DO ŻABIEGO
Budzę się o czwartej. Niebo w chmurach. Schuhmertl stuka. Narada.
Pogoda bardzo niepewna. Szkoda, dziś niedziela. Gromady hucułów wylegną z cerkwi barwnym kobiercem. Ale trudno, pojadę do Woronienki. Zasypiam.
— Proszę pani! Proszę pani!— słychać wołanie i stuk w drzwi. Zrywam się wystraszona:
— Kto tam? Co się stało? — pytam.
— To ja. Śliczna pogoda. Może pani pojedzie — woła p. Janka Chumertlowa— wpół do 8-ej.
— Nie zdążę wrócić do 9 wieczorem, a po nocy tłuc się boję.
— To pani jutro wróci!
— Ba! A co pani mąż weźmie za drugi dzień? . .
— Spytam się. Wraca za chwilę: „Tylko 10 złotych. Dla pani!"
— Jazda! Niech Andrzej zaprzęga.
Ubieram się naprędce, pakuję do torby niezbędne rzeczy, biorę papier, wieczne pióro, ołówek i siadam na niewielki wypełniony sianem wózek z siedzeniem sprężynowem, specjalnie dla mnie pożyczonem.
Godzina 8 i pół. W jaki sposób w ciągu godziny zdążyłam ubrać się, spakować drobiazgi, wypić śniadanie i być koło tartaku, sama nie wiem.
Nieswojo mi się zrobiło, kiedy niebawem znalazłam się na samotnej kamienistej drodze, wśród prostopadłych niemal ścian górskich, arabeską ciemnych świerków i szmaragdu liściastego pokrytych, z młodym, kilkunastoletnim zaledwie, wyrostkiem tylko. Ale qui ne risąue rien, na rien"... otrząsnęłam się prędko z przykrego wrażenia i zapatrzyłam w bajecznie piękny krajobraz: szumiące potoki, łąki z kopami suchego siana pod baldachimem stogów, puste obrogi w oczekiwaniu przyszłych sianokosów, ciemne i strzeliste smereki, jasne wysmukłe brzozy, nieco rozłożyste olchy — wszystko w topieli promieni słonecznych pod przeczystą kopułą niebieską.
Powietrze balsamiczne, aż odurzające.
Miejscami rdzawą czerwienią znaczą się buki szaroplenne, zimnem i śniegiem zmrożone.
Droga okropna! Kamień na kamieniu!
— Potem lepiej będzie, Andrzeju? — pytam mego wszechwładnego w danej chwili pana.
— Potem będzie błoto i wyboje — odpowiada mi z flegmą.
Pocieszył! Zaczynam się,zastanawiać czy wyjdę cało z tej imprezy? Czy policzę w Żabiem kości? Czy nerki nie ruszą z miejsca.
Około Krzywego Pola — granicy między Worochtą 1 Żabiem zaczyna się rzeczywiście błoto z wybojami.
Ale ja tymczasem poszłam po rozum do głowy i przed każdą nierównością — boć ją widzę — siedząc z Andrzejem — tuż za końmi, unoszę się w górę, opierając nogi o wóz. Niezła huśtawka coprawda. ale trudno; trzeba sobie radzić jak można...
Szczyt Howerli znaczy się połaciami śnieżnemi na nieboskłonie; jedziemy ciągle pod górę, aż do Krzywego Pola, dokąd docieramy o godzinie 12.
Gniadosz i Kasztan — moje koniki, inaczej „Dziadzio" i „Tymonowicz" chrupią siano. Snują się drogą huculi w typowych swych strojach: mężczyźni w kapeluszach jasnych słomkowych, lub ciemnych filcowych ozdobionych lampasem z różnokolorowej włóczki takąż kitą, pomponem właściwie ze świecidełkami (kresanje), w wełnianych bronzowych, czarnych lub ponsowych getrach (kapczuri), w łapciach na nogach (postoły) zesznurowanych rzemykami (wołoki), z torebką skórzaną na pieniądze, za pas zatkniętą (moszanka), w spodniach bronzowych lub czerwonych i serdakach (kożuch) białych wyszywanych bogato i barwnie.
Hucułki w zapaskach z barwnego samodziału wełnianego (spódnica otwarta z obu boków, niby dwa dywaniki zawieszone z przodu i z tyłu), serdakach i dużych różnokolorowych chustkach (zapłytkach) w jaskrawe kwiaty, któremi mężatki w kształt zawoju czy turbanu owijają głowę. Z rzadka też przewiązują pod brodą, jak gdyby im ból zębów dolegał. Na nogach kapczuri i postoły, czasem czerwone albo żółte buty.
Od Krzywego Pola droga równie ciężka idzie nieco w dół, więc o godzinie 2-ej stajemy w Żabiem; na pograniczu Żabiego właściwego z Żabiem — Ilcią. Długim sznurem ciągnie lud z cerkwi. Co starszy hucuł trzyma w zębach białą fajeczkę metalową, na krótkim cybuszku.
Jedziemy Żabiem właściwem koło urzędu gminnego, cerkwi, szkoły powszechnej i wkraczamy do Żabiego-Słupejki z drugą cerkwią (parafją niższą), drugą szkołą i nędznym, stokroć nędzniejszym od worochciańskiego kościółkiem, stale zamkniętym, z bramą czerwoną murowaną o trzech otworach dla dzwonów, z których jeden tylko zawsze milczący wisi z lewej strony; w dwóch innych otworach sterczą smutnie dwa — wisielcze niby — postronki.
Przykry widok zaniedbania!
Długi ten gościniec ciągnie się parę kilometrów wzdłuż prześlicznego modrego od przeglądających się w nim połonin szmaragdowych szerokiego i spokojnie płynącego Czeremoszu.
Widok zaczarowany — jak z bajki.
Nieopodal Żabiego przejeżdżaliśmy koło klauzy" — sztucznego zatoru na rzece, który otwiera się tylko w dniu spławu drzewa tratwami Czeremoszem do Kut.
Godzina 3-cia; trzeba myśleć o posto* ju, noclegu. Od 8 i pół tłukę się na wózku, nieboga! Idzie jakiś inteligent. Każę stanąć, bo chcę zasięgnąć języka.
Kłaniam się przechodniowi i pozdrawiam grzecznie. Pytam o jakiś zajazd, względnie prywatne mieszkanie z pokojami do wynajęcia. Przyjeżdżają bowiem i tu letnicy.
— Na lato pani tu zjechała! No, to muszę pani powinszować! Ładnie pani wybrała! Tu grób, Sybir! Ja stąd uciekam! — Sypie się kaskada słów z ust mężczyzny w średnim wieku, o sympatycznym wyrazie twarzy, blond włosach i dużych wąsiskach.
Tłumaczę mu, że przyjechałam z Worochty na jeden dzień dla zwiedzenia Żabiego, wielkiej, typowej i przepięknie położonej nad Czeremoszem wsi huculskiej.
— W jakim to celu? — indaguje mię— może pani jest korespondentką?
— Tak, odpowiadam podając legitymację w nadziei, że mi to ułatwi znalezienie pokoju, bo ledwie już siedziałam na wózku, czując się zbitą na leśne jabłko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz