piątek, 13 lutego 2026

Niezapomniane dni stycznia 1945 - Ucieczka - Kutno - Chodecz - Der Heimatbote - 3/1956 - cz.2

 

Śnieg i lód pokrywają kraj. Mamy „prawdziwą” zimę, jak na wschodzie. W takiej zimie opuściliśmy wtedy dom i gospodarstwo, pozostawiając wszystko, co było nam drogie. W poniższym raporcie, który rozpoczął się w poprzednim numerze, nasza rodaczka opowiada o swoich doświadczeniach z tamtego okresu. Słyszymy, jak uchodźcy zostają zmieceni przez wojenną burzę i jak podejmują decyzję o powrocie do swojego rodzinnego miasta Kutno. – Choć doświadczenia z tamtych miesięcy były smutne, prosimy również innych rodaków, aby powierzyli papierowi to, czego wtedy doświadczyli i przez co przeszli. Długie wieczory to najlepszy czas!

                                                                                                                           D. Red.

                                                               Na drodze odwrotu

Postanowiłyśmy pozostać w naszym kwaterze tylko jeszcze jedną noc, a następnego dnia wyruszyć do Kutna. O świcie 22 stycznia do domu przyszło dwóch Polaków i nakazało nam opuszczenie domu. Jak już wspomniałam, miałyśmy taki zamiar i byłyśmy już gotowe do podróży. Ufając Wszechmogącemu, odważnie ruszyliśmy w drogę. Napotkałyśmy wielu rosyjskich żołnierzy pieszych i konnych, którzy jednak pozwolili nam przejść. Polacy poruszali się grupami, ciągnąc za sobą wozy i sanie wypełnione walizkami i bagażami. Był to bardzo zimny dzień. Pojedyncze przestraszone kobiety wędrowały nieśmiało, unikając kontaktu. Wozy z trudem posuwały się naprzód, ciągnięte przez zmęczone, kulawe i krwawiące z dużych ran konie. Byli to powracający uchodźcy, skuleni i przygnębieni, siedzący na swoich wozach. Stopniowo droga stawała się coraz bardziej pusta. I wtedy naszym oczom ukazał się straszny widok. Wyraźnie widać było, że czołgi przejechały po gęstym tłumie uchodźców. Wokół leżały rozszarpane ciała koni, połamane części pojazdów, podarte, rozbite i splądrowane walizki i skrzynie. Pomiędzy nimi leżało wiele papierów, zdjęć i strzępów dokumentów. Ofiary leżały częściowo ułożone w stosy. Na podstawie zwłok można było stwierdzić, że popełniono tu liczne okrucieństwa wobec bezbronnych ludzi. Jedną z ofiar był mężczyzna przywiązany do słupa telegraficznego. Jego język był wyrwany i wielokrotnie pocięty. Nigdy nie zapomnę jego pękniętych oczu, wpatrujących się w pustkę. Szczególnie źle potraktowano członków straży granicznej. Leżeli w pewnych odstępach od drogi z podniesionymi rękami, odkrytymi piersiami i zdjętymi butami. Wokół wszystko było sztywne i zamarznięte. Tylko wiatr szeleścił cicho w papierach...

Wokół nie było widać żadnej żywej duszy. Śmierć zebrała bogate żniwo. Szybkim krokiem szliśmy dalej drogą, aby jak najszybciej uciec z tego miejsca grozy. Ten straszny widok odebrał nam wszystkim odwagę. Dzień dobiegał końca i przerażała nas ciemność i długa noc. Nie było widać żadnego domu. Skręciliśmy więc w pole, aby znaleźć gdzieś w wiosce schronienie na noc. Niestety, nikt nie chciał nas przyjąć na noc. Powiedziano nam jednak, że w jednym z domów przy drodze zgromadzili się uchodźcy.

Poszliśmy w wskazanym kierunku i znalazłyśmy ten dom. Wychodząc z ciemności, poczułyśmy światło, ciepło i zapach pieczeni. Wkrótce jednak zorientowałyśmy się, że trafiłyśmy w nieodpowiednie miejsce. Dom był pełen Rosjan i Polaków. Natychmiast zostałyśmy otoczeni i zapytani, skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy. Pokazać dokumenty? Nie mieliśmy ich. Zostałyśmy poddani intensywnej serii pytań. Nasze torby zostały zabrane i przeszukane. Ponieważ mówiłyśmy po polsku i rosyjsku, nie mogli nam nic zrobić. Żołnierze naradzali się między sobą. W końcu łaskawie dali nam ciepłą wodę do picia. Następnie dwóch rosyjskich żołnierzy uzbroiło się i postanowiło znaleźć nam gdzie indziej nocleg. Musieliśmy iść z nimi, bo byliśmy w ich rękach. Na szczęście w międzyczasie pojawił się księżyc i przynajmniej widziałyśmy, dokąd zmierzamy. Szliśmy w milczeniu, a śnieg skrzypiał pod naszymi butami. Droga wydawała nam się nie mieć końca. W końcu jednak zatrzymaliśmy się przy małej, samotnej chatce. Żołnierze obudzili śpiących mieszkańców domu.

Jeden z mężczyzn otworzył drzwi i spojrzał na żołnierzy z niepokojem. Ci jednak wypchnęli przed siebie trzy kobiety, nakazując im udzielić nam noclegu. I dodali: „Spotka was nieszczęście, jeśli coś im się tu stanie!”. Właściciel chętnie się zgodził, ale musiałyśmy pozostać w ciasnej kuchni, ponieważ w salonie leżały jego dwoje chorych dzieci. Oczywiście nie miało dla nas znaczenia, gdzie będziemy nocować. Przyniósł słomę i rozłożył ją na podłodze w przedpokoju. Dopiero wtedy żołnierze nas opuścili. Zrozumiałyśmy, że nie mieli wobec nas złych zamiarów. Byliśmy jednak przede wszystkim wdzięczni Bogu, że po raz kolejny wyprowadził nas z wielkiego niebezpieczeństwa i strachu.

Nie mogliśmy jednak długo zasnąć. Zaryzykowaliśmy zajrzeć do naszych torebek i stwierdziliśmy, że zniknęły nasze zegarki, latarki, pióra wieczne itp. Pieniądze były nadal na miejscu. Byliśmy szczęśliwi, że wyszliśmy z tego cało i dlatego mogliśmy pogodzić się z tą stratą. Nasz gospodarz już dawno zasnął z czystym sumieniem. W końcu my też zasnęliśmy.

Następnego dnia, 23 stycznia, posililiśmy się naszymi zapasami i z wdzięcznością w sercach ruszyliśmy dalej. Tutaj przynajmniej ulice były ożywione, samochody pędziły w tę i z powrotem. Po drodze minęliśmy wiele zrujnowanych gospodarstw. Porzucony pies biegł za nami przez długi czas, aż potrącił go samochód i pozostał na miejscu. Aby trochę odpocząć, weszliśmy do opuszczonego gospodarstwa. Dom był całkowicie splądrowany, nawet okna i drzwi zostały zdemontowane. Na podwórzu węszyła krowa, szukając pożywienia. Panowała niesamowita cisza.

W dalszej drodze zatrzymała nas polska milicja. Po przeszukaniu pozwolono nam iść dalej.

Na następną noc zapukałyśmy do domu młynarza. Starsza niemiecka para zaprosiła nas do środka, byli sami. Ich córka lub synowa uciekła z dziećmi, ale oni woleli zostać. Nie mieli już jednak żadnych praw, ponieważ ich dawny polski parobek przejął cały majątek. Nie był on jednak najgorszy, ponieważ pozwolił nam przenocować. Następnego ranka hojnie podarował nam mleko, którego miał kilka dużych dzbanów. Po drodze dał nam również kawałek chleba, o który go poprosiliśmy. Natomiast starzy ludzie zostali przez niego wyrzuceni z domu. Musieli spakować swoje nieliczne rzeczy, położyli wszystko na ręcznych saniach i ruszyli dalej do innych znajomych.

My również wyruszyliśmy w drogę wczesnym rankiem 24 stycznia. Szliśmy przez Izbica-Kuj. do Chodcza. Przed Chodczem, w lesie, ścigał nas młody Polak. Wielokrotnie zwracał uwagę na dobre buty mojej towarzyszki niedoli, mówiąc, że na pewno nie należą do nas i że musi je mieć. Przyspieszyliśmy kroku, a on podążał za nami równie szybko. Na szczęście natknęliśmy się na rosyjskich żołnierzy i nasz prześladowca zniknął. W obecności Rosjan stracił odwagę i chciwość, więc moja towarzyszka zachowała swoje buty.

                                                                     (ciąg dalszy nastąpi)


Schnee und Eis liegen über dem Land. Wir haben einen "richtigen" Winter wie im Osten. In einem solchen Winter verließen wir damals Haus und Hof, Hab und Gut, ließen, was uns lieb und teuer war, zurück. In dem nachfolgenden Bericht, der in der vorigen Nummer begann, erzählt eine Landsmännin ihre Erlebnisse in jener Zeit. Wir hören wie die Flüchtlinge von der Kriegswalze überrollt werden und wie sie den Entschluß zur Rückkehr in ihren Heimatort Kutno auslosen. - So traurig die Erlebnisse in jenen Monaten waren, bitten wir doch auch die anderen Landsleute, das, was sie damals erlebt und durchgemacht haben, dem Papier anzuvertrauen. Die langen Abende bieten die beste Zeit! 

                                                                                                                                  D. Red.

                                                Auf der Rückzugsstraße

Wir beschlossen, nur noch eine Nacht in unserem Quartier zu bleiben und uns am nächsten Tag auf den Weg nach Kutno zu machen. Im Morgengrauen des 22. Januar kamen zwei Polen in das Haus und befahlen uns, das Haus zu verlassen. Wir hatten das, wie gesagt, vorgehabt und waren schon reisefertig. Im Vertrauen auf den Allmächtigen traten wir mutig unseren Weg an. Es kam uns sehr viel russisches Militär zu Fuß und zu Pferde entgegen, die uns jedoch gehen ließen. Polen zogen gruppenweise mit Koffern und Gepäckstücken vollbeladene Wagen und Schlitten. Es war ein sehr kalter Tag. Einzelne verängstigte Frauen wanderten scheu ausweichend daher. Fuhrwerke schleppten sich mühselig vorwärts, gezogen von müden, lahmen und aus großen Wunden blutenden Pferden. Es waren zurückkehrende Flüchtlinge, die zusammengekauert und niedergeschlagen auf ihren Wagen hockten. Allmählig wurde der Weg einsamer. Und dann bot sich ein, fürchterliches Bild unseren Augen. Deutlich sah man, daß Panzerwagen über einen dichten Flüchtlingstreck hinweggerollt waren. Zerfahrene Pferdeleiber, zerbrochene Fahrzeugteile, zerrissene, aufgebrochene und ausgeplünderte Koffer und Kisten lagen umher. Dazwischen viele Papiere, Fotos und Aktenfetzen. Die hier zum Opfer gefallenen Menschen lagen zum Teil in Haufen aufeinander geworfen. An den Toten konnte man feststellen, daß hier zahlreiche Greueltaten an den Wehrlosen verübt worden waren. So war eines der Opfer ein an einen Telegrafenmast festgebundener Mann. Seine Zunge war weit herausgezerrt und mehrfach angeschnitten. Seine ins leere starrenden gebrochenen Augen werde ich nie vergessen. Besonders schlimm hatte man es mit den Angehörigen der Grenzpolizei getrieben. Abseits der Straße lagen sie in gewissen Abständen mit erhobenen Händen, entblößter Brust und abgezogenen Schuhen. Alles herum lag starr und gefroren da. Nur der Wind raschelte leise in den Papieren ...

Ringsherum war auch keinerlei lebendes Wesen zu sehen. Der Tod hatte reiche Ernte gehalten. Eiligen Schrittes gingen wir auf der Straße weiter, um schnell dieser Stätte des Grauens zu entkommen. Der furchtbare Anblick hatte uns allen Mut genommen. Der Tag ging schon fast zur Neige und uns graute vor der Dunkelheit und der langen Nacht. Es war auch noch kein Haus zu erblicken. So bogen wir feldeinwärts ein, um irgendwo in einem Dorfe Unterschlupf für die Nacht zu finden. Doch leider wollte uns niemand zum Übernachten aufnehmen. Es wurde uns aber gesagt, daß in einem Hause an der Straße Flüchtlinge versammelt seien.

Wir gingen in die uns bezeichnete Richtung und fanden auch das Haus vor. Aus der Dunkelheit eintretend, kam uns licht, Wärme und Bratengeruch entgegen. Doch bald merkten wir, daß wir hier falsch hereingeraten waren. D'as Haus war voller Russen und Polen. Wir wurden sofort umringt und nach dem Wohin und Woher gefragt. Ausweise vorzeigen!? Die hatten wir ja nicht. In Kreuzfragen wurde uns hart zugesetzt. Unsere Handtaschen wurden beiseite genommen und durchsucht. Weil wir polnisch und russisch sprachen, konnte man uns nichts anhaben. Unter sich berieten die Soldaten über uns. Schließlich gaben sie uns gütigst warmes Wasser zum Trinken. Dann bewaffneten sich zwei russische Soldaten und schickten Sich an, uns woanders ein Nachtquartier zu besorgen. Wir mußten wohl oder übel mit, denn wir waren ja in ihren Händen. Zu unserem Troste war inzwischen der Mond aufgegangen und wir sahen so wenigstens, wohin der Weg führte. Schweigend gingen wir voran, der Schnee knirschte unter unseren Schuhen. Der Weg schien uns endlos zu sein. Doch endlich wurde an einer kleinen einsamen Hütte haltgemacht. Die schlafenden Hausbewohner wurden von den Soldaten wachgetrommelt.

Ein Mann öffnete und sah die Soldaten ängstlich an. Diese aber schoben uns drei Frauen vor mit dem Befehl, uns über Nacht zu beherbergen. Und mit dem Bescheid: Wehe Ihnen, wenn uns hier etwas zustoßen sollte! Der Hauswirt sagte bereitwilligst zu, doch müßten wir in der engen Küche bleiben, da im Wohnzimmer seine zwei kranken Kinder lägen. Uns war es natürlich völlig gleich, wo wir unterkamen. Er brachte Stroh und breitete dies auf der Diele aus. Dann erst verließen uns die Soldaten. So merkten wir, daß s,ie es mit uns gar nicht schlecht gemeint hatten. Vor allem aber waren wir dankbar, daß unser Herrgott uns wieder einmal aus einer großen Gefahr und Angst herausgeführt hatte.

Doch schlafen konnten wir dennoch lange nicht. Wir wagten einen Blick in unsere Handtaschen und stellten fest, daß unsere Uhren, Taschenlampen, Füllhalter usw. verschwunden waren. Das Geld war noch da. Wir waren ja schon glücklich, mit heiler Haut davongekommen zu sein und konnten daher diesen Verlust verschmerzen. Unser Wirt schnarchte schon längst mit ruhigem Gewissen. Endlich schliefen auch wir ein.

Am nächsten Tag, dem 23. Januar, stärkten wir uns etwas von unseren Vorräten und gingen dankbaren Herzens weiter. Hier waren die Straßen wenigstens belebt, Autos sausten hin und her. Viele, in Schutt und Asche gelegte Gehöfte trafen wir unterwegs. Ein verlassener Hund lief uns lange Zeit nach, bis ihn ein Auto anfuhr und er liegen blieb. Um etwas zu rasten, traten wir in ein verlassenes Gehöft ein. Das Haus war total ausgeplündert, selbst Fenster und Türen waren abmontiert. Auf dem Hofe schnupperte ein Rindvieh futtersuchend herum. Es herrschte eine unheimliche Stille.

Auf unserem weiteren Wege wurden wir einmal von der polnischen Miliz angehalten. Nach einer Durchsuchung ließ man uns weitergehen.  

Für die nächste Nacht klopften wir an eines Windmüllers Haus an. Ein betagtes deutsches Ehepaar hieß uns eintreten, sie waren alleine. Ihre Tochter oder Schwiegertochter wäre mit den Kindern geflüchtet, sie aber hätten es vorgezogen, dazubleiben. Doch Rechte hätten sie nicht mehr, ihr früherer polnischer Knecht verfüge über allen Besitz. Doch war er nicht der Schlechteste, er erlaubte uns nämlich, zu übernachten. Am nächsten Morgen gab er uns ganz großzügig Trinkmilch, von der er mehrere große Kannen stehen hatte. Auf den Weg gab er uns außerdem noch ein Stück Brot mit, nachdem wir ihn darum gebeten hatten. Dagegen wurden die alten leute von, ihm aus dem Hause gewiesen. Sie mußten ihre paar Habseligkeiten packen, legten alles auf einen Handschlitten und zogen weiter zu anderen Bekannten.

Auch wir machten uns in der Frühe des 24. Januar wieder auf den Weg. Wir gingen über Izbica-Kuj. nach Chodecz. Vor Chodecz am Walde verfolgte uns ein junger Pole. Wiederholt wies er auf die guten Stiefel meiner Leidensgefährtin mit der Bemerkung, daß uns die bestimmt nicht gehörten, er müßte sie haben. Wir beschleunigten unsere Schritte, er ebenso schnell hinterdrein. Da kam uns zu unserem Glück russisches Militär entgegen und unser Verfolger verschwand. Vor den Russen verlor er Mut und Gier, so blieben meiner Gefährtin die Stiefel. 

                                                                       (Fortsetzung folgt)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz