poniedziałek, 16 lutego 2026

Niezapomniane dni stycznia 1945 - Ucieczka - Kutno - Chodecz - Der Heimatbote - 4/1956 - cz.3

 


Nasza rodaczka pochodząca z Wołynia kontynuuje tutaj relację ze swoich przeżyć w nieszczęsnym roku 1945: ucieczka z Kutna, najazd wroga, a w końcu próba powrotu.

                                                           W Chodeczu, powiat Włocławek

W Chodeczu znalazłyśmy schronienie u dwóch kobiet. Tak się złożyło, że te dwie starsze panie właśnie potrzebowały siły roboczej. Pomieszczenia mieszkalne w ich domu, które opustoszały po ucieczce Niemców, musiały zostać przygotowane dla rosyjskiego wojska. Polscy robotnicy uchylali się od pracy, twierdząc, że to Niemcy powinni teraz pracować dla nich. My trzy kobiety byłyśmy akurat pod ręką i zabrałyśmy się do pracy. Sprzątałyśmy, przynosiłyśmy meble, zbierałyśmy drewno na opał, a także odśnieżałyśmy. Najmłodsza z nas zachorowała i miała gorączkę. Jednak panie były tak uprzejme, że zapewniły nam zakwaterowanie do czasu jej wyzdrowienia. Kiedy nadszedł ten moment, obie kobiety, matka i córka, udały się dalej do Kutna. Ja sama nie odważyłam się wyruszyć w tak długą drogę pieszo z powodu silnych dolegliwości w nodze. Panie nie miały nic przeciwko temu, żebym została z nimi. Najwyraźniej bały się też samotności w mieszkaniu. Zwłaszcza że kiedyś włamali się do nich rosyjscy żołnierze i ukradli żywność. Jak się dowiedziałam, obie kobiety wiele wycierpiały w czasie niemieckiej okupacji. Jednak zachowanie ich rodaków w czasie przewrotu bardzo je rozczarowało. Okazało się, że pewna grupa Polaków czekała tylko na ucieczkę Niemców, aby ograbić opuszczone sklepy i mieszkania. Tak więc nawet te dwie inteligentne kobiety nie były w stanie zapobiec splądrowaniu i zdemolowaniu ich domu, opuszczonego przez Niemców. Mówiono: co poniemieckie to nasze. W swoim zapale grabieżcy nie pomyśleli nawet o tym, że niektóre elementy wyposażenia mieszkań i inne przedmioty należały do polskich obywateli.

Tutaj, wśród Polaków, miałam wprawdzie ciężkie życie, ale byłam zadowolona, że mogłam tu zostać. W zamian za jedzenie i odzież wykonywałam wszystkie prace domowe i ogrodnicze, które często wymagały siły mężczyzny. Wiele niemieckich kobiet pracowało w jeszcze trudniejszych warunkach w mieście i na wsi. Często widziałam je pracujące w miejscach publicznych i na ulicach. Na plecach miały przypiętą wielką swastykę. Jednak Rosjanie wkrótce zakazali noszenia tego znaku. Niemcy musieli zwrócić wielkie kamienne bloki pomnika Kościuszki, które Żydzi musieli przenosić na swoim cmentarzu w czasach III Rzeszy. Pomnik został ponownie ustawiony na rynku. Niemcy mieli również za zadanie utrzymywać porządek na placu.

Był to trudny czas dla nas wszystkich. Najbardziej jednak przytłaczała nas żałoba po naszych bliskich, których straciliśmy, oraz troska o zaginionych, która ciążyła na nas wszystkich. Ja sama nie wiedziałam nic o losie mojego starego ojca, męża, szwagra i siostrzeńca. Nie wiedziałam też nic o moim synu, który zaginął wcześniej na froncie wschodnim. Wiosną 1945 roku niemiecka dziewczyna niespodziewanie przyniosła mi pognieciony, prawie nieczytelny list (tajną pocztę). Był to znak życia od mojego szwagra. Rozstaliśmy się podczas ucieczki. Napisał, że przebywa w obozie pracy w Nowa-Wieś koło Kutna i musi ciężko pracować. Mała dziewczynka nie wiedziała nic więcej. Teraz stało się dla mnie jasne, że dwie kobiety, z którymi uciekałem, spotkały mojego szwagra i podały mu miejsce mojego pobytu. Tak więc dobry Bóg sprawił, że dowiedziałem się przynajmniej o losie jednej z zaginionych osób. Niemniej jednak nadal dręczył mnie smutek i troska o wszystkich pozostałych członków rodziny. Wciąż błagałem Pana Wszechmogącego o ochronę i pomoc dla nich wszystkich.

Często podczas sprawunków, które prawie codziennie musiałem załatwiać w mieście i poza nim, miałem okazję obserwować życie i zgiełk. Kiedy ogłoszono wiadomość o zdobyciu Berlina przez Polaków i Rosjan, lud radował się, a miasto wypełniło się okrzykami radości. Tego samego dnia usłyszałem, że ołtarz kościoła ewangelickiego w Chodecz zostanie zdemontowany. Po pewnym czasie zaczęto mówić, że organy tego kościoła zostały sprzedane zagranicznej gminie katolickiej za 36 lub 38 tysięcy złotych. Sam kościół służył jako spichlerz. Aby kupić paszę dla kur, często miałem okazję tam wchodzić. W całym kościele było prawie ciemno. Najwyraźniej okna były zasłonięte. Ale kiedy główne drzwi były otwarte i wpadało przez nie światło dzienne, napisy nad ołtarzem świeciły pocieszająco dla wchodzących. Ławki już nie istniały. Chociaż wcześniej nie znałem tego kościoła, budynek ten zawsze dodawał mi otuchy. Wiedziałem przecież, że w tym kościele zostali kiedyś ochrzczeni i pobrali się moi dziadkowie. Plebania lub dom parafialny obok przy ulicy służył Polakom do publicznych spotkań. Bardzo ucierpiał z tego powodu, ponieważ był bardzo brudny, a wszędzie leżały niedopałki papierosów i strzępy papieru. Cmentarz ewangelicki, który od czasu do czasu mogłem odwiedzać, również popadał w coraz większą ruinę. Pasały się na nim gęsi i kozy. Bawiły się tam dzieci i wyciągały na ulice nieliczne pozostałe metalowe wieńce. Przy wejściu pojawiało się coraz więcej świeżo usypanych kopców. Nieozdobione i częściowo nieukształtowane, wyróżniały się glinianym kolorem na tle starych grobów.

Na targach tygodniowych sprzedawano produkty spożywcze, takie jak jajka, masło, mleko i drób, po coraz wyższych cenach. Często zakupione produkty spożywcze pakowano w strony wyrwane z Pisma Świętego. Bardzo rzucała się w oczy duża oferta towarów używanych. Sprzedawano wszystkie urządzenia gospodarstwa domowego, obuwie, bieliznę, odzież wierzchnią, zasłony, bieliznę, zastawy stołowe itp. Były wśród nich najpiękniejsze rękodzieła i wspaniałe hafty. Oczywiście wszystkie te towary pochodziły z niemieckich domów i zostały wykonane przez niemieckie kobiety. W tym czasie niemieckie sieroty mieszkały również w polskich rodzinach. W niektórych przypadkach dzieci miały się bardzo dobrze, ponieważ ich przybrani rodzice bardzo je polubili.

                                                               Minęło półtora roku...

Tak minęło półtora roku ciężkiej pracy, wielu wyrzeczeń, niedostatku, chorób i bez prawa do pomocy medycznej. Musiałam w milczeniu znosić pogardę i obelgi. Nie wspominając już o smutku związanym z losem moich bliskich. Nie miałam też żadnych wiadomości od szwagra. A kiedy sama próbowałam dowiedzieć się czegoś, słyszałam tylko o niedostatku i śmierci wśród Niemców. W obozach pracy szalał tyfus, który pochłonął wiele ofiar. Dowiedziałem się również, że wielu Niemców – zwłaszcza mężczyzn – zostało wywiezionych do Związku Radzieckiego. Wielu Niemców przewieziono również do Warszawy, aby sprzątać ruiny miasta. Przez przypadek dostałem kiedyś polską gazetę codzienną. Przeczytałem w niej ogłoszenie dotyczące naszego dawnego duszpasterza, pastora Kleindiensta z Łucka (Wołyń). Miał on wkrótce stanąć przed najwyższym polskim trybunałem i zostać skazany na śmierć przez powieszenie... Ta wiadomość była dla mnie druzgocąca. Straciłem wszelką nadzieję, że my, Niemcy, kiedykolwiek stąd wyjedziemy. Jednak pocieszeniem był dla mnie Psalm 121. Ta pozorna beznadziejność nauczyła mnie patrzeć w górę, na góry, z których przychodzi mi pomoc. Jak dowiedziałam się znacznie później, wyrok śmierci na pastora Kleindiensta nie został jednak wykonany. Była to wszechmocna decyzja i wola miłości, aby wyrwać naszego rodzimego duszpasterza ze szponów złośliwej arbitralności i zwrócić go jego bliskim.

                                                                        (ciąg dalszy nastąpi)


Unsere aus Wolhynien stammende Landsmännin setzt hier den Bericht über ihre Erlebnisse im Jahre des Unheils 1945: die Flucht aus Kutno, die Überrollung durch den feind, schließlich den  Versuch zurückzukehren, fort.

                                                In Chodecz, Kr. Leslau

In Chodecz fanden wir bei zwei Frauen Rast. Es traf sich so daß diese zwei alten Damen gerade Arbeitskräfte benötigten. Es mußten nämlich Wohnräume ihres Hauses, die durch die Flucht der Deutschen frei geworden waren, für russisches Militär hergerichtet werden. Die polnischen Arbeiter drückten sich, nach ihrer Meinung müßten nunmehr die Deutschen, für sie arbeiten. Wir drei Frauen waren gerade bei der Hand und packten zu. Es wurde geputzt, Möbel wurden herbeigeschafft, Feuerholz geholt und auch Schnee geschaufelt. Dabei wurde die Jüngste von uns krank und fieberte. Doch die Damen waren so anständig und gewährten uns Unterkunft bis zu deren Genesung. Als es soweit war, gingen die beiden Frauen, es waren Mutter und Tochter, weiter nach Kutno. Ich selbst wagte es nicht, wegen starker Beschwerden im Bein den weiten Weg zu Fuß noch mitzumachen. Die Damen hatten nichts dagegen, wenn ich noch bei ihnen bliebe. Anscheinend fürchteten sie sich auch, alleine in der Wohnung zu sein. Zumal bei ihnen schon einmal russische Soldaten eingebrochen waren und Lebensmittel entwendet hatten. Wie mir bekannt wurde, hatten die beiden Frauen zur Zeit der deutschen Besetzung viel Unrecht erleiden müssen. Aber das Gebaren ihrer eigenen Landsleute in der Zeit des Umsturzes hatte sie sehr enttäuscht. Es war ja so, daß eine gewisse Schicht von Polen nur auf die Flucht der Deutschen wartete, um die verlassenen Geschäfte und Wohnungen zu berauben. So konnten es auch diese beiden intelligenten Frauen nicht verhindern, daß auch ihr Haus, von den Deutschen verlassen, ausgeplündert und demoliert wurde. Es hieß: co poniemieckie to nasze. Die Plünderer hatten in ihren Eifer gar nicht daran gedacht, daß manche Wohnungseinrichtung und mancher andere besitz von polnischen Bürgern stammte.

Hier unter den Polen hatte ich nun zwar ein schweres leben, doch war ich zufrieden, dableiben zu dürfen. Für Essen und abgelegte Kleidungsstücke verrichtete ich im Haushalt und auch im Garten alle Arbeiten, das oft Manneskräfte erforderten. Viele deutsche Frauen arbeiteten unter noch viel schwereren Verhältnissen in der Stadt und auf dem Lande. Oftmals sah ich sie auf öffentlichen Plätzen und Straßen arbeiten. Auf dem Rücken war ihnen ein großes Hakenkreuz angeheftet. Das Tragen dieses Zeichens wurde jedoch von den Russen bald verboten. Die großen Steinblöcke des Kosciuszki-Denkmals, die die Juden zur Zeit des Dritten Reiches auf ihnen Friedhof hatten schleppen müssen, mußten die Deutschen wieder zurückbringen. Das Denkmal wurde dann wieder auf dem Marktplatz aufgestellt. Es war auch die Aufgabe der Deutschen, den Platz in Ordnung zu halten.

Es war eine schwere Zeit für uns alle. Am schlimmsten aber drückte uns der Gram um unsere Angehörigen, die wir verloren hatten und die Sorge um unsere Vermißten, die doch auf uns allen lastete. Ich selbst wußte nichts von dem Verbleib meines alten Vaters, meines Mannes, des Schwagers und des neffen. Und wußte auch nichts von meinem schon früher an der Ostfront vermißten Sohne. Im Frühjahr 1945 brachte mir ganz unerwartet ein deutsches Mädchen ein zerknülltes, fast unleserliches Schreiben (Geheimpost). Es war ein Lebenszeichen von meinem Schwager. Mit ihm war ich ja auf der Flucht auseinander gekommen. Er schrieb nun, daß er sich in einem Arbeitslager in Nowa - Wies bei Kutno befände und schwer arbeiten müsse. Weiter wußte auch das kleine Mädchen nichts. Nun war es mir auch klar, daß die beiden Frauen, mit denen ich auf der Flucht zusammen war, mit meinem Schwager zusammengekommen waren und ihm meinen Aufenthaltsort angegeben hatten. Also hatte es der gütige Gott so gelenkt, daß ich zumindest von einem Vermißten schon etwas erfahren hatte. Dennoch nagte der Gram und die Sorge um alle anderen Angehörigen weiter. Immer wieder flehte ich zu meinem Herrn, dem Allmächtigen, um Schutz und Hilfe für sie alle.

Oftmals bot sich mir bei Besorgungen, die ich fast täglich in der Stadt und auch außerhalb derselben zu erledigen hatte, Gelegenheit, das leben und Treiben zu beobachten. Als die Kunde von der Eroberung berlins durch Polen und Russen bekanntgegeben wurde, jauchzte das Volk beglückt und die Stadt war voller Jubel. Am gleichen Tage hörte ich im Vor übergehen, daß Altar der evangelischen Kirche in Chodecz abmontiert würde. Nach einiger Zeit wurde davon gesprochen, das die Orgel dieser kirche an eine auswärtige katholische Gemeinde für 36 oder 38 000 Zloty verkauft worden sei. Die Kirche selbst diente als Getreidespeicher. Um Hühnerfutter zu kaufen, bot sich mir des öfteren Gelegenheit, dort einzutreten. Es war fast dunkel in  der ganzen Kirche. Anscheinend waren die Fenster verstellt. Wenn aber die Haupttür geöffnet war und das Tageslicht durch sie hereinfiel, leuchteten die Sprüche über dem Alter dem Eintretenden tröstlich antgegen. Bänke waren nicht mehr vorhanden. Obwohl ich dieses Gotteshaus vorher nicht gekannt hatte, gab mir dieses Gebäude stets wieder Mut. Wußte ich doch, daß in dieser Kirche einstmals meine Großeltern getauft und auch getraut worden waren. Das Pfarrhaus oder Gemeindehaus nebenan an der Straße diente den Polen für öffentliche Zusammenkünfte. es wurde dadurch sehr in Mitleidenschaft gezogen, denn es war sehr schmutzig und überall lagen Zigarettenreste und papierfetzen herum. Der ev. Friedhof, den ich ab und zu einmal aufsuchen konnte, geriet auch immer mehr in Verfall. Gänse und Ziegen wurden darauf gehütet. Kinder spielten dort und verschleppten die wenigen noch verbliebenen Metallkränze auf die Straßen. Frisch angehäufte Hügel reihten sich am Eingang immer mehr aneinander. Ungeschmückt und teils auch ungeformt stachen sie lehmfarbig von den alten Grabstätten ab.

An Wochenmärkten wurden Lebensmittel wie Eier, Butter, Milch und Geflügel zu immer höher kletternden Preisen frei angeboten. Oftmals wurden die gekauften Lebensmittel in aus der Heiligen Schrift gerissenen Seiten eingewickelt. Sehr Auffällig war das große Angebot von Altwaren. So wurden alle Haushaltsgeräte, Schuhwerk, Wäsche, Oberbekleidung, Gardinen, Tischwäsche usw. angeboten. Die schönsten Handarbeiten und wundervolle Stickereien waren dabei. Selbstverständlich stammten alle diese Waren aus deutschen Häusern und waren von deutsche Frauen angefertigt. Es lebten zu dieser Zeit auch deutsche Waisenkinder bei polnischen Familien. In manchen Fällen hatten es die Kinder hierbei sehr gut, denn sie waren ihren Pflegeeltern ans Herz gewachsen.

                                                          Eineinhalb Jahre vergingen...

So vergingen eineinhalb Jahre in schwerer Arbeit, unter viel Entbehrungen, Not, Krankheit und ohne Anrecht auf ärztliche Hilfe. Verachtung und Schimpfworte mußte ich schweigend hinnehmen. Ganz abgesehen von dem Kummer über den Verbleib meiner Lieben. Auch von dem Schwager hörte ich nichts mehr. Und wenn ich selbst etwas zu erfahren suchte, hörte ich nur noch von Not und Tod unter den Deutschen. In den Arbeitslagern wütete der Typhus, der sehr viele Opfer holte. Weiter hörte ich, daß viele Deutsche - insbesondere Männer - in die Sowjetunion verschleppt worden seien. Auch nach Warschau, zur Räumung der Stadtruinen, wurden viele Deutsche verbracht. Durch einen Zufall erhielt ich einmal eine polnische Tageszeitung. Hierin las ich eine Bekanntmachung über unseren früheren Seelsorgen. Herrn Pastor Kleindienst aus Luck (Wolhynien). Er hätte sich in Kürze vor dem höchsten polnischen Tribunal zu verantworten und werde zum Tode durch den Strang verurteilt... Diese Nachricht war für mich niederschmetternd. Ich verlor darüber ganz die Hoffnung, daß wir Deutschen noch einmal von hier fortkommen würden. Doch war für mich hier der 121. Psalm Trost. Diese scheinbare Aussichtslosigkeit lehrte mich, aufzuschauen zu den Bergen, von welchen mir Hilfe kommt. Wie ich dann sehr viel später erfahren habe, ist das Todesurteil an Pastor Kleindienst nachher doch nicht vollstreckt worden. Es war des allmächtigen Liebesratschluß und Wille gewesen, unseren heimatlichen Seelsorger der Klauen böswilliger Willkür zu entreißen und ihn den Seinen wiederzugeben.

                                                            (Fortsetzung folgt)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz