poniedziałek, 15 września 2025

Rodzina Meier - Alma Meier - Michael Meier - Bukowiec - Königsbach - cz.2

 M – Powiedziałaś mi właśnie, że twój dziadek miał na imię Michael?

A – Tak. Ojciec mojej matki miał na imię Michael Zola. Zmarł w wieku 70 lat, ale nie pamiętam już, w którym roku. Słyszałem o tym, ale kiedy jest tak wiele takich informacji, to się o tym zapomina.

Kiedy zmarła moja babcia, miałem 10 lat. Nazywała się Emma, z domu Streubel (Schtreubel?), pochodziła z Ostrowa koło Poznania. Rodzina mojego dziadka pochodzi z Alzacji Lotaryngii, wyemigrowali do Polski w 1800 roku.

Nie wiem nic więcej, a nie ma już nikogo, kogo można by o to zapytać.

Wciąż widzę dziadka, jak był tak chory, a my go karmiliśmy w ostatnich dniach. Miałem wtedy około 9 lat, był rok 1924, „wielka zima”, teraz sobie to przypominam. Zawsze mówiliśmy „ta zima była taka surowa”, a potem on umarł.

M – A więc twój dziadek Michael urodził się w 1854 roku.

A – Tak, to możliwe. Ziemia była tak zamarznięta, że musieli kopać doły kilofami, o czym ciągle się mówiło.

Drugich dziadków prawie nie znałam, byli jeszcze starsi. Mój ojciec był też znacznie starszy od mojej matki. Anni ma dokumenty; z powodu Hitlera musieliśmy sięgać aż do czwartego pokolenia, aby zostać uznani za Niemców w Polsce.

M – A ty masz na imię Alma. Piękne imię: la Alma oznacza duszę w języku hiszpańskim i pisze się je dokładnie tak samo.

A – Dziwne imię, nigdy mi się nie podobało, ale tak było wtedy.

M – Nie masz drugiego imienia?

A – Tak! Marie! Nazywałam się Alma Marie i nie znosiłam tego imienia.

...

M – Jak wspominasz swoich dziadków?

A – Byli dla mnie bardzo mili i czułam się u nich bardzo dobrze. Wychowała mojego młodszego brata. Zmarła w wieku 59 lat; mówiono, że była bardzo stara. Miała piękne długie ciemne włosy, nie takie jak ja. Kiedy pojawiły się u niej siwe włosy, kazała mi je wyrywać, nie chciała być siwa. Ale w tamtych czasach w tym wieku ludzie byli już starcami z powodu ciężkiej pracy, odżywiania... Byli bardzo związani z resztą rodziny.

Irene z Osnabrück, siostra Annemarie Mutter, również interesowała się tymi historiami.

Babcia Annemarie była siostrą mojej matki. Moja matka miała dziewięcioro rodzeństwa: trzech braci: Eduarda, Adolfa, Emila (najmłodszego, urodzonego w 1910 roku). I sześć sióstr: najstarsza przyjechała z niemieckimi żołnierzami podczas I wojny światowej do Niemiec, do Wurms, jej nie znałam. Pozostałe wszystkie znałem:

Auguste (której córka, Else Reben, mieszka w Pulheim-Kolonii i już mnie odwiedziła), Natalie, Emilie, Bertha, Olga. Mój dziadek był rolnikiem i miał również dziewięcioro rodzeństwa.

M – Co wiesz o rodzinie mojego dziadka?

Miał czworo rodzeństwa, które znałem: Berthę Seyder w Hamburgu, najmłodszą, urodzoną w 1917 roku, która nadal żyje. Druga siostra, Wanda (Kaczmarek), urodzona w 1910 roku, zmarła niedawno (w 1996 roku) w wieku 86 lat. Jakob, najstarszy, urodzony w 1907 roku, zmarł w tym samym roku co twój dziadek. Twój dziadek urodził się w 1909 roku.

M – A co z moimi pradziadkami ze strony Meiera?

A – Niewiele wiem o Meierach. Twoja prababcia nazywała się Katarina Spielmann (urodzona w 1876 roku). Zmarła w wieku 82 lat. Twój pradziadek również miał na imię Friederich i zmarł młodo, nie znałam go, ale Bertha wie coś na ten temat. Kiedy Rosjanie zajęli Polskę podczas I wojny światowej, musiał udać się do Rosji, aby pomóc im w transporcie armat na wozach konnych. Potem tak się przeziębił...

Rosjanie całkowicie zniszczyli wioskę twojego dziadka, spalili ją, wszystko trzeba było odbudować. Aby ziemniaki przetrwały zimę, wkładano je do dołu w ziemi, który przykrywano słomą. W tym roku nie było nic innego do jedzenia, poza tymi zamarzniętymi i częściowo spalonymi ziemniakami. Twój dziadek często o tym opowiadał. Miał wtedy 5-6 lat.

Było tak: Königsbach leżało między dwoma lasami, w jednym byli Rosjanie, w drugim Niemcy. Strzelali do siebie, a wioska leżała pośrodku. Zginęło wielu ludzi, cywilów, a wioska spłonęła. Musieli uciekać.

Kiedy teraz widzę coś o wojnie w Jugosławii, potrafię się wczuć w tę sytuację. Teraz przynajmniej pomaga się ludziom. Mam nadzieję, że nie doświadczycie już nigdy czegoś tak strasznego. - Dotyczy Bukowca z listopada 1914 roku.

M – Opowiedz mi, jak wyglądało codzienne życie, kiedy byłaś młoda.

A – Rodzina była bardzo zżyta. Było miło. Całe rodzeństwo mojej matki było jeszcze niezamężne. Kiedy moja ciotka Bertha wyszła za mąż, wyprowadziła się ze swoim mężem, Adolfem Hansmannem. Mieszkali dalej. Przyjeżdżała do nas konnym wozem i przywoziła nam, dzieciom, zawinięte cukierki, które nazywaliśmy „cukierkami”; to było coś wielkiego, bo nie było jeszcze czekolady.

Bertha miała wcześniej polskiego chłopaka, który ją kochał, była bardzo ładna. Chcieli się pobrać, ale rodzina była przeciwna. Polacy byli katolikami, a Niemcy protestantami. Polacy również byli przeciwni; religia i przynależność narodowa (niepaństwowa) odgrywały ważną rolę. Chodzili razem do szkoły i byli przyjaciółmi, było też wielu Polaków i Niemców, którzy mówili po polsku, ale małżeństwo nie wchodziło w grę. Jej mąż, który był starszy, miał firmę handlową z kilkoma wagonami, które jeździły z jednego miasta do Łodzi. Dostarczał masło i jajka. Nie było jeszcze ruchu samochodowego, handlarze jeździli w ten sposób na targ. Ludzie świętowali, my, dzieci, bawiliśmy się prostymi zabawkami, nie wiedząc, że istnieje coś lepszego. Emil, najmłodszy brat mojej matki, był tak utalentowany, że sam robił skrzypce – naprawdę sam je robił – i grał na nich: był muzykalny! Był również utalentowany manualnie i później nauczył się kowalstwa. Miał własną kuźnię. Dużo śpiewano, niestety nie jestem muzykalna.

Ten czas spędzony u dziadków był najpiękniejszy. Kiedy zmarła moja mama i zostaliśmy rozdzieleni, czuliśmy się jak bezdomni. Wszyscy krewni mieli już tak wiele dzieci, że było to straszne. Poza tym było to dzieciństwo, nie znaliśmy niczego innego, po prostu należeliśmy do rodziny. Kiedy dziadkowie zmarli, wszystko się rozpadło. Ale wcześniej było fajnie. Przeżyłam dwie wojny, podczas pierwszej wojny światowej byłam jeszcze mała, ale moi rodzice i ciotka dużo o niej opowiadali. Wtedy też było źle z jedzeniem. Moi dziadkowie mieli młyn, w którym mielili żyto i grykę. Kiedy mielili zboże dla bydła lub piekli chleb dla siebie, karmili mnie, małe dziecko, kaszą, o czym często opowiadali. Gotowali ją z wodą lub odrobiną mleka.

Musieli sprzedawać swoje masło. Kiedy miałem 2-3 lata, młyn przestał działać, nie było już mąki. Później pamiętam, że jedliśmy zupy wodniste. To było straszne w tak dużej rodzinie! Mieliśmy długi stół w kuchni, przy którym jedliśmy, a jeśli 2-3 krowy nie były w okresie zasuszenia, dodawano do zupy lub owsianki odrobinę mleka, aby nadać jej trochę smaku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

M -Du sagtest mir gerade dass dein Großvater Michael hieß?

A -Ja. Der Vater meiner Mutter hieß Michael Zola. Er starb mit 70; im welchem Jahre, dass weiß ich nicht mehr. Ich habe zwar davon gehört, aber wenn es so viele sind, dann vergisst man es wieder.

Als meine Großmutter gestorben ist war ich 10 Jahre alt. Sie hieß Emma, geborene Streubel (Schtreubel?), in Ostrowo bei Poznan. Meine Großvater Familie stammt aus Alsace Lotringen, się sind 1800 ausgewandert nach Polen.

Weiter weiß ich es nicht, und es ist niemand mehr da denn man nachfragen konnte.

Ich sehe den Großvater noch wie er so krank war und wir ihn gefuttert haben, die letzte Zeit. Da war ich ungefähr 9 Jahre alt, das war 1924, “der große Winter”, jetzt kommt es mir ein. Wir sagten immer “Der Winter, der war so streng”, und dann ist er gestorben.

M -Also ist dein Großvater Michael 1954 geboren.

A -Ja, das kann schon sein. Die Erde war so tiefgefroren, sie mussten mit Spitzhacken die Gruben ausgraben, davon hat man immer wieder gesprochen.

Die anderen Grosseltern die habe ich kaum gekannt, die waren noch alter. Mein Vater war ja auch viel alter als meine Mutter. Die Anni hat die Urkunden; wegen dem Hitler mussten wir ja bis zum vierten Glied, um in Polen als Deutsche anerkannt zu werden.

M -Und du heißt Alma. Ein schöner Name: la Alma bedeutet die Seele auf spanisch und wird genauso geschrieben.

A -Ein komischer Name, ich war mit ihm nie zufrieden, aber es war damals so.

M -Hast du denn keinen zweiten Namen?

A -Ja! Marie! Alma Marie hieß ich, und den Namen konnte ich gar nicht leiden.

...

M -Wie erinnerst du dich an deine Grosseltern?

A -Sie waren sehr nett zu mir und ich habe mich bei ihnen sehr wohl gefühlt. Sie hat meinen jungen Bruder erzogen. Sie ist mit 59 Jahren gestorben; da hieß es sie war sehr alt. Sie hatte schönes langes dunkles Haar, nicht so wie ich. Wen sie dazwischen weiße Haare bekommen hatte, sollte ich es ihr ausreißen, sie wollte nicht grau sein. Aber bei diesem alter war man damals schon alte Greise, wegen der schweren Arbeit, der Ernährung... Sie waren mit der restlichen Familie sehr verbunden.

Die Irene aus Osnabrück, Annemarie Mutters Schwester, hat sich auch für diese Geschichten interessiert.

Annemaries Großmutter war ja die Schwester meiner Mutter. Meine Mutter hatte neun Geschwister: Davon drei Brüder: Eduard, Adolf, Emil (der jüngste, geboren 1910). Und sechs Schwestern: die älteste ist mit deutschen Soldaten im ersten Weltkrieg nach Deutschland

gekommen, nach Wurms, die habe ich nicht kennen gelernt. Die anderen habe ich alle gekannt:

Auguste (dessen Tochter, Else Reben, in Pulheim-Köln wohnt und mich schon besucht hat), Natalie, Emilie, Bertha, Olga. Mein Großvater war Bauer und hatte auch neun Geschwister.

M -Was weißt du von der Familie meines Opas?

Er hatte vier Geschwister, die ich alle kannte: Die Bertha Seyder in Hamburg, die jüngste, in 1917

geboren, sie lebt noch. Die andere Schwester, Wanda (Kacmarek), 1910 geboren, ist vor kurzem gestorben (1996), mit 86 Jahren. Jakob, der älteste, 1907 geboren, ist im gleichen Jahr wie dein Opa gestorben. Dein Opa ist 1909 geboren.

M -Und von meinen Urgrosseltern auf Meiers Seite?

A -Von Meiers weiß ich wenig. Deine Urgrossmutter ist eine geborene Spielmann, Katarina Spielmann (1876 geboren) hieß sie. Sie ist mit 82 gestorben. Dein Urgroßvater hieß auch Friederich und ist jung gestorben, ich habe ihn nicht gekannt aber Bertha weiß bescheid. Als die Russen Polen besetzten im ersten Weltkrieg, musste er nach Russland, um ihnen zu helfen Geschütze mit den Pferdewagen zu transportieren. Dann hatte er sich so erkaltet...

Die Russen hatten dein Opas Dorf ganz zerstört, verbrannt, alles musste neu gebaut werden. Zum essen, damit die Kartoffeln überwinterten, gab man sie in ein Loch in der Erde das mit Stroh bedeckt war. In diesem Jahr war sonst nichts mehr zu essen da, außer diesen gefrorenen und zum Teile verbrannten Kartoffeln. Das hat dein Opa so oft erzahlt. Da war er 5-6 Jahre alt.

Es war so: Königsbach lag zwischen zwei Wälder, in einem waren die Russen, im anderen die Deutschen. Sie haben sich geschossen, und das Dorf lag in der Mitte. Viele Menschen sind umgekommen, Zivile, und das Dorf ist verbrannt. Sie mussten flüchten.

Wenn man jetzt vom Krieg in Jugoslawien etwas sieht, da kann ich mich so hereinversetzen. Jetzt wird den Leuten aber wenigstens geholfen. Ich hoffe dass ihr so etwas schlimmes nicht noch einmal erlebt.

M -Erzähle doch mal wie der Alltag war als du jung warst.

A –Die Familie war sehr eng gebunden. Da war es schön. Alle Geschwister meiner Mutter waren noch ledig. Als meine Tante Bertha heiratete, ist sie mit ihrem Mann, Adolf Hansmann, weggezogen. Die wohnten weiter entfernt. Sie kam uns mit Pferdewagen besuchen und brachte uns Kindern eingewickelte Bonbons mit, “Zuckerle” nannten wir sie; das war schon viel, es gab noch keine Schokolade.

Die Bertha hatte davor einen polnischen Freund, der sie gerne haben wollte, sie war sehr hübsch. Sie wollten ihn auch heiraten aber die Familie wollte nicht. Die Polen waren katholisch und die Deutschen evangelisch. Die Polen waren auch dagegen; Religion und Volkzugehörigkeit (nicht Staatzugehörigkeit) spielte eine wichtige Rolle. Man ging zusammen zur Schule und war auch befreundet, es gab auch viele Polen und Deutsche die polisch sprachen, aber heiraten kam nicht in Frage. Ihr Mann, der älter war, hatte ein Handelunternehmen mit einen Paar Wagen, die von einer Stadt nach Lodz fuhr. Er lieferte Butter und Eier. Es gab noch kein Autoverkehr, Händler sind so zum Markt gefahren. Die Leute haben auch gefeiert, wir Kinder haben mit einfachen Spielsachen gespielt, man wusste ja nicht dass es etwas Besseres gibt. Der Emil, der jüngste Bruder meiner Mutter, der war so begabt, der hatte Geigern gemacht -richtig selber Geigen gemacht- und hat auch gespielt: er war musikalisch! Handwerklich war er auch begabt und hat später Schmied gelernt. Er hatte selbst eine Schmiede gehabt. Es wurde viel gesungen, leider bin ich nicht musikalisch.

Diese Zeit bei den Großeltern war die schönste. Als meine Mutter starb und wir verteilt wurden, waren wir wie heimatlos. Alle Verwandten hatten schon so viele Kinder, es war schlimm. Sonst war es die Kindheit, man kannte es nicht anders, wir gehörten einfach zu der Familie. Als die Großeltern gestorben sind hat sich das alles auseinander geschlagen. Aber davor war es lustig. Ich habe zwei Kriege erlebt, ich war zwar klein beim ersten Weltkrieg, aber meine Eltern und Tante hatten viel davon erzählt. Da war es mit der Nahrung auch schlecht. Da hatten meine Grosseltern ihre Mühle, wo sie Roggen und Buchweizen mahlten. Wenn sie geschrotet hatten für das Vieh oder Schroten Brot für sich selbst gebackt hatten, mich als kleines Baby haben sie mit Schrot gefüttert, das haben sie so oft erzählt. Sie haben es mit Wasser oder mit einem bisschen Milch aufgekocht.

Ihre Butter mussten sie verkaufen. Als ich 2-3 Jahre alt war da lief die Mühle nicht mehr, es gab kein Mehl mehr. Später kann ich mich errinern das wir Wassersuppen gegessen haben. Das war schlimm mit so einer Grossen Familie ! Wir hatten einen langen Tisch in der Küche wo wir gegessen haben und wenn die 2-3 Kühe nicht trocken standen dann hat man so einen Schuss Milch in die Suppe oder in den Brei bekommen das es ein bisschen Geschmack hatte.

niedziela, 14 września 2025

Rodzina Meier - Alma Meier - Michael Meier - Bukowiec - Königsbach - cz.1

 

Wczorajsza wizyta w Bukowcu Michaela Meiera z swoimi dziećmi owocuje materiałami które za jego zgodą zaczynam publikować na swoim blogu. 

Dokładniej, chodzi o wywiad jaki przeprowadził ze swoją babcią Almą Meier w Düsseldorfie od 17 do 30 lipca 1996 roku. Bardzo obszerny materiał opisujący nie tylko bliski mi Bukowiec, także całą historię rodziny Meierów i jakże trudny okres przemieszczania się do Niemiec i asymilacji w nowej ojczyźnie. 


Akt bierzmowania Hansa - Jürgena Meiera (syna Almy, zarazem taty Michaela)w parafii kościoła protestanckiego w Düsseldorfie z 8.3.1959 roku, gdzie jest potwierdzona data i miejsce urodzenia oraz chrzcin: ur. 25.02.1944 w Königsbach (Bukowiec), ochrzczony 9.4.1944 roku w kościele ewangelickim także w Königsbach (Bukowiec).*
* - Skan dokumentu pochodzi z opracowania 
Mélisande BUSUTTIL
Être & ancêtres – généalogiste professionnelle
France – Allemagne – Pologne
Professional genealogist – Berufsgenealogin – Profesjonalna genealog.
43 rue Albert Joly 78000 Versailles
Tél : +33 6 60 70 20 32
melisande.busuttil@gmail.com
SIRET : 844.517.334.00018



Wywiad z ALMĄ MEIER

DÜSSELDORF, 17–30 lipca 1996 r.

ALMA – Często myślałam o tym, że kiedy jest się młodym, nie interesuje się tym zbytnio, że za mało wie się o swoich przodkach. A potem, kiedy jest się starym, tak jak ja, oni wszyscy już nie żyją i nie można ich o nic zapytać. Dzisiaj jest tyle pytań, ale nie ma nikogo, kto mógłby na nie odpowiedzieć, ponieważ ci, którzy są tak starzy jak ja, też już nie wiedzą.

MICHAEL – Nigdy wcześniej o tym nie myślałem, ale to wyjątkowe uczucie, kiedy można wiedzieć, skąd się pochodzi.

A – Co to znaczy, dokąd chcesz się udać?

M – Tak, twój ojciec i twoja matka.

A – Moja matka, to była „Natalie”.

M – Naprawdę!?

A – Tak, tylko wymawiano to inaczej i pisano bez „h”. „Natalie”, z domu „Krauter”; teraz to niemieckie nazwisko, ale po polsku brzmiało „Zioło”.

M – A twój ojciec?

A – Wilhelm Hahm.

M – Miałaś jeszcze rodzeństwo: ciocię Anni...

Miałam jeszcze brata, Alvina, który zginął na wojnie. Był policjantem, a kiedy Czechosłowacja została zajęta przez Niemców, zabrali policjantów, aby wyeliminować partyzantów. A potem go otruli. Był podoficerem i młodszy ode mnie. Byłam najstarsza; Elfriede, która mieszka w Kanadzie, była druga, a potem był Alvin i to wszystko. Matka zmarła wtedy na gorączkę połogową, miała 29 lat, a ja miałam 6. Zmarła w styczniu, a ja skończyłam 6 lat dopiero w lutym, moja siostra miała 4 lata, a brat 14 dni. Było to w 1921 roku, a ona urodziła się w 1892 roku.

Ojciec był starszy, urodził się w 1878 roku. Ja urodziłam się w 1915 roku.

M – Twój ojciec ożenił się potem z drugą kobietą, której córką była ciocia Anni. Czy mieszkaliście wszyscy razem?

Nie. Po śmierci matki mieszkaliśmy u dziadków, u rodziców mojej matki. A kiedy zmarła matka, ojciec odszedł i nigdy więcej nie wrócił. Kiedy zmarli dziadkowie, zostaliśmy rozdzieleni między krewnych. Raz byliśmy tu, raz tam, a Alvin nie miał prawdziwego domu, tak samo jak my. W wieku 7 lat opuściłam dziadków...

M – Gdzie się urodziłaś?

W Mühlerode, Sobiesęki po polsku (miejscowość), w powiecie Kalisz (powiat), Poznań po polsku Poznań (okręg).

Kiedy nas rozdzielono, musieliśmy z siostrą paść krowy u rolnika. Potem urodziła się Anni, w 1922 roku, z drugiej żony ojca. Była wdową, ale nie miała dzieci z pierwszym mężem. Nazywała się Juliana, z domu Donke. Jest pochowana w Bitterfeld (NRD), nie mieliśmy z nią kontaktu. W 1936 roku zmarł mój ojciec, kiedy wyszłam za mąż.

M – Kim był twój ojciec?

Mój ojciec miał dziewięcioro rodzeństwa, a moja matka również miała tyle samo dzieci, dlatego miałam kuzynów i kuzynki ze wszystkich stron, teraz wszyscy już nie żyją. Jedna z nich zmarła w zeszłym roku w Hamburgu. Pozostali, z którymi nie miałam kontaktu, są gdzieś w Niemczech, w Polsce... ale większość z nich prawdopodobnie nie żyje.

Wszyscy bracia mojego ojca zajmowali się rolnictwem, jedna siostra była nauczycielką w Kaliszu.

Tylko mój ojciec nie miał ochoty zajmować się rolnictwem. Około 1914 roku wrócił z Niemiec, aby się ożenić. Potem ponownie wyjechał do Niemiec, aby pracować.

W międzyczasie zmarł jego ojciec i każde z  rodzeństwa odziedziczyło po nim ziemię. Częścią Wilhelma zarządzał jego brat Karl, który miał mu wypłacić jej wartość. Kiedy jednak wrócił z Niemiec, nastąpiła wielka dewaluacja pieniądza (około 1920-22) i za pieniądze z odziedziczonej ziemi miał tylko tyle, żeby kupić sobie butelkę wódki. To było podłe. Mój ojciec był rzemieślnikiem, potrafił wszystko. Tak jak ja, ja też potrafię wszystko, i tak jak Anni w Berlinie... no, nie wszystko, ale większość; niektóre kobiety nie potrafią nawet wbić gwoździa. Był zręczny, nie tylko ja tak twierdzę, inni też mogą to potwierdzić. Potrafił też leniuchować. Nie zarabiał dużo pieniędzy, chętnie pomagał innym, ale często nie płacili mu odpowiednio za jego czas i wysiłek. Ponieważ nie był rolnikiem, radził sobie w ten sposób. Raz w tygodniu pracował w sklepie mięsnym swoich krewnych (należał do Juliusa Philippa, męża Emilies, siostry Natalie i babci Annemaries), zajmując się ubojem i produkcją kiełbas. Było to w sąsiedniej wsi, ojciec czasami przynosił kiełbasę do domu. W piątki i soboty, kiedy był targ, kiełbasa była sprzedawana w wiejskiej gospodzie (restauracji) należącej do sklepu mięsnego. Było tam „miejsce targowe”. Przychodzili rolnicy, którzy sprzedawali świnie, krowy, a nawet konie; sprzedawano też inne rzeczy, takie jak jajka, ponieważ nie wszyscy zajmowali się rolnictwem. Pito tam ciepłe piwo i wódkę (zimą). Ja też tam pracowałam, podawałam i zmywałam naczynia. Mieli też pokojówki. Dwa lata temu byliśmy tam z twoim wujkiem Fritzem i Annemarie. Nie ma już targowiska, teraz zasadzono tam jodły. Dom nadal stoi, ale nie ma już tam gospody. Nasz dom już nie stoi. Mam wszystkie zdjęcia. Jedna z moich kuzynek była tam przede mną, kiedy dom jeszcze stał. Wokół budowali. Powiedziała Polakowi, że to kiedyś był jej dom, a on odpowiedział, że może sobie wziąć stary dom, bo buduje nowy. Kiedy Niemcy musieli odejść, Polacy z Ukrainy, którzy byli ścigani przez Rosjan, ponownie zasiedlili ten obszar. Polacy budowali dużo i intensywnie. W wioskach budowano kiedyś domy z drewna, a w miastach z cegły. Jeśli chodzi o mojego ojca, to potrafił wykonywać każdy zawód: robił kapcie, noże ze starych kos, które wyginał i rozbijał, aby były cieńsze, a następnie ostrzył na kamieniu szlifierskim... To tylko jeden z przykładów. Miał 20 fenigów, a potem 30, to tak jakby ktoś zaczynał od zera, taki był mój ojciec, nie zajmował się rolnictwem. Wszystkim jego rodzeństwu powodziło się dobrze, z wyjątkiem niego i nas, ponieważ jego żona zmarła, co było straszne. Miał pecha, a my, dzieci, jeszcze większy.

Był trochę... nie tyle rozrzutny, ale nie przywiązywał dużej wagi do posiadania czegoś, nie dążył do zdobycia dużych pieniędzy. Był jednak towarzyski. Pomagał wszędzie, był jak taki pomocnik. Potem ożenił się z drugą żoną, która miała gospodarstwo rolne. Nie zajmował się nami

Kiedy Anni miała 8-9 miesięcy (jeszcze nie chodziła), zabrał mnie do siebie. Miałam się nią opiekować i kołysać ją w jej drewnianej kołysce; miałam wtedy 7 lat. Zamknęli mnie tam i kazały mi zostać. Ale kiedy zasnęła, dzieci zawołały mnie na dwór, żebym się z nimi bawiła, więc wyszłam przez okno. Potem ojciec i matka wrócili do domu, a mnie nie było. Dostałam wtedy takie lanie.

 Używali wtedy paska, który nosił się jako pasek do spodni. Twój ojciec i Fritz jeszcze go pamiętają, twój dziadek też go czasem używał. Uderzał mnie tak, że byłam cała pokryty siniakami. Potem pobiegłam do dziadków, było już wieczorem. Kiedy mnie zobaczyli... możesz sobie wyobrazić... co powiedzieli. Nie chcieli mnie tam więcej wpuszczać. Do dziś pamiętam, jak tam biegłam: musiałem przejść przez polską wioskę...

Moi dziadkowie mieszkali wśród Polaków, którzy prawie nie mówili po niemiecku. Moja mama chodziła do polskiej szkoły, wtedy nie było jeszcze niemieckiej szkoły. Wszyscy byli Niemcami. Tam, gdzie mieszkał mój ojciec, było więcej Niemców. Tam, gdzie urodziła się moja matka, też byli Niemcy, ale sąsiedzi byli Polakami. Człowiek automatycznie uczył się polskiego. Trzeba było mówić po polsku, ponieważ władze były polskie. Polak mówił wtedy:

„Możesz jeść polski chleb, ale nie możesz mówić po polsku!?”, kiedy chodziło się do urzędu.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Der gestrige Besuch von Michael Meier mit seinen Kindern in Bukowiec hat zu Materialien geführt, die ich mit seiner Zustimmung auf meinem Blog veröffentliche.

Genauer gesagt handelt es sich um ein Interview, das er vom 17. bis 30. Juli 1996 mit seiner Großmutter Alma Meier in Düsseldorf geführt hat. Es ist ein sehr umfangreiches Material, das nicht nur den mir nahestehenden Ort Bukowiec beschreibt, sondern auch die gesamte Geschichte der Familie Meier und die schwierige Zeit der Umsiedlung nach Deutschland und der Assimilation in der neuen Heimat.



Die Konfirmationsurkunde von Hans-Jürgen Meier (Sohn von Alma und Vater von Michael) aus der evangelischen Kirchengemeinde Düsseldorf vom 8.3.1959, in der Geburtsdatum und -ort sowie die Taufe bestätigt sind: geb. am 25.02.1944 in Königsbach (Bukowiec), getauft am 9.4.1944 in der evangelischen Kirche ebenfalls in Königsbach (Bukowiec).*

* - Der Scan des Dokuments stammt aus der Studie von

Mélisande BUSUTTIL

Être & ancêtres – généalogiste professionnelle

France – Allemagne – Pologne

Professional genealogist – Berufsgenealogin – Profesjonalna genealog.

43 rue Albert Joly 78000 Versailles

Tél : +33 6 60 70 20 32

melisande.busuttil@gmail.com

SIRET : 844.517.334.00018


ALMA MEIER Interview

DÜSSELDORF, 17- 30 Juli 1996

ALMA -Ich habe schon so oft nachgedacht dass man zu wenig interessiert war, dass man von den Vorfahren zu wenig wusste, zu wenig weiß, wenn man jung ist. Und nachher wenn man alt ist, so wie ich, dann sind sie alle tot, dann kannst du nicht mehr fragen. Heute sind so viele Fragen aber keiner da wo Antwort gibt, weil die die so alt sind wie ich die wissen auch nicht mehr.

MICHAEL -Ich hatte vorher nie darüber nachgedacht, es ist ein ganz besonderes Gefühl wenn man wissen kann von woher man kommt.

A -Was heißt dass den also, wo willst du denn hin?

M -Ja, dein Vater und deine Mutter.

A -Meine Mutter, dass war ‘Natalie’.

M -Tatsachlich!?

A -Ja, es wurde nur anders ausgesprochen und ohne ‘h’ geschrieben. ‘Natalie’, geborene ‘Krauter’; das ist jetzt deutsch, sonst hat es auf Polnisch ‘Zola’ gehiessen.

M -Und dein Vater?

A -Wilhelm Hahm.

M -Du hattest ja noch Geschwister: die Tante Anni...

Ich hatte noch einen Bruder, der Alvin, und der ist im Krieg gefallen. Der war bei der Polizei gewesen und als die Tschekei eingenommen wurde von den Deutschen, dann haben sie die Polizisten genommen zum sauberen der Partisanen. Und dann haben sie ihn vergiftet.

Er war Unteroffizier, und junger als ich. Ich war die Älteste; die die in Kanada ist, Elfriede war die zweite und dann kam der Alvin, dann war es Schluss. Die Mutter ist damals gestorben vom Kindbettfieber, sie war 29 Jahre alt, und ich war 6. Sie ist im Januar gestorben, und ich bin erst im Februar 6 geworden, meine Schwester war 4 und der Bruder war 14 Tage alt. Das war 1921, und się ist 1892 geboren.

Der Vater war alter, er ist 1878 geboren. Ich bin 1915 geboren.

M -Dein Vater hatte dann eine zweite Frau geheiratet, dessen Kind die Tante Anni war. Habt ihr alle zusammen gelebt?

Nein. Wo die Mutter gestorben ist, haben wir bei den Grosseltern gewohnt, bei den Eltern meiner Mutter. Und als die Mutter gestorben ist, ist der Vater weggegangen und kann nie mehr wieder. Als die Grosseltern gestorben sind, sind wir zwischen den Verwandten verteilt worden. Einmal waren wir da und einmal da, und der Alvin hatte kein richtiges Zuhause gehabt, und wir auch nicht. Von den 7 Jahren bin ich von den Grosseltern weg...

M -Wo bist du denn geboren?

In Muhlenrude, Sobresinky auf polnisch (Ort), in Kreis Kaliz (Kreis), Posen auf polnisch Poznan (Bezirk).

Als wir verteilt wurden, mussten wir beim Bauer Kühe hüten, ich und meine Schwester. Dann ist die Anni geboren, in 1922, von Vaters zweiter Frau. Sie war Witwe aber hatte von ihrem ersten Mann keine Kinder.

Sie hieß Lubliana, geboren Donke. Sie ist bei Bitterfeld (DDR) begraben, wie hatten keinen Kontakt. 1936 ist mein Vater gestorben, als ich geheiratet habe.

M -Wer war dass denn dein Vater?

Mein Vater, der hatte 9 Geschwister und meine Mutter hatte auch so viel, deshalb habe ich Kusins in allen Richtungen gehabt, jetzt sind sie alle schon tot. Eine ist letztes Jahr in Hamburg gestorben. Die anderen, mit denen ich keine Beziehung hatte, sind irgendwo in Deutschland, in Polen... aber die meisten sind wahrscheinlich tot.

Aller Brüder meines Vaters hatten Landwirtschaft gehabt, eine Schwester war Lehrerin in Kaliz.

Nur mein Vater hatte keine Lust zur Landwirtschaft. Um 1914 ist er von Deutschland zurückgekommen zum heiraten. Dann ist er wieder nach Deutschland gefahren, zum arbeiten.

Inzwischen ist sein Vater gestorben und alle Geschwister hatten von ihm Erde geerbt. Das Teil von Wilhelm hatte sein Bruder Karl verwaltet, und sollte ihm dagegen den Wert auszahlen. Als dieser aber von Deutschland zurückkam, fand die große Geldentwertung statt (etwa 1920-22) und mit dem Geld der geerbten Erde hatte er nur genug um sich eine Flasche Vodka zu kaufen. Das war gemein. Mein Vater war handwerklich, der konnte alles machen. So wie ich, ich mache auch alles, und so wie die Anni in Berlin... also nicht alles, aber das meiste; manche Frauen können keinen Nagel reischlagen. Der war geschickt, das sag nicht nur ich, das können auch andere bestätigen. Faulenzen konnte er auch. Viel Geld hat er nicht verdient, er hat den anderen gerne geholfen aber sie haben ihn oft für die Zeit und die Muhe nicht richtig bezahlt. Weil er nicht Bauer war, hat er sich so durchgeschlagen. Einmal die Woche hat er in der Fleischerei von der Verwandtschaft (sie gehörte Julius Philipp, Emilies Mann, Natalies Schwester, und Annemaries Großmutter) gearbeitet, beim schlachten, Wurst machen. Das war im Nebendorf, Vater hat manchmal Wurst nachhause gebracht. Freitag und Samstag wenn Markt war, wurde sie in der Dorfschenke (die Gastwirtschaft) die zu Fleischerei gehörte verkauft. Es gab da einen ‘Marktflecken’. Bauern kamen, die Schweine, Kühe und sogar Pferde verkauften; andere Sachen, wie Eier, wurden auch verkauft, alle hatten ja keine Landwirtschaft. Da wurde getrunken, Warmbier und Fettschnaps (im Winter). Ich habe da auch gearbeitet, serviert und Geschirr gespült. Sie hatten auch Dienstmädchen. Vor zwei Jahren waren wir mit deinem Onkel Fritz und Annemarie da. Da ist kein Marktflecken mehr, jetzt haben sie es mit Tannen bepflanzt. Das Haus steht noch, aber die Gastwirtschaft ist nicht mehr darin. Unseres Haus steht nicht mehr da. Ich habe die ganzen Bilder da. Eine meiner Kusinen war vor mir da, als das Haus noch stand. Ringsherum waren sie am bauen. Sie hat einem Polen gesagt das dies früher ihr Haus war und er hat gemeint dass sich das alte Haus gern holen könne, er baut sich ein neues. Als die Deutschen wegmussten, haben die Polen aus Ukraine, die von den Russen gejagt wurden, die Gegend neu angesiedelt. Die Polen haben viel und massiv gebaut. 

Auf den Dorfern wurde früher mit Holz gebaut und in der Stadt mit Stein Was meinen Vater angeht, jeden Beruf hat er gekonnt: der hatte Pantoffeln gemacht; Messer gemacht von alten Sensen, die hat er getingelt und ausgeschlagen damit sie dünner werden und an dem Schleifstein geschliffen... Das ist nur so ein Beispiel. Da hat er 20 Pfennig, und da 30, das ist jetzt so wie wenn einer klein anfangt, so war mein Vater, der hatte keine Landwirtschaft. Allen seinen Geschwistern ging es gut außer ihm, und uns, weil sein Frau ausgestorben ist, das war dann schlimm. Dann hat er Pech gehabt, und wir Kinder noch mehr.

Er war ein bisschen... nicht verschwenderisch aber hat nicht so viel Wert darauf gelegen etwas zu haben, nicht so getrachtet nach viel Geld. Gesellschaftlich war er jedenfalls. Er hat überall ausgeholfen, der war wie so ein Springer. Dann hat er seine zweite Frau geheiratet, die hatte ja Landwirtschaft. Um uns hat er sich nicht gekümmert. Als Anni 8-9 Monate alt war (sie ist noch nicht gelaufen) hat er mich geholt. Ich sollte auf sie aufpassen und in ihrer Holzwiege wiegen; da war ich 7 Jahre alt. Da haben sie mich eingeschlossen und ich sollte dableiben. Aber als sie eingeschlafen war, haben mich die Kinder draußen zum spielen gerufen, und ich bin aus dem Fenster rausgeklettert. Danach sind die Vater und Mutter nachhause gekommen und ich war nicht da. Da habe ich solche Schlage bekommen. Die benutzten damals einen Riemen, den man als Gürtel trug. Dein Vater und der Fritz kennen den noch, dein Opa hat ihn auch manchmal benutzt. Und er hatte mich so geschlagen dass ich ganz voll von blauen Streifen war. Dann bin ich zu meinen Grosseltern gelaufen, das war schon abends. Als się mich gesehen haben... das kannst du dir ja denken... was sie gesagt haben. Die wollten mich gar nicht mehr da hin lassen. Das sehe ich wie Heute noch wie ich da so gelaufen bin: ich musste durch ein polnisches Dorf...

Meine Grosseltern wohnten zwischen Polen, die konnten kaum deutsch sprechen. Meine Mutter war in die polnische Schule gegangen, damals gab es noch keine deutsche Schule. Wie waren alle Deutsche. Wo mein Vater gewohnt hat, da waren mehr Deutsche. Wo meine Mutter geboren ist da waren auch Deutsche, aber die Nachbarn waren Polen gewesen. Mann hat ja automatisch Polnisch gelernt. Mann musste polnisch reden, weil die Behörden Polen waren. Der Pole hat dann gesagt:

‘Deutsches Brot kannst du essen, polnisch sprechen kannst du nicht!’, wenn man zu Behörde gegangen bist.

 


sobota, 13 września 2025

Rodzina Meier - Bukowiec - Königsbach - Wizyta

 

Tydzień temu napisał do mnie Michael Meier:

"Szanowny Panie Andrzej Braun,

obecnie wraz z trójką dzieci odwiedzam Łódź, ponieważ interesuje nas historia naszej rodziny, której część pochodzi z Bukowca/Königsbach.

Mélisande Busuttil opowiedziała mi o Panu i odwiedziłam Pana interesujący blog.

Czy byłoby możliwe spotkanie się z Panem – ewentualnie w Bukowcu?"

Nie pierwsza i ostatnia mam nadzieję wizyta zagranicznych gości w Bukowcu! Tym razem byli to goście ze Szwajcarii, dokładnie z Genewy. 

W międzyczasie Michael przysłał mi wspaniałe materiały dotyczące jego przodków zarówno z Bukowca jak i innych regionów Polski. 

Zaintrygowała mnie informacja poparta dokumentami, że tata Michaela, Hans - Jürgen urodził się 25 lutego 1944 roku i był ochrzczony 9 kwietnia tego samego roku w kościele ewangelickim w Bukowcu! Jego rodzicami byli również urodzeni tutaj Friedrich Meier i Alma z domu Hahm.

Jakże mógłbym odmówić takiego spotkania - dzisiaj w samo południe Michael z trójką swoich dzieci zawitał do Bukowca. Zaprosiłem także mojego przyjaciela Horsta Milnikela. Myślę, że dwie godziny spędzone na tarasie naszego domu pomogło w poznaniu historii dawnego Bukowca u gości jak i większej wiedzy dla mnie dotyczącej rodziny Meyerów. Także Horst zaprezentował swoje wspomnienia które wywarły na gościach duże wrażenie.

Ukoronowaniem wizyty na cmentarzu ewangelickim w Bukowcu, gdzie spoczywa wielu członków rodu Meyerów było posadzenie symbolicznych kwiatów na jednej z mogił, zapalenie zniczy, oraz żarliwa modlitwa wypowiedziana przez Michaela kiedy cała nasza 7-mka trzymała się za ręce tworząc koło!

Widziałem twarz Michaela kiedy pokazałem mu miejsce w którym stał kościół i w 1944 roku jego tata był ochrzczony, to było przejmujące!

Na zakończenie spotkaliśmy się na nasze zaproszenie w pizzerii w Andrespolu, gdzie przez bez mała dwie godziny rozmawialiśmy o minionych czasach. Było to niezwykłe spotkanie, serdeczność całej czwórki poruszyła nas do głębi! 

Michael w roku 1996 przeprowadził bardzo długi wywiad ze swoją babcią Almą Meier, który za jego zgodą zacznę prezentować w najbliższym czasie. Są to bardzo emocjonujące i ciekawe wspomnienia ciężkich lat wojennych i późniejszych. Wszystkich zapraszam!


Vor einer Woche schrieb mir Michael Meier:

„Sehr geehrter Herr Andrzej Braun,

ich bin derzeit mit meinen drei Kindern zu Besuch in Łódź, da wir uns für die Geschichte unserer Familie interessieren, die zum Teil aus Bukowiec/Königsbach stammt.

Mélisande Busuttil hat mir von Ihnen erzählt und ich habe Ihren interessanten Blog besucht.

Wäre es möglich, Sie zu treffen – eventuell in Bukowiec?”

Es war nicht der erste und hoffentlich auch nicht der letzte Besuch ausländischer Gäste in Bukowiec! Diesmal kamen die Gäste aus der Schweiz, genauer gesagt aus Genf.

In der Zwischenzeit hat mir Michael großartige Materialien über seine Vorfahren sowohl aus Bukowiec als auch aus anderen Regionen Polens geschickt.

Ich war fasziniert von der durch Dokumente belegten Information, dass Michaels Vater Hans - Jürgen am 25. Februar 1944 geboren und am 9. April desselben Jahres in der evangelischen Kirche in Bukowiec getauft wurde! Seine Eltern waren ebenfalls hier geborene Friedrich Meier und Alma, geborene Hahm.

Wie hätte ich ein solches Treffen ablehnen können – heute Mittag kam Michael mit seinen drei Kindern nach Bukowiec. Ich lud auch meinen Freund Horst Milnikel ein. Ich denke, dass die zwei Stunden, die wir auf der Terrasse unseres Hauses verbrachten, den Gästen halfen, die Geschichte des alten Bukowiec kennenzulernen, und mir mehr Wissen über die Familie Meyer verschafften. Auch Horst präsentierte seine Erinnerungen, die bei den Gästen großen Eindruck hinterließen.

Der Höhepunkt des Besuchs auf dem evangelischen Friedhof in Bukowiec, wo viele Mitglieder der Familie Meyer begraben sind, war das Niederlegen symbolischer Blumen auf einem der Gräber, das Anzünden von Kerzen und ein inbrünstiges Gebet von Michael, während wir sieben uns an den Händen hielten und einen Kreis bildeten!

Ich sah Michaels Gesicht, als ich ihm die Stelle zeigte, an der die Kirche stand und sein Vater 1944 getauft wurde – das war sehr bewegend!

Zum Abschluss trafen wir uns auf unsere Einladung hin in einer Pizzeria in Andrespol, wo wir fast zwei Stunden lang über vergangene Zeiten sprachen. Es war ein außergewöhnliches Treffen, die Herzlichkeit der vier hat uns tief bewegt!

Michael führte 1996 ein sehr langes Interview mit seiner Großmutter Alma Meier, das ich mit seiner Zustimmung in Kürze veröffentlichen werde. Es sind sehr bewegende und interessante Erinnerungen an die schweren Kriegsjahre und die Zeit danach. Ich lade alle herzlich ein!









czwartek, 10 lipca 2025

Łaznowska Wola - Grömbach - A.Kiss i W. Rode - Kościół - Groby wojenne - ok.1940

 

Źródło: 


Fot.: 12,8x17,5 cm. Tytuł z karty archiw. (pole Titel). Fotografia przyklejona do szarej karty Archiv Ostlandbild. Poniżej tytułu w polu Urheber: "Ostlandbild". W polu Neg.-Nr.: "1233/48". Fotografia przedstawia budynek dawnego kościoła ewangelickiego w Łaznowskiej Woli (niem. Grömbach). Fotografia pochodzi z Archiwum Ostlandbild współtworzonego przez A.Kissa i W.Rodego w latach 1939-1945.


Fot.: 12,8x17,5 cm. Tytuł z rewersu. Po lewej stronie u góry pieczęć: Auf. Nr. 1969, Uhrebervermerk Ostlandbild-Archiv". U dołu z prawej strony pieczęć:"Urheberrecht Alfred Kiß Ostlandbild-Archiv, Litzmannstadt, Adolf-Hitler - Str. 145". Fotografia przedstawia groby niemieckich żołnierzy z 1914 roku na cmentarzu ewangelickim w Woli Łaznowskiej (niem. Grömbach). Fotografia pochodzi z Archiwum Ostlandbild współtworzonego przez A.Kissa i W.Rodego w latach 1939-1945.




Olechów na starej fotografii - A.Kiss i W.Rode - ok. 1940

 Olechów na starej fotografii.

Źródło: 


Fotografia: 12,8x17,5 cm. Fotografia przyklejona do szarej karty Archiv Ostlandbild. Tytuł z karty archiw. (pole Titel). Pod tytułem z lewej strony w polu Urheber: "Ostlandbild/Rode". W polu Neg.-Nr.: 258/289. W polu Tag der Aufnahme: 1928. Fotografia przedstawia widok gospodarstwa rolnego w osadzie Olechów (obecnie część dzielnicy Widzew). Widoczne zabudowania gospodarskie z drewnianym płotem oraz rzeczka (prawdopodobnie Olechówka). Fotografia pochodzi z Archiwum Ostlandbild współtworzonego przez A.Kissa i W.Rodego  w latach 1939-1945 w Łodzi.


sobota, 28 czerwca 2025

Herbert Höft - Turbulente Zeiten - Borowa - Gałków Mały - Cmentarz wojenny

 

Ciąg dalszy wspomnień profesora Herberta Höfta - Turbulente Zeiten, strony 157-159. Pozostało mi do przetłumaczenia ostatnich 8 stron…..

                NASI ZMARLI NA NABRZEŻU KOLEJOWYM

Niemieccy żołnierze Wehrmachtu wzięci do niewoli oraz starsi mężczyźni, którzy nie zostali powołani do wojska i zostali deportowani do państw satelickich zaraz po przejściu frontu do Rosji, byli zazwyczaj internowani w obozach pracy. Wykorzystywano ich głównie do wydobycia surowców (drewna, węgla, rud metali) na Syberii i mieli oni naprawić część zniszczeń pozostawionych w kraju w wyniku wojny totalnej. Zniszczenia były ogromne z powodu brutalnej wojny, której celem było pozostawienie bolszewikom tylko spalonej ziemi. Typowe dla tamtych czasów w Związku Radzieckim i powstających komunistycznych państwach satelickich było skazywanie nawet za bardzo drobne przestępstwa na wieloletnie kary. W ten sposób chciano zapewnić siłę roboczą do odbudowy gospodarki radzieckiej poprzez przymusową pracę. Fakt, że dotknęło to wielu niewinnych ludzi, nie interesował dyktatorskich władców. Niesprawiedliwość i brutalność wobec jednostek były postrzegane jako coś zupełnie normalnego nawet po wojnie. Życie ludzkie nie miało żadnego znaczenia. Słowa „Niemiec” i „faszysta” były w dużej mierze synonimami.

„Człowiek – problem, nie ma człowieka – nie ma problemu” – miał powiedzieć Stalin. Wszyscy na wszystkich szczeblach kierowniczych postępowali zgodnie z tą dewizą. Bezużyteczni ludzie byli po prostu zbędni.

Od jesieni 1945 r. chorych i słabych więźniów, którzy nie byli już w stanie wykonywać ciężkiej pracy fizycznej, zwalniano partiami. Transporty tych słabych ludzi odbywały się zazwyczaj w wagonach bydlęcych w kierunku zachodnim. Najsłabsi często umierali w drodze do domu.

Wiele z tych pociągów przejeżdżało przez naszą wioskę linią kolejową Warszawa – Łódź. Czasami taki pociąg musiał się zatrzymać i czekać na sygnał. Wtedy wyrzucano zwłoki z wagonów.

Hilde, moja kuzynka, miała dziewiętnaście lat. Kilkakrotnie była zabierana przez milicję do spontanicznych prac. Czasami nie mogła wracać do domu przez kilka dni. Miała jeszcze małą przyrodnią siostrę z drugiego małżeństwa matki. Mimo to jej matka została internowana, a Hilde mogła tymczasowo, prawdopodobnie nawet przypadkowo, wrócić do domu. Wkrótce jednak ponownie została zmuszona do codziennej pracy przy torach, początkowo bez wynagrodzenia i wyżywienia. Dopiero znacznie później dziewczęta i kobiety otrzymały niewielkie wynagrodzenie, które pozwalało im przeżyć. Hilde pracowała tam przez cztery i pół roku, mając na utrzymaniu młodszą przyrodnią siostrę i głuchoniemą ciotkę. Był to dla Hilde straszny okres. W weekendy sprzątała w polskich domach. W zamian często dostała jedzenie i produkty naturalne, które mogła zabrać do domu.

Młode dziewczyny, które zostały zmuszone do pracy, przyzwyczaiły się do pracy na zewnątrz, przy torach kolejowych. Czasami pojawiali się jeden lub dwóch Rosjan, wybierali sobie dziewczynę i zabierali ją do pokoju na stacji kolejowej lub do lasu. Tam zazwyczaj działy się straszne rzeczy. Dotknęło to również dwie dziewczyny, Hellę i Hertę, z naszego najbliższego sąsiedztwa. Dziewczyny i ich matki były tym przerażone. Ale co mogły zrobić kobiety pozbawione praw? W końcu Stalin miał powiedzieć do żołnierzy: „Jeśli przekroczycie granicę z Niemcami, możecie robić, co chcecie”.

Hilde miała szczęście. Celowo ubierała się nieatrakcyjnie. Jednak pewnego razu Rosjanin zabrał ją ze sobą. Była zła pogoda. Ziemia w lesie była mokra. Rosjanin chodził z nią po stacji kolejowej od pokoju do pokoju, wszędzie byli ludzie. To go wprawiło w zakłopotanie. Najwyraźniej nie miał odwagi przegonić Polaków. Zastanawiał się więc przez chwilę i dał Hilde do zrozumienia, że powinna wracać do pracy. W tamtych czasach było to już szczęście.

Pewnego dnia do grupy kobiet podszedł polski policjant. Wybrał kilka kobiet do pracy nasypach, wśród nich była Hilde. Kobiety zaprowadzono do miejsca, gdzie na nasypie kolejowym leżało osiem ciał. Zostały wyrzucone z pociągu kilka dni wcześniej. „To wasi ludzie, musicie ich pochować” – powiedział policjant, oczywiście po polsku. W tamtych czasach żaden Polak nie mówił po niemiecku, nawet jeśli umiał, a Niemcy nie mieli odwagi otworzyć ust. Widok na nasypie był przerażający. Zwłoki musiały leżeć tam już od kilku dni. Nie były już w stanie sztywności pośmiertnej. W upale słońca proces rozkładu był już zaawansowany. Twarzy nie można było rozpoznać. Niektóre osoby miały na sobie mundury Wehrmachtu. Policjant trzymał się z daleka. Widok ten był dla niego wyraźnie odrażający. Krzywił twarz, najwyraźniej nie mogąc znieść smrodu. Podjechała furmanka, a kobiety musiały gołymi rękami podnosić zwłoki i ładować je na wóz. Polak zawiózł je na tak zwany Gräbeberg, leśny cmentarz dla niemieckich i rosyjskich żołnierzy z I wojny światowej. Droga dojazdowa była zarośnięta krzakami. Kobiety musiały więc z trudem przenosić zwłoki z wozu przez zniszczone drewniane schody i krzaki na cmentarz. Było to obrzydliwe i wywoływało mdłości. Żadna z kobiet nie odezwała się słowem, wszystkie milczały. Każda z nich myślała o swoich zaginionych bliskich, czy jeszcze żyją, a jeśli nie, to gdzie i w jaki sposób znaleźli się pod ziemią. Kobiety starały się przynajmniej godnie pochować tych ośmiu zmarłych.

Na cmentarzu znalazły łopatę. Musiały wykopać dół, ponownie podnieść zwłoki, położyć je w grobie i zasypać ziemią. Następnie policjant odwiózł kobiety z powrotem do miejsca pracy przy nasypie kolejowym. Nie mogły się umyć ani przebrać, musiały dalej pracować z obrzydzeniem i przylegającym zapachem. Obrzydzenie i zapach na ubraniach utrzymywały się jeszcze przez kilka dni. Większość nie miała się w co przebrać. O to zadbali wcześniej bandyci. Pomimo głodu nie można było myśleć o jedzeniu przez kilka dni, tak bardzo obraz tego wydarzenia wyrył się w ich psychice.

                    Droga na cmentarz wojenny w Gałkowie Małym. Źródło: Maddie

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

                     EURE TOTEN AM BAHNDAMM

Die deutschen gefangen genommenen Soldaten der Wehrmacht und die nicht eingezogenen älteren Männer, die in den Satellitenstaaten gleich nach dem Frontdurchgang nach Russland verschleppt worden waren, wurden in der Regel in Arbeitslagern interniert. Sie wurden vorwiegend für die Rohstoffgewinnung (Holz, Kohle, Erze) in Sibirien eingesetzt und sollten einen Teil der im Land hinterlassenen Zerstörung durch den Vernichtungskrieg wieder gut machen. Der Zerstörungen waren durch die brutale Kriegsführung, mit dem Ziel den Bolschewiken nur noch verbrannte Erde zu hinterlassen, extrem groß. Typisch war für jene Zeit in der Sowjetunion und in den entstehenden kommunistischen Satellitenstaaten, dass schon für sehr kleine Vergehen mehrjährigen Strafen verhängt wurden. So wollte man mittels Zwangsarbeit Arbeitskräfte für den Neuaufbau der sowjetischen Wirtschaft sichern. Dass es dabei viele Unschuldige traf, interessierte die diktatorischen Machthaber nicht. Ungerechtigkeit und individuelle Brutalität wurde auch noch nach dem Krieg als etwas ganz Normales empfunden. Menschenleben spielten keine Rolle. Die Wörter Deutsche rund Faschist waren weitgehend synonym.

”Ein Mensch – ein Problem, kein Mensch – kein Problem”, soll Stalin gesagt haben. Nach dieser Orientierung wurde in allen Führungsebenen gehandelt. Unnütze Esser konnte man sowieso nicht gebrauchen.

Ab Herbst 1945 wurden kranke und schwache Gefangene, die den körperlich schweren Arbeiten nicht mehr gewachsen waren, schubweise entlassen. Diese Rücktransporte der schwachen Menschen erfolgten üblicherweise in Viehwaggons Richtung Westen. Die ganz Schwachen verstarben oft noch auf dem Weg in die Heimat.

Viele dieser Züge fuhren auf der Eisenbahnlinie Warschau – Lodz durch unser Dorf. Manchmal musste so ein Zug auch anhalten und auf ein Signal warten. Dann wurden die Leichen aus den Waggons geworfen.

Hilde, meine Cousine, war neunzehn. Sie wurde mehrmals zu spontanen Arbeitseinsätzen von der Miliz abgeholt. Manchmal durfte sie mehrere Tage nicht nach Hause. Sie hatte noch eine kleine Halbschwester aus Mutters zweiter Ehe. Trotzdem wurde ihre Mutter interniert und Hilde durfte vorübergehend, wahrscheinlich sogar mehr zufällig, nach Hause. Bald wurde sie aber wieder zur täglichen Zwangsarbeit an die Bahn verpflichtet, zunächst ohne Bezahlung und ohne Verpflegung. Erst viel später bekamen die Mädchen und Frauen einen kleinen Lohn zum Überleben. Hilde arbeitete dort viereinhalb Jahre, dabei hatte sie noch die kleine Halbschwester und ihre taubstumme Tante zu versorgen. Das war für Hilde eine schlimme Zeit. An den Wochenenden ging sie in polnischen Haushalten putzen. Dafür bekam sie oft Essen und Naturalien mit nach Hause.

Die  dienstverpflichteten jungen Mädchen hatten sich an diese Arbeit draußen an der Bahntrasse gewöhnt. Manchmal kamen ein oder zwei Russen und suchten sich je ein Mädchen aus, führten es in ein Zimmer der Bahnstation oder in den Wald. Dort geschah meist Schlimmes. Das betraf auch zwei Mädchen, Hella und Herta, aus unserer unmittelbaren Nachbarschaft. Mädchen und ihre Mütter waren darüber entsetzt. Aber was konnten die vogelfreien Frauen machen. Schließlich soll Stalin zu den Soldaten gesagt haben: ”Wenn ihr die Grenze zu Deutschland überschreitet, könnt ihr machen, was ihr wollt.”

Hilde hatte Glück. Się kleidete sich mit Absicht wenig attraktiv. Doch einmal nahm sie auch so ein Russe mit. Es war schlechtes Wetter. Der Waldboden war nass. Der Russe ging mit ihr in der Bahnstation von Zimmer zu Zimmer, überall war jemand. Das machte ihn ratlos. Die polnischen Leute wegzujagen, traute er sich scheinbar nicht. So überlegte er eine Weile und gab Hilde zu verstehen, sie solle wieder arbeiten gehen. So etwas war in jener Zeit schon ein Glück.

Eines Tages kam ein polnischer Polizist zu der Frauengruppe. Er bestimmte einige Frauen zu einer Sinderarbeit, darunter war auch Hilde. Die Frauen wurden zu einer Stelle geführt, wo acht Leichen am Bahndamm lagen. Sie waren vor Tagen aus dem Zug geworfen worden. ”Das sind eure Leute, die müsst ihr vergraben”, sagte der Polizist, natürlich auf Polnisch. Zu jener Zeit sprach kein Pole Deutsch, auch wenn er es konnte, und die Deutschen trauten sich kaum, den Mund aufzumachen. Der Anblick am Bahndamm war schrecklich. Die Leichen mussten dort schon mehrere Tage gelegen haben. Sie hatten keine Leichenstarre mehr. Die Verwesung war in der Sonnenwärme fortgeschritten. Die Gesichter waren nicht mehr zu erkennen. Einige trugen die Wehrmachtsuniform. Der Polizist hielt sich im weiten Abstand auf. Ihm war der Anblick sichtlich auch zuwider. Er verzog sein Gesicht, konnte offensichtlich den Geruch nicht ertragen. Ein Pferdewagen kam herbie und die Frauen mussten mit bloßen Händen die Leichen aufheben und auf den Wagen laden. Der Pole fuhr damit auf den sogenannten Gräbeberg, dem Waldfriedhof für die deutschen und russischen Soldaten vom Ersten Weltkrieg. Die Zufahrt Sträuchern zugewachsen. So mussten die Frauen die Leichen mühevoll vom Wagen über zerfallene Holzstufen durch Sträucher auf den Friedhof schleppen. Es war ekelhaft und würgte im Hals. Keine der Frauen sprach ein Wort, alle schweigen. Jede Frau dachte an ihre vermissten Verwandten, ob sie noch lebten und wenn nicht, wo und wie sie wohl unter die Erde gekommen waren. Die Frauen bemühten sich, wenigstens diese acht Toten mit Würde unter die Erde zu bringen.

Auf dem Friedhof fanden die Frauen eine Schaufel vor. Sie mussten eine Grube ausheben, die Toten wieder aufheben und hineinlegen und das Ganze wieder zuschaufeln. Danach brachte der Polizist die Frauen wieder zu ihrer Arbeitsstelle am Bahndamm zurück. Sie konnten sich wieder waschen noch umziehen, mussten mit dem Ekel und dem anhaftenden Geruch weiter arbeiten. Ekel und Geruch an der Kleidung hielten sich noch Tage. Zum Kleiderwechseln hatten die meisten nichts mehr. Dafür hatten die Räuber vorher gesorgt. An Essen war trotz der Hungersnot mehrere Tage lang nicht zu denken, so sehr hatte sich der Anblick dieses Erlebnisse in die Psyche eingebrannt. 


środa, 25 czerwca 2025

Herbert Höft - Turbulente Zeiten - Borowa - Andrzejów

 Ciąg dalszy wspomnień profesora Herberta Höfta - Turbulente Zeiten, strony 144-147.


                                               BANDYTA

Już jako dziecko nazywano go bandytą. Nikt nie znał jego ojca, nie znano również ojców jego dwóch młodszych sióstr. Nikt nie wiedział, z czego utrzymywała się rodzina mieszkająca w zrujnowanym domu na skraju lasu państwowego, z dala od wsi. Jako Polak w pokonanym kraju nie musiał, a właściwie nie miał prawa chodzić do szkoły. Edukacja przyszłych niewolników wydawała się nazistowskiemu państwu zbędna. Latem biegał boso po lasach, ścigał wrony, dzikie gołębie na drzewach, dzikie kaczki na naturalnych stawach i kradł im jaja lub wyjmował pisklęta z gniazd. Jego pasją było wędkarstwo, a sprzęt do tego szybko zdobył. Zbierał ślimaki do kuchni matki, a grzyby i jagody, które zbierała jego matka, sprzedawał czasem letnikom we wsi. Zimą polował na kuropatwy na polach i kłusował w lesie, używając pułapek i sideł. Nigdy nie został przy tym złapany. Rolnicy podejrzewali go, że kradnie więcej drobiu niż lis. Znajdowali rozbite klatki dla królików, a czasem z pola lub stodoły znikała nawet owca lub koza. Kiedyś coś zraniło mu lewe oko. Zawsze miał je półprzymknięte. Twarz wykrzywiona w grymasie. Ten wygląd, podarte ubrania, jeśli można je było nazwać szmatami, i znoszone buty przyniosły mu przydomek bandyta. Nie miał przyjaciół. Dzieci w jego wieku obserwował zawsze z daleka.

Tak żył przed wojną i podczas wojny, aż Armia Czerwona zajęła nasz region, a znaczna część Wehrmachtu pozostała w rozległych lasach. Armia radziecka miała na celowniku Poznań, a później Berlin i nie przejmowała się tym, co działo się za linią frontu.

Teraz nadeszła jego wielka chwila. W lesie i na polach leżało mnóstwo karabinów, pistoletów i amunicji. Znalazł też przyjaciół i wkrótce miał własną bandę. Uzbrojone dzieci rabowały bezbronnych Niemców i zabierały wszystko, co im się podobało. Dzieci potrafią być czasem okrutniejsze niż dorośli. Nosiły zszyte mundury, chodziły od gospodarstwa do gospodarstwa, szukały alkoholu i wędlin, urządzając hulanki w okazałych domach i śpiąc nieumyte w eleganckich łóżkach. W tak niejasnych, bezprawnych czasach cudza własność była kusząca. Takie życie trwało tylko kilka miesięcy. Potem pojawiło się nowe państwo polskie i próbowało wprowadzić zasady i porządek. Oczywiście, po doświadczeniach Polaków podczas wojny nie mogły one być przyjazne Niemcom. Wszyscy Niemcy w powstających państwach satelickich (Polska, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia) zostali wywłaszczeni i wyrzuceni ze swoich domów. W naszej okolicy niektórzy znaleźli na krótko schronienie u współczujących Polaków. Wielu z nich pracowało za jedzenie i nocleg w stajni lub stodole jako służący lub parobek u nowych panów. W Andrzejowie, na przedmieściach Łodzi, wszystkie pozostałe niemieckie kobiety i dzieci zostały zamknięte przez milicję w kościele. Tam sortowano ludzi według ich wartości użytkowej. Wśród nich były moje dwie ciotki z dwójką małych dzieci i moja 72-letnia babcia. Jedna z ciotek miała trafić do obozu pracy bez dzieci. Dzieci płakały rozdzierająco z powodu rozłąki. Babcia wynegocjowała, że pójdzie do obozu pracy za ciotkę. Po wywiezieniu osób zdolnych do pracy do obozu pracy Sikawa pod Łodzią, pozostałe kobiety z dziećmi zebrano w grupę, wraz z bagażem ręcznym wyprowadzono na drogę krajową Łódź – Tomaszów i wysłano na wschód.

W ten sposób w tamtych czasach pozbywano się problemów z Niemcami w różnych wioskach. Moja babcia, Pauline Heidemann, matka mojej matki, zmarła w tym obozie już po kilku tygodniach. Opowiadano, że stare kobiety musiały dla rozrywki niektórych strażników wykonywać „skoki króliczka”. Ciotka, którą uratowała moja babcia, mieszkała tylko przez jakiś czas u mojej babci w Andrzejowie. Teraz została ponownie wysiedlona. Przyjechała do nas z małą córeczką i jeszcze mniejszym synkiem. My również zostaliśmy wywłaszczeni i nie mogliśmy jej przyjąć na stałe. Po kilku tygodniach znaleźliśmy dla nich mieszkanie i pracę dorywczą u krawca. Dwoje dzieci zostało zatrudnionych przez Polaków jako pasterze kóz. Po tych czystkach etnicznych w wielu wioskach milicja miała stopniowo rozbroić i rozwiązać bandy. W ramach politycznej reakcji w podziemiu zorganizowała się tzw. Armia Andersa. Generał Anders uciekł wraz z rządem polskim na wygnanie do Londynu w 1939 roku. Tam utworzył polską armię, która wraz z Anglikami walczyła przeciwko niemieckim faszystom jako piloci, a po inwazji na Francję jako żołnierze frontowi. Po kapitulacji Niemiec ich celem było przekształcenie Polski w demokratyczne państwo na wzór zachodni. Nie podobało się to komunistycznym władzom, które dążyły do stworzenia państwa na wzór radziecki. Walcząca w ukryciu Armia Andersa przybrała charakter ruchu partyzanckiego. Podczas napadów zabijała żołnierzy regularnej armii. Młody mężczyzna z naszej okolicy, Mietek Turek, powołany do służby wojskowej, został zastrzelony z pistoletu przy stole w knajpie pod Poznaniem podczas przyjacielskiej rozmowy. Zmniejszyło to sympatię do Armii Andersa. Komunistyczne władze wyznaczyły termin dobrowolnego rozwiązania armii. Ci, którzy nie zgłosili się w wyznaczonym terminie, zostali skazani na śmierć bez łaski. Dotknęło to wielu demokratycznie nastawionych Polaków. Partyzanci, którzy walczyli podczas wojny z Niemcami, zostali uhonorowani dożywotnią rentą. Młodszy brat zamordowanego Mietka, Tzecho, również otrzymał tę rentę. Bardzo wątpliwe było, czy w swoim wieku naprawdę należał do partyzantów. W takich przypadkach cenne były zeznania świadków.

Matka bandyty również w tych burzliwych czasach zajęła niemiecki dom i wygnała właścicieli. Milicja przydzieliła jej krowę mleczną z innej stajni. W ten sposób rodzina bandyty po raz pierwszy w życiu miała w miarę bezpieczne schronienie.

Grupa bandyty składała się wyłącznie z dzieci. Kiedy sytuacja się ustabilizowała, grupa rozpadła się sama. Tylko bandyta nie chciał się poddać. Nie chciał stracić władzy. Ale był teraz sam. Przypomniało mu się, co członkowie SA zrobili Polakom przed kościołem katolickim. Stanął na ulicy przed swoim domem i zażądał, aby każdy Niemiec go pozdrowił. Ja też miałem to zrobić. Było to sprzeczne z moim poczuciem honoru. Wywiązała się ostra bójka. Byliśmy mniej więcej równi siłą. Nikt mi nie pomógł. Byłem przecież tylko Niemcem. Nieznany chłopiec powiedział: „Ten Szwab ma odwagę”. Inny skinął mi głową i powiedział: „Daj mu porządnie”. Wyczerpani rozeszliśmy się. Od tamtej pory nie miałem odwagi wychodzić z wioski. Zawsze bałem się, że może mnie zaatakować cała banda, i szukałem ochrony u silniejszych polskich przyjaciół. W końcu czas wojny spędziliśmy w przyjaznej atmosferze zabawy. Bandyta postanowił dalej działać przeciwko Niemcom, którzy nadal byli pozbawieni praw, zdobył karabin i amunicję i ukrył je w lesie.

Powiedział do swoich kumpli: „Zastrzelimy tych bezużytecznych Niemców”. Tego samego wieczoru na skraju lasu padł strzał. Znaleziono starego mężczyznę z raną postrzałową płuca. Odprowadził swoją córkę, która chciała odwiedzić swoją siostrę, do skraju wsi i czekał w lesie, aby nie zostać złapanym i wysłanym.

Przybył sowiecki komendant i wpadł w szał.

Wszyscy wiedzieli, a raczej domyślali się, że to mógł być tylko bandyta. Jednak nigdy nie poszukiwano sprawcy.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Fortsetzung der Erinnerungen von Professor Herbert Höft – Turbulente Zeiten, Seiten 144–147.

                                              DER BANDIT

Schon als Kind wurde er Bandit genannt. Seinen Vater kannte niemand, auch die Väter seiner zwei kleineren Schwestern waren unbekannt. Wovon die Familie in ihrem zerfallenen Haus am Staatswald abseits des Dorfes lebte, wusste niemand. Als Pole im besiegten Land brauchte er nicht, nein, durfte er nicht zur Schule gehen. Bildung zukünftiger Sklaven erschien dem Nazistaat unnötig. Im Sommer stromerte er barfuß in den Wäldern herum, verfolgte Krähen, wilde Tauben in den Bäumen, wilde Enten an den Naturteichen und räuberte ihre Eier oder holte die Jungen aus den Nestern. Angeln war seine Leidenschaft und die Utensilien dazu waren schnell beschafft. Schnecken sammelte er für Mutters Küche, Pilze und Beeren, die seine Mutter gesammelt hatte, verkaufte er manchmal an Sommerfrischler im Dorf. Im Winter stellte er den Rebhühnern auf den Feldern nach und wilderte mit Fallen und Schlingen im Wald. Niemals wurde er dabei erwischt. Die Bauern hatten ihn im Verdacht, dass er mehr Geflügel stahl, als der Fuchs holen konnte. Się fanden Kaninchenställe aufgebrochen und manchmal verschwand sogar ein Schaf oder eine Ziege vom Feld oder aus dem Stall. Mit irgendetwas hatte er sich einmal das linke Auge verletzt. Er hielt es immer halb geschlossen. Sein Gesicht verzerrte er meistens zu einer Grimasse. Dieses Aussehen, seine zerfetzten Kleider, wenn man die Lumpen noch so nennen konnte, und seine verschlissenen Schuhe brachten ihm den Beinamen Bandit ein. Freunde hatte er keine. Kinder seines Alters beobachtete er stets nur aus größerer Entfernung.

So lebte er vor dem Krieg und während des Krieges, bis die Rote Armee unser Gebiet überrollte und größe Teile der Wehrmacht in der riesigen Wäldern zurückgeblieben waren. Die Sowjetarmee hatte die Städte Posen und später Berlin im Auge und kümmerte sich wenig, was hinter ihrer Front zurückblieb.

Nun kam seine große Zeit. Gewehre, Pistolen und Munition lagen genügend im Wald und auf den Feldern herum. Jetzt fand er auch Freunde und bald hatte er eine eigene Bande. Die bewaffneten Kinder räuberten bei den vogelfreien Deutschen und holten sich, was ihnen gefiel. Kinder können manchmal grausamer sein als Erwachsene. Sie trugen zusammengestoppelte Uniformen, gingen von Hof zu Hof, suchten na Alkohol und Gepökeltem, feierten Gelage in herrschaftlichen Häusern und schliefen ungewaschen in feinen Betten. Fremdes Eigentum ist in solch unklaren, gesetzlosen Zeiten anziehend. Dieses Leben währte nur wenige Monate. Dann meldete sich der neue polnische Staat und versuchte, Regeln und Ordnung durchzusetzen. Diese konnten natürlich nach den Erfahrungen der polnischen Menschen während des Krieges nicht deutschfreundlich sein. Alle Deutschen in den entstehenden Satellitenstaaten (Polen, Tschechoslowakei, Ungarn, Rumänien) wurden enteignet und aus ihren Häusern vertrieben. In unserer Gegend kamen manche für kurze Zeit bei mitleidigen Polen unter. Viele verdingten sich nur gegen Essen und Schlafen im Stall oder der Scheune als Magd oder Knecht bei den neuen Herren. In Andrzejów, einem Vorort von Lodz, wurden alle verbliebenen deutschen Frauen und Kinder von der Miliz in die Kirche gesperrt. Dort sortierte man die Menschen nach ihren Gebrauchswert. Meine zwei Tanten mit je zwei kleinen Kinder und meine 72 jährige Oma waren auch unter ihnen. Die eine Tante sollte ohne Kinder ins Arbeitslager. Die Kinder schrien wegen der Trennung herzzerreißend. So verhandelte Oma, dass sie für die Tante ins Arbeitslager gehen durfte. Nachdem man die Arbeitsfähigen in das Arbeitslager Sikawa bei Lodz gebracht hatte, wurden die verbliebenen Frauen mit Kinder in einen Tross zusammengestellt, mit ihrem Handgepäck auf die Fernstraße Lodz – Tomaszow geführt und nach Osten geschickt.

So entledigte man sich damals der Probleme mit den Deutschen in verschiedenen Dörfern. Meine Oma, Pauline Heidemann, Mutter meiner Mutter, starb schon nach wenigen Wochen in diesem Lager. Man erzählte, die alten Frauen mussten zur Erbauung mancher Bewacher ”Häschen Hüpf” machen. Die Tante, die von meiner Oma gerettet worden war, lebte nur zwischenzeitlich bei meiner Oma in Andrzejów. Jetzt wurde sie erneut vertrieben. Nun kam sie zu uns mit ihrer kleinen Tochter und dem noch kleineren Sohn. Wir waren auch enteignet und konnten sie nicht auf Dauer unterbringen. Nach Wochen fand się eine Unterkunft und eine Aushilfsarbeit bei einem Schneider. Die beiden Kinder wurden als Ziegenhirten von Polen tagsüber genommen. Nach dieser ethnischen Säuberung in zahlreichen Dörfern sollten auch die Banden durch die Miliz Schritt für Schritt entwaffnet und aufgelöst werden. Als politische Gegenreaktion organisierte sich im UNtergrund die sogenannte Andersarmee. General Anders war 1939 mit der polnischen Regierung ins Exil nach London geflohen. Er hatte dort eine polnische Armee aufgestellt, die mit den Engländern gegen die deutschen Faschisten z T. als Piloten und nach der Invasion in Frankreich als Frontsoldaten kämpfen. Nach der Kapitulation Deutschlands war ihr Ziel, Polen in einen demokratischen Staat nach westlichem Muster zu entwickeln. Das missfiel den kommunistisch orientierten Machthabern, die einen Staat nach sowjetischen Muster anstrebten. Die im Verborgenen kämpfende Andersarmee nahm den Charakter einer Partisanenbewegung an. Sie tötete bei Überfällen Soldaten der regulären Armee. Ein zum Wehrdienst eingezogener junger Mann aus unserer Nachbarschaft, Mjetek Turek, wurde in einer Kneipe bei Posen während eines freundschaftlichen Gesprächs mit einer Pistole am Tisch erschossen. Das minderte die Sympathie für die Andersarmee. Die kommunistische Staatsmacht stellte einen Termin für die freiwillige Auflösung. Wer sich nicht bis zu dem vorgegebenen Termin gestellt hatte, wurde gnadenlos zum Tode verurteilt. Das traf zahlreiche demokratisch gesinnte Polen. Die Partisanen, die während des Krieges gegen die Deutschen gekämpft hatten, wurden durch eine lebenslange Rente geehrt. Der jüngere Bruder, Tzecho, des getöteten Mjetek, bekam auch diese Rent. Ob. er in seinem Alter wirklich schon zu den Partisanen gehört hatte, war sehr fraglich. In solchen Fällen waren Aussagen von Zeugen wertvoll.

Die Mutter des Banditen hatte sich in dieser turbulenten Zeit auch ein deutsches Haus genommen und die Eigentümer verjagt. Die Milchkuh wurde ihr von einem anderen Stall durch die Miliz zugewiesen. So hatte die Familie des Banditen zum ersten Mal in ihrem Leben eine einigermaßen gesicherte Unterkunft.

Die Gruppe des Banditen bestand ausschließlich aus Kinder. Als die Verhältnisse wieder geordneter wurden, löste sie sich von selbst auf. Nur der Bandit wollte nicht aufgeben. Er wollte sich nicht entmachten lassen. Aber er war nun allein. Nun fiel ihm ein, was SA-Männer mit Polen vor der katholische Kirche gemacht hatten. Er stellte sich auf die Straße vor seinem Haus und verlangte, dass ihn jeder Deutsche grüßte. Auch ich sollte das tun. Das widersprach meinem Ehrgefühl. Eine heftige Schlägerei begann. Wir waren beide etwa gleich stark. Niemand half mir. Ich war ja nur ein Deutscher. Ein fremder Junge sagte: ”Der Schwobb traut sich ja was.” Ein anderer nickte mir zu und sagte: ”Gib es ihm nur ordentlich.” Erschöpft gingen wir auseinander. Seitdem traute ich mir aber mich mehr durchs Dorf. Ich fürchete immer, dass mich vielleicht eine ganze Bande überfallen könnte, und suchte Schutz durch stärkere polnische Freunde. Schließlich hatten wir ja die Kriegszeit in freundschaftlicher Spielatmosphäre verbracht. Der Bandit nahm sich vor, gegen die immer noch rechtlosen Deutschen weiter zu agieren, sicherte sich ein Gewehr und Munition und versteckte beides im Wald.

Er sagte zu seinen Kumpanen: ”Wir schießen diese unnützen Deutschen ab.” Noch am selben Abend fiel am Waldrand ein Schuss. Man fand einen alten Mann mit Lungenschuss. Er hatte seine verängsitgte Tochter, die ihre Schwester besuchen wollte, bis zu Dorfrand begleitet und wartete im Wald, um nicht weggefangen und verschickt zu werden.

Ein sowjetischer Kommandant kam und tobte.

Alle wussten, oder genauer gesagt, ahnten, das konnte nur der Bandit gewesen sein. Nach dem Täter wurde aber nie gesucht.