Po tym, jak autor zakończył ostatni numer „Heimatboten” zabawną historią o kradzieży zegarka, kontynuuje tutaj swoją opowieść o życiu Niemców w Łodzi w pierwszych tygodniach po wkroczeniu Rosjan w 1945 roku:
„Wstęp wzbroniony dla Niemców!”
Czy pamiętamy jeszcze, jak po 1939 roku w każdej lepszej restauracji, kinie, teatrze widniał napis: „Wstęp wzbroniony dla Polaków”? Zakazy te można było również przeczytać na wagonach tramwajowych i w wielu innych miejscach. Kiedy w 1945 roku Warthegau upadło z dnia na dzień, Polacy dobrze to zapamiętali. Nie powstrzymali swojej zemsty i realizowali ją ze słowiańską intensywnością i pasją.
W Łodzi wszystkie sklepy i punkty usługowe były zamknięte dla Niemców, nie można było nawet pójść do fryzjera, wszędzie widniał napis: „Wstęp wzbroniony dla Niemców”. Kiedy wchodziło się do budynku lub nawet do publicznej toalety, natychmiast podbiegały trzy lub cztery osoby i pytali: „Kim pan jest i czego tu szuka?”. Tak było w styczniu, lutym i marcu 1945 roku. Niemcy nie mogli opuścić miasta, ponieważ wyjazd był zablokowany we wszystkich kierunkach. Każdy samochód opuszczający miasto był sprawdzany przez milicję, czy gdzieś w słomie nie ukrywa się Niemiec.
Sam codziennie zmieniałem miejsce pobytu w Łodzi, aby nie zostać aresztowanym. Odwiedzałem wiele niemieckich rodzin, które chętnie mnie przyjmowały, czy to w piwnicy, czy na poddaszu. Cieszyli się, gdy ktoś przybywał, ponieważ wszyscy byli w wielkiej rozpaczy. W Łodzi panowała wówczas epidemia samobójstw, wielu odbierało sobie życie, niektórzy się trując, innych znajdowano wiszących. Codziennie w domach znajdowano zwłoki prześladowanych. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, ile ich było w wielkiej Łodzi. Rozkaz usunięcia zwłok otrzymywali zazwyczaj młodzi ludzie. Musieli oni uwolnić je z pętli, położyć na wózku i gdzieś zakopać. Moje dzieci, a także moja siostrzenica, mdlały podczas tej pracy, ponieważ nigdy wcześniej nie dotykały zwłok.
W tym mieście, gdzie panowała nienawiść i prześladowania, gdzie wobec Niemców narodowych prowadzono dziką, w historii ludzkości, gdzie gazety codziennie wzywały ludność do prześladowania Niemców, plądrowania ich i przekazywania czerwonej milicji, gdzie nie pozostawiono w spokoju nawet grobów zmarłych, w tym mieście przebywałem przez ponad 5 tygodni. Widziałem nędzę, cierpienie, głód, rozpacz i okrutne czyny. Słyszałem krzyk skierowany do reszty świata, krzyk o pomoc i litość. Ludzkie sumienie było jednak martwe, w ludziach budziły się tylko zwierzęce instynkty. Triumfowało zło, szatan, mroczna siła spowijała świat cieniem. Dla tej szatańskiej mocy nie istniało nic świętego, żadne uczucia, żadne współczucie, żadne ludzkie, ani boskie prawa. Nie tylko niemieccy mężczyźni i kobiety oraz niewinne dzieci mieli zostać zniszczeni, ale także Kościół, chrześcijaństwo...
Dopiero po prawie sześciu tygodniach miałem możliwość ucieczki z Łodzi. Udałem się do mojego rodzinnego miasta Dąbia: moja droga prowadziła najpierw do Kalisza. Kiedy tam dotarłem, moja żona i dzieci płakały, nie mogły mnie najpierw rozpoznać, ponieważ wyglądałem na wygłodzonego, tak bardzo się zmieniłem i wyglądałem na cierpiącego. Sytuacja mojej rodziny w Kaliszu była niezwykle trudna. Jednak, mimo że było mi bardzo ciężko, nie mogłem pozostać z moimi bliskimi. Nie było innego wyjścia, ponieważ również w Kaliszu groziło mi aresztowanie i deportacja do obozu koncentracyjnego, musiałem dalej uciekać.
Z wielkim trudem dotarłem przez Zduńską Wolę do Eichstädt/Dąbie nad Nerem.
Przybycie do Dąbia
Z wielką radością przeczytałem na budynku dworca napis „Dombie”. Na szczęście na dworcu nie spotkałem nikogo znajomego. Aby dotrzeć do miasta, musiałem przejść 4 kilometry. Wybrałem polną drogę, aby nikogo nie spotkać. Biegłem przez rozmokłe wiosenne pola; wiatr i śnieg smagały mi twarz. Moje rodzinne miasto coraz wyraźniej wyłaniało się przed moimi oczami, pięknie położone na wzgórzu, z kościołem ewangelickim pośrodku, którego wieża górowała nad niskimi dachami. W dole dostrzegłem rzekę Ner, która nadal była pokryta lodem. Ponowne spotkanie z miastem, w którym się urodziłem i w którym mieszkała moja matka: '
Gdzie spotkało mnie szczęście i radość
I gdzie znalazłem miłość i przyjemność.
Tam słońce świeciło mi znacznie jaśniej,
A śnieg lśnił znacznie bardziej.
Dzień mijał tam szybciej.
Tam znalazłem ukojenie dla każdego bólu...
Teraz byłem w samym środku rodzinnego miasta i szybko biegłem uliczkami. Po drodze zapytałem nieznajomą kobietę: „Czy wie pani, gdzie mieszka pani Ziegler?”. „Och, wyprowadziła się ze swojego mieszkania, ale nadal mieszka w swoim domu” – brzmiała odpowiedź. Mieszkanie mojej matki było zajęte. Podnajemca, krawiec, przejął je wraz z całym wyposażeniem. Cena: nowy garnitur dla nowego towarzysza burmistrza Dąbia.
Znalazłem moją matkę i siostrę, która z nią mieszkała, teraz w jednopokojowym mieszkaniu z kuchnią, które zostało im łaskawie udostępnione w naszym domu. Było to radosne, nieoczekiwane spotkanie. Matka cieszyła się tak, jak tylko matka może się cieszyć, gdy może powitać w domu swojego zaginionego syna. Był 6 marca 1945 roku. Matka opowiadała o strasznych czasach, które miała za sobą. Ciągłe rewizje, nocne naloty, stawiano ją pod ścianą, grożono jej rozstrzelaniem. Odebrano jej wszystko: bieliznę, węgiel, wszystkie zapasy. Polacy i Rosjanie nieustannie wtargali do mieszkania i zabierali rzeczy, które im się podobały. Z salonów, kuchni i piwnicy zniknęło wszystko, co nie było przytwierdzone na stałe. W końcu moja kochana matka została wyrzucona z mieszkania.
Po sześciu tygodniach głodu w Łodzi byłem całkowicie wyczerpany i musiałem przez jakiś czas pozostać w łóżku. Moja matka się mną opiekowała. Moim pierwszym krokiem było udanie się do burmistrza i rosyjskiego komendanta, aby uzyskać pozwolenie na pobyt. Był to bardzo poważny krok. Miasto wiedziało już o moim przybyciu. Udałem się do ratusza, gdzie musiałem czekać. Przez okno widziałem, że przed ratuszem stało 30–40 starszych niemieckich mężczyzn, wśród nich 15–16-letnich chłopców, otoczonych przez uzbrojoną milicję. Zgodnie z rozkazem mieli zostać wywiezieni w kierunku Koła, a stamtąd wysłani do pracy na Syberię. Widok ten wywarł przerażające wrażenie na każdym, kto był jeszcze zdolny do odczuwania ludzkich emocji.
Przedstawiciel burmistrza, towarzysz Laskowski, który kilka miesięcy później sam objął to stanowisko, w rzeczywistości robotnik drogowy, surowy, niewykształcony człowiek, który ledwo umiał pisać, powiedział do mnie bardzo słabą polszczyzną: „Nie potrzebujemy pana tutaj, mamy naszego polskiego lekarza, to nam wystarcza”. Miastem rządził jednak rosyjski komendant. Rada Narodowa odbyła później kilka posiedzeń, na których omawiano również moją sprawę: czy mogę pozostać w Dąbiu, czy też muszę udać się na wygnanie. Wszyscy Polacy opowiadali się za wygnaniem: „Precz z nim” (Precz z nim) – Rosjanin natomiast opowiadał się za moim pozostaniem w Dąbiu! Jeden ze świadków opowiedział mi później, że rosyjski komendant uderzył pięścią w stół i powiedział: „Wy osły, chcecie umrzeć na zarazę, czy żyć, potrzebujecie lekarza”. Ta logika zwyciężyła. Kiedy pewnego ranka przyszedłem do jego biura, była godzina 8 rano, był już całkowicie pijany i zataczał się. „Dawaj podpiszu” – ryknął. Dał mi pozwolenie na pobyt z jego podpisem i pieczęcią.
Leczenie chorych w ciasnej przestrzeni
Mogłem teraz pracować, czyli przyjmować chorych, chociaż nie miałem mieszkania. Nie chciano mi oddać starego mieszkania mojej matki, w którym 20 lat temu miałem swoją praktykę. Poczekalnia została teraz urządzona w kuchni, a gabinet w jedynym pokoju mieszkalnym, który był jednocześnie sypialnią dla mnie i mojej matki. Nie minęło dużo czasu, a małe pomieszczenia zapełniły się pacjentami, pierwszymi byli Niemcy. Do lekarza bez tabliczki na drzwiach, bez gabinetu, przychodzili prześladowani, potępieni, pozbawieni praw niewolnicy, głównie kobiety i dzieci, ponieważ mężczyzn wywieziono do obozu w Kole/Warthbrücken, a następnie do Rosji. Kobiety musiały odbudować zniszczony most, przenosić ciężkie belki, zasypywać okopy, pracować u rolników od świtu do późnej nocy jako służące i wykonywać inne ciężkie prace. Wszyscy Niemcy byli rejestrowani w tzw. „Urzędzie Pracy” w urzędzie miejskim i stamtąd rozdzielani. Chłopi przychodzili i wybierali najlepszych pracowników. Bracia Mistrzak w Dąbiu byli inspektorami pracy i mieli za zadanie punktualnie o 6 rano zapędzać wszystkie niemieckie kobiety do pracy i pilnować ich. Cuda czyniła mała rózga, którą zawsze nosili przy sobie i która w mgnieniu oka budziła zmęczonych. Kierownikiem urzędu pracy był pan Dzikowski, który zawsze musiał otrzymywać cenne prezenty, gdy kobieta była ciężko chora i nie mogła pracować. Nie miałem prawa zwolnić nikogo z pracy ze względów zdrowotnych.
(ciąg dalszy nastąpi)
Nachdem der Verfasser in der letzten Nummer des "Heimatboten" mit der ergötzlichen Geschichte des Uhren-Trickdiebstahls geschlossen hatte, setzt er hier seine Schilderung, des Lebens der Lodzer Deutschen in den ersten Wochen nach dem Einmarsch der Russen 1945 fort:
"Für Deutsche verboten!"
Erinnern wir uns noch, wie nach 1939 an jeder besseren Gaststätte, Kino, Theater die Aufschrift zu lesen war: "Für Polen Zutritt verboten"? Diese Verbote konnte man auch am Triebwagen der Straßenbahn und an vielen anderen Stellen lesen. Als 1945 der Warthegau über Nacht zusammenstürzte, erinnerten sich die Polen nur zu gut daran. Und sie legten ihrer Rache keine Zügel auf und vollführten sie mit slawischer Intensität und Leidenschaft.
So war damals in Lodz jeder Laden, jedes Geschäft für die Deutschen geschlossen, selbst zum Friseur durfte man nicht gehen, überall stand die Aufschrift: "Für Deutsche verboten." Wenn man in ein Gebäude oder auch nur in ein öffentliches Klosett hineinging, kamen sofort drei bis vier Personen gelaufen und fragten: "Wer sind Sie und was wollen Sie hier?" So war es im Januar, Februar und März 1945. Es war den Deutschen unmöglich, die Stadt zu verlassen, denn die Ausfahrt war nach allen Richtungen gesperrt. Jeder Wagen, der die Stadt verließ, wurde von der Miliz untersucht, ob sich nicht irgendwo im Stroh ein Deutscher versteckt hielte.
Ich selbst wechselte in Lodz jeden Ta'g meinen Aufenthalt, um nicht verhaftet zu werden. Ich besuchte viele deutsche Familien, die mich gern aufgenommen haben, sei es im Keller oder oben unterm Dach, in Sperlingslust. Sie freuten sich, wenn man gekommen war, denn sie waren alle in großer Verzweiflung. Eine Selbstmordepidemie gab es damals in Lodz, viele nahmen sich das Leben, manche vergifteten sich, andere fand man auf dem Boden hängend. Täglich fand man in den Häusern Leichen der Verfolgten. Wieviel es in dem großen Lodz gewesen sein mögen, kann ja keiner sagen. Den Befehl, die Leichen zu entfernen, bekamen meist Jugendliche. Die mußten sie vom Strick befreien, in die Karre legen und irgendwo begraben. Meine. Kinder, auch meine Nichte, sind bei dieser Arbeit ohnmächtig geworden, weil sie ja nie vordem eine Leiche berührt haben.
In dieser Stadt, wo Haß und Verfolgung herrschten, wo auf die Volksdeutschen eine wilde, noch nie in der Geschichte der Menschheit dagewesene Treibjagd veranstaltet wurde, wo die Tageszeitungen Aufrufe an die Bevölkerung verbreiteten, um die Deutschen zu verfolgen, zu plündern und sie der roten Miliz zu übergeben, wo nicht einmal die Gräber der Toten in Ruhe gelassen wurden, in dieser Stadt befand ich mich über 5 Wochen. Ich sah Not, Elend, Hunger, Verzweiflung und grausame Taten. Ich hörte einen Schrei, gerichtet an die übrige Welt, einen Schrei um Hilfe und Erbarmen. Das menschliche Gewissen war aber tot, nur .tierische Instinkte waren im Menschen wach. Das Böse, Satanische triumphierte, eine dunkle Macht hielt die Welt mit Schatten bedeckt. Für diese satanische Macht gab es nichts Heiliges, kein Gefühl, kein Mitleid, keine menschlichen, auch keine göttlichen Gesetze. Nicht nur die deutschen Männer und Frauen und unschuldige Kinder sollten vernichtet werden, auch die Kirche, das Christentum ....
Erst nach bald sechs Wochen habe ich die Möglichkeit gehebt, aus Lodz zu fliehen. Ich begab mich in meine Heimatstadt Dombie: Mein Weg führte mich zuerst nach Kalisch. Als ich dort ankam, weinten meine Frau und Kinder, sie konnten mich zuerst nicht erkennen, denn ich sah so verhungert, so verändert und so leidend aus. Die Lage meiner Familie in Kalisch wer denkbar schwer. Doch, wie schwer es mir auch fiel, ich konnte bei den Meinen nicht bleiben. Es gab keinen anderen Ausweg, denn auch in Kalisch drohten mir Festnahme und Verschleppung ins KZ, ich mußte weiterfliehen.
Unter großen Schwierigkeiten gelangte ich über Zdunska Wola nach Eichstädt/Dombie am Ner.
Ankunft in Dombie
Mit herzlicher Freude las ich auf dem Bahnhofsgebäude die Aufschrift "Dombie". Auf dem Bahnhof zum Glück keinen Bekannten getroffen. Um die Stadt zu erreichen, mußte ich 4 Kilometer laufen. Ich wählte den Feldweg, um niemanden zu treffen. Ich lief durch die aufgeweichten Frühlingsfelder; Wind und Schnee peitschten mein Gesicht. Die Heimatstadt hob sich immer, deutlicher heraus, schön auf dem Hügel gelegen, mit der evangelischen Kirche in der Mitte, deren Turm über die niedrigen Dächer hervorragte. Unten erblickte ich den Ner, der noch mit Eis bedeckt war. Ein Wiedersehen mit der Stadt in der ich geboren war und in der meine Mutter lebte: '
Wo Glück und Freuden mir beschieden
Und Lieb und Lust mir ward zuteil.
Dort schien die Sonne mir viel heller,
Dorf glitzerte viel mehr der Schnee.
Des Tages Lauf verlief dort schneller.
Dort ward mir Trost für jedes Weh ..
Nun war ich mitten ,in der Heimatstadt und lief schnell durch die Gassen. Unterwegs fragte ich eine fremde Frau: "Wissen Sie nicht, wo Frau Ziegler wohnt? ,,O, die ist aus ihrer Wohnung ausgesiedelt- sie wohnt aber noch in ihrem Hause" war die Antwort. Die Wohnung meiner Mutter war besetzt. Ein Untermieter, ein Schneider, hatte sie mit allen Möbeln übernommen". Preis: ein neuer Anzug für den neuen Genossen Bürgermeister von Dombie.
Ich fand meine Mutter und die Schwester, die bei ihr wohnte, jetzt in einer Einzimmerwohnung mit Küche vor, die ihnen in unserem Hause gnädig zur Verfügung gestellt worden war. Ein freudiges, unerwartetes Wiedersehen. Mutter freute sich, wie sich nur eine Mutter freuen kann, wenn sie ihren vermißten Sohn wieder zu Hause begrüßen kann. Man schrieb den 6. März 1945. Mutter erzählte von der furchtbaren Zeit, die hinter ihr lag. Ständige Haussuchungen, Nachtüberfälle, an die Wand wurde sie gestellt, man drohte ihr mit Erschießen. Man hat ihr alles geraubt: Wäsche, Kohle, sämfliche Vorräte. Ständig drangen, in die Wohnung Polen und Russen ein und nahmen Sachen, die ihnen gefielen. Aus Wohnstuben, Küche und Keller verschwand, was nicht niet- und nagelfest war. Und zuletzt wurde meine liebe Mutter aus der Wohnung herausgeworfen.
Nach sechswöchigem Hunger in Lodz war ich völlig erschöpft und mußte einige Zeit im Bett bleiben. Meine Mutter hat mich gepflegt. Mein erster Schritt war, dann zum Bürgermeister und zum russischen Kommandanten, um die Aufenthaltsgenehmigung zu erreichen. Es war ein sehr ernster Schritt. Die Stadt wußte schon von meiner Ankunft. Ich begab mich ins Rathaus, wo, ich warten mußte. Durch das Fenster sah ich, daß vor dem Rathaus 30 bis 40 ältere, deutsche Männer, darunter 15- bis 16jährige Jungen, von bewaffneter Miliz flankiert, standen. Laut Befehl sollten sie in Richtung Kolo getrieben und von da nach Sibirien zur Arbeit geschickt werden. Das Bild machte auf jeden, der noch menschlich fühlen konnte, einen grauenerregenden Eindruck.
Der Vertreter des Bürgermeisters, Genosse Laskowski, der einige Monate später selbst dieses Amt übernahm, in Wirklichkeit ein Straßenarbeiter, ein roher, ungebildeter Mann, der kaum schreiben konnte, sagte zu mir in einem sehr schlechten Polnisch: "Wir brauchen Sie hier nicht, wir haben unseren polnischen Arzt, das genügt uns." Die Stadt regierte aber der russische Kommandant. Der Stadtrat (Rada Narodowa) hatte nachher einige Sitzungen, in der auch mein Fall zur Debatte stand: ob ich in Dombie bleiben dürfte oder den Weg der Verbannung gehen müßte. Alle Polen waren für ,die Verbannung: "Precz z nim" (Hinweg mit ihm) - der Russe aber für meinen Aufenthalt in Dombie! Ein Zeuge erzählte mir nachher, daß der russische Kommandant mit der Faust auf den Tisch gedonnert und gesagt habe: "Ihr Esels, wollt ihr an Seuchen krepieren oder leben, ihr braucht ,doch einen Arzt." Diese Logik setzte sich durch. Als ich eines Morgens zu ihm in die Kanzlei kam, es war 8 Uhr morgens, war er schon total betrunken und taumelte hin und her. "Dawai podpiszu", brüllte er los. - Er gab mir eine Aufenthaltsgenehmigung mit seiner Unterschrift und Stempel.
Krankenbehandlung auf engstem Raum
Ich konnte jetzt arbeiten, also Kranke empfangen, obgleich ich keine Wohnung hatte. Die alte Wohnung meiner Mutter, in der ich vor 20 Jahren meine Praxis gehabt, wollte man mir nicht geben. Der Warteraum wurde jetzt in der Küche eingerichtet und das Sprechzimmer in dem einzigen Wohnraum, der gleichzeitig Schlafraum für mich und meine Mutter war. Es dauerte nicht lange und die kleinen Räume füllten sich mit Patienten, die ersten waren die Deutschen. Zu dem Arzt ohne Türschild, ohne Praxisraum kamen die Verfolgten, die Verdammten, die rechtlosen Sklavenarbeiter, meist Frauen und Kinder, denn die Männer hatte man nach Kolo/Warthbrücken ins lager getrieben und dann nach Rußland verfrachtet. Die Frauen mußten die zerstörte Brücke aufbauen, schwere Balken schleppen, die Schützengräben zuschütten, bei Bauern von Sonnenaufgang bis tief in, die Nacht als Mägde arbeiten und andere schwere Tätigkeiten verrichten. Alle Deutschen wurden auf, dem sog. "Arbeitsamt" in der Stadtverwaltung registriert und von dort verteilt. Die Bauern kamen und suchten sich die besten Kräfte aus. Gebrüder Mistrzak in Dombie waren Arbeitsinspektoren und hatten die Aufgabe, pünktlich 6 Uhr alle deutschen Frauen zur Arbeit zu treiben und sie zu bewachen. Wunder wirkte eine kleine Spitzrute, die sie immer bei sich trugen und die die Müden im Nu hellwach machte. Leiter des Arbeitsamtes war Herr Dzikowski, der mußte stets wertvolle Geschenke bekommen, wenn eine Frau schwer krank war und nicht arbeitet konnte. Aus Gesundheitsgründen jemand von der Arbeit zu befreien, hatte ich kein Recht.
(Fortsetzung folgt)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz