W Der Heimatbote znalazłem dużo materiałów w formie wspomnień dotyczących ucieczki niemieckich osadników przed armią sowiecką. Niekiedy, także niewinni ludzie płacili płacili srogi rachunek za zbrodnie swoich pobratymców.....
Niezapomniane dni
Minęła już druga dekada od strasznej ucieczki Niemców z z Kraju Warty (Warthegau) przed nacierającą Armią Czerwoną.
Ten okres złagodził wiele cierpień i smutków nas, uchodźców. Być może wiele grobów Niemców, którzy zginęli wówczas na poboczach dróg, w rowach i lasach, już dawno zostało zniszczonych lub zapomnianych, a miejsce ich pochówku nie jest już znane. Jednak dla tych, którzy przeżyli tę straszną ucieczkę, dziesiątki lat nie są w stanie wymazać tego wydarzenia z pamięci.
Było to 16 stycznia 1945 roku, mroźnego dnia, kiedy my, kobiety z Kutna (Warthegau) i okolic, zebrałyśmy się na naradzie w siedzibie władz okręgowych. Wtedy nie zdawałyśmy sobie sprawy z niebezpiecznej sytuacji, w której się znalazłyśmy. Dopiero gdy zauważyłyśmy, że kobiety mieszkające poza miastem były ciągle wzywane do telefonu, a wśród kobiet pełniących funkcje kierownicze dało się zauważyć niepokój. Pojawił się również kierownik okręgu, aby jak zwykle skierował do nas kilka słów. Na koniec wspomniał, że nasza sytuacja jest poważna, ale nie ma mowy o ucieczce. On sam nie wierzył, że do tego dojdzie. Zostaliśmy jednak przedwcześnie zwolnieni.
Następnej nocy – 17 stycznia – obudziło nas głośne pukanie do ściany (elektryczny dzwonek nie działał). Przyszła wiadomość: wszyscy starzy, chorzy oraz matki z dziećmi mają się przygotować do ucieczki! Dla tych osób przygotowano pociągi. W ten sposób ja również, zgodnie z poleceniem kierownictwa okręgu, zawiozłam mojego 87-letniego ojca na dworzec. W przepełnionym przedziale szczęśliwie go umieściłam, powierzyłam opiece i łasce Wszechmogącego i oderwałam się od niego, aby nigdy więcej go nie zobaczyć. Nam, zdrowym ludziom, już wcześniej wielokrotnie powtarzano, że w przypadku ucieczki nie wolno nam korzystać z pociągu. Musieliśmy wyruszyć w drogę z karawaną. I jeszcze jedno: kto ucieknie przedwcześnie, jest tchórzem i podlega karze...
17 stycznia spakowałam nasze rzeczy i czekałam na wiadomość od szwagra, który w międzyczasie starał się o wóz. Mój mąż, który należał do Volkssturmu, od miesięcy pracował przy budowie umocnień. Miałam nadzieję, że przyjedzie, ale niestety na próżno. Dopiero 18 stycznia wczesnym rankiem trzy rodziny otrzymały dwa wozy od zakładu utylizacji bydła. Natychmiast wyruszyliśmy z Kutna. Było to naprawdę najwyższy czas, ponieważ z wszystkich stron przybywali już uchodźcy. Mimo to wszyscy dobrze posuwaliśmy się naprzód. Nocowaliśmy w Moosburgu/Przedeczu. Następnego dnia, 19 stycznia, ucieczka postępowała powoli z powodu coraz większego natężenia ruchu. Nad nami krążyły samoloty wroga, zrzucając pojedyncze bomby. Za każdym razem musieliśmy na polecenie kierownictwa treku wysiadać z wozów i brodzić w śniegu z dala od drogi. Wiele pięknych gospodarstw stało w płomieniach. Na drogach pędzono wiele bydła i wszyscy pchali się do przodu.
Ogarnął nas wielki strach, ponieważ sytuacja z każdą godziną stawała się coraz gorsza. Nasze wozy jechały tak blisko siebie i obok siebie, że mogliśmy poruszać się tylko z trudem. Było tu wiele kłótni, a czasem także niesprawiedliwości. Ludzie kłócili się, a nawet chcieli strzelać. Silniejsi zazwyczaj przepychali się do przodu, a słabsi lądowali w rowie. W rezultacie często łamały się dyszle i koła, a wozy się przewracały. W ten sposób zginęła jedna dziewczyna. Wokół nas było wiele płaczu i lamentów. Przez mroźne powietrze przebijały się rozdzierające serce wołania o pomoc samotnych kobiet z dziećmi. Pomagano, jak tylko było to możliwe, ale niestety to nie wystarczało. W obliczu tej beznadziejnej sytuacji wielu uległo pokusie, by zająć się sobą. W tym chaosie straciliśmy nasz drugi wóz, którym kierowali mój szwagier i bratanek. W nocy 20 stycznia nasz pojazd nie mógł się ruszyć z miejsca. Wtedy wyraźnie zauważyliśmy, że nasz polski woźnica nie był w ogóle zainteresowany dalszą podróżą. O świcie strumień uchodźców nieco się zmniejszył i dotarliśmy do małego miasteczka. Jeśli się nie mylę, nazywało się Liebenstein.
Nagle usłyszeliśmy okrzyki radości wielu mężczyzn, zagłuszane przez ryk karabinów maszynowych. W strachu schowaliśmy się pod bagażami w wozie. Jednak na polecenie naszego przewodnika wszyscy wyskoczyliśmy z pojazdów i schroniliśmy się przed świstającymi kulami w domach. Kiedy strzelanina ucichła, wezwano nas, abyśmy jak najszybciej opuścili miasto. W międzyczasie jednak wśród przestraszonych koni zapanowało straszne zamieszanie. Niektóre leżały na ziemi, trafione kilkoma kulami. Brakowało wielu wozów, które już zdążyły uciec. Nasze konie stroszyły się ze strachu i nie dało się ich ruszyć z miejsca. Popychano nas do przodu, tak że w końcu musiałyśmy opuścić wóz i uciekać pieszo. Byłyśmy teraz w trzy kobiety. Czwarta, młoda panna z Kutna, opuściła nas już dzień wcześniej, aby szybciej iść pieszo. Z torbami w rękach biegłyśmy przez pola. W jednej z wiosek ku naszemu największemu przerażeniu spotkałyśmy rosyjskich żołnierzy. Jednocześnie zobaczyłyśmy rosyjskie czołgi wyjeżdżające z miasta, które ustawiły się na skraju lasu. Inne czołgi przejeżdżały po wozach uchodźców. Ci, którym udało się uciec, zostali ocaleni. Było tu wielu zabitych z naszej grupy.
Kiedy zobaczyliśmy, że zostaliśmy zaskoczeni przez Rosjan, wróciliśmy do miasta, aby odszukać nasz wóz. Znaleźliśmy go; splądrowany i bez koni, na małej bocznej uliczce. Obok, przy jednym z domów, dostrzegliśmy naszą torbę z zakupami, którą natychmiast zabraliśmy. Z domu dochodziły nas głośne krzyki. Aby dowiedzieć się więcej, zapukaliśmy do drzwi, po czym pojawiła się Polka i próbowała nas przepędzić. Nie daliśmy się jednak tak łatwo odprawić i zażądaliśmy rozmowy z naszym woźnicą. Wyszedł, ale był już mocno pijany. Poprosiliśmy go, aby zwrócił nam część naszych rzeczy i żywności. Dał nam łaskawie kawałek naszego chleba. Długo błąkaliśmy się, szukając naszych bliskich. Niestety, nie znaleźliśmy po nich żadnego śladu.
W międzyczasie na ulicach miasteczka panowała gorączkowa atmosfera. Wykorzystując sprzyjającą okazję, polski tłum zajmował się grabieżami, mordami i podpaleniami. Jak rozszalała horda, ludzie rzucili się na niemieckie mieszkania i sklepy. Wybijając drzwi i okna, wtargnęli do wnętrz domów i zgarniali łupy. Nikt im w tym nie przeszkadzał. Był to straszny widok, wiele sklepów płonęło, a wszędzie leżały zwłoki. Z drugiej strony mogliśmy również obserwować, jak Polacy podnosili rannych Niemców i zabierali ich do domów. Opuściliśmy miasto, aby znaleźć tymczasowe schronienie w wiosce i ugasić nasze wielkie pragnienie. W kilku domach odmówiono nam schronienia. Dopiero w czwartym domu przyjęto nas. Mieszkańcy byli Polakami i ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu dali nam nawet coś do jedzenia. Sąsiadka przyniosła nam również kawałek mięsa i zaproponowała nocleg w oddalonej, opuszczonej przez Niemców chatce. Następnego dnia, 21 stycznia, nie mogliśmy wyjść z chatki, ponieważ natychmiast zaczęto do nas strzelać. Teraz mieliśmy czas, aby pomyśleć o naszej dalszej przyszłości. Do nas uciekła jeszcze kobieta z małą dziewczynką. Obie zostały po prostu zepchnięte z wagonu. Nie miały żadnego bagażu, tylko kawałek chleba w ręku, który wyżebrały we wsi. Dla nas wszystkich było jasne, że nie możemy tu długo pozostać. Doradzaliśmy się nawzajem i nie mogliśmy dojść do porozumienia, czy powinniśmy iść dalej do Poznania, czy wrócić do Kutna. Postanowiliśmy rozstrzygnąć to losowo i poprosiliśmy Pana Boga, aby wskazał nam właściwą drogę. Los padł na „powrót do Kutna”.
(ciąg dalszy nastąpi)
Unvergessene Tage
Wir stehen nun schon im zweiten Jahrzehnt seit der schrecklichen Flucht der Deutschen aus dem Warthegau var der anrückenden Roten Armee.
Diese Zeitspanne hat unter, uns Flüchtlingen sehen viel Not und Herzeleid gelindert. Es mögen wahl auch viele Gräber der damals zum Opfer gefallenen Deutschen am Wegesrande, in Gräben und Wäldern, schon längst verwischt oder vergessen warden sein und der Ort kennet sie nimmermehr. Aber denen, die diese fürchterliche Flucht mit- und überlebt haben, vermögen dieses Geschehen keine Jahrzehnte aus dem Gedächtnis verwischen.
Es war am 16. Januar 1945, einem frastigen Tage, als wir Frauen aus Kutno (Warthegau) und Umgebung uns zu einer Besprechung in der Kreisleitung versammelt hatten. Damals waren wir uns der gefährlichen Lage, in der wir uns befanden, nach gar nicht bewußt. Dach merkten wir, daß die auswärts wohnenden. Frauen immer wieder zum Telefon gerufen wurden und sich unter den leitenden Frauen eine Unruhe bemerkbar machte, Es erschien auch der Kreisleiter, um wie üblich, einige Worte an uns zu richten. Zum Schluß erwähnte er, unsere Lage sei ernst, aber an eine Flucht sei nach nicht zu denken. Er selber glaube nicht daran, daß es dazu kommen könnte. Doch wurden wir vorzeitig entlassen.,
In der darauffolgenden Nacht - zum 17. Januar - wurden wir durch lautes Klopfen an der Wand (die elektrische Klingel ging nicht mehr) aus dem Schlafe geweckt. Es kam der Bescheid: Alle Alten, Kranken, sowie Mütter mit Kindern zur Flucht vorbereiten! Es wurden für diese Personen Eisenbahnzüge zur Verfügung gestellt. So brachte auch ich, meinen 87-jährigen, alten Vater auf Anordnung der Kreisleitung zur Bahn. In einem überfüllten Abteil brachte ich ihn glücklich unter, übergab ihn dem Schutze und der Gnade des Allmächtigen und riß mich von ihm los, um ihn nie wieder zu sehen, Uns gesunden Leuten war vorher schon des öfteren gesagt worden, daß wir im Falle einer Flucht keinen Zug benutzen dürften. Wir müßten mit einem Treck fortkommen. Und noch eins: Wer vorzeitig die Flucht ergreife, sei feige und er mache sich strafbar...
Am 17. Januar packte auch ich unsere Sachen und wartete auf Bescheid von meinem Schwager, der sich indessen um ein Fuhrwerk bemühte. Mein Mann, der dem Volkssturm angehörte, war seit Monaten bei Schanzarbeiten tätig. Ich hoffte auf sein Kommen, doch leider vergeblich, Erst am 18. Januar, frühmorgens, bekamen wir mit drei Familien zwei Wagen von der Viehverwertung. So fuhren wir dann auch sofort aus Kutno los. Es wurde wirklich die allerhöchste Zeit denn es kamen schon Flüchtlinge aus allen Richtungen gefahren. Trotzdem kamen wir alle gut vorwärts. In Moosburg/Przedecz übernachteten wir. Tags darauf, am 19. Januar, ging die Flucht infolge des immer stärker, gewordenen Verkehrs nur langsam vorwärts. Über uns kreisten feindliche Flugzeuge, die einzelne Bomben abwerfen. Jedesmal mußten wir auf Anordnung der Treckführung vom Wagen absteigen und abseits der Straße im Schnee waten. Viele schöne Gehöfte standen in hellen Flammen. Viel Vieh wurde auf den Straßen getrieben und alles drängte vorwärts.
Uns überkam· große Furcht, denn die Lage wurde von Stunde zu Stunde schlimmer. Unsere Wagen fuhren so dicht auf- und nebeneinander, daß wir uns nur mühselig bewegen konnten. Hier gab es viel Streit und mitunter auch Ungerechtigkeit. Man zankte sich und wollte sogar aft schießen. Der Stärkere drängte sich meistens vor und die Schwächeren landeten im Straßengraben. Dabei brachen meist die Deichsel und Räder und die Wagen schlugen um. Ein Mädchen kam dabei ums Leben. Es war viel Weinen und Klagen um uns. Herzzerreißende Hilferufe der alleinstehenden Frauen mit Kindern durchschnitten die eisige Luft. Es wurde ja auch noch Möglichkeit geholfen, doch leider reichte das längst, längst nicht aus. Und angesichts der trostlosen Lage aller geriet so mancher in Versuchung, sich selbst der Nächste zu sein. In diesem Gewirr verloren wir unseren zweiten Wagen, den mein Schwager und, Neffe führten. In der Nacht zum 20. Januar kam unser Gefährt gar nicht vorwärts. Hier merkten wir auch deutlich, daß unser polnischer Fuhrmann überhaupt kein interesse am Fortkommen hatte. Im Morgengrauen lockerte sich der Flüchtlingsstrom ein wenig und wir kamen in eine kleine Stadt. Wenn ich nicht irre, wurde sie Liebenstein genannt.
Da - ganz plötzlich, hörten wir Hurrarufe aus vielen Männerkehlen, übertönt vom Geknatter der Maschinengewehre. Wir verkrochen uns ängstlich unter unserem Gepäck im Wagen. Auf Kommando unseres Treckführers sprangen wir jedoch alle herunter von den Fahrzeugen und suchten vor den pfeifenden Kugeln Schutz in den Häusern . Als das Geschieße sich legte, wurden wir herausgerufen, um schleunigst die Stadt wieder zu verlassen. Inzwischen war jedoch ein schreckliches Durcheinander unter den scheu gewordenen Pferden entstanden. Einige lagen von einigen Kugeln getroffen am Boden. Viele Fuhrwerke fehlten, sie hatten schon das Weite gesucht. Unsere Pferde bäumten sich verängstigt auf und waren nicht von der Stelle zu bringen. Man drängte uns vorwärts, So daß wir schließlich den Wagen verlassen mußten, um zu Fuß das Weite zu suchen. Wir waren nunmehr drei Frauen zusammen. Die Vierte, ein junges Fräulein der Viehverwertung Kutno, hatte uns schon am Tage vorher verlassen, um zu Fuß schneller vorwärts zu kommen. Mit unseren Taschen in der Land liefen wir feldeinwärts. In einem Dorfe trafen wir zu unserem größten Schrecken russische Soldaten an. Zugleich sahen wir russische Panzerwagen aus der Stadt kommen, die an einem Waldrand Aufstellung nahmen. Andere Panzer rollten weiter über die Flüchtlingswagen hinweg. Wer es noch schaffte, auszuweichen, war gerettet. Hier gab es viele Tote aus unserem Treck.
Als wir nun sahen, daß wir vom Russen überrumpelt werden waren, gingen wir in die Stadt zurück, um unser Fuhrwerk aufzusuchen. Wir fanden auch den Wagen; ausgeplündert und ohne Pferde in einer kleinen Seitenstraße. Nebenan an einem Hause erblickten wir unsere Markttasche, die wir sofort an uns nahmen. Aus dem Hause, drang ein lautes Geschrei an unsere Ohren. Um näheres zu erfahren, klopften wir an, daraufhin erschien eine polnische Frau und versuchte uns zu verscheuchen. Wir ließen uns jedoch nicht so leicht abweisen und verlangten, unseren Fuhrmann zu sprechen. Er kam auch heraus, aber schon im arg angetrunkenen Zustande. Wir baten ihn, er möge uns etwas von unseren Sachen und Lebensmitteln zurückgeben. So gab er uns auch gnädig ein Stück von unserem Brot. Lange herumirrend suchten wir dann unsere Angehörigen. Leider war von ihnen keine Spur zu finden.
Indessen ging es auf den Straßen des Städtchens hoch her. Der polnische Mob, den günstigen Zeitpunkt ausnutzend, befaßte sich mit Plündern, Morden und Brennen. Wie eine entfesselte Horde warf sich das Volk auf die deutschen Wohnungen und Geschäfte. Türen und Fenster einschlagend drangen sie in das Innere der Häuser und hamsterten die Beute ein. Es hinderte sie auch niemand daran. Es war ein furchtbares Bild, viele Geschäfte brannten und überall lagen Tote herum. Andererseits konnten wir auch beobachten, wie deutsche Verwundete von Polen aufgehoben und ins Haus gebracht wurden. Wir gingen aus der Stadt heraus, um in einem Dorfe eine vorläufige Unterkunft zu finden, und um unseren großen Durst zu stillen. In mehreren Häusern wurden wir abgewiesen, Erst im vierten Hause nahm man uns auf. Die Bewohner waren Palen und zu unserer großen Überraschung gab man uns sogar zu essen. Eine Nachbarsfrau brachte uns auch noch ein Stück Fleisch und bat uns ein Nachtlager in einem abseits gelegenen, von Deutschen verlassenen Häuschen an. Am nächsten Tag, dem 21. Januar, durften wir uns aus dem Häuschen nicht herauswagen, es wurde sogleich nach uns geschossen. Jetzt hatten wir Zeit, über unser weiteres Schicksal nachzudenken. Zu uns flüchtete noch eine Frau mit einem kleinen Mädchen. Beide hatte man einfach vom Wagen heruntergestoßen. Sie hatten keinerlei Gepäck, nur ein Stück Brot in der Hand, welches sie sich im Dorfe erbettelt hatten. Es war uns allen ganz klar, daß wir hier nicht lange bleiben könnten. So rieten wir hin und her und waren uns nicht einig, ob wir weiter nach Posen oder zurück nach Kutno gehen sollten. Wir beschlossen, dieses auszulosen und baten den Herrgott, er möge uns den richtigen Weg weisen, Das Los fiel, auf "Zurück nach Kutno".
(Fortsetzung folgt)
ßÄäÖöÜü
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz