baden-Durlach; w poszczególnych wsiach polskich, jak Wola Rakowa, Czyżemin, Karpin, Kalinka, Giemzów itp. osiedliły się pojedyncze rodziny z Wirtembergii cm; w kolonii Grömbach (Zielona Góra) osiedliło się 78 rodzin z Wirtembergii, które po kilku wyjazdach przeniosły się do Bessarabii, a ich miejsce zajęli chłopi pochodzenia pomorskiego; we Friedrichshagen - Augustów 11 rodzin pochodziło z Wirtembergii, 3 z Hesji, 1 ze Szwajcarii; w Neusulzseld - Nowosolna  82 rodziny pochodziły z Wirtembergii i kilka rodzin z Baden-Durlach; we wsi Schöneich 5 rodzin osiedliło się z Wirtembergii, 2 z Baden-Durlach; w Neu-Württemberg - Tkaczewska Góra wszyscy imigranci pochodzili z Wirtembergii, było ich początkowo 62 rodziny; w Grünberg - Zielona Góra  9 rodzin osiedliło się z Wirtembergii; we wsi Wilhelmswalde - Borowa 25 rodzin pochodziło z Prus Zachodnich, 17 z Pomorza, 7 z Marek; w Aniołowie 3 rodziny osiedliły się z Wirtembergii, a 14 z Prus Południowych.

     Obecna sytuacja gospodarcza w niektórych szwabskich wsiach nie jest do końca zadowalająca. Kryzys gospodarczy ostatnich lat, który jest szczególnie dotkliwy na terenach przemysłowych, całkowicie uniemożliwił napływ młodych mieszkańców wsi do miast. Zjawisko to obciąża szczególnie wsie szwabskie, które ze wszystkich innych plemion osiedlających się w regionie łódzkim zawsze odczuwały najsilniejszą skłonność do miasta, do rzemiosła. Przodkowie niektórych dużych niemieckich przemysłowców w Łodzi pochodzą od Schwabendorfów - szwabskich osadników z regionu łódzkiego. Bezczynna siła robocza w Schwabensiedlungen - szwabskich osadach , tak było również w innych niemieckich wsiach, choć nie w takim samym stopniu - musiała z konieczności zwrócić się ku rolnictwu. Spowodowało to gwałtowny spadek wartości nieruchomości po 1930 roku, co nieuchronnie prowadziło do powstawania gospodarstw karłowatych. Innym skutkiem ubocznym, który częściej występował przed wojną światową, był zanik świadomości plemiennej, gwary oraz małżeństw z Pomorzanami i Ślązakami, przy czym jedynie wieś Königsbach - Bukowiec stanowiła pewien wyjątek. Unifikacja etniczna poczyniła duże postępy w większości wsi na wschód od Łodzi.

 Obok pruskiej kolonizacji państwowej trwała niezakłócona kolonizacja prywatna. Jesteśmy w posiadaniu dokumentu o Andrespolu lub także Andreasfelde - Andrzejowie, w którym podano, że w 1805 roku "Hochgebohrnen Frau Magdalena von Jordan Tuchecka, dziedziczka i właścicielka Majątku Bedoń, do Schnitzen Christof  Pranse, Schöffen Lorentz Gostinski i Gottfried Ruth i 29 kolonistów z lasem zarośniętym 29 Hufen są podzieleni." Schultze, Schulmeister i Krüger otrzymują trzydziestą Hufe. Pieniądze na ziemię wynosiły już 50 polskich guldenów od Hufe. Było też tylko 6 wolnych lat. Znamienne jest, że umowa wyraźnie nakazuje kolonistom budowanie domów w linii prostej wzdłuż wiejskiej ulicy o szerokości 12 łokci. Roczny czynsz wynosił 90 polskich guldenów z kopyta, do tego 2 dni pracy rocznie z własną drużyną i 3 dni zbierania plonów sierpem lub kosą. Pastwisko było dostępne w lesie dworskim, ale na 3 sztuki bydła trzeba było wykonać jeden dzień pracy w gospodarstwie. Pozostałe zapisy są podobne do tych z pozostałych umów. Odkąd rząd Wielkiego Księstwa Warszawskiego oficjalnie ogłosił nowe przywileje imigracyjne, napływ nowych osadników nie ustawał. Wręcz przeciwnie, po 1810 roku na zalesionej, kruchej ziemi wyrastały jedna po drugiej liczne niemieckie wsie. Wymienianie po kolei wszystkich powstałych w tym czasie wsi przekracza zakres mojego eseju.

    Na przykładzie okolic Pabianic, w których około 1800 roku znajdowało się sześć wsi niemieckich, pokażę rozwój osadnictwa. Jak wynika ze sporządzonej w 1818 roku "Tabeli obywateli niemiecko-ewangelickich urzędu miasta Pabianic i gmin wiejskich w obrębie mili", w ciągu 18 lat powstało 17 nowych niemieckich osad wiejskich, nie licząc kolonii szwabskich. W sprawozdaniu prezesa Komisji Województwa Mazowieckiego z 1820 roku znajdujemy uwagę charakterystyczną dla niemieckiej pracy rozliczeniowej"): "Ponieważ rozległe lasy są własnością prywatną i nie przynoszą żadnych korzyści ich właścicielom, wielu z nich założyło w lasach huty szkła i zatrudniło kolonistów, którzy nieustannie niszczą zbędne tam lasy, ale w zamian płacą swoim właścicielom niewiele, gdyż sami są ciągle w trudnej sytuacji." W tym czasie wiele lasów zostało wykarczowanych przez huty szkła, zakłady gotowania popiołu i huty smoły w okolicach Łodzi. W tym przemyśle leśnym zatrudniano głównie niemieckich specjalistów, o czym świadczą zapisy w aktach kościelnych gminy protestanckiej w Rudzie Bugaj (Aleksandrowie). Jakłowa, Zgierza, Bedonia, Brużycy, Sokołowa. Huty szkła Chojny, Bardzin, Piaskowice i Bełdów. Zwyczajem stało się, że niemiecki palnik do szkła i szlifierka zostały zastąpione przez niemiecki kombajn. Tak było w Adamowie, Bardzińskiej Hucie, Aniołowie-Hucie, Hucie-Jagodnicy, Wiskickiej Hucie, Sokołowie-Hollu. W tropieniu tych śladów niemieckiej działalności jest szczególny urok. W Adamowie niemiecki fabrykant Lawer Ammer kupił w 1811 roku od owdowiałej pani Zieleniewskiej, właścicielki dóbr bełdowskich i ich lasów, 18 hektarów lasu, które na mapie widnieją jako "Knieja Bełdowska", z przeznaczeniem na założenie huty szkła. Wieńczysław Ammer, syn Xavera, był właścicielem huty szkła w Mielęcinie koło Zgierza. Hutnicy rozłożyli szałas na wzgórzu, na którym obecnie znajduje się cmentarz ewangelicki w Adamowie, ale rozwijał się on bardzo powoli. W 1814 roku w puszczach otaczających hutę szkła zaczynają osiedlać się niemieccy koloniści pochodzenia śląskiego. W 1815 roku podpisano z 16 kolonistami w Zgierzu umowę o interesie, na mocy której podzielono 15 hucułów lasu. Siedemnaście lat później powstały wsie Adamów-Nowy, Zgniłe Bloto i Sanie.

* - Besarabia – kraina historyczna położona we Wschodniej Europie między Dniestrem a Prutem. Obecnie jest częścią Mołdawii i Ukrainy. Współcześnie nazwy Besarabia używa się w znaczeniu historycznym, geograficznym i kulturowym. Wikipedia


Freie Presse. Jg. 16, 1938, nr 237

Die Deutsche Dörfer der Umgegend Lodz

Nach Angaben des Geheimen Preußischen Staatsarchivs stellt sich die Herkunft der von seiten der südpreußischen Behörden angesiedelten Kolonisten folgendermaßen dar: in der Kolonie Effingshausen siedelten sich 28 Familien aus Württemberg an, die 1813 nach Bessarabien abwanderten; in Königsbach setzten sich 25 Familien ans Württemberg, 17 aus Baden Durlach, 2 aus der Pfalz und 14 aus dem Elsaß cm; in Hochweiler stammten 3 Familien aus Württemberg, 6 aus Baden-Durlach; in einzelnen polnischen Dörfern wie Wola Rakowa, Czyzemin, Karpin, Kalinka, Giemzow usw. fiedelten sich einzelne Familien aus Württemberg cm; in der Kolonie Grömbach wurden 78 Familien aus Württemberg angesetzt, die nach einigen Fahren nach Vessarabien zogen und deren Platz Bauern pommersc^n Stammes einnahmen; in Frieörichshagen waren 11 Familien aus Württemberg, 3 aus Hessen, 1 aus der Schweiz; in Neusulzseld stammten 82 Familien aus Württemberg und einige Familien aus Baden-Durlach; im Dorfe Schöneich siedelten 5 Familien aus Württemberg, 2 aus Baden Durlach; in Neu-Württemberg stammten sämtliche Einsaffen aus Württemberg, es waren anfänglich 62 Familien; in Grünberg fetzten sich 9 Familien aus Württernberg an; im Dorfe Wilhelmswalde waren 25 Familien aus Westpreußen, 17 aus Pommern, 7 aus der Mark; in Aniolów siedelten sich 3 Familien aus Württemberg und 14 aus Südpreußen an.

     Die gegenwärtige wirtschaftliche Lage ist in manchen Schwabendörfern nicht ganz zufriedenstellend. Die in den letzten Jahren herrschende Wirtschaftskrise, die besonders kratz in den Industriegebieten hervortritt, hat das Einströmen frischen ländlichen Nachwuchses in die Städte vollständig unterbunden. Diese Erscheinung wiegt besonders schwer in den Schwabendörfern, Me von allen andern im Lodzer Gebiet siedelnden Stämmen stets die stärkste Neigung nach der Stadt, nach dem Handwerk empfanden. Die Vorfahren einiger Lodzer deutschen Großindustriellen stammen aus den Schwabendorfern des Lodzer Gebiets. Die gegenmärftg in den Schwabensiedlungen untätigen Arbeitskräfte — in den anderen deutschen Dörfern ist dies auch der Fall, wenn auch nicht im gleich starken Ausmaß — mußten sich notgedrungen dem Ackerbau zuwenden. Dies hatte die nach 1930 stark einsetzende Realteikung zur Folge, die zwangsläufig zur Entstehung von Zwergunrtschaften führte. Als weitere Begleiterscheinung, die öfter noch vor dem Weltkrieg auftrat, ist das Schwinden des stammlichen Bewußtseins, der Mundart, das Heiraten mit Pommern und Schlesiern anzusehen, wobei allein das Dorf Königsbach darin eine gewisse Ausnahme macht. Die stammliche Einehung hat m den meisten Dörfern östlich mm Lodz große Fortschritte gemacht.

Neben der staatlichen preußischen Kolonisation ging die private ungestört einher. Wir sind im Besitz einer Urkunde über Andrespol oder auch Andreasfelde, darin gesagt ist, daß 1805 von der „Hochgebohrnen Frau Magdalena von Jordan Tuchecka, Erb- und Grundfrau der Güther Bedoń, an den Schultzen Christof Pranse, die Schöffen Lorentz Gostinski und Gottfried Ruth und 29 Kolonisten mit Wald bewachsenen 29 Hufen aufgeteilt werden." Die dreißigste Hufe erhält der Schultze, Schulmeister und Krüger. Das Grundgeld betrug von der Hufe bereits 50 polnische Gulden. Auch gab es nur 6 Freijahre. Bezeichnend ist, daß der Vertrag ausdrücklich verlangt, die Kolonisten sollen ihre Häuser in gerader Linie an der 12 Ellen breiten Dorfstrasse bauen. Der Jahres zins betrug 90 polnische Gulden von der Hufe, dazu alljährlich mit eigenem Gespann 2 Tage Arbeit wie auch 3 Tage in der Ernte mit Sichel oder Sense. Bieh weide gab es im herrschaftlichen Wald, jedoch für 3 Stück Vieh mutzte ein Arbeitstag auf dem Hofe geleistet werden. Die sonstigen Bestimmungen sind denen der anderen Verträge ähnlich. Da die Regierung des Großherzogtums Warschau neue Einwanderungsprivilegien amtlich bekannt machen ließ, ebbte 5er Strom der Neusiedler nicht ab. Im Gegenteil, nach 1810 entstehen nacheinander auf waldig-brüchigem Boden zahlreiche deutsche Dörfer. Es geht über den Rahmen meines Aufsatzes, alle die in damaliger Zeit entstandenen Dörfer der Reihe nach aufzuzählen.

Am Beispiel der Umgegend von Pabianice, das um 1800 sechs deutsche Dörfer besaß, will ich das Wachstum der Siedlungen zeigen. Wie aus einer 1818 verfaßten „Tabelle d. dt.-evang. Bürger d. Amtes d. Stadt Pabjanice wie auch d. Landgemeinden im Umfang einer Meile" hervorgeht, sind im Verlauf von 18 Jahren , die schwäbischen Kolonien nicht mit eingerechnet, allein 17 neue deutsche Dorfstedlungen entstanden. In einem Bericht des Präses der Masowischen Wojewodschaftskommission vom Jahre 1820 finden wir eine für die deutsche Rodungsarbeit bezeichnende Bemerkung'): „Da die umfangreichen Wälder Privateigentum darstellen und ihren Besitzern keinerlei Nutzen bringen, haben viele von ihnen in den Wäldern Glashütten angelegt und Kolonisten angesetzt, die fortwährend die dort überflüssigen Wälder vernichten, jedoch ihren Besitzern dafür wenig zahlen, da sie selbst sich noch in schwerer Lage befinden." Viel Wald räumten damals die in der Lodzer Umgegend sich befindenden Glashütten, Aschesiedereien und Teerschwelereien weg. I n dieser Waldindustrie waren überwiegend deutsche Fachleute beschäftigt, wie dies aus den Eintragungen in den Kirchenbüchern der evangelischen Gemeinde zu Ruda Bugaj (Alexandrow) zu ersehen ist. Es werden genannt: die Jaklower, Zgierzer, Bedonier, Brużycer, Sokolower. Choyner, Bardziner, Piaskowicer und Beldower Glashütten. Dabei war es Brauch geworden, daß den- deutschen Glasbrenner und -schleifer der deutsche Roder ablöste. So war es im Falle von Adamow, Bardzinska Huta, Aniolöw-Huta, Huta-Jagodnica, Wifkitska Huta, Sokołów-Holl. Es liegt ein besonderer Reiz darin, diesen Spuren deutscher Wirksamkeit nachzugehen. In Adamow erstand ein deutscher Massabrikant, Lawer Ammer, im Jahre 1811 von der verwitweten Frau Zieleniewska, Besitzerin des Gutes Beldow nebst zugehörigen Wäldern, 18 Husen Wald, die aus der betreffenden Landkarte als „Knieja Beldowska" (Beldower „Urwald") angezeigt werden, zwecks Anlegung einer Glashütte. Wenzeslaus Ammer, ein Sohn des Xaver, war Besitzer der Glashütte in Mielęcin bei Zgierz. Die Glasbläser legten aus dem Hügel, wo gegenwärtig der Adamower evangelische Friedhof sich befindet, eine Hütte an, die sich jedoch nur langsam entwickelte. 1814 beginnen sich deutsche Kolonisten schlesischen Stammes in den Urwäldern, die die Glashütte umgaben, anzusiedeln. Es wird 1815 in Zgierz mit 16 Kolonisten ein Zinsvertrag abgeschlossen, wobei 15 Husen Wald zur Aufteilung kommen. Siebzehn Jahre darauf entstehen die Dörfer Adamów-Nowy, Zgnile Bloto und Sanie.


poniedziałek, 21 listopada 2022

Andrespol - Jan Krause - Ceramika - 50-lecie Zakładów Ceramicznych - Freie Presse - 1934

 

Jeden z ciekawszych artykułów które miałem przyjemność tłumaczyć w temacie Andrespola i osoby Jana Krause. Podziękowania dla Bartka Jankiewicza z Kraszewa (wspaniałego archiwisty - historyka - nauczyciela historii), za przesłanie tego linka!


Freie Presse. Jg. 12, 1934, nr 123    


   50 lat Zakładów Ceramicznych Johanna Krause w Andrespolu

1 maja (1934) Zakłady Ceramiczne Johanna Krause w Andrespolu koło Łodzi uczciły jubileusz pięćdziesięciolecia istnienia małą uroczystością. Wśród życzliwych, którzy przybyli, by pogratulować założycielowi zakładów, panu Johannowi Krause, znanemu i cenionemu w najszerszych niemieckich kręgach Łodzi i okolic, był dyrektor Łódzkiej Izby Przemysłowo-Handlowej, pan Bajer. Uroczystość, która rozpoczęła się godziną muzyki ofiarowaną jubilatowi przez miejscową straż pożarną, do której należą liczni pracownicy fabryk, przebiegała w sposób niezwykle serdeczny i świadczyła o wielkim szacunku, jakim cieszy się jubilat. Pastor Ostermann-Andrzejow podkreślił w swoim wystąpieniu, że rocznica powstania fabryki w Andrespolu była pamiętnym dniem nie tylko dla samego Andrespola, ale także dla kilku okolicznych wsi, gdyż fabryka dawała pracę i dochód 200 rodzinom. Pastor Ostermann szczególnie podkreślał harmonijne relacje między pracodawcą a pracownikami. Przez 50 lat prawie nigdy nie było strajku. Zakłady ceramiczne w Andrespolu są wymownym świadectwem niemieckiej pracowitości i niemieckiej gospodarności, które przynoszą państwu polskiemu ogromne korzyści. W odpowiedzi na gratulacje i błogosławieństwo pastora Ostermanna dla niego i jego następców w zarządzaniu fabryką, która obecnie została przekazana dzieciom, Johann Krause z humorem opisał początki swojej fabryki, która z prostego warsztatu rozwinęła się w fabryki znane obecnie w całej Polsce. Fakt, że na polu ojca znajdowano glinę, skłonił pana Krause do nauki zawodu garncarza. Pierwsze kroki młodego rzemieślnika nie były bynajmniej udane. Wręcz przeciwnie, były one dość nieudane. Jak losowi udało się w końcu z tego czystego nieszczęścia zrobić sukces, to cała historia, a zarazem ciekawy kulturalno-historyczny przyczynek do mającej dopiero powstać monografii starej Łodzi. Senator Utta uczcił jubilata jako niemieckiego pioniera przemysłowego w Polsce. Z energią i zapałem oraz zamiłowaniem do sprawy, która tworzy wartość, pan Johann Krause prowadził swoje dzieło, które przynosi korzyści państwu polskiemu, honoruje imię niemieckie i daje zasługi tak wielu pracownikom. Dzięki prawdziwej niemieckiej lojalności, szczerości, dobrej woli i bogatemu doświadczeniu pan Krause oddał wielkie usługi niemieckim organizacjom, w których pracuje. Za to należą mu się nasze podziękowania i uznanie, bo zawsze stawał w obronie swojej narodowości. W swoim wystąpieniu inż. Müller z łódzkiego "Barwanilu" podkreślił walory handlowe poprzedniego właściciela firmy i wyraził nadzieję na równie dobre porozumienie z jego następcami. (Firma Johann Krause od kilku lat produkuje również farby). 

Dyrektor misji Bodamer wyraził życzenie, aby duch, który do tej pory kierował firmą, inspirował również nowych właścicieli. Wtedy z pewnością nie zabrakłoby Bożej woli na przyszłość. Wieczór upłynął w bardzo serdecznej atmosferze. Opuszczali to gościnne miejsce z serdecznym życzeniem, aby niemieckie cnoty, które są tam u siebie, nigdy ich nie opuściły.


    Einer der interessanteren Artikel, die ich über Andrespol und die Person von Jan Krause übersetzen durfte. Vielen Dank an Bartek Jankiewicz aus Kraszew (ein wunderbarer Archivar, Historiker und Geschichtslehrer) für die Zusendung dieses Links!

  Freie Presse. Jg. 12, 1934, nr 123                     

                   50 Jahre Keramische Werke Johann Krause in Andrespol


    Am 1. Mai begingen die Keramischen Werke von Johann Krause in Andrespol bei Lodz das Jubiläum ihres fünfzigjährigen Bestehens durch eine Feier in engerem Kreis. Zu den Gratulanten, diegekommen waren, den Gründerder Werke, den in den weitesten deutschen Kreisen von Lodz und Umgegend wohlbekannten und geschätzten Herrn Johann Krause, zu beglückwünschen, gehörte auch der Direktor der Lodzer Industrie- und Handelskammer, Herr Bajer. Die Feier, zu der ein dem Jubilar dargebrachtes Stündchen der Kapell leder Ortsfeuerwehr, zu der zahlreiche Arbeiter der Werke gehören, den Auftakt gab, verlief in überaus herzlicher Weise und bewies, welch großer Wertschätzung der Jubilar sich erfreut. Herr Pastor Ostermann-Andrzejow unterstrich in seiner Rede, daß der Jubiläumstag der Andrespoler Werke ein denkwürdiger Tag sei nicht nur für Andrespol selbst, sondern auch für mehrere Ortschaften der Umgegend, seien es doch 200 Familien, denen die Fabrik Arbeit und damit Unterhalt gebe. Herr Pastor Ostermann hob ganz besonders das harmonische Verhältnis, das zwischen dem Arbeitgeber und den Arbeitnehmern bestehe, hervor. In den 50 Jahren Habs es kaum jemals einen Streik gegeben. Die Andrespoler Keramischen Werke seien ein beredtes Zeugnis deutschen Fleißes und deutschen Sparsinns, die dem polnischen Staat zum großen Nutzen gereichen. In seiner Erwiderung auf die von Herrn Pastor Ostermann zum Ausdruck gebrachten Glück- und Segenswünsche für ihn und seine Nachfolger in der Leitung des nunmehr: den Kindern übergebenen Werkes schilderte Herr Johann Krause in launiger Weise die Anfänge seiner Fabrik, die sich aus einer einfachen Werkstatt zu den heute in ganz Polen bekannten Werken entwickelte. Der Umstand, daß in dem Acker seines Vaters Ton gefunden wurde, veranlaßte Herrn Krause, das Töpferhandwerk zu erlernen. Dis ersten Schritte des jungen Handwerkers waren beileibe nicht erfolgreich. Ihnen war im Gegenteil ein ganz gehöriger Mißerfolg beschieden. Wie das Schicksal aus diesem Reinsall schließlich doch noch einen Erfolg zu machen wußte, das ist eine ganze Geschichte und zugleich ein kulturgeschichtlich interessanter Beitrag für die noch zu schreibende Monographie des alten Lodz. Herr Senator Utta feierte den Jubilar als deutschenI Industrie pionier in Polen. Mit Energie und Tatkraft und der Liebe zur Sache, die Werte schafft, habe Herr Johann Krause sein Werk geführt, das dem polnischen Staat Nutzen bringt, dem deutschen Namen Ehre macht und so vielen Arbeitern Verdienst gibt. Durch wahrhaft deutsche Treue, durch Aufrichtigkeit, guten Willen und reiche Erfahrung habe Herr Krause den deutschen Organisationen, in denen er mitarbeitet, große Dienste geleistet. Dafürgebühre ihm, der sich allzeit zu seinem Volkstum bekannt habe, Dank und Anerkennung. Ing. Müller von der „Barwanil" in Lodz unter strich in seiner Ansprache die kaufmännischen Tugenden des bisherigen Inhabers der Firma und trank aus ein ebenso gutes Einvernehmen mit seinen Nachfolgern. (Die Firma Johann Krause stellt seit einigen Jahren auch Farben her.) 

Herr Missionsdirektor Bodamer sprach den Wunsch aus, daß der Geist, der das Unternehmen bisher regiert hat, auch die neuen Eigentümer beseelen möge. Dann werde es an dem Gegen Gottes für alle Zukunft bestimmt nicht mangeln. Der Abend nahm einen überaus herzlichen Verlauf. Man schied von der gastlichen Stätte mit dem innigen Wunsch, daß die deutschen Tugenden, die dort zu Hause sind, sie niemals verlassen mögen.


niedziela, 20 listopada 2022

Gombin - Gostynin - Niemieckie Osadnictwo - Koßmann - Frie Presse - 1934

 

Freie Presse. Jg. 12, 1934, nr 362

                                          Łódzki Tydzień Ojczyzny

    Wczorajszy wieczór w ramach Łódzkiego Tygodnia Ojczyzny przyniósł wykład dyrektora szkoły Alberta Breyera. W końcu wśród Niemców w Polsce Środkowej nie ma zbyt wielu małych lokalnych historyków. Wykładowca zaczynał jako jeden z nich, ale dzięki swojej wytrwałości, a przede wszystkim fanatycznej miłości do swojego przedmiotu badań, zaszedł tak daleko, że dziś może być uważany za najlepszego znawcę języka niemieckiego w Polsce Środkowej i może być zaliczany do grona innych "uczonych". Jako nauczyciel ma naturalnie mało czasu na poświęcenie się pracy naukowej. Jego wykład o koloniach niemieckich na Ziemi Gostyńskiej dał zdumionym słuchaczom wgląd w szerokie pole pracy prawdziwego lokalnego historyka. Różnorodność źródeł jest niewiarygodna. Akta kościelne/ listy prywatne, napisy na belkach, stare kalendarze i dokumenty, hipoteki, archiwa centralne, tradycje ustne samych chłopów i ich polskich sąsiadów, częste "przesłuchania" starszych chłopów, proboszczów, kantorów, ich wiersze itp. * Słowa powitania wypowiedział redaktor naczelny Kargel, który powitał licznie zgromadzonych gości, wśród których był konsul Rzeszy Niemieckiej baron von Berchem-Königsfeld. * Na wstępie mówca krótko nakreślił położenie geograficzne Ziemi Gostyńskiej, po czym natychmiast przystąpił do nakreślenia poszczególnych etapów niemieckiego osadnictwa. Rozpoczęło się to na omawianym terenie około 1780 roku. Wykładowca podkreślił, że to polscy starostowie zakładali pierwsze niemieckie osady na dobrach starościńskich. W 1790 roku znanych jest już 11 niemieckich wsi. W 1790 roku znanych jest już 11 niemieckich wsi. 33 wsie niemieckie powstałe przed rozpoczęciem kolonizacji pruskiej w 1801 r. były również wynikiem inicjatywy polskiej, natomiast tylko 4 wsie zawdzięczają swoje istnienie osadnictwu państwa pruskiego. Oczywiście wśród nich jest największa i najbardziej znana z tych wszystkich niemieckich osad: Leonberg. Ta wieś rzeczywiście zasługuje na specjalną monografię. Charakteryzuje się silnym uprzemysłowieniem, co najlepiej świadczy o smykałce do interesów Szwabów. Ta potężna wieś dała początek kilku koloniom-córkom, które obecnie ją obejmują, wraz z innymi wsiami pomorskimi, pierwotnie czysto polskimi lub innego pochodzenia, które są również silnie przemieszane ze Szwabami. Kiedy wszechmocny kryzys położył kres produkcji maszyn rolniczych w tamtejszych dużych gospodarstwach, Szwabowie przestawili się na produkcję wozów i dziś zaopatrują w swoje wyroby rynek w szerokim zakresie, a ich liczba sięga setek rocznie. Szczególną grupę tworzą wsie założone wokół Strzelec przez niemieckiego kupca von Treskow: Donnersruh, Friedenslust, Hainleben, Blümenfelde itp. Ten sam von Treskow jest również założycielem pierwszej cukrowni w Ziemi Gostyńskiej. Za jego przykładem poszli polscy ziemianie. 

    Tak więc niemieccy przedsiębiorcy i technicy byli tam również ojcami chrzestnymi polskiego przemysłu cukrowniczego. Po okresie pruskim napływ imigrantów trwał nadal i był wszelkimi sposobami wspierany przez władze polskie. W 1840 roku na obszarze 600 kilometrów kwadratowych znajdowało się już ponad 100 niemieckich wsi. Od tego czasu jednak nastąpiła tendencja spadkowa, spowodowana głównie migracją na Wołyń. Jeśli dodać do tego niemiecką Weichselntederung, sukiennicze miasta Gombin i Gostynin oraz wielkie niemieckie majątki ziemskie, to powstaje zamknięty obszar zamieszkany przez Niemców, niemieckojęzyczna wyspa o zdrowej strukturze wewnętrznej. Niezmierne bogactwo pojedynczych faktów i zbiorowych obrazów malowało także barwny obraz, który w swej różnorodności mógł niemal zdezorientować laickiego słuchacza, ale mimo to dawał mu niepowtarzalny wgląd w tkanie czasu nawet w naszych, wydawałoby się, tak spokojnych koloniach niemieckich. Niemcy nie przyjeżdżali tylko jako rolnicy i sukiennicy. Przybywali także jako dmuchacze szkła, wytapiacze smoły, plantatorzy tytoniu, młynarze wiatrowi i wodni, wytwórcy oleju sosnowego, destylatorzy piwa i sznapsów, producenci papieru, plecionkarze, stolarze itp. W podsumowaniu wykładowca podkreśla, że te niemieckie, w większości biedne, pomorskie wsie wyrosły bez żadnego wsparcia państwowego czy dworskiego. Mimo wielkiej biedy i wielu nieszczęść w początkach "polany", wytrwali i zachowali nie tylko siebie, ale także swoje plemienne sposoby i obyczaje. Jeśli niejeden Pomorzanin stał się niewierny swojej Gostyńskiej ojczyźnie, a niejedna niegdyś Niskoniemiecka wieś została opanowana przez Polaków, to często z powodu nieurodzaju gleby, którą krótkowzroczni kolonizatorzy i kolonistki przeznaczyli na osadnictwo. Tam, gdzie ziemia daje tak mało zboża, że wystarcza go tylko na kilka tygodni dla rolnika, nie można wymagać domowego charakteru. Nastrojowe zdjęcia z okresu osadnictwa i podróży lądowej na Wołyń były barwne i żywe w swej treści merytorycznej, czasem wzruszające. To, co usłyszeliśmy o migracji niemieckich chłopów na Wołyń, której drogę wyznaczają pobieżnie wyskrobane dziecięce groby, poruszyło każdego słuchacza. W świecących listach mówca chciał pokazać, że żaden Polak nie został wyparty ze swojego miejsca, gdy osiedlili się tam Niemcy, a niemieccy chłopi, którzy do dziś mieszkają na Ziemi Gostynierskiej, ciężko pracowali, by wywalczyć swoją ziemię i mogą się teraz uważać za jej pełnoprawnych właścicieli. Podsumowując wszystkie losy niemieckich osiedli na Wschodzie, wykładowca zakończył słowami: "Niemiecki los - ludzie bez przestrzeni". Dr. Koßmann



                                                Die Lodzer Heimatwoche

    Die Lodzer Heimatwoche brachte am gestrigen Abend den Vortrag des Herrn Schulleiters Albert Breyer. Kleiner Heimatforscher gibt es schließlich auch bei uns unter den Deutschen in Mittelpolen, nicht allzu weniges Als solcher hat einst auch der Vortragende begonnen, es aber seitdem dank seiner Ausdauer, und vor allem dank seiner fanatischen Liebe zu seinem Forschungsgegenstand so weit gebracht, daß er heute als der beste Kenner des Deutschtums in Mittelpolen gelten und anderen „Fachgelehrten" würdig an die Seite gereiht werden kann. Als Lehrer steht ihm natürlich nur wenig Zeit zur Verfügung, die er seiner Forschungsarbeit widmen kann. Sein Vortrag über die deutschen Kolontsationen im Gostyniner Land vermittelte dem erstaunt aufhorchenden Publikum einen Blick über das weite Arbeitsgebiet eines echten Heimatforschers. Unglaublich ist die Mannigfaltigkeit der Quellen. Kirchenakten/ Privatbriefe, Balkeninschriften, alte zerlesens Kalender und Dokumente, Hypothek, Zentralarchiv, mündliche Ueberlieferungen der Bauern selber, und ihrer polnischen Nachbarn, immer mie> der angestellte „Verhöre" älterer Bauern, Pastoren, Kantors, deren Gedichte etc. * Die Begrüßungsworte sprach Chefredakteur Kargel. der die zahlreich erschienenen Gäste, unter ihnen den Konsul des Deutschen Reiches Freiherrn von Berchem Königsfeld, willkommen hieß. * Einleitend skizzierte der Vortragende kurz die geographische Lage des Gostyniner Landes, worauf er sofort mit der Skizzierung der einzelnen Etappen der deutschen Besiedlung begann. Diese setzte im betreffenden Gebiet um 1780 ein. Der Vortragende unterstrich, daß es polnische Starosten waren, die die ersten deutschen Siedlungen auf starosteilichen Gütern anlegten. Vis 1790 sind bereits 11 deutsche Dörfer bekannt. Bis 1790 sind bereits 11 deutsche Dörfer bekannt. Auch die noch vor Einsetzen der preußischen Kolonisation, 1801, angelegten 33 deutschen Dörfer sind polnischer Initiative entsprungen, während der preußisch-staatlichen Ansiedlung nur 4 Dörfer ihr Entstehen verdanken. Freilich befindet sich unter diesen gerade die größte und bekannteste aller dieser deutschen Siedlungen: Leonberg. Dieses Dorf verdient eigentlich eine besondere Monographie. Es zeichnet sich aus durch eine starke Industrialisierung, die von der Geschäftstüchtigkeit der Schwaben das beste Zeugnis ablegt. Dieses mächtige Dorf hat einige Tochterkolonien hervorgerufen, die es nun umfassen, zusammen mit andern auch stark von Schwaben untermischten, ursprünglich rein polnischen oder andersstämmigen, pommerschen Dörfern. Als die allmächtige Krisis die Produktion der landwirtschaftlichen Maschinen in den dortigen Großbetrieben unterband, stellten sich die Schwaben auf Wagenbau um, und beschicken heute den Markt weit und breit mit ihren Erzeugnissen, deren Stückzahl jährlich in die Hunderte geht. Eine besondere Gruppe bilden die von einem deutschen Großkaufmann von Treskow um Strzelce angelegten Dörfer: Donnersruh, Friedenslust, Hainleben, Blümenfelde usw. Derselbe von Treskow ist auch der Begründer der ersten Zuckerfabrik im Gostyniner Land. Seinem Beispiel erst folgten polnische Gutsbesitzer. 

    Es haben also auch dort bei der polnischen Zuckerindustrie deutsche Unternehmer und Techniker Pate gestanden. Nach der preußischen Zeit dauerte der Einwandererstrom an und wurde von den polnischen Behörden mit allen Mitteln gefördert. Gegen 1840 sind auf einem Gebiet vr.r 600 Quadratkilometern bereits mehr als 100 deutsche Dörfer vorhanden. 1860 sind es 110. Seitdem setzt aber eine absteigende Bewegung ein, die vor allem durch Abwanderung nach Wolhynien hervorgerufen wurde. Wenn man nun noch die deutsche Weichselntederung, die Tuchmacherstädte Gombin und Gostynin, den deutschen Großgrundbesitz hinzurechnet, ergibt sich ein geschlossener, von Deutschen bewohnter Raum, eine in ihrem inneren Aufbau kerngesunde deutsche Sprachinsel. Eine ungeheure Fülle von Einzeltatsachen und Sammelbildern zeichnete des weiteren ein buntes Bild, das den Laienzuhörer in seiner Vielfältigkeit fast verwirren mochte, ihm aber doch einen einzigartigen Einblick in das Weben der Zeit auch in unseren scheinbar so stillen deutschen Kolonien ermöglichte. Die Deutschen kamen nicht nur als Bauern und Tuchmacher. Auch als Glasbläser, Teerschweler, Tabakpflanzer, Wind- und Wassermüller, Kienölfabrikanten, Bier- und Schnapsbrenner, Papierfabrikanten, Wagner, Tischler usw. Abschließend betont der Vortragende, daß diese deutschen, meist armen, pommerschen Dörfer ohne jede staatliche oder gutsherrliche Unter stützung herangewachsen sind. Trotz großer Armut und viel Elend in den ersten Zeiten der 'Rodung haben sie ausgehalten und nicht nur sich, sondern auch ihre Stammesart und Sitte erhalten. Wenn mancher Pommer seiner Gostyniner Heimat untreu geworden, und so manches einst plattdeutsche Dorf heute von Polen eingenommen ist, so liegt das häufig an der Unfruchtbarkeit des Bodens, den kurzsichtige Kolonisatoren und Kolonisten zur Ansiedlung benutzt hatten. Wo das Land so wenig Getreide liefert, daß es dem Bauern nur für wenige Wochen reicht, kann kein heimfester Charakter verlangt werden. Die Stimmungsbilder aus der Ansiedlungszeit und der Ueberwandrrung nach Wolhynien waren in ihrem Sachgehalt bunt und lebendig, mitunter ergreifend. Was wir von der Wanderung der deutschen Bauern nach Wolhynien hörten, deren Straße durch flüchtig zusammengeschorrte Kindergräber gezeichnet ist, ging jedem Zuhörer nahe. Mit glühenden Lettern will es der Vortragende zeichnen, daß bei der Ansiedlung der Deutschen kein Pole von seiner Stelle gedrängt wurde und daß, die deutschen Bauern, die heute noch im Gostynirter Land wohnen, sich ihren Boden schwer errungen haben und heute sich dort als vollberechtigte Eigner ihrer Scholle ansehen können. Alle Schicksalsschwere der deutschen Siedlungen im Osten zusammenfassend, schloß der Vortragende mit den Worten: Deutsches Schicksal — Volk ohne Raum. Dr. Koßmann


sobota, 19 listopada 2022

Andrzejów - Andreshof - Freie Presse - Niemieckie osadnictwo - 1931

 Podziękowania dla Bartka Jankiewicza z Kraszewa za podesłanie materiałów!

Freie Presse. Jg. 9, 1931, nr 321 + Beibl.

                                                    ANDRZEJÓW

    W 1913 r. mała parafia kantoralna w Andrzejowie koło Łodzi wybudowała z własnych funduszy zgrabny kościółek, który stał się ozdobą wsi ze względu na położenie na wzgórzu drogi do Tomaszowa. W zawierusze wojennej ten mały kościółek został w dużej mierze zniszczony. Armaty grzmiały jeszcze na wschodzie kraju, obwieszczając okropności wojny, gdy dzielni chłopi z Andrzejowa nie tylko odnowili zniszczony budynek, ale i powiększyli go do tego stopnia, że dziś nawa i chóry mogą wygodnie pomieścić 500 osób. W tym czasie Andrzejów należał do parafii Nowosolna, skąd obsługiwano go duszpastersko. Jednak ta usługa nie wystarczała tym, którzy tęsknili za Słowem Bożym. Ta okoliczność dała podstawę do założenia odrębnej parafii filialnej. Staraniem trzech sąsiadujących ze sobą parafii kantoralnych Andrzejów, Olechów i Justynów, do których znów należało szereg mniejszych miejscowości, takich jak: Jędrzejów, Sąsieczno, Andrespol, Wiśniowa-Góra, Struża, Janówka, Mały Eufeminów, Nery, Ustronie i Hulanka, w większości zamieszkałych przez niemieckich kolonistów, udało się spełnić serdeczne życzenie. Konsystorz warszawski potwierdził decyzję wspomnianych kantorów 8 lutego 1925 r. Powstał oddział w Andrzejowie. Pierwszym administratorem oddziału został pastor Doberstein z Łodzi. Z wielkim poświęceniem pełnił swój urząd od 15 lutego 1925 r. do 1 listopada 1927 r. Na własną prośbę pastor Doberstein złożył rezygnację. Na jego miejsce został powołany pastor Lipski z Łodzi. Jako drugi administrator, pastor Lipski nadal zapewnia opiekę duszpasterską z wielką troską i miłością. Biorąc pod uwagę dążenia parafii andrzejowskiej do samodzielności, proboszcz Lipski czynił największe wysiłki w tym kierunku. Dzięki jego zdecydowanej postawie budynek szkoły i 3 akry ziemi obok kościoła zostały zakupione przez środowisko polityczne. Budynek ten w najbliższym czasie ma zostać przekształcony na mieszkanie dla proboszcza. Wprawdzie przez ten zakup kongregacja musi zebrać 25.000 zł, ale jednocześnie został położony ostatni kamień węgielny pod samodzielność kongregacji. Ta ofiara parafian w obecnej trudnej sytuacji ekonomicznej rolnika, o której zdecydowało zgromadzenie parafialne zdecydowaną większością głosów, daje nam powód do pochwały działania parafii. Około rok temu pastor Lipski założył w Andrzejowie stowarzyszenie kobiet, które w ciągu roku wykonało naprawdę pożyteczną pracę. Stowarzyszenie liczy obecnie ponad 30 aktywnych członków, którzy spotykają się co dwa tygodnie. Sprzedaż rękodzieła w lecie przyniosła zysk w wysokości prawie 1500 zł, który przeznaczono na zegar wieżowy. Dodatkowo 10.000 zł. można przeznaczyć na organy. Słowem, wiele pracy przygotowawczej zostało już wykonane, a przy dalszej wiernej pracy pastora i zboru, Andrzejów wkrótce osiągnie swój cel, tj. stanie się samodzielnym zborem z własnym pastorem, który z Bożą pomocą będzie kontynuował dzieło swoich poprzedników. Nauczycielka A. K.



                                                         ANDRZEJOW

     Im Jahre 1913 erbaute die kleine Kantoratsgemeinde Andrzejow bei Lodz aus eigenen Mitteln ein schmuckes Kirchlein, das durch seine Lage auf der Anhöhe der Chaussee nach Tomaschow zur Zierde des Dorfes wurde. In den Wirren des Weltkrieges wurde dieses Kirchlein zum größten Teil zerstört. Noch donnerten im Osten des Landes die Kanonen und kündeten die Schrecken des Krieges, als die wackeren Landleute von Andrzejow es sich nicht nehmen ließen, nicht nur den zerstörten Bau zu erneuern, sondern ihn so weit zu vergrößern daß heute im Schiff und auf den Chören bequem 500 Personen Platz finden. Andrzejow gehörte damals zur Gemeinde Nowosolna, von wo aus die Gemeinde seelsorgerisch bedient wurde. Doch reichte diese Bedienung für die nach dem Wort Gottes Lechzenden nicht aus. Dieser Umstand gab Anlaß zur Gründung einer eigenen Filialgemeinde. Dem Bemühen der drei aneinander grenzenden Kantoratsgemeinden Andrzejow, Olechow und Justynow, zu denen wieder eine ganze Anzahl kleinerer Dörfer gehörte, wie: Jendrzejow, Sonsieczno, Andrespol, Wisniowa-Gura, Struza, Januwka, Klein Eufeminow, Nery, Ustronie und Hulanka, die zum großen Teil von deutschen Kolo, litten bewohnt sind, gelang es, einen Herzenswunsch zu erfüllen. Das Warschauer Konsistorium bestätigte am 8. Februar 1925 den Beschluß der erwähnten Kantorate. Das Filial Andrzejow war gegründet. Zum ersten Administrator des Filials wurde Herr Pastor Doberstein aus Lodz ernannt. Unter großer Aufopferung waltete er hier seines Amtes vom 15. Februar 1925 bis zum 1. November 1927. Auf eigenen Wunsch trat Herr Pastor Doberstein zurück. Auf seine Stelle wurde Herr Pastor Lipski aus Lodz ernannt. Als zweiter Administrator iitiie und übt Herr Pastor Lipski noch jetzt mit großer Sorgfalt und Liebe Seelsorge. Dem Streben der Andrzejower Gemeinde nach Selbständigkeit Rechnung tragend, entfaltete Herr Pastor Lipski die größten Anstrengungen nach dieser Richtung. Dank seinem zielbewußten Vorgehen wurde das Schulgebäude sowie 3 Morgen Land, die neben der Kirche gelegen sind, von der politischen Gemeinde käuflich erworben. Durch Umbau soll aus diesem Gebäude in der nächsten Zeit die Wohnung des Pastors entstehen. Durch diesen Kauf muß die Gemeinde zwar 25 000 Zl. aufbringen, aber gleichzeitig ist damit der letzte Grundstein zur Selbständigkeit der' Gemeinde gelegt. Dieses Opfer der Gemeindeglieder in der gegenwärtigen schweren wirtschaftlichen Lage des Landwirts, das von der Gemeindeversammlung' mit großer Stimmenmehrheit beschlossen wurde gibt uns Veranlassung, das Vorgehen der Gemeinde anerkennend hervorzuheben. Vor ungefähr einem Jahr hat Herr Pastor Lipski einen Frauenverein in Andrzejow gegründet, der im Laufe eines Jahres wirklich segensreiche Arbeit geleistet hat. Der Verein zählt gegenwärtig über 30 tätige Mitglieder, die alle 2 Wochen zu Versammlungen zusammenkommen. Der im Sommer veranstaltete Verkauf von Handarbeiten brachte einen Gewinn von fast 1500 Zl., der für eine Turmuhr bestimmt wurde. Außerdem sind 10 000 Zl. für eine Orgel vorhanden. Mit einem Wort: große Vorarbeit ist bereits geleistet worden und bei weiterer treuer Arbeit des Pastors und der Gemeinde wird Andrzejow sein Ziel bald erreicht haben, d. h . eine selbständige Gemeinde sein mit einem eigenen Seelsorger, der mit Gottes Hilfe das Werk seiner Vorgänger weiter führen wird. A. K. Lehrer.


piątek, 18 listopada 2022

Buków - Ciosna - Bukowiec- Mord - Freie Presse - 1933

 Freie Presse. Jg. 11, 1933, nr 121

Dziękuję Bartłomiejowi Jankiewiczowi z Kraszewa za przysłanie ciekawych artykułów.

                             Pokonani przez sprawiedliwość po 14 latach

                           Niewinny człowiek siedział w więzieniu od 10 lat

    Przed Sądem Okręgowym w Łodzi stanął wczoraj 34-letni Juljan Górka, którego zbrodnia została opisana w aktach oskarżenia w następujący sposób: w dniu 8 kwietnia 1919 r. do nauczyciela szkoły we wsi Buków, parafia Ciosny, powiat Brzeziny przyszło dwóch mężczyzn w mundurach wojskowych. Jeden nosił insygnia sierżanta, a drugi dowódcy plutonu. Poprosili o samochód, którym mogliby pojechać do Bukowca. Dyrektor szkoły odpowiedział, że natychmiast sprawdzi, którzy chłopi muszą zapewnić furmankę. W tym momencie żołnierze zobaczyli dwa konie przy pracy na polu szkolnika Walentego Bilkowskiego, które należały do rolnika Michała Pryczki. Oświadczyli, że chcą jeździć z tymi końmi. Mimo oporu Pryczki, zaprzęgli konie do wozu i odjechali. Zabrali ze sobą 17-letniego syna Pryczki, Piotra, atletycznie zbudowanego młodzieńca. Choć minęło kilka dni, chłopiec nie wrócił, podobnie jak nie odesłano koni. Zaniepokojony ojciec zgłosił sprawę do urzędu gminy i różnych komisariatów. Na podstawie dostarczonego przez niego opisu personalnego, komendantowi policji w Rzgowie udało się zatrzymać dwóch sierżantów, którzy byli uzbrojeni w karabiny. Sierżant przedstawił się jako Bolesław Wolski, a plutonowy jako Jan Janikowski. Kiedy ci dwaj zostali skonfrontowani przez Pryczkę, Białkowskiego i innych, okazało się, że ukradli konie. Niemal w tym samym czasie otrzymano zgłoszenie o znalezieniu ciała Piotra Pryczki w rowie w pobliżu wsi Janów, Nowosolna. Sekcja zwłok wykazała, że Pryczka został uduszony. Obaj aresztowani mężczyźni stanowczo zaprzeczyli, że popełnili morderstwo. Stwierdzili, że po przyjeździe do Łodzi odesłali chłopca do domu. W trakcie krzyżowego badania Janikowski ostatecznie zeznał następująco: Na początku kwietnia 1919 r. uciekł z obozu w Bartodziejach. We Lwowie poznał Górkę, który podawał się za chorążego Zygmunta Dombrowskiego. Początkowo szli ze strażnikiem Bolesławem Wolskim, ale potem on się od nich odłączył. Od tego czasu Górka podawał się za sierżanta Wolskiego. W Łodzi spotkali Aleksandra Manieńskiego, który zaproponował, aby dostarczyli mu parę koni. Udali się zatem do Bukowa, gdzie zarekwirowali konie. W drodze do Łodzi Górka zaproponował, że poprowadzi konie, aby Pryczka mógł odpocząć. Usiadł zatem na przednim siedzeniu, natomiast Pryczka zajął miejsce obok Górki. Po jakimś czasie otrzymał kopnięcie w plecy. Gdy się odwrócił, zobaczył Górkę klęczącego na Pryczce i duszącego go. Ponieważ Gorka groził mu zastrzeleniem, nie przejmował się tym, co zrobił. Górka kazał następnie wjechać samochodem w pole, gdzie pochował Pryczkę. Na procesie Janikowski został skazany na 15 lat więzienia. Zmarł w więzieniu 1 marca 1923 r. Górce udało się uciec z zakładu karnego w Warszawie. W 1922 roku aresztowano prawdziwego Wolskiego jako domniemanego sprawcę; jego niewinność wyszła na jaw dopiero pod koniec ubiegłego roku, gdy aresztowano Górkę. Pod koniec ubiegłego roku Juljan Górka musiał odpowiedzieć za kradzież przed łódzkim Sądem Rejonowym. Został skazany na 6 miesięcy więzienia, z którego został zwolniony na mocy amnestii. Podczas procesu przypomnieli sobie jednak o morderstwie sprzed 14 lat i aresztowali Górkę. Wczoraj musiał odpowiedzieć za morderstwo. Zaprzeczył i stwierdził, że zabójstwa dokonał Janikowski. Oskarżony cierpi na zaawansowaną chorobę konsumpcyjną. Podczas kierowanych do niego pytań nagle zasłabł, przez co proces musiał zostać przerwany. Po długiej naradzie sąd skazał oskarżonego na 12 lat więzienia.,




                               Nach 14 Jahren von der Gerechtikheit ereilt

                               Ein Unschuldiger sitzt 10 Jahre in Gefängnis

p. Vor dem Lodzer Bezirksgericht stand gestern der 34 Jahre alte Juljan Gorka, dessen Verbrechen die Anklageakte folgendermaßen schilderte: Am 8. April 1919 kamen zu dem Schulzen des Dorfes Bukow, Gem. Ciosny, Kreis Brzeziny, zwei Männer in Militäruniform. Der eine trug die Abzeichen eines Gergeanten und der zweite die eines Zugführers. Sie verlangten einen Wagen, mit dem sie nach Bukowiec fahren könnten. Der Schulze erwiderte, daß er sofort nachprüfen werde, an welchen Bauern die Reihe zur Stellung eines Wagens sei. In dem Augenblick sahen die Soldaten auf dem Felds des Schulzen Walenty Bilkowski zwei Pferde bei der Arbeit, dis dem Bauern Michal Pryczka gehörten. Sie erklärten, daß sie mit diesen Pferden fahren wollten. Trotz des Widerstandes Pryczkas schirrten sie die Pferde an einen Wagen und fuhren davon. Sie nahmen den 17 Jahre alten Sohn Pryczkas, Piotr, einen athletisch gebauten Jüngling, mit. Obgleich einige Tage vergingen, kehrte der Bursche nicht zurück, ebenso wie die Pferde nicht zurückgesandt wurden. Der beunruhigte Vater erstattete im Gemeindeamt und bei verschiedenen Polizeiposten Mitteilung. Auf die von ihm gelieferte Personalbeschreibung hin gelang es dem Polizeikommandanten in Rzgow, zwei Unteroffiziere festzunehmen, die mit Gewehren bewaffnet waren. Der Sergeant gab sich als Boleslaw Wolski und der Zugführer als  Jan Janikowski aus. Als die beiden dem Pryczka, Bialkowski und anderen gegenübergestellt wurden, ergab es sich, daß fie die Pferde geraubt Hatten. Fast gleichzeitig lief die Meldung ein, daß in einem Weggraben in der Nähe des Dorfes Janow, Gem. Nowosolna, die Leiche des Piotr Pryczka gefunden wurde. Die Sezierung der Leiche ergab, daß Pryczka erwürgt worden war. , Die beiden Festgenommenen leugneten entschieden, den Mord verübt zu haben. Sie erklärten, daß sie den Burschen nach ihrer Ankunft in Lodz nach Hause gesandt hätten. Während des Kreuzverhörs sagte Janikowski schließlich folgendes aus: Anfang April 1919 war er aus dem Lager in Bartatow geflohen. In Lemberg lernte er Gorka kennen, der sich als Fähnrich Zygmunt Dombrowski ausgab. Amsanglich seien sie mit dem Sorgeanten Boleslaw Wolski gewandert, der sich aber dann von ihnen absonderte. Von der Zeit an habe sich Gorka als Sergeant Wolski ausgegeben. In Lodz lernten sie einen Alexander Maninski kennen, der ihnen den Vorschlag machte, ihm ein Paar Pferde zu liefern. Sie seien deshalb nach Bukow gegangen, wo sie die Pferds requiriert hätten. Unterwegs nach Lodz hatte Gorka ihm vorgeschlagen, die Pferds zu lenken, damit Pryczka ausruhen könne. Er habe sich deshalb auf den Vordersitz gesetzt, während Pryczka den Platz neben Gorka einnahm. Nach einiger Zeit habe er einen Fußtritt in den Rücken erhalten. Als er sich umdrehte, sah er, wie Gorka auf Pryczka kniete und ihn würgte. Da ihm Gorka mit Erschießen gedroht habe, habe er sich um sein Tun nicht weiter gekümmert. Gorka habe dann den Wagen aufs Feld lenken lassen, wo er Pryczka verscharrt habe. In der Gerichtsverhandlung wurde Janikowski zu 15 Jahren Zuchthaus verurteilt. Am 1. März 1923 starb er im Gefängnis. Gorka gelang es, aus dem Strafgefängnis in Warschau zu fliehen. 1922 wurde der richtige Wolski als vermeintlicher Täter verhaftet; seine Unschuld kam erst Ende v. J . an den Tag, als Gorka verhaftet wurde. Ende vorigen Jahres hatte sich nämlich Juljan Gorka vor dem Lodzer Bezirksgericht wegen Diebstahls zu verantworten. Er wurde zu 6 Monaten Gefängnis verurteilt, die ihm auf Grund der Amnestie erlassen wurden. Während der Verhandlung erinnerte man sich aber an den Mord vor 14 Jahren und verhaftete Gorka. Gestern hatte er sich wegen des Mordes zu verandworten. Er leugnete und erklärte, daß den Mord Janikowski verübt habe. Der Angeklagte leidet an weit fortgeschrittener Schwindsucht. Während der au ihn gerichteten Fragen wurde er plötzlich ohnmächtig, so daß die Verhandlung unterbrochen werden mußte. Rach einer längeren Beratung verurteilte das Gericht den Angeklagten zu 12 Jahren Gefängnis

środa, 16 listopada 2022

Łódzka Palestra - Prokuratura - Adwokaci - Łódź - Julianów - Judaika - 1949 - cz.6

 

                                  LISTA PERSONALNA DO MOICH SPRAW.

1/. Przyjaciel adwokat Aleksander R....c  sama Pani wie kto to jest: może porządny człowiek, może kanalia, może i szubrawiec /przepraszam Pani czułe ucho/..

2/. Adwokat Bernard B...a, sklejony z tymże R. , delikatnie powiedziawszy, syndelikonem, emanowanym przez "wysokie morale" R.. Pewno może nawet "kapo" obozowy, ale bez świadków.

3/. Adwokat maria Ł...a /dawniej mi przyjazna/, sklejona z nimi tym samym i może jeszcze czym innym. przecie opłaci się z takimi, co to w piłkę nożną i polityczną jednocześnie - w jednej drużynie grywali.

P.s. Na wyjezdnem a Łodzi jeden z notariuszów - poufnie, jako zastrachany przez reżim słaby człowiek - opowiedział mi następującą anegdotę w związku z moją sytuacją. - Adwokaccy i sędziowscy prawnicy sanacyjni przed wojną już nie podawali panu /znaczy mnie/ ręki, gdyż zbyt mocno bronił pan prawników żydów. Ci sami zgłaszali - też przed wojną - pretensje do adwokata Jerzego W łódzkiego /jest jeszcze adwokat Jerzy W...o. w Radomsku/, że obcuje przyjacielsko z R...m i innymi kolegami, pochodzenia żydowskiego. Zgadza się, czy nie? Obecnie, powiedział, mój rozmówca, faszyści żydowscy z łódzkiej Palestry / ze zmarłym nagle - może za mnie - adwokatem Z,, jako delegatem/ wyrażają zdziwienie, iż tenże adwokat R....c, jako "szara eminencja dopuszcza do zbytniej konfidencji i nawet faworyzuje /urzędowy mecz/ tegoż Jurka W. - Tutaj muszę zauważyć, że kochany Oleś R....c  w 1945 roku - gdy zjechała do niego żona W...o. z obozu, głodna i obdarta / jeszcze Jurek nie powrócił/ - zżymał się i klął do mnie, chociaż masy na volksdeutschach zarabiał, że musi wiele wydawać na żywienie, ubranie itp. tej Jurka żonie. Zeznam to pod przysięgą.

4/. Adwokat Edmund M....i , zdawałoby się, poważny i solidny i mój rówieśnik. Tymczasem ten, o mentalności carskiego oficera sprzed pierwszej wojny światowej, woli podrygiwać koło "szarej eminencji" R., niż pomyśleć o tym, że jest skończoną świnią wobec mnie, obecnie pyłka.

5/. Adwokat Henio F...n, też dawny i oddany przyjaciel, obecnie taka sama nikła świnka.

6/. Adwokat B...g zaistniał jako ministerialny dygnitarz i należy mu się, przecie był zdolny i przed wojną. Kocha bardzo swoją jedynaczkę córkę - też w porządku. Tylko dlaczego dopuszczał w 1945 roku, aby przebywała w deprawującym towarzystwie R...a Pamięta Pani w Grand Hotelu w 1945 roku - siadywała z nami na sali przy wieczornym posiłku. Pewnie dlatego, że zaprzyjaźnił się - pewno niesłusznie - po wojnie z R...m - nie odpowiedział mi na list, chociaż też przed wojną  podobne jak należy oceniał mnie.

7/. Pierwszy mój aplikant łódzki K...l, obecny prokurator, major wojskowy, urzędujący na kolei. Przyjął mnie wybitnie życzliwie i po przyjacielsku, gdy odwiedziłem go w moich tarapatach. Opowiedział mi, że również ma zatargi z Z...m - na tle przypisania do adwokatury ma wszelki wypadek. Obiecał udzielić mi pomocy, liczyłem na nią i wówczas nie zamierzałem opuścić łodzi i rujnować się do dna materialnie. Jednak - widocznie namówiony, znów zastraszony - i on zrezygnował i piłatowo umył ręce.

8/. Adwokat Aspis P...i , nawet komunista. przed wojną też znał mnie "dobrze". Gdy zwróciłem się do niego przy pomocy pułkownika Logi S...o, ówczesnego  I-go sekretarza W.K.P.P.R. w Łodzi, pomógł trochę formalnie, chociaż obiecywał przez telefon wiele. Wreszcie i on zastraszony przez powojenny faszyzm, chociaż komunista, zląkł się różnych pleców: nawet odmówił widzenia się ze mną. Proszę ich wszystkich powstydzić ode mnie - i podziękować za moje przedwojenne wyczyny dla nich.

    Na tych przykładach zakończę tą niezbyt "etyczną litanię", chociaż brak mi jeszcze wielu dawnych przyjaźniących się ze mną "izraelitów", obecnych senatorów sui generis, Łódzkich  senatorów, rdzennych "polaków" w litanii nie umieszczam. Jako kanalia - nawet z wyglądu i kryminalnych spraw, które im wytaczają. Większość na szczęście - nie wpada, chociaż powinni.

    W 1945 r. przyjechał z Częstochowy do mnie przedwojenny mój klient, zamożny włąściciel nieruchomości /nazwiskiem Kaliski/, gdzieś cudem ocalały. telefonował, że ma prywatną sprawę, że mu jednak ktoś w mieście zdążył wyjaśnić, że jestem już do niczego itp.., więc zastanowi się. Miał mnie odwiedzić, widocznie mu nie dali. Opajęczyli jak wielu innych ludzi dobrodusznych szeptanymi niedomówieniami. Jak zamierzali opajęczyć do dna i mnie samego.  - To też tylko łódzki fragment.

    W nowoczesnym sądownictwie Łodzi zaistniał po wojnie młody przybysz. Zaistniał on i w moich sprawach - ale dwulicowo. Zostawił mi w tym przedmiocie - po drodze swych czynności - aż dwa poważne dowody rzeczowe, jako - przepraszam - małointeligentny i słaby prawnik, skoro te dowody zostawił. Słaby prawnik widocznie i dlatego, ze prawo studiował bez etyki. Większość to czyniła i przed wojną i w wielu zawodach. Dlatego też za czasów sanacji i wyłącznie prawdziwi inteligenci posiadali etykę.. Posiadali ją również robotnicy, mało stykający się poza swą pracą z tzw. inteligencją, oraz chłopi z dalekich wsi, mało rozumiejący zepsucie miast. - Młodzieniec powyższy zdradził mnie haniebnie i brzydko. Zdekonspirował go poważny partyzant leśny i sekretarz ówczesny /1947r./ W.K.P.P.R. w Łodzi pułk. Loga S...i., do którego sztabu wcisnął się ten młodzian, jako prawnik.

Łódzka Palestra - Prokuratura - Adwokaci - Łódź - Julianów - Powstanie - 1949 - cz.5

 

    Pamięta pani i Olesia K. , który wyrósł ponad Jurka R./jako jego prototyp/ do ławy uniwersyteckiej. Ten znów doprowadził swego ojca, naszego świetlanego mecenasa Piotra K. , do samobójstwa na schyłku jego lat. Przecie ten Oleś na seansach rozwydrzonej międzynarodowej finansjery łódzkiej występował zarobkowo – publicznie. Niemiaszki oszczędzali wyjazdów do Berlina i Paryża. Inni znów przywozili stamtąd Olesiowi – wzory.

    Podobno obu – po wykorzystaniu, jako donosicieli – zakatrupiło Gestapo poza gettem w Warszawie. I słusznie.

    Proszę Koleżanki, nasz wspólny /Pani kolega, mój ekskolega/ sławny Oleś R. , obecnie B., - jest tamtych kwiatuszków tylko rodzajowym odchyleniem. Jest 0n – bezwzględnie typem kryminalnym, po prawniczemu maskujący się, salonowy tulipan, jeżeli chodzi o przyrównanie do kwiatów. Nie wiem czy na pani – jego pajęcze ofiary. Mógłbym wyliczyć z 10, a było ich u tego łódzkiego Landru więcej. Były podobno i takie, które jemu płaciły: K. i jej „Grand Hotel”. A kto zmarnował żonę prokuratora „X”. W mojej obecności w 1939 roku prokurator S. telefonował do prokuratora apelacyjnego w Warszawie, aby zabrał z powrotem – „X” do Łodzi, gdyż dzieją się gorszące fakty „towarzyskie” i kryminalne w urzędowaniu – z powodu niejakiego adwokata R. który opętał i swego kolegę i jego żonę, o którego to adwokata inne walory zapytywał wówczas S. mnie, jako przyjaciela, poinformowanego w adwokackim pogłowiu Łodzi. A kto wykończył tę młodą żonę swego kolegi, może i lekkomyślną niewiastę, w Warszawie podczas okupacji – gdy mąż jej siedział w oflagu. A na moje pytanie w 1945 roku oświadczył tenże R., że „X” zerwał z żoną po wojnie, gdyż puściła się z Niemcami. Może i puściła się – ale kto ją do tego doprowadził? A kto zmarnował stryjeczną siostrę mego przedwojennego aplikanta Tadeusza M., Panią „Y”, którą Pani w 1945 widywała w Grand Hotelu w towarzystwie tegoż R. i moim, której przed 12-15 laty Oleś obiecywał małżeństwo. Rozwiodła się dla niego – a po wojnie, będąc zmarnowana przezeń do reszty, w 1947 roku została uratowana przez swego brata, który zabrał ją do Buenos-Aires, a „kochany Olek” mógł najchętniej do uzyskania wiz, jako zaistniały po wojnie w Łodzi – pod nazwą „szarej jej eminencji”. Wstydzilibyście się czegoś podobnego: koleżanki i koledzy. Czy tak jeszcze jesteście przerażeni wojną?. Jeżeli Pani nie zna tej historii z piękną panią „Y” – proszę rozmówić się chociażby przez telefon z siostrą zamordowanej w getcie warszawskim mego Tadzia M. i przyjaciółkę mojej zamordowanej w getcie łódzkim sekretarki  Majorkiewiczówny – Inki Miller / ul. Żeromskiego 77 m.14./ Mógłbym wiele podobnych historyjek o „pięknym Olku” / troglodycie moralnym/ opowiedzieć – ale po co!

     Wystarczy jeżeli chodzi o mnie – treść akt N.I ds. ……/46 prokuratury w Łodzi i 38 stronicowy mój pozew, z listą świadków na razie 70 osób z różnych zawodów, „klas”, „sfer”. Przecie tenże Olek sprawy moje zainicjował, ten przyjaciel przedwojenny i powojenny z Grand Hotelu, co Pani sama w 1945 r. zaobserwowała.

     Pozew rzeczony znajduje się obecnie w Sądzie Grodzkim w Łodzi od końca listopada 1948 r.  Do tego czasu – od 4.10 do 18.11.1948 r. – znajdował się jako N.C…../48 w Sądzie Okręgowym w Łodzi. Listem prywatnym  wiceprezes Świderski /został mi uczciwie wiernym/ - pouczył mnie o mankamentach pozwu, przecie już wiele przepisów zapomniałem. A następnie zwrócił mi ten pozew /o cofnięcie darowizny z art. 366 K.Z./ drogą urzędową. I natychmiast uzupełniwszy i poprawiwszy przesłałem do Sądu Grodzkiego w Łodzi. Prezes Świderski również jest na liście świadków. Nawet wolę, aby w początkowym stadium proces ten był prowadzony w Sądzie Grodzkim: publiczne badanie świadków. Jeżeli pozwany prok. K. nie przyzna, jako strona, jego zasadniczej treści, względnie nie zgodzi się na wspólnym ze mną podaniu, pozew zawiesić. Wszystkie odnośne warunki posiada u siebie D, , Jeżeli K. zechce – może nawet upoważnić D., aby został jego pełnomocnikiem w tej cywilnej sprawie, chociaż Zygmuś w ostatnim liście nadmienił mi, iż on spraw cywilnych nie prowadzi.

    Pani Halino, zwracam się do Pani, jako do tej, którą przed wojną uważałem z wybitna etyczną w naszym zawodzie. Ponieważ jest Pani może aż zanadto subtelną – a więc lękliwą – radzę przed udzieleniem mi odpowiedzi odmownej / bardzo byłoby mi ciężko moralnie/ dobrać do pomocy którąś z koleżanek / tylko koleżanek/ bardziej bojowych i mnie przychylnych, może jedna znajdzie się jeszcze, aby nie Marysia L. , która zdradziła mnie z tymże R. w 1947r.. Bardzo mnie to bolało i proszę jej to wyraźnie powiedzieć, ja nic nie ukrywam: moje karty są czyste. Następnie proszę przeczytać pozew w Sądzie Grodzkim – załączam pełnomocnictwo. Załączam również pełnomocnictwo do czytania akt I Ds…./46. Prokuratury Sądu Okr. w Łodzi. Ewentualnie proszę zabrać odpis pozwu od Zygmusia D. i w tym przedmiocie załączam pełnomocnictwo. Osobiście posiadam w domu jeszcze tylko jeden odpis i nie chciałbym wyzbyć się go, gdyż postanowiłem wkrótce odbić ze 100 egzemplarzy na powielaczu, aby rozesłać do odpowiednich osób i instytucji. Poza tym jeden odpis od 3 miesięcy znajduje się w Nadzorze Prokuratorskim Ministerstwa Sprawiedliwości. Gdy Pani załączy oficjalnie pełnomocnictwo do pozwu w Sądzie Grodzkim i zacznie koło niego trochę „chodzić” – odnoszę wrażenie iż czynności te zdopingują „bandę”, aby załatwić moje sprawy i zawieszenie tegoż pozwu na warunkach, posiadanych przez D.. Również chciałbym, aby Pani zgodziła się – jako moja pełnomocniczka – zaopiekować się większym kompleksem majątkowych spraw rodziny Jarocińskich, zamieszkujących od dawna w Paryżu, których jestem generalnym pełnomocnikiem i w sprawie których – jeden z nowoczesnych adwokatów łódzkich z Małopolski wiózł dla mnie pilny list z Paryża do Łodzi samolotem aż 4 miesiące. Następnie list ten, ma się rozumieć otwarty, nadesłał mi pocztą na Julianów – i uśmiał się w telefon, gdy zapytywałem o przyczynę tak późnego doręczenia listu – już po depeszy i innym liście Jarocińskich. Nawet nie dostał dyscyplinarki. Troche to wstyd dla powojennej nowoczesnej adwokatury. Nazwisko rzeczonego adwokata znajduje się w aktach tejże sprawy I DS..../46. A jednak Jarocińscy ci posiadają poważne obiekty /Moniuszki 6, 3/4 Placu Hallera, duże mury fabryczne w Łodzi i wielką uchowaną nieruchomość w Warszawie/. Jarocińscy ci, jak może Pani wiadomo, również należą do rodzin znanych w Łodzi i w Warszawie. Stara Jarosińska z domu Goldfeder, syn zaś jej literat francuski /George Waldemar/ i francuski obywatel.

                                                  .........................................................


Łódzka Palestra - Prokuratura - Adwokaci - Łódź - Julianów - Powstanie - 1948 - cz.4

 

             We wrześniu ubiegłego roku w trzech częściach zamieściłem na moim blogu skargi łódzkiego prawnika pisane w pierwszych latach po zakończeniu działań wojennych 2 W.Ś. Był znaną osobistością w Łodzi. Pracował jako radca prawny Giełdy, Zgromadzenia Kupców m.Łodzi, dwu największych francuskich firm /"Union Textile" i "Czenstochowienna"  / i innych. Był adwokatem. Do 1940 roku mieszkał wraz z małżonką w willi na Radogoszczu, ul. Przyrodnicza 21. Po wybuchu wojny został eksmitowany przez Niemców do Piotrkowa. Po wyzwoleniu przeniósł się z małżonką do Bogatyni. Prawie 100 stron maszynopisu poświęcił na skargi składane do łódzkich sądów. Oskarżał wiele osób o rabunek jego willi, mebli i innych rzeczy, działki w Łagiewnikach. Pokazuje realia łódzkiej palestry, skorumpowanej układami koleżeńskimi i politycznymi. Czy wszystko było prawdą co opisuje w swoich skargach, trudno powiedzieć. Zamieszczam te listy bez podawania nazwisk.  Oryginalna pisownia.                    


                                                                                                   Bogatynia, dn.... stycznia 1949


                                       Szanowna Pani Koleżanko!

 

    Naród, każdy Naród, szczególnie ludzkość śródlądowej Polski, składa się – moim zdaniem – z trzech zasadniczych elementów: podstawa, rdzeń, autochtoni /to raz/; od wieków wasymilowani pograniczni sąsiedzi i inni /to dwa/; wreszcie dopiero asymilujący się sąsiedzi i inni /to trzy/.

    Tak i w wojsku: kadra/starzy żołnierze/, roczniacy/ też już nie uznają cywilów/ i wreszcie nowozaciężni – rekruci.

    Dawna Polska zawierała plemiona lechickie /autochtoni/. Drugie: Rosjanie, Litwini, Tatarzy, Ukraińcy, Czesi, Węgrzy, Niemcy i inni dosyć licznie wasymilowani wiekami. Wreszcie ciż sami – dopiero asymilujący się.

    Specyficzną część ludności Polski – od dosyć wczesnego formowania się jej państwowości i społeczności stanowili w Polsce – Izraelici, których całe masy pięknie w polskość wasymilowały się, wpływając bezsprzecznie dodatnio, moim zdaniem, na zeuropeizowanie, począwszy od czasów zamierzchłej Hiszpanii, umiędzynarodowienie naszej kultury. Wielu z nich nie asymilowało się do ostatniej wojny, tworząc własne getta, stanowiąc po wszystkich miastach Polski – odrębne: mniejsze lub większe masy. Podobne getta tworzyli i tworzą w dalszym ciągu po miastach i osiedlach obu Ameryk: Polacy, Włosi, Chińczycy, Japończycy, ciż Żydzi i inni. Nie będę natomiast wymieniał, nawet przykładowo, nazwisk tych znanych w Polsce rodzin izraelskich – wasymilowanych, które przyczyniły się mocno do podniesienia w Polsce dobrobytu, cywilizacji i rozwoju naszej kultury, o tym traktuję dzieła specjalne. Wreszcie wszystkie tego rodzaju historie zapewne zna Pani – bardziej ode mnie, jako pochodząca z jednej z tych dodatnich rodzin.

    Wszystko to działo się do ostatniej wojny, w której mentalność całego świata, Europy, Polski, - przeorał kryminalnie pomiot Antychrysta i „Alrauny” niezbadany dotąd „Hitler”. Przeorał tak dokładnie, iż przeciętny, szary myśliciel, a nawet większy naukowiec jeszcze nie może zorientować się w aspektach tej nowej ludzkiej gleby, która, po wyuzdanym unawożeniu krematoryjnym, wyłania się z głębin ludzkości. Muszą upłynąć dłuższe lata, musi wywietrzeć czad ze łbów oszalałych w Polsce i u innych ludów, skazanych przez tegoż Antychrysta – Hitlera, na zupełną eksterminację. Ocaleni muszą wyzbyć się strachu przed nagłą, storturowaną w męczarniach cielesnych – głodowych – i moralnych, śmiercią: własną, własnych najnieletniejszych dzieci, własnych – całych rodzin. Dopiero przyszłe pokolenia wykażą – czy zginęli lepsi, czy zginęli gorsi; czy pozostali lepsi – czy też przeważają wybitne kanalii. Na razie można tylko suponować względnie indywidualizować – przeważnie subiektywnie.

    Jeżeli chodzi o mój osobisty pogląd, który najbardziej wylęgł się na mojej znów skórze własnej – co stwierdzam, to uważam, iż Polska po tej wojnie została mocno skanalizowana – w sensie, iż zaistniało w niej masę wszelakiego rodzaju kanalii; we wszystkich trzech elementach, stanowiących jej ludność i we wszystkich jej zawodach i pozawodach. Zdaniem moim  zaistniał w Polsce specyficzny troglodytyzm wtórny – jak powrotny tyfus i powtórny analfabetyzm. Niczym innym nie umiałbym sobie wyjaśnić poważniej /bez przeklinania, czy też śmiechu idioty/, nie umiałbym zrozumieć tego wszystkiego, co dzieje się ze mną permanentnie od chwili ucieczki Niemców z Piotrkowa Tryb., gdzie przebyłem z żoną wojnę. Wiem, że dzieje się ze mną jakaś makabra; może w czymś wobec kogoś / lepszych elementów / rzeczywiście zawiniłem, więc sprawiedliwy los mnie karze. Ale bezwinna żona moja dlatego znosi katusze moralne i materialne, mając lat 58 wieku i będąc tą żoną skazanego – jak  będąc tą żoną skazanego – jak – wyżej – na okrutne męki 63 letniego starca, - gdyż tylko w ten sposób można określić to ,co ze mną powojenni ludzie wyczyniają. I to wyczynia nie byle kto: najserdeczniejsi przyjaciele, zdawałoby się wykształceni prawnicy, - w pojedynkę oraz zbiorowo, nawet zespołowo w zawodowych i urzędowych organizacjach. Znaczy wszystkie te odnośne komórki składają się z tychże samych zaczadziałych wojną – jaskiniowców.

    Stworzyli dzikie sprawy, opajęczyli, omotali niezrozumiałymi normalnie sytuacjami, zlikwidowali materialnie, wyzuli z dobrobytu, zdrowia. Wykonali wszystko, abym oszalał umysłowo. Uratowało mnie od podobnego kresu wyłącznie to, że właśnie jedynie umysł mocny pozostał mi, zahartowane w zmaganiach życiowych – wojną i po wojnie /łącznie 10 lat/ - silne nerwy i mocniejsze od tamtych szubrawców – morale /przepraszam, gdyż może rzeczywiście nie zdają sobie oni sprawy z tego, co czynią/. Uratowałem się może od głodowej śmierci i w ogóle materialnej ruiny – ucieczką z waszego alraunicznego miasta – aż tu na daleki chociaż dziki Zachód, gdyż przeważnie zabużański i volksdeutszerski.

     Dopiero uspokoiłem się i powiązawszy retrospektywne zaistniałe fakty wykoncypowałem pozew cywilny na razie  przeciw jednemu z tych serdecznych przyjaciół na stanowisku. Pozew ten mocno musiał „bandę” uderzyć, skoro otumaniony przez nią, mój dawny też serdeczny przyjaciel, Zygmunt D. ,  aż cały tydzień musiał zastanawiać się, aby, po przeczytaniu właśnie pozwu, jako podstawy, i zbieżnych skarg karnych, dopiero mi serdecznie /tak jakby dopiero wczoraj – znaczy przez zaczadzeniem – ze mną w tejże normalnej przyjaźni i normalnych warunkach rozstał się/ odpisać, że całą karno-kryminalną stronę moich spraw poprowadzi – właśnie jako mój dawny i bez zmian przyjaciel. Całe szczęście, że Zygmuś jest płocczaninem, więc przypuszczam zawodu mi nie zrobi. Przy tym, iż zrozumiał on nie tylko głową, lecz i sercem to wszystko, co działo się ze mną w Łodzi i trwa w odmiennych warunkach aż tutaj – jako jedna zbrodnicza całość.

    Widocznie uciekając z łodzi, nie zdążono unicestwić w zakamarkach nie licznie uratowanych naszych rzeczy do cna tamtejszej pajęczyny, w której znów przyjechały ze mną aż tutaj młode zarażone alraunicznie pajączki.

    Odnoszę wrażenie, iż pani coś nie coś wie o moim „nieszczęściu”, chociaż na ogół zaistniało ono, wzrastało i nabrzmiało – systemem szeptanym. A więc tzw. Sanacyjni chrześcijanie/kadra/ szeptała w „kółeczkach”, że O. zwariował i pewno dlatego stał się dla inteligencji łódzkiej / volksdeutszów, kollaboracionistów i sanatorów-faszystów/ niebezpiecznym komunistą. Drudzy przyjaciele, właśnie wasymilowani izraelici, ci, których w wielkim narażaniem się broniłem w pojedynkę i zbiorowo w ciągu 20 lat – puścili szept między „nowych” prawników łódzkich i między sfery socjalistyczno -rządzące, - że O. to niebezpieczny antysemita, widocznie hitleryzm podczas wojny zaćmił mu umysł.  I dla jednych i dla drugich najwygodniej było połączyć się w jednolita organizację – „bandę”, aby stworzyć dwa tomy sprawy I Ds. …….. I żadna siła ludzka nie wyjaśniła by tych problemów /sanacyjno – adwokacko – profesorskich/. Gdybym w zdenerwowaniu pękł, na co najbardziej liczono, - lub coś podobnego. Kres. Również żaden prawnik obcy nie mógł by mi zainicjować pozwu cywilnego, tego rodzaju, który wniosłem i który dopiero będzie mógł – jeżeli Pani i D. pomożecie mi – zbudować odwetowy proces karny – w stosunku do senatorów: adwokatów, profesorów i innych.

    Pamięta Pani przecie Łódź przedwojenną. Pamięta Pani Irenę B. – R. , swoją koleżankę i moją dobra znajomą. Może pani słyszała o jej synie /miałby już ze 26 lat/. Był to typek specyficznie łódzko – alrauniczny: wyhodowany na trybadyzmie, na wszelakiej rozpuście własnej matki i jej otoczenia. Przecie on do lat 15 przebiegł przeszło 10 średnich zakładów szkolnych: otwartych, prywatnych, klasztornych, koedukacyjnych. To był prawdziwie i w rzeczywistości – czarny storczyk, wyhodowany i kwitnący na pożywkach bagna łódzkiego.

wtorek, 15 listopada 2022

Zofia Russ Reingold - Wspomnienie - 1941-2022

 

Z wielkim smutkiem rodzina Reingold ogłasza przejście Zofii córki piotrkowskiej urodzonej Miriam Russ.
Jej urok, mądrość i oddanie społeczności piotrkowców w Izraelu nigdy nie zapomnimy.
Pogrzeb odbędzie się jutro o 13:00 w bramie Hessed na cmentarzu Yarkon.
Rodzina zasiądzie Shivaa w jej domu w Givatayim

Wspomnienie.

Bełchatów - Muzeum - 26 maja 2017 

Byliśmy zaproszeni przez Ewę. Wspólnie z moją żoną poznaliśmy wspaniałą grupę gości z Izraela. Już na samym początku, w sali Muzeum Regionalnego w Bełchatowie, doszła do nas jedna pani i przedstawiła się wspaniałą polszczyzną:

- Jestem Zosia ! - po prostu Zosia!
Byliśmy mile zaskoczeni, nie chcieliśmy blokować pierwszych rzędów, więc usiedliśmy na samym końcu. Po chwili Zosia podeszła do nas, wzięła moją żonę za rękę i powiedziała:
- Ela, chodźcie ze mną, chcę z wami siedzieć w pierwszym rzędzie!
Nie mogliśmy odmówić, w tym momencie byliśmy mentalnie Żydami! Wspaniałe uczucie!
W krótkiej rozmowie, dowiedziałem się, że dziadkowie Zosi mieszkali w Piotrkowie, do Polski przyjechała z synem i wnuczką. Obiecała mi, że opowie o historii swojej rodziny, prześle na mój adres skany zdjęć swoich przodków. Czekam z niecierpliwością na ten materiał!
To było pierwsze z serdecznych spotkań tego dnia.

Zosia Russ Reingold, urodzona w październiku 1941 roku na dalekim Uralu - Syberii. 

O sobie, swoich najbliższych tak do mnie napisała:

..."Po wielkich bombardowaniach dwie sieroty po ochronce (Piotrków) przed "koncemSwiata" szukaly drogi ucieczki,,wschod wydawal im sie najlepszym ..może odnajda rodzine Majera"......

.......nie bylo gdzie sie skryc...matka miala 20 lat,braciszek mlodszy i nie puscila reki jego az do konca woiny i deportacji" ....

..." pociag jechal miesiacami...

... "Legnica to nasza Stajka Wysiadajka...

Mamusia Malkale, brat - wojek Abram, dwoje dzieci bez ojca....

ZYCIE ZACZYNA SIE ... ODSZUKIWANIA...ROK 1945/46.

1957 - Z LEGNICY DO IZRAEL...

Tak pisała do mnie Zosia, proszę zwrócić uwagę, że mieszkała w Izraelu od 1957 roku, nie zapomniała języka polskiego!

Niestety, już nigdy więcej Zosia nie napisze do mnie... Zosiu, będziemy mieli Ciebie do końca naszych dni w pamięci! Spoczywaj w pokoju!



Otwórz
Zofia


 


                                             Zosia z Rodziną na cmentarzy żydowskim w Bełchatowie - 26.05.2017.