Oprócz wielu więzień, miejscem zagłady Niemców był słynny obóz koncentracyjny Sikawa. Już samo słowo „Sikawa” budziło wśród wszystkich Niemców z Łodzi niewyobrażalny strach, podobnie jak nazwa „Auschwitz” (obóz koncentracyjny pod Krakowem) była w czasach hitlerowskich dla Żydów przerażającą nazwą, która budziła strach o własne życie. W Sikawie Niemcy byli bici, głodowali, marzli i nieustannie patrzyli śmierci w oczy. W tej sytuacji jedna z współtowarzyszek niedoli napisała:
Drogi Ojcze w niebie, wysłuchaj naszych modlitw,
Niech wszystkie niemieckie kobiety staną przed Tobą.
Jesteśmy zranione na ciele i duszy!
Panie, tylko Ty dajesz siłę do znoszenia tego!
A teraz prosimy Cię z gorącym sercem
Obdarz nas zbawieniem z nędzy i bólu!
Spójrz, klękamy przed Tobą:
Pozwól nam wreszcie wrócić do domu!
Niech wysoki mur wokół nas ustąpi –
A my wyciągniemy ręce do przyjaciół i wrogów
W Sikawie był również uwięziony dr Sauer. Opowiedział mi, że więźniowie nie otrzymywali tam jedzenia przez trzy dni. Wyposażenie gabinetu dr. Sauera, narzędzia medyczne itp. zostały skradzione; aby pozbyć się właściciela i niewygodnego świadka, został on bezceremonialnie wysłany do Sikawy.
Mężczyźni, którzy powracali z Wehrmachtu do swoich rodzin, szczęśliwi z powodu radości ponownego spotkania, byli natychmiast zabierani, najpierw umieszczani w obozach koncentracyjnych, a następnie wysyłani na Syberię. W innych przypadkach byli natychmiast rozstrzeliwani, tak jak pan Weigt. W Łodzi rzadko widywano wówczas niemieckich mężczyzn, tylko kobiety, dzieci i starców. Wszyscy mężczyźni musieli wyruszyć w okrutną podróż na Syberię z powodu służby w niemieckiej armii. Droga ta prowadziła przez obozy koncentracyjne, które Rosjanie i Polacy zbudowali dla Niemców etnicznych. Żaden z Niemców nie odważył się pokazać na ulicy w biały dzień. Kobiety, które chciały porozmawiać ze swoimi krewnymi, musiały robić duże objazdy i to po zmroku, aby nie zostać zauważonymi i pobitymi przez Polaków. Każdy Polak nosił odznakę, dzięki czemu można było natychmiast rozpoznać Niemca.
W moim domu
Odwiedziłem również mój dom i mieszkanie w Łodzi. Chciałem odebrać dyplom lekarza, który zostawiłem tam w pośpiechu. Jak to tam wyglądało! Moje gabinety były zdemolowane. Rosjanie weszli przez okna, rozbijając szyby, a kiedy już byli w środku, wyłamali szafki, pocięli instrumenty na kawałki, podarli książki na strzępy i wszystko rzucili na podłogę. Drzwi wejściowe zostały otwarte siłą, ściany były zabrudzone błotem. To było pomieszczenie, w którym kiedyś leczyłem chorych, a które znajdowało się na parterze.
Mieszkania na poszczególnych piętrach były już zajęte przez Polaków. W moim przestronnym 9-pokojowym mieszkaniu na pierwszym piętrze mieszkała pani Hejka, żona lekarza z Małopolski. Rodzina Hejka mieszkała przez cały okres wojny w swoim małym mieszkaniu przy ulicy Emilien, gdzie mieszkała również przed wojną. Niemcy nie wyrzucili ich stamtąd. Jako lekarz specjalista leczyłem tam również ich dziecko. Niemniej jednak po wkroczeniu Armii Czerwonej rodzina Hejka uznała, że teraz albo nigdy nie będzie okazji, aby zdobyć piękne, duże mieszkanie – po prostu zajmując moje mieszkanie. Kiedy tam wszedłem, zachowała się wobec mnie bardzo bezczelnie i nie chciała mi oddać mojego dyplomu. Wskazała mi drzwi i kazała natychmiast opuścić mieszkanie. „Jest pan Niemcem!” – krzyknęła za mną.
Jednak nagłe pojawienie się właściciela przestraszyło ją. Dlatego następnego dnia rozpowszechniła w izbie lekarskiej i w mieście plotkę, że byłem pracownikiem gestapo i zamordowałem Rosjanina. Ponieważ poinformowała o tym również milicję, przed moim domem dzień i noc stał strażnik, aby mnie aresztować, gdy tylko się tam pojawię. Na szczęście nie pokazałem się tam więcej. Bóg sprawił, że uczciwy polski lekarz poinformował mnie o tym zamachu i ostrzegł mnie. Ten Polak poradził mi, abym jak najszybciej opuścił miasto.
Rzeczywiście, co miało mnie zatrzymać w Łodzi? Nawet nasze kościoły ewangelickie zostały zajęte. Kościół Trójcy Świętej przejęło wojsko, a kościół św. Jana został przeznaczony przez jezuitów dla polskiej młodzieży. Nawet cmentarz był zamknięty dla Niemców.
Tak, wtedy, w 1945 roku – dziesięć lat temu – Niemcy etniczni w Polsce byli narodem pozbawionym wszelkich praw życiowych. Nie było możliwości publicznego mówienia po niemiecku, słuchania słowa Bożego, wyrażania swojej opinii, nie było niemieckiej szkoły, kościoła, pracy poza niewolniczą pracą bez chleba i pieniędzy, mieszkania, majątku, lekarstw, a nawet lekarza... Każdy Niemiec był skazany na głód i niedostatek, śmierć duchową i fizyczną. Czerwony rząd i czerwona ludność były zgodne co do jednego: nie tylko zemścić się na Niemcach, ale całkowicie ich zniszczyć i wytępić.
O złotych zegarkach
Rosjanie mieli swój udział w prześladowaniu Niemców. Prześladowali wszystkich: bogatych i biednych, małych i dużych, prześladowali nawet robotników, mimo że w doktrynie marksistowskiej brzmi to tak pięknie: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”. Jednak w tej doktrynie, w pięknych komunistycznych hasłach o braterstwie ludu robotniczego, niemiecki robotnik w Łodzi i wszędzie, gdzie byłem, stanowił wyjątek. Niemiecki robotnik był dręczony, bity, torturowany, podobnie jak inteligencja i wyższa klasa kapitalistów, z którą miał przecież podjąć walkę i do której Moskwa wzywała go do tej walki.
Przykładem rosyjskich grabieży jest sytuacja, która nie jest pozbawiona komizmu. Pewnego wieczoru siedzę w polskim mieszkaniu, gdy nagle wtargnęli do niego dwaj umundurowani żołnierze Armii Czerwonej. W mieszkaniu znajdują się dwaj Polacy, którzy niedawno przenieśli się z Warszawy do Łodzi: sędzia i dyrektor. Rosjanie podchodzą do dwóch Polaków. Jeden chwycił dyrektora za gardło, drugi zaciągnął sędziego do sypialni i zaczął z nim walczyć. Rosjanie twierdzili, że obaj Polacy są w rzeczywistości Niemcami i należy ich pobić. Dyrektor wyjaśnił Rosjaninowi, że jest prawdziwym Polakiem i urodził się w Warszawie. „Rozumiesz”, mówi do niego, „pochodzimy z miasta, w którym mieszka prezydent, gdzie znajdował się Zamek Królewski, gdzie są Łazienki – ogród nad jeziorem. Jesteśmy Polakami, dlaczego nas bijesz?”. „Nie, jesteście Niemcami”, krzyczy rosyjski żołnierz. Po dłuższej walce Rosjanie odchodzą. Obserwuję to wszystko i dziwię się, że nie zostałem zaatakowany. Ale wkrótce zagadka zostaje rozwiązana. Obaj Polacy nosili swoje złote zegarki na łańcuszkach w kieszeni kamizelki, a ja nie miałem żadnego. Podczas bójki Rosjanie zabrali im zegarki.
„To piękny początek tutaj, w Łodzi” – powiedział później dyrektor. „Myśleliśmy, że okradają Niemców, ale wygląda na to, że sprawa ma się nieco inaczej. Jak długo nasi „sojusznicy” będą się tak zachowywać?”.
Godzinę później znów zadzwonił dzwonek. Wszyscy obecni zbledli. „Chyba nie wrócili?”, powiedział sędzia i otworzył drzwi. Wszedł dentysta. Sąsiad, który ma gabinet dentystyczny w tym samym budynku, starszy pan po sześćdziesiątce.
Jest blady i zaniepokojony. „Panowie”, zaczyna, „niedawno miałem dziwne doświadczenie. Chciałem wam o tym powiedzieć i was ostrzec. Pół godziny temu przyszło do mnie dwóch żołnierzy. Przez długi czas przyglądali mi się bacznie, a potem jeden z nich powiedział:
„Towarzyszu doktorze, mam chory ząb, strasznie mnie boli, proszę go wyrwać”. Poprosiłem ich do gabinetu, zbadałem zęby jednego z nich, ale wszystkie były zdrowe. Pokazał mi ząb mądrości, który rzekomo go bolał, i poprosił, żebym go wyrwał, obiecując mi w zamian za moje wysiłki cały bochenek chleba. Panowie, ząb był zdrowy, ale myśl o otrzymaniu całego bochenka chleba była tak kusząca, że wyrwałem mu zdrowy ząb bez znieczulenia, a facet nawet nie drgnął. „Dobrze”, powiedział, „jutro dostanie pan chleb”. Obaj odeszli. Pełen radości biegnę do jadalni i informuję o tym moją żonę. „Wanda”, wołam, „jutro będziemy mieli w domu cały bochenek chleba, tak wspaniałą zapłatę w dzisiejszych głodnych czasach”. Moja żona cieszy się z radości. „Teraz nie muszę już stać tej nocy 4 godziny w kolejce, aby otrzymać 400 gramów chleba. Jutro – kontynuuje – zaproszę moją siostrę Reginę na herbatę i dobry chleb żołnierski”.
„Czy mam już podać kolację?” – zapytała mnie. „Która godzina, sprawdź”. . .
„Panowie, sięgam do kieszeni, a mojego złotego zegarka nie ma. Słyszał pan, panie dyrektorze, mój złoty zegarek zniknął. W czasie, gdy tak bardzo się starałem, aby wyrwać mu zdrowy ząb, ten łotr ukradł z mojej kieszeni mój złoty zegarek. Czy mogą to państwo pojąć, panie dyrektorze i panie sędzio?”
„Tak, możemy to pojąć i rozumiemy pana, panie doktorze, całkowicie, rozumiemy pana bardzo dobrze” – powtórzyli obaj.
(Ciąg dalszy nastąpi)
„Litzmannstadt, 14 stycznia 1945 r. Wieść o całkowitym załamaniu się frontu nad Wisłą i powstaniu kilkusetkilometrowej luki frontowej rozchodzi się po mieście. Władze okręgu oficjalnie ogłaszają jednak, że sytuacja zaczyna się stabilizować, a nowe armie są w drodze.
15 stycznia. Krążą pogłoski o pojawieniu się rosyjskich czołgów. Armia rosyjska Koniewa ma przemieszczać się z mostu Baranow z ogromną prędkością przez Kielce i Częstochowę do Górnego Śląska.
17 stycznia. Cały front aż do Warszawy został zniszczony. Nie ma rozkazu ewakuacji. Władze powiatu nie udzielają żadnych informacji. Lokalny przywódca wraz z całym swoim sztabem są kompletnie pijani. Na dworcach gromadzą się tłumy ludzi, walczących o miejsca w pociągach, które nadal kursują zgodnie z rozkładem. Ludzie trzymają się dachów i podnóżków. Jest bardzo zimno. Wielu zamarza. Przerażające sceny z udziałem dzieci. Naloty, bomby burzące.
18 stycznia. Brak rozkazu ewakuacji. Po południu niemieccy żołnierze, pojedynczo i w małych grupach, zmęczeni, wyczerpani, ranni, częściowo bez broni, uciekają na zachód. Ponownie alarm powietrzny. Bomby. Panika wśród tysięcy ludzi na dworcu. Brak schronów przeciwlotniczych. Starsi i słabi są deptani. W zapadającym zmroku słychać strzały. Ostry wschodni wiatr. Zaczyna padać śnieg. W tym momencie do miasta wjeżdżają pierwsze rosyjskie czołgi. Dzika rozpacz. Wszyscy pędzą pieszo ulicami na zachód. Ci, którzy nie mają pojazdów, ciągną walizki po śniegu za pomocą lin.
Łódź była tylko jednym z przykładów. Wszystko w Warthegau zawaliło się z dnia na dzień. Armia Czerwona wkroczyła i nastąpił przewrót. Dla Niemców w Warthelandzie, dla wszystkich, którzy uciekli zbyt późno lub w ogóle nie uciekli, nastała noc, po której nie nadeszło już jutro. Losy Niemców w Łodzi, Dombie i innych miejscach po wkroczeniu Rosjan były już wielokrotnie opisywane. Dzisiaj zaczynamy od szczególnie interesującego relacji, wspomnień lekarza z Łodzi.
Teraz lekarz z Łodzi opowie nam o swoich przeżyciach, o tym, jak wyglądała sytuacja w 1945 roku w Łodzi, Dombie i innych miejscach. Kiedy 17 stycznia 1945 roku na Łódź spadły „choinki” i bomby, ja również opuściłem miasto. Nie było innej możliwości niż szeroka droga, czyli trekking na zachód, jak wcześniej przepowiadano. Po kilku dniach dotarłem do Ostrowa, gdzie w plebanii znalazłem żonę i dzieci, które były w Kaliszu. Było już zbyt późno, aby iść dalej; Rosjanie zbliżali się coraz bardziej ze swoimi czołgami.
Miasteczko Ostrowo było przepełnione uchodźcami. Wszędzie stały wozy uchodźców, głównie z Łodzi, którzy nie mogli jechać dalej. Razem z wieloma innymi udaliśmy się na przedmieścia Ostrowa i zatrzymaliśmy się w małym domku. Dwa dni później pojawili się Iwanowie. Polacy rabowali i plądrowali, jakby uwolniono ich z łańcuchów, Niemców aresztowano, mnie również, i zamkniętą w stodole. W nocy widziałem, jak milicja wyciągała mężczyzn ze stodoły, a wkrótce potem usłyszeliśmy strzały. Mnie również złapali, ale kiedy przekonali się, że jestem lekarzem, uwolnili mnie.
Następnego dnia kupiec z Łodzi zabrał nas do Kalisza. Tam natychmiast zniknęło wszystko, co udało nam się uratować z Łodzi: futra, rzeczy, bielizna. Kupcy z Łodzi zostali pobici przez Rosjan w Kaliszu, grożono im pistoletem. Później wszyscy zostali aresztowani.
W Kaliszu rozpoczęła się dla nas ciężka doba niewoli. Żona i dzieci pozostały tutaj, w mieszkaniu w piwnicy. Nie mogły wejść do mieszkania teścia: na domu braci Müller i ich fabryce widzieliśmy czerwone flagi.
Ja sam 27 stycznia wyruszyłem pieszo do Łodzi. Szedłem przez Opatówek, Zduską Wolę, Łask, Pabianice. W drodze spotkałem wielu Polaków, ale także Niemców. W każdej małej miejscowości zatrzymywano nas i sprawdzała uzbrojona milicja. Za Zdunską zostałem aresztowany i umieszczony w brudnej celi. Nagle, pod wieczór, wezwano mnie do komendanta milicji. Dowiedział się on, że jestem lekarzem i kazał mi zbadać swoje chore dziecko. Zrobiłem to i stwierdziłem u dziecka zapalenie płuc. W ten sposób łaskawie zwolniono mnie z wiejskiego więzienia, przydzielono mi eskortę i nakazano zamówić dobre lekarstwo w Łasku. Było lodowato zimno, po drodze spotkaliśmy wielu Rosjan, większość z nich całkowicie pijanych, wódka miała chyba pomóc im przetrwać zimno. Kiedy w końcu dotarliśmy do Lask, okazało się, że nie tylko apteka, ale także wiele domów zostało zniszczonych przez bomby i ogień. Mój towarzysz udał się do apteki w Zdunskiej Woli, a ja sam poszedłem dalej w kierunku Łodzi. Bardzo marzłem, ale nie odważyłem się wejść do żadnego domu, ponieważ wszędzie czaiło się niebezpieczeństwo.
W Łodzi po „wyzwoleniu”
Ponownie znalazłem się w Łodzi i przez pięć tygodni mogłem obserwować, jak potoczyły się losy Niemców po przewrocie. Był to straszny czas prześladowań, głodu i niewolnictwa dla każdego Niemca. Mężczyźni i chłopcy trafiali do obozów, wszystkie kobiety musiały ciężko pracować, mieszkania były konfiskowane, a rzeczy plądrowane. Niemcy nie mieli kart żywnościowych, nie było dla nich chleba. Musieli żyć w wilgotnych piwnicach lub poddaszach, w ciągu dnia ciężko pracować, a w nocy – przeszukiwać domy, gdzie do woli kradziono, bito, gwałcono... To było życie!
Kiedy pewnego dnia pojawiłem się u pani G. na rogu ulic Głównej i Targowej, mieszkanie wyglądało jak po trzęsieniu ziemi: przewrócone krzesła, przesunięte szafki, na podłodze potłuczone szkło i porcelana, bielizna i podarte książki. „To się tutaj nazywa rewizja” – powiedziała do mnie właścicielka mieszkania, która leżała chora w łóżku – „i każdej nocy to samo, a niektóre noce nawet kilka takich wizyt”. Kiedy odwiedziłem starego Wilhelma L. w jego skromnej strażnicy przy ulicy Głównej, usłyszałem, jak dozorca krzyczy: „Wilhelm L. i pani, oboje na dół, odśnieżanie, zamiatanie ulic, natychmiast do pracy”. Moja siostra z ulicy Zeromskiego poprosiła polskich sąsiadów, aby chronili jej córki przed brutalną milicją – wszystkie drzwi były zamknięte, nikt nie chciał ich wpuścić. Pewnemu robotnikowi spodobało się mieszkanie przy ulicy Sosnowej 8, więc właścicielka musiała się wyprowadzić. Kiedy po kilku dniach wróciła i poprosiła robotnika, aby dał jej trochę węgla z piwnicy, ten zgłosił ją milicji. Została natychmiast aresztowana wraz z mężem, niemieckim nauczycielem. Jej mąż trafił do Sikawy, a ona do obozu koncentracyjnego przy ulicy Kopernika. Stamtąd przewieziono ją do Potulic koło Bydgoszczy, gdzie zginęła. Dobra Polka napisała za nią list do jej brata: „Piszę do Pana, ponieważ pani Fulde nie może sama pisać. Prosi o pomoc i uwolnienie, prosi Pana o skontaktowanie się z adwokatem”. Ale było już za późno.
Byłem świadkiem, jak zdemolowano mieszkanie piekarza Meißnera przy ulicy Nawrot w Łodzi. Został on później zamordowany. Zginęli również jego brat, właściciel fabryki Meißner, oraz piekarz Heß. Mistrza farbiarza Meißnera spotkałem kiedyś krwawiącego na ulicy Kilinskiego. Opowiedział mi, jak zwabiono go do domu i zmuszono do wejścia po schodach. Na pierwszym, drugim i trzecim piętrze stali robotnicy, którzy go bili i kopali, aż upadł. Był to pan około siedemdziesiątki, ale mimo to nie oszczędzono go.
Pani O. T. została aresztowana w nocy i przewieziona do więzienia przy ulicy Sterlinga, a jej siostrę i córkę, panią Jendryk, wywieziono do pracy do Warszawy, gdzie zginęły. Kiedy pewnego dnia szedłem ulicą Nawrot, spotkałem pana Römera, który został napadnięty przez Polaka obok swojego sklepu i wyrwano mu walizkę z ręki. „Jesteś Niemcem” – krzyczał Polak. Nikt nie stanął w obronie Römera.
Byłem w wielu mieszkaniach Niemców: Cygan, Meißner, Bräunig, który później zginął w Rosji, Fulde, Römer, Ziegler – wszędzie panowała atmosfera grozy, chorób, głodu i zimna...
(ciąg dalszy w następnym numerze)
Eine Stätte der Vernichtung der Deutschen war außer den vielen Gefängnissen das berühmte KZ-Lager Sikawa. Schon das Wort "Sikawa" flößte jedem Lodzer Deutschen unnennbaren Schrecken ein, ähnlich wie der Name "Auschwitz" (KZ bei Krakau) zur Hitlerzeit für die Juden ein Schreckname gewesen ist, bei dem man für sein Leben bangen mußte. In Sikawa hat man die Deutschen geschlagen, sie haben dort gehungert, gefroren und sahen ständig den Tod vor den Augen. In dieser Lage hat eine Leidensgenossin geschrieben:
Teurer Vater droben, hör doch unser Beten,
Laß die deutschen Frauen all vor Dich hintreten.
Wund an Leib und Seel sind wir geschlagen!
Herr, Du allein, gibst Kraft zum Tragen!
Und nun bitten wir Dich mit heißem Herzen·
Schenk Erlösung uns aus Not und Schmerzen!
Sieh, wir liegen vor Dir auf den Knien:
Laß uns endlich wieder heimwärts ziehen!
Laß die hohe Mauer um uns weichen -
Und wir wollen Freund und Feind die Hände reichen
In Sikawa war auch Dr. Sauer eingesperrt. Er erzählte mir, daß die Insassen dort drei Tage lang kein Essen bekommen haben. Dr. Sauers Praxiseinrichtung, die medizinischen Instrumente usw. waren geraubt worden; um sich von Besitzer und lästigen Zeugen zu befreien, wurde er kurzerhand nach Sikawa geschickt.
Männer, die aus der Wehrmacht zu ihrer Familie nach Hause kömen, glücklich über die Freude des Wiedersehens, wurden sofort abgeholt, zunächst ins KZ gesteckt und dann nach Sibirien verfrachtet. In anderen Fällen wurden sie sofort erschossen, wie' es Herrn Weigt ergangen ist. In Lodz sah man damals selten deutsche Männer, nur Frauen, Frauen, Kinder und Greise. Alle Männer mußten wegen ihres Dienstes in der deutschen Armee den grausamen Weg nach Sibirien antreten. Dieser Weg führte durch KZ-Lager, die von den Russen und Polen für die Volksdeutschen gebaut worden waren. Keiner von den Deutschen wagte es, sich am hellerlichten Tag auf der Straße zu zeigen. Die Frauen, die ihre Verwandten sprechen wollten, mußten große Umwege machen und dazu in der Dunkelheit, um nicht von den Polen gesehen und geschlagen zu werden. Jeder Pole trug ein Abzeichen, sodaß man einen Deutschen sofort erkennen konnte.
In meinem Hause
Ich besuchte auch mein Haus und meine Wohnung in Lodz. Wollte doch mein Ärzte-Diplom holen, welches ich dort in der Eile liegen gelassen hatte. Wie sah es dort aus! Meine Praxisräume waren zertrümmert. Die Russen waren durch die Fenster eingestiegen, hatten dabei die Scheiben zerschlagen, und als sie erst einmal drin waren, wurden Schränke aufgebrochen, Instrumente in Stücke gehauen, Bücher in Fetzen gerissen, alles auf den Fußboden geworfen. Die Eingangstür hatte man mit Gewalt geöffnet, die Wände waren beschmutzt mit Dreck. Das also war der Raum, in dem ich früher die Kranken behandelte, und der im Parterre lag.
Die Wohnungen in den einzelnen Stockwerken waren bereits von den Polen besetzt. In meiner geräumigen 9-Zimmerwohnung im ersten Stock befand sich Frau Hejka, die Gattin eines Arztes aus Kleinpolen. Familie Hejka wohnte während der ganzen Kriegszeit in ihrer kleinen Wohnung an der Emilien Straße, wo sie auch vor dem Kriege wohnhaft gewesen ist. Die Deutschen hatten sie nicht rausgesetzt. Ich hatte auch dort als Facharzt ihr Kind behandelt. Nichtsdestoweniger glaubte Familie Hejka nach dem roten Einmarsch, daß jetzt oder nie die Gelegenheit günstig wäre, zu einer schönen, großen Wohnung zu kommen - indem sie einfach meine Wohnung beschlagnehmen ließen. Als ich nun hineinkam, trat sie mir sehr frech gegenüber und wollte mir mein Diplom nicht aushändigen. Sie zeigte mir die Tür und forderte mich auf, die Wohnung sofort zu verlassen. "Sie sind ein Deutscher!" schrie sie mir nach.
Aber das plötzliche Auftauchen des Eigentümers hatte ihr doch einen Schreck eingejagt. Sie ließ darum am nächsten Tag in der Ärztekammer und in der Stadt das Gerücht verbreiten, ich sei ein Angestellter der Gestapo gewesen und hätte einen Russen ermordet. Da sie das auch der Miliz mitgeteilt hatte, stand vor meinem Hause Tag und Nacht eine Wache, um mich zu verhaften, sobald ich dort erscheinen würde. Zum Glück habe ich mich dort nicht mehr gezeigt. Gott fügte es, daß mir ein ehrlicher polnischer Arzt von diesem Anschlag Kenntnis gab und mich warnte. Dieser Pole hat mir geraten, die Stadt möglichst bald zu verlassen.
In der Tat, was sollte mich in Lodz halten. Sogar unsere evangelischen Kirchen waren beschlagnahmt. Die Trinitalis kirche nahm das Militär und die Johanniskirche wurde seitens der Jesuiten für die polnische Jugend bestimmt. Sebst der Friedhof war für die Deutschen gesperrt. '
Ja, damals im Jahre 1945 - vor heute zehn Jahren - waren die Volksdeutschen in Polen ein Volk ohne alle Lebensrechte. Es bestand keine Möglichkeit, öffentlich deutsch zu sprechen, Gottes Wort zu hören, seine Meinung zu äußern, es gab keine deutsche Schule, keine Kirche, keine Arbeit außer Sklavenarbeit ohne Brot und Geld, keine Wohnung, keinen Besitz, keine Medizin, auch keinen Arzt ... Ein jeder Deutscher war dem Hunger und der Not, dem geistigen und physischen Tode ausgeliefert. Die rote Regierung und die rote Bevölkerung waren sich in dem einen einig, nämlich die Volksdeutschen nicht nur ihre Rache fühlen zu lassen, sondern sie gänzlich zu vernichten und auszurotten.
Um goldene Uhren
Die Russen hatten ihren Teil an der Deutschenverfolgung. Alle wurden von ihnen verfolgt: reich und arm, klein und groß, auch Arbeiter wurden verfolgt, obwohl es in der marxistischen Lehre doch so klangvoll heißt: "Proletarier aller Länder, vereinigt euch." Aber in, dieser Lehre, in den schönen kommunistischen Schlagworten von der Bruderschaft des Arbeitervolkes hat der deutsche Arbeiter in Lodz und überall, wo ich war, eine Ausnahme gebildet. Der deutsche Arbeiter wurde gepeinigt, geschlagen, gemartert, so wie auch die Intelligenz und die höhere Klasse der Kapitalisten, mit der er doch den Kampf aufnehmen sollte und von Moskau zu diesem Kampf aufgefordert wurde.
Was russischerseits an Plünderungen vorgekommen ist, dafür ein Beispiel, das der Komik nicht entbehrt. Ich sitze eines Abends in einer polnischen Wohnung, als dort plötzlich zwei uniformierte Rotarmisten eindringen. In der Wohnung befinden sich zwei Polen, die unlängst aus Warschau nach Lodz übergesiedelt sind: ein Richter und ein Herr Direktor. Die Russen gehen den zwei Polen entgegen. Der eine faßt den Direktor an die Gurgel, der andere zieht den Richter ins Schlafzimmer und kämpft mit ihm. Die Russen behaupten immerwährend, die beiden Polen seien in Wirklichkeit Deutsche und müßten verprügelt werden. Der Herr Direktor erklärt dem Russen, er sei echter Pole und in Warschau geboren. "Verstehst du", sagt er zu ihm, "dort in der Stadt, wo der Präsident wohnt, wo das Königliche Schloß war, wo Lazienki - der Seegarten - ist, von dort kommen wir her. Wir sind Polen, warum schlägst du uns?" "Nein, ihr seid Deutsche", schreit der russische Soldat. - Nach längerem Kampf entfernen sich die Russen. Ich betrachte das alles und wundere mich, daß ich nicht, angegriffen wurde. Aber bald ist das Rätsel gelöst. Die beiden Polen hatten ihre goldenen Uhren mit Ketten in der Westentasche getragen und ich hatte keine. Während der Schlägerei haben die Russen den beiden ihre Uhren weggenommen.
"Das ist ein schöner Anfang hier in Lodz", sagte der Direktor nachher. "Wir dachten, sie rauben bei den Deutschen, aber die Sache sieht ja etwas anders aus. Wie lange werden unsere "Verbündeten" sich so benehmen??"
Eine Stunde danach schellte es wieder. Alle Anwesenden werden blaß. "Die kommen doch nicht etwa wieder zurück", sagt der Richter und öffnet die Tür. Ein Zahnarzt tritt herein. Ein Nachbar, der in demselben Hause eine Zahnpraxis hat, ein älterer Herr von über 60.
Er ist blaß und verstört. "Meine Herren", fängt er an, "ich habe vor kurzem ein sonderbares Erlebnis gehabt. Ich wollte es Ihnen mitteilen und Sie warnen. Zwei Soldaten kamen vor einer halben Stunde zu mir. Mit einem scharfen Auge betrachteten sie mich lange, dann sagte der eine: "Genosse Doktor, ich habe einen kranken Zahn, habe furchtbare Schmerzen, bitte ihn zu ziehen." Ich bat die bei den in mein Praxiszimmer, untersuchte bei dem einen die Zähne, aber alle kerngesund. Er zeigte mir den Weisheitszahn, der ihm angeblich schmerzen sollte und bat, ihn zu ziehen und versprach, mir für meine Bemühungen ein ganzes Brot zu bringen. Meine Herren, der Zahn war gesund, aber der Gedanke, ein ganzes Brot zu bekommen - war so verführerisch, daß ich ihm den gesunden Zahn rausgezogen habe, ohne Narkose und der Kerl hat nicht einmal mit den Wimpern gezuckt. "Gut so", sagte er, "morgen bekommen Sie das Brot." Beide entfernten sich. Voller Freude renne ich ins Eßzimmer und teile meiner Frau davon mit. "Wanda", rufe ich, "morgen haben wir ein ganzes Brot im Hause, solch ein herrliches Honorar in der heutigen hungrigen Zeit." Meine Frau jauchzt vor Freuden. "Jetzt brauche ich doch nicht in dieser Nacht wieder 4 Stunden in der Reihe zu stehen um die 400 Gramm Brot zu erhalten. Morgen, " fährt sie fort," lade ich noch meine Schwester Regina zum Tee und dem guten Soldatenbrot ein."
"Soll ich dir schon Abendbrot reichen?" fragte sie mich, "wie spät ist es denn, schau mal nach" . . .
"Meine Herren, ich greife nach .der Tasche meine Golduhr ist weg. Haben Sie gehört, Herr Direktor, meine goldene Uhr ist weg. Der Bösewicht hatte in der Zeit, wo ich mich so angestrengt hab, um seinen gesunden Zahn rauszubkommen, aus meiner Tasche meine goldene Uhr gestohlen. Konnen Sie das begreifen, Herr Direktor, und Sie, Herr Richter?"
"Ja, wir können das begreifen und wir verstehen Sie; Herr Doktor, ganz und gar, wir verstehen Sie sehr gut", wiederholten die beiden.
(Fortsetzung folgt}
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz