Styczeń 1955 roku przywodzi na myśl wydarzenia sprzed dziesięciu lat, kiedy to nagle pękły chroniące nas wały frontowe i nasz kraj oraz cała wschodnia część kraju aż po Odrę zostały zalane, zalała je katastrofa, która już od miesięcy zbierała się za Wisłą. Ponownie przeżywamy trudy ówczesnej ucieczki w śniegu i lodzie. Ponownie przypominamy sobie przerażenie, które nas ogarnęło, gdy pojawili się pierwsi Rosjanie. Wspominamy czas nędzy w obozach i więzieniach. Tak, szczęśliwi ci, którzy zdołali uciec na czas, którzy nie wpadli w ręce ludzi, opanowanych wyłącznie przez demony nienawiści i zemsty. Straszne przeżycia poszczególnych osób świadczą o tym. Wielu z nich nie spisało jeszcze tego, co musieli przeżyć w 1945 roku i później. Wygnani będą opowiadać swoim dzieciom i wnukom o wyjeździe w styczniu 1945 roku: Nigdy nie zapomnimy stycznia 1945 roku, zamarzniętych dróg, pól pokrytych śniegiem! Musieliśmy opuścić gospodarstwo i dom, wyruszyliśmy w obcą krainę w mrozie i zimnie ... ... ...a droga ojczyzna pozostała w tyle...
Gdy zbliżała się katastrofa, mieszkaniec Litzmannstadt napisał w swoim dzienniku:
„Litzmannstadt, 14 stycznia 1945 r. Wieść o całkowitym załamaniu się frontu nad Wisłą i powstaniu kilkusetkilometrowej luki na froncie rozchodzi się po mieście. Władze okręgu oficjalnie ogłaszają jednak, że sytuacja stabilizuje się, a nowe armie są w drodze.
15 stycznia. Krążą pogłoski o pojawieniu się rosyjskich czołgów. Armia rosyjska Koniewa ma przemieszczać się z mostu Baranów z zawrotną prędkością przez Kielce, Częstochowę do Górnego Śląska.
17 stycznia. Cały front aż do Warszawy zostaje zniszczony. Brak rozkazu ewakuacji. Władze okręgu nie udzielają żadnych informacji. Lokalny przywódca wraz z całym swoim sztabem jest kompletnie pijany. Na dworcach kolejowych gromadzą się tłumy ludzi, walczących o miejsca w pociągach, które nadal kursują zgodnie z rozkładem. Ludzie trzymają się dachów i podnóżków. Jest bardzo zimno. Wielu zamarza. Przerażające sceny z udziałem dzieci. Nalot, bomby burzące.
18 stycznia. Brak rozkazu ewakuacji. Po południu niemieccy żołnierze, pojedynczo i w małych grupach, zmęczeni, wyczerpani, ranni, częściowo bez broni, uciekają na zachód. Ponownie alarm powietrzny. Bomby. Panika wśród tysięcy ludzi na dworcu. Brak schronów przeciwlotniczych. Starsi i słabi są deptani. W zapadającym zmroku słychać strzały. Ostry wschodni wiatr. Zaczyna padać śnieg. W tym momencie pierwsze rosyjskie czołgi wjeżdżają do miasta. Dzika rozpacz. Wszyscy pędzą pieszo ulicami na zachód. Ci, którzy nie mają pojazdów, ciągną walizki po śniegu za pomocą lin.
Łódź była tylko jednym z przykładów. Wszystko w Warthegau załamało się z dnia na dzień. Armia Czerwona wkroczyła i nastąpił przewrót. Dla Niemców w Warthelandzie, dla wszystkich, którzy uciekli zbyt późno lub w ogóle nie uciekli, nadeszła noc, która nie miała ustąpić miejsca porankowi. Losy Niemców w Łodzi, Dombiu i innych miejscach po wkroczeniu Rosjan były już wielokrotnie opisywane. Dzisiaj zaczynamy od szczególnie interesującego relacji, wspomnień lekarza z Łodzi.
Teraz lekarz z Łodzi opowie nam o swoich przeżyciach, o tym, jak wyglądała sytuacja w 1945 roku w Łodzi, Dombiu i innych miejscach. Kiedy 17 stycznia 1945 roku na Łódź spadły „choinki” i bomby, ja również opuściłem miasto. Nie było innej możliwości niż szeroka droga, czyli trekking na zachód, jak wcześniej przepowiadano. Po kilku dniach dotarłem do Ostrowa, gdzie w plebanii znalazłem żonę i dzieci, które były w Kaliszu. Było już zbyt późno, aby iść dalej; Rosjanie zbliżali się coraz bardziej ze swoimi czołgami.
Miasteczko Ostrowo było przepełnione uchodźcami. Wszędzie stały wozy uchodźców, głównie z Łodzi, którzy nie mogli jechać dalej. Wraz z wieloma innymi udaliśmy się na przedmieścia Ostrowa i zatrzymaliśmy się w małym domku. Dwa dni później pojawili się Iwany. Polacy rabowali i plądrowali, jakby uwolniono ich z łańcuchów, Niemców aresztowano, mnie również, i zamknięto w stodole. W nocy widziałem, jak milicja wyprowadzała mężczyzn ze stodoły, a wkrótce potem usłyszeliśmy strzały. Mnie również złapali, ale kiedy przekonali się, że jestem lekarzem, uwolnili mnie.
Następnego dnia kupiec z Łodzi zabrał nas do Kalisza. Tam natychmiast zniknęło wszystko, co udało nam się uratować z Łodzi: futra, rzeczy, bielizna. Kupcy z Łodzi zostali pobici przez Rosjan w Kaliszu, grożono im pistoletem. Później wszyscy zostali aresztowani.
W Kaliszu rozpoczęła się dla nas ciężka doba niewoli. Żona i dzieci pozostały tutaj, w mieszkaniu w piwnicy. Nie mogły wejść do mieszkania teścia: na domu braci Müllerów i ich fabryce widzieliśmy czerwone flagi.
Ja sam 27 stycznia wyruszyłem pieszo do Łodzi. Szedłem przez Opatówek, Zduńską Wolę, Łask, Pabianice. W drodze spotkałem wielu Polaków, ale także Niemców. W każdej małej miejscowości zatrzymywano nas i sprawdzano przez uzbrojoną milicję. Za Zduńską zostałem aresztowany i umieszczony w brudnej celi. Nagle, pod wieczór, wezwano mnie do komendanta milicji. Dowiedział się on, że jestem lekarzem i kazał mi zbadać swoje chore dziecko. Zrobiłem to i stwierdziłem u dziecka zapalenie płuc. W ten sposób łaskawie zwolniono mnie z wiejskiego więzienia, przydzielono mi eskortę i nakazano zamówić dobre lekarstwo w Łasku. Było lodowato zimno, po drodze spotkaliśmy wielu Rosjan, większość z nich była kompletnie pijana, wódka miała chyba pomóc im przetrwać zimno. Kiedy w końcu dotarliśmy do Łasku, okazało się, że nie tylko apteka, ale także wiele domów zostało zniszczonych przez bomby i ogień. Mój towarzysz udał się do apteki w Zduńskiej Woli, a ja sam poszedłem dalej w kierunku Łodzi. Bardzo marzłem, ale nie odważyłem się wejść do żadnego domu, ponieważ wszędzie czaiło się niebezpieczeństwo.
W Łodzi po „wyzwoleniu”
Ponownie znalazłem się w Łodzi i przez pięć tygodni mogłem obserwować, jak potoczyły się losy Niemców po przewrocie. Był to straszny czas prześladowań, głodu i niewolnictwa dla każdego Niemca. Mężczyźni i chłopcy trafiali do obozów, wszystkie kobiety musiały ciężko pracować, mieszkania były konfiskowane, a rzeczy plądrowane. Niemcy nie mieli kart żywnościowych, nie było dla nich chleba. Musieli żyć w wilgotnych piwnicach lub poddaszach, w ciągu dnia ciężko pracować, a w nocy – przeszukiwać domy, gdzie do woli kradziono, bito, gwałcono... To było życie!
Kiedy pewnego dnia pojawiłem się u pani G. na rogu ulic Głównej i Targowej, mieszkanie wyglądało jak po trzęsieniu ziemi: przewrócone krzesła, przesunięte szafki, na podłodze potłuczone szkło i porcelana, bielizna i podarte książki. „To się tutaj nazywa rewizja” – powiedziała do mnie właścicielka mieszkania, która leżała chora w łóżku – „i każdej nocy to samo, a niektóre noce nawet kilka takich wizyt”. Kiedy odwiedziłem starego Wilhelma L. w jego skromnej strażnicy przy ulicy Głównej, usłyszałem, jak dozorca krzyczy: „Wilhelm L. i pani, oboje na dół, odśnieżanie, zamiatanie ulic, natychmiast do pracy”. Moja siostra z ulicy Żeromskiego poprosiła polskich sąsiadów, aby chronili jej córki przed brutalną milicją – wszystkie drzwi były zamknięte, nikt nie chciał ich wpuścić. Pewnemu robotnikowi spodobało się mieszkanie przy Sosnowej 8, więc właścicielka musiała się wyprowadzić. Kiedy po kilku dniach wróciła i poprosiła robotnika, aby dał jej trochę węgla z piwnicy, ten zgłosił ją milicji. Została natychmiast aresztowana wraz z mężem, niemieckim nauczycielem. Jej mąż trafił do Sikawy, a ona do obozu koncentracyjnego przy ulicy Kopernika. Stamtąd przewieziono ją do Potulic koło Bydgoszczy, gdzie zginęła. Dobra Polka napisała za nią list do jej brata: „Piszę do Pana, ponieważ pani Fulde nie może sama pisać. Prosi o pomoc i uwolnienie, prosi Pana o skontaktowanie się z adwokatem”. Ale było już za późno.
Byłem świadkiem, jak zdemolowano mieszkanie piekarza Meißnera przy ulicy Nawrot w Łodzi. Został on później zamordowany. Zginęli również jego brat, właściciel fabryki Meißner, oraz piekarz Heß. Mistrza farbiarza Meißnera spotkałem kiedyś krwawiącego na ulicy Kilińskiego. Opowiedział mi, jak zwabiono go do domu i zmuszono do wejścia po schodach. Na pierwszym, drugim i trzecim piętrze stali robotnicy, którzy go bili i kopali, aż upadł. Był to pan około siedemdziesiątki, ale mimo to nie oszczędzono go.
Pani O. T. została aresztowana w nocy i przewieziona do więzienia przy ulicy Sterlinga, a jej siostrę i córkę, panią Jendryk, wywieziono do pracy do Warszawy, gdzie zginęły. Kiedy pewnego dnia szedłem ulicą Nawrot, spotkałem pana Römera, który został napadnięty przez Polaka obok swojego sklepu i wyrwano mu walizkę z ręki. „Jesteś Niemcem” – krzyczał Polak. Nikt nie stanął w obronie Römera.
Byłem w wielu mieszkaniach Niemców: Cygana, Meißnera, Bräuniga, który później zginął w Rosji, Fulde, Römera, Zieglera – wszędzie panowała atmosfera grozy, chorób, głodu i zimna...
(ciąg dalszy w następnym numerze)
Dieser Januar 1955 lenkt ·die Gedanken zurück auf die Geschehnisse vor nunmehr zehn Jahren, als plötzlich die schützenden Dämme der Front brachen und unser Land und der ganze Osten bis zur Oder überschwemmt, überflutet wurden von dem Unheil, das sich hinter der Weichsel schon monatelang zusammengebraut hatte. Wir erleben noch. einmal die Strapazen der damaligen Flucht in Schnee und Eis. Wir erinnern uns wieder des Schreckens, der uns befallen hatte, als die ersten Russen auftauchten. Wir gedenken der Zeit des Elends in den Lagern und Gefängnissen. Ja, glücklich die, die rechtzeitig entkommen konnten, die nicht vertierten Menschen, einzig beherrscht von den Dämonen des Hasses und der Rache, in die Hände fielen. Die schrecklichen Erlebnisse der einzelnen bezeugen Ves. iele haben ja noch gar nicht niedergeschrieben, was sie 1945 und darauf durchmachen mußten. Kindern und Kindeskindern werden die Vertriebenen noch von dem Aufbruch im Januar 1945 erzählen: Den Januar 1945 vergessen wir nie, die Straßen vereist, die Felder voll Schnee! Wir mußten verlassen Hof und Haus, zogen bei Frost und Kälte In die Fremde hinaus ... ...:...und die teure Heimat, sie blieb zurück ...
Als sich das Unheil näherte, schrieb ein Litzmannstädter in sein Tagebuch:
"Litzmannstadt, 14. Januar 1945. Die Nachricht über den völligen Zusammenbruch der Weichselfront und das Aufreißen einer mehrere hundert Kilometer breiten Frontlücke eilt durch die Stadt. Die Kreisleitung gibt dagegen offiziell bekannt, die Lage sei im Begriff, sich zu festigen, neue Armeen seien im Anmarsch.
15. Januar. Gerüchte über das Auftauchen russischer Panzer. Die russische Armee Konjew soll sich aus dem Baranow-Brükkenkopf mit rasender Geschwindigkeit über Kielce, Tschenstochau nach Oberschlesien bewegen.
17. Januar. Die ganze Front hinauf bis nach Warschau ist vernichtet. Kein Evakuierungsbefehl. Die Kreisleitung gibt keine Auskunft. Der Ortsgruppenleiter mit seinem. ganzen Stab völlig betrunken. Auf den Bahnhöfen stauen sich Menschenmassen und kämpfen um Plätze in den noch planmäßig. verkehrenden Zügen. Man klammert sich auf Dächern und Trittbrettern fest. Es ist bitter kalt. Viele erfrieren. Schauerliche Szenen mit Kindern. Luftangriff, Sprengbomben.
18. Januar. Kein Evakuierungsbefehl. Am Nachmittag deutsche Soldaten, einzeln und in kleinen Gruppen, müde, abgespannt, verwundet, teils ohne Waffen, auf der Flucht nach Westen. Wieder Luftalarm. Bomben. Panik unter den Tausenden auf dem Bahnhof. Keine Luftschutzräume. Alte und Gebrechliche niedergetreten. Im herabsinkenden Dunkel Schüsse. Scharfer Ostwind. Schneetreiben setzt ein. In dem Augenblick fahren die ersten russischen Panzer in die Stadt ein. Wilde Verzweiflung. Alles drängt zu Fuß auf die Straßen nach Westen. Wer kein Gefährt hat, zieht an Stricken Koffer durch den Schnee.
Lodz war nur ein Beispiel. Alles im Warthegau stürzte über Nacht zusammen. Die Rote Armee marschierte und der Umsturz vollzog sich. Nacht wurde es für die Deutschen im Wartheland, für alle, die zu spät oder gar nicht geflüchtet waren, eine Nacht, die keinem Morgen mehr weichen sollte. Wie es den Deutschen in Lodz, Dombie und anderen Orten nach dem russischen Einmarsch erging, ist schon öfter geschildert worden. Heute beginnen wir mit einem besonders interessanten Bericht, mit den Erinnerungen eines Lodzer Arztes.
Nun wird uns ein Lodzer Arzt seine Erlebnisse schildern, wie es 1945 in Lodz, Dombie und anderswo ausgesehen hat. Als am 17. Januar 1945 die "Tannenbäume" und Bomben auf Lodz fielen, habe auch ich die Stadt verlassen. Es gab keine andere Möglichkeit als die breite Straße, also mit dem Treck nach Westen, wie das schon früher prophezeit wurde. Ich erreichte nach ein paar Tagen Ostrowo, wo ich Frau und Kinder im pfarrhaus vorfand, die in Kalisch gewesen waren. Es war viel zu spät, um weiter zu kommen; die Russen rückten mit ihren Panzern immer näher.
Das Städtchen Ostrowo war mit Flüchtlingen überfüllt. Überall sah man Flüchtlingswagen stehen, hauptsächlich der Lodzer, die nicht weiter kommen konnten. Wir begaben uns mit vielen anderen in die Vorstadt von Ostrowo und hielten uns in einem kleinen Häuschen auf. Zwei Tage später erschienen die Iwans. Die Polen raubten, plünderten, als wären sie von Ketten gelassen, die Deutschen wurden verhaftet, auch ich, und in eine Scheune gesperrt. In der Nacht sah ich, wie die Miliz Männer aus der Scheune herausholte und bald danach hörten wir Schüsse fallen. Auch mich ergriffen sie; als sie sich aber überzeugt hatten, daß ich ein Arzt bin, kam ich frei.
Am nächsten Tag nahm uns ein Lodzer Kaufmann nach Kalisch mit. Dort verschwand gleich, was wir noch aus Lodz gerettet hatten: Pelze, Sachen, Wäsche. Lodzer Kaufleute wurden in Kalisch von den Russen verprügelt, man drohte ihnen mit der Pistole. Später wurden sie alle verhaftet.
Für uns begann in Kalisch eine schwere Zeit der Knechtschaft. Frau und Kinder blieben hier in einer Kellerwohnung. In die Wohnung des Schwiegervaters konnten sie nicht hinein: auf dem Hause Gebr. Müller und ihrer Fabrik sahen wir rote Fahnen.
Ich selbst machte mich am 27. Januar zu Fuß nach Lodz auf. Es ging über Opatówek, Zdunska Wola, Lask, Pabjanice. Viele Polen, aber auch Deutsche waren unterwegs. Bei jedem kleinen Ort wurden wir angehalten und von der bewaffneten Miliz untersucht. Hinter Zdunska wurde ich verhaftet und in ein schmutziges Verließ getan. Plötzlich gegen Abend Beorderung zum Kommandanten der Miliz. Der hatte erfahren, daß ich Arzt wäre und so sollte ich sein krankes Kind untersuchen. Ich tat es und stellte bei dem Kind Lungenentzündung fest. So entließ man mich in Gnaden aus dem Dorfgefängnis, gab mir einen Begleiter mit und befahl, eine gute Arznei in Lask zu bestellen. Es war eisig kalt, unterwegs trafen wir viele Russen, die meisten total betrunken, der Wodka sollte wohl gegen die Kälte helfen. Endlich in Lask eingetroffen, waren dort nicht nur Apotheke, sondern auch viele Häuser von Bomben und Feuer vernichtet. Mein Begleiter begab sich zur Apotheke in Zdunska Wola, ich selbst wanderte weiter in Richtung Lodz. Ich fror jämmerlich, wagte mich aber in kein Haus, denn überall lauerte Gefahr.
In Lodz nach der "Befreiung"
Wieder war ich in Lodz und konnte hier fünf Wochen beobachten, wie es den Volksdeutschen nach dem Umsturz gegangen ist. Es war eine furchtbare Zeit der Verfolgung, des Hungers, der Sklaverei für jeden Deutschen. Männer und Jungen kamen ins Lager, alle Frauen mußten schwer arbeiten, die Wohnungen wurden beschlagnahmt, die Sachen geplündert. Keine Lebensmittelkarten, kein Brot gab es für die Deutschen. In feuchten Kellern oder Dachstübchen mußten sie ihr Dasein fristen, am Tage schwer schuften und in der Nacht - Haussuchungen, wo nach Herzenslust geklaut, geschlagen, vergewaltigt wurde .... Das war ein Leben!
Als ich eines Tages bei Frau G., Ecke Glowna und Targowa-Straße erschien, sah die Wohnung aus wie nach einem Erdbeben: Stühle umgeworfen, Schränke verschoben, auf dem Fußboden zerbrochenes Glas und Porzellan, Wäsche und zerrissene Bücher. "Das nennt man hier Haussuchung", sagte die Wohnungsinhaberin, die krank im Bett lag, zu mir, "und jede Nacht dasselbe, manche Nächte sogar einige solcher Besuche." Als ich den alten Wilhelm L. in dem kümmerlichen Wächterstübchen an der Glownastr. besuchte, hörte ich den Hausmeister schreien: "Wilhelm L. und Frau, beide hinunter, Schnee wegräumen, Straßen fegen, sofort an die Arbeit." Meine Schwester in der Zeromskiego bat die polnischen Nachbarn, ihre Töchter vor der rohen Miliz in Schutz zu nehmen - da waren alle Türen verschlossen, keiner wollte sie hineinlassen. Einem Arbeiter gefiel die Wohnung an der Sosnowa 8, so mußte die Inhaberin raus. Als sie nach einigen Tagen zurückkehrte und den Arbeiter bat, ihr aus dem Keller etwas von ihrer Kohle zu geben, da hat er sie bei der Miliz angezeigt. Sie wurde auch sogleich mit ihrem Mann, einem deutschen Lehrer, verhaftet. Ihr Mann kam nach Sikawa und sie in das KZ an der Kopernika-Straße. Von hier aus transportierte man sie nach Potulice bei Bromberg, wo sie auch umgekommen ist. Eine gute Polin schrieb für sie noch an den Bruder: "Ich schreibe an Sie, da Frau Fulde selbst nicht schreibendarf. Sie bittet um Hilfe und Befreiung, sie bittet Sie, sich mit einem Rechtsanwalt in. Verbindung zu setzen." Aber - eswar bereits zu spät.
Ich war Zeuge, wie die Wohnung des. Bäckers Meißner auf der Nawrot in Lodz demoliert wurde. Er ist später umgebracht worden. Auch sein Bruder Fabrikbesitzer Meißner und Bäcker Heß sind umgekommen. Färbermeister Meißner habe ich einmal blutend auf der Kilinskiego angetroffen. Er erzählte mir, wie er in ein Haus gelockt und gezwungen wurde, die Treppen hinaufzusteigen. Auf dem 1., 2. und 3. Stock standen Arbeiter, er wurde von ihnen geschlagen, bekam Fußtritte, bis er zusammenbrach. Er war ein Herr von an die siebzig, trotzdem verschonte man ihn nicht. .
Frau O. T. wurde in der Nacht verhaftet und in das Gefängnis an der Sterlinga gebracht, ihre Schwester und ihre Tochter Frau Jendryk verschleppte man zur Arbeit nach Warschau, wo sie umgekommen sind. Als ich eines Tages die Nawrot entlang ging, begegnete ich Herrn Römer, er wurde neben seinem Geschäft von einem Polen überfallen und der Koffer ihm aus der Hand gerissen. "Du bist ein Deutscher", schrie der Pole. Keiner nahm Römer in Schutz.
Ich bin in vielen Wohnungen der Deutschen gewesen: Cygan, Meißner, Bräunig, der später in Rußland starb, Fulde, Römer, Ziegler - überall war es eine Stätte des Grauens, der Krankheiten, des Hungers und der Kälte .....
(Fortsetzung in der nächsten Nummer)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz