czwartek, 19 lutego 2026

Styczeń 1945 roku - Łódź - Dąbie n. Nerem - Ucieczka Niemców - Der Heimatbote - 4/1955 - cz.4

                                                                       Pacjenci 1945

Już o 7 rano chorzy przychodzili do naszego małego pokoju. Nieśmiało wchodzili i cichym głosem pytali, czy można mówić po niemiecku. Gdy tylko mnie zobaczyli, ich twarze rozjaśniały się. „Jakie to szczęście dla nas, panie doktorze, że pan tu jest” – słyszałem wielokrotnie. Byli to ludzie, którzy zostali pobici i maltretowani, którzy odnieśli obrażenia ciała, ponieważ po prostu nie byli w stanie wykonywać ciężkiej pracy, jakiej od nich wymagano.

Pamiętam kilku pacjentów, których leczyłem. 78-letni Gläsmann, niegdyś bogaty, szanowany rolnik, został tak pobity przez Polaków, że miał twarz pokrytą krwią, opuchnięte oczy i liczne obrażenia ciała. Gdy tylko stan Gläsmanna się poprawił i doszedł do siebie, ponownie został pobity podczas pracy... Inny, pan Wirth, cierpiał na ciężkie zapalenie nerek, miał opuchnięte nogi. Byłem właśnie przy nim, kiedy towarzysz Mistrzak kazał mu iść do pracy. Próbowałem wyjaśnić temu towarzyszowi, że ciężko chory człowiek nie może przecież pracować. „Ty niemieckie świnio”, krzyknął Mistrzak do chorego, „powinieneś umrzeć. Zmuszę cię do pracy” i groził mu rosyjską nachajką. Po kilku dniach pan Wirth zmarł. – W mieszkaniu pana Wankiewicza i pani, z domu Penther, miały miejsce nocne napady, oboje byli maltretowani, ich ciała były pokryte siniakami, leżeli kilka tygodni w łóżku i zostali przewiezieni do obozu koncentracyjnego w Kole/Warthbrücken. Tam zauważono u pani Wankiewicz poważne rany głowy i skierowano ją do szpitala, a pana Wankiewicza odesłano z powrotem do Dąbia, gdzie zmarł. - Jedna z kobiet zachorowała na ostre zapalenie wyrostka robaczkowego i wymagała pilnej operacji. Poprosiłem radę miejską o samochód, aby zawieźć ją do szpitala w Kole. „Nie ma samochodów dla Niemców” – brzmiała odpowiedź. Po krótkim czasie kobieta zmarła.

Moimi pacjentami byli również Rosjanie. Przybyli z chorobami wenerycznymi. Skierowałem ich do szpitala w Kole. „Nie idziemy do szpitala” – powiedzieli – „jutro wracamy na wieś, gdzie są piękne niemieckie dziewczyny. Nie ma nic złego w tym, że one również zostaną zarażone bakteriami”. W podziękowaniu za moje leczenie po kilku dniach wrócili z dużymi workami i zabrali część naszej biblioteki do komendantury. Była to kompletna kolekcja rosyjskiej literatury klasycznej: Puszkina, Gogola, Lermontowa, Turgieniewa i Tołstoja. Przeglądali też Goethego, Schillera i Lessinga. Ale tych „polskich poetów” mogą sobie zatrzymać, nie potrzebujemy ich – powiedzieli.

                                                                Co przeżyły kobiety

W mojej pamięci pozostały liczne kobiety, które zostały zgwałcone przez Rosjan i Polaków i cierpiały na choroby weneryczne. W moim sąsiedztwie mieszkała kobieta, która bardzo często była atakowana w nocy przez kilku mężczyzn i wywlekana ze swojego pokoju. Podczas moich konsultacji pojawiła się również starsza Polka, mająca już około sześćdziesiątki. Kiedy Rosjanie zbliżali się do jej domu, chciała uratować 15-letnią Niemkę, radząc jej, aby wyskoczyła przez okno i ukryła się. Kobieta została zgwałcona. „Ponieważ odesłałaś tę śliczną dziewczynkę, teraz przyszła kolej na ciebie” – powiedział do niej Rosjanin.

Podobnie jak gdzie indziej, również w Dąbiu noce były dla Niemców strasznym czasem. W nocy porywano bowiem dziewczęta. Żadna dziewczyna nie była bezpieczna, żadna matka nie mogła chronić swojej córki, a żaden Polak nie chciał tego robić. Dziewczęta były zabierane przez polską milicję, która znała ich adresy, na rozkaz komendantury i oddawane Rosjanom. Również 18-letnia panna N. została zabrana w nocy z polskiego domu, w którym musiała pracować. Zabrano ją do komendanta i zamknięto w jego pokoju. Była zdecydowana walczyć, doszło do zaciętej walki, przewróciła krzesło, stół, rozbiła lampę, a także zraniła Rosjanina. Ona również odniosła obrażenia i zgłosiła się do mnie na wizytę w celu leczenia; opowiedziała mi wtedy o ciężkiej walce w nocy.

Nawet w biały dzień dochodziło do napaści na niemieckie dziewczęta. Na jej dawnym majątku Wiktor, niedaleko Dąbia, moja siostrzenica Zado pracowała na polu. Rosjanie przejeżdżali samochodem, zatrzymali się. Rozpoczęła się dzika pogoń za dziewczyną, zamierzano ją złapać i zabrać do samochodu. Później kilka razy w nocy przychodzili i przeszukiwali mieszkanie oraz wszystkie budynki. Szukali dziewcząt...

                                                                   Były to smutne czasy

Smutkiem tamtych czasów nie oszczędzono również 78-letniego pastora Antona Rutkowskiego. On, moja siostra, pani Böhmer i wielu innych otrzymało polecenie przewożenia cementu wozem. Pastor Rutkowski zajmował się na co dzień zamiataniem i czyszczeniem ulic. Później został wysłany przez urząd pracy do rolnika, aby doglądał krów. Rolnik potrzebował pasterza. „No cóż, co mam z tobą zrobić?” – zapytał pastor. „Wracaj do miasta, tam na pewno znajdą dla ciebie pracę”.

Strasznym przeżyciem była pogoń za Niemcami w kierunku lasu zuchowskiego. W sierpniu 1939 roku w Dąbiu zamordowano pięciu niemieckich rolników. Kiedy nadeszła niemiecka okupacja, aresztowano dwóch Polaków, którzy podczas wcześniejszych zgromadzeń publicznych swoimi agitacjami sprowokowali morderstwo. Nikt nie dowiedział się, co naziści zrobili z tymi dwoma Polakami, ale teraz – w 1945 roku – należało ich szukać w lesie w Zuchowie, aby ustalić, czy gdzieś tam leżą zastrzeleni. Co tydzień zbierano niemiecką ludność, w tym pastora Rutkowskiego i Wankiewicza, i pędzono ich do Zuchowa, aby kopali w lesie. Po drodze przepędzeni byli bici, byli głodni i spragnieni, ale nie dawano im wody do picia. Wszystko z zemsty za tych dwóch Polaków! Kiedy pani Wankiewitz została pobita podczas pracy w lesie i zemdlała, zabroniono podawać jej wodę. Po ciężkiej pracy wszyscy zostali przepędzeni z powrotem, krzycząc, gwiżdżąc i bijąc ich. Po drodze niektórzy tracili przytomność, niektórzy padali na drogę z głodu i wyczerpania, podnoszono ich i pędzono dalej.

W domu spokojnej starości przebywało wielu chorych Niemców. Rada miejska nie zajmowała się nimi, leżeli bez opieki. Tylko znajomi przynosili im jedzenie i dawali im, co mogli. Kiedy raz otrzymałem pozwolenie na odwiedzenie chorych, byłem pod ogromnym wrażeniem panujących tam warunków. Ludzie cierpieli na biegunkę, leżeli w brudnych łóżkach, w zatruwającym powietrzu, głodni i spragnieni, bez jedzenia, bez diety, bez bielizny, bez mydła i bez pomocy medycznej – pozostawieni sami sobie i czekający na śmierć.

Tak, były to ponure czasy, kiedy rozprzestrzeniała się sataniczna moc i ujawniało się zło w ludziach:

Niebezpiecznie jest budzić lwa,

Zgubne są kły tygrysa.

Jednak najstraszliwszym ze wszystkich strachów

Jest człowiek w swoim szaleństwie.

Zemsta, nienawiść i unicestwienie ludności niemieckiej były w 1945 roku na porządku dziennym, również w Dąbiu.

                                           ... ale było też miejsce na człowieczeństwo

W całym tym mroku były jednak promyki nadziei. Właśnie w złym świecie 1945 roku znalazło się wielu Polaków, którzy postępowali jak ludzie. Pamiętam Niemkę, która była pobita i ranna, leżała ciężko chora w łóżku i nie miała nikogo, kto mógłby się nią opiekować. Polka postanowiła opiekować się chorą. Jednak z obawy przed innymi przychodziła tylko w nocy, robiła jej chłodne opatrunki i przynosiła jedzenie, aby zaspokoić jej głód. Polka kochała swój kościół, musiała wykonywać dzieła miłosierdzia, jej miłosierdzie pochodziło od Boga. -

Również mojej matce Polka przynosiła codziennie litr mleka; zawsze zostawiała swoje drewniaki na zewnątrz i każdego wieczoru cicho wchodziła do domu, otwierała drzwi i uciekała.

W Wielkim Tygodniu o północy ktoś zapukał do drzwi, była właśnie sobota. Następnego dnia mieliśmy świętować Wielkanoc. Przed drzwiami stał urzędnik, który wręczył mi duży tort kremowy, zrobiony z czystego masła, w podziękowaniu za leczenie jego żony, która cierpiała na ciężkie zapalenie płuc. „Rozumie mnie pan, panie doktorze”, powiedział do mnie, „dlaczego przyszedłem tak późno. Życzymy wszystkim wesołych Świąt Wielkanocnych”. Również burmistrz, który wyrzucił moją matkę z mieszkania, przysłał kilogram masła w podziękowaniu za leczenie. W tamtych czasach masło mogli jeść tylko Polacy. Kiedy odwiedziłem starego Polaka T., zauważył: „Tak, jakże piękne i harmonijne było życie w Dąbiu w dawnych czasach, które wciąż pamiętamy. Mieszkali tam nie tylko Polacy, ale także Niemcy, Żydzi i Rosjanie, żyjąc w zgodzie. W tamtych czasach nie potrzebowaliśmy sądów ani więzień, ponieważ w naszych sercach mieliśmy prawa Boże, a teraz jeden naród niszczy drugi. Rosyjska doktryna komunistyczna sieje tyle zła. Niszczą wszystko, co im nie pasuje, teraz Volksdeutsche, a później na pewno przyjdzie kolej na nas, Polaków. Nie mają oni nic świętego, ponieważ żyją bez Boga, bez Kościoła i nieustannie podżegają przeciwko Niemcom etnicznym. My, starzy Polacy, zawsze żyliśmy razem z Niemcami etnicznymi i było dobrze.

                                                                              (ciąg dalszy nastąpi)



                                                              Patienten 1945

Schon um 7 Uhr früh kamen Kranke in unseren kleinen Wohnraum. Schüchtern traten sie herein, mit leiser Stimme fragten sie, ob man deutsch sprechen darf. Sobald sie mich erblickten, strahlte ihr Gesicht. "Welch ein Glück für uns, Herr Doktor, daß Sie da sind", hörte ich immer wieder. Das waren Menschen, die geschlagen und geprügelt worden waren, die Körperverletzungen davongetragen hatten, weil sie einfach nicht imstande gewesen, die schwere Arbeit zu tun, wie man es verlangte.

Ich erinnere mich an einige Patienten, die ich behandelt habe. Der 78jährige Gläsmann, einst ein reicher, angesehener Bauer, war von den Polen derart zugerichtet worden, daß sein Gesicht mit Blut unterlaufen war, die Augen angeschwollen, der Körper viele Verletzungen aufwies. Sobald sich Gläsmanns Zustand gebessert und er sich erholt hatte, wurde er von neuem während der Arbeit geprügelt ... Ein anderer, Herr Wirth, hatte schwer an Nierenentzündung zu leiden, seine Beine waren geschwollen. Ich war gerade bei ihm, als der Genosse Mistrzak ihn zur Arbeit aufforderte. Ich versuchte diesem Genossen klarzumachen, daß ein schwerkranker Mann doch nicht arbeiten könnte. "Du deutsches Schwein", rief der Mistrzak zum Kranken "krepieren sollst du. Ich werde dich schon zur Arbeit zwingen", und drohte ihm mit der russischen Nagaika. Nach einigen Tagen ist Herr Wirth gestorben. - Auf die Wohnung von Herrn Wankiewicz und Frau, geb. Penther, hatten nächtliche Überfälle stattgefunden, beide hatte man malträtiert, ihre Körper waren an vielen Stellen blaurot gefärbt, sie lagen einige Wochen im Bett und wurden ins KZ nach Kolo/Warthbrücken gebracht. Dort sah man bei Frau Wankiewicz die schweren Kopfwunden und wies sie ins Krankenhaus ein, ihn schickte man zurück nach Dombie und er ist dort gestorben. - Eine Frau war an akuter Blinddarmentzündung erkrankt, sie mußte dringend operiert werden. Ich bat im Stadtrat um einen Wagen, um sie nach Kolo ins Krankenhaus zu bringen. "Für die Deutschen gibt es keine Wagen", lautete die Antwort. Nach kurzer Zeit ist sie gestorben.

Auch Russen sind meine Patienten gewesen. Sie kamen mit venerischen Krankheiten an. Ich habe sie ins Krankenhaus nach Kolo eingewiesen. "Wir gehen nicht ins Krankenhaus", sagten sie; "morgen geht es wieder aufs Land, wo die schönen deutschen Mädchen sind. Es schadet ja nichts, wenn die auch mit Bakterien infiziert werden." - Zum Dank für meine Behandlung kehrten sie nach einigen Tagen mit großen Säcken wieder und nahmen einen Teil unserer Bibliothek auf die Kommandantur mit. Es handelte sich um eine vollständige Sammlung der russischen klassischen Literatur: Puschkin, Gogol, Lermontow, Turgenjew und Tolstoj. Sie schauten sich auch Goethe, Schiller und Lessing an. Aber diese "polnischen Dichter", die können Sie für sich behalten, die brauchen wir nicht, sagten sie.

                                                    Was die Frauen erlebten

In meiner Erinnerung sind die vielen Frauen, die von den Russen und auch Polen vergewaltigt wurden und an venerischen Krankheiten gelitten haben. In meiner Nähe wohnte eine Frau, die sehr oft nachts von einigen Männern überfallen und aus ihrem Zimmer fortgeschleppt wurde. Auch eine alte Polin, bereits an die sechzig zählend, erschien in meiner Sprechstunde. Sie wollte, als die Russen sich ihrem Hause näherten, ein 15jähriges deutsches Mädchen retten, indem sie ihm den Rat gab, aus dem Fenster zu springen und sich zu verstecken. Die Frau wurde vergewaltigt. "Weil du die hübsche Kleine weggeschickt hast, kommst du jetzt an die Reihe", hatte der Russe zu ihr gesagt.

Wie anderwärts waren auch in Dombie die Nächte für die Deutschen eine schreckliche Zeit. Denn nachts wurden die Mädchen entführt. Kein Mädchen war sicher, keine Mutter konnte ihre Tochter in Schutz nehmen und kein Pole wollte es tun. Die Mädchen wurden von der polnischen Miliz, die ja ihre Wohnungen kannte, auf Befehl zur Kommandantur gebracht und den Russen zur Verfügung gestellt. Auch Fräulein N., 18 Jahre alt, wurde in der Nacht aus dem polnischen Hause, wo sie arbeiten mußte, geholt. Sie wurde zum Kommandanten gebracht und in seinem Zimmer eingeschlossen. Sie war entschlossen zu kämpfen, es entstand ein bitterer Kampf, sie hat den Stuhl, den Tisch umgeworfen, die Lampe zerschlagen und auch den Russen verletzt. Auch sie trug Verletzungen davon und erschien in meiner Sprechstunde zwecks Behandlung; dabei erzählte sie mir von dem schweren Kampf in der Nacht.

Sogar am hellerlichten Tage haben sich Oberfälle auf deutsche Mädchen ereignet. Auf ihrem früheren Gute Wiktor, in der Nähe von Dombie, arbeitete meine Nichte Zado auf dem Felde. Russen fuhren mit dem Wagen vorbei, sie blieben stehen. Es entspann sich' eine wilde Jagd nach dem Mädchen, man gedachte sie zu fangen und im Auto mitzunehmen. Man kam auch später einige Male in der Nacht und durchsuchte die Wohnung und sämtliche Gebäude. Man suchte Mädchen...

                                                Es waren trostlose Zeiten

Von der Trostlosigkeit der Zeit blieb auch Pastor Anton Rutkowski, 78 Jahre alt, nicht verschont. Er, meine Schwester, Frau Böhmer, und viele andere bekamen die Aufforderung, Zement mit dem Karren zu transportieren. Pastor Rutkowskis ständige Arbeit war, die Straßen zu kehren lund zu säubern. Später wurde er vom Arbeitsamt zu einem Bauern geschickt, um Kühe zu hüten. Der Bauer hatte einen Kuhhirten verlangt. "Ja, was soll ich mit dir denn anfangen?" fragte der Bauer den Pastor. "Geh in die Stadt zurück, da werden sie schon eine Arbeit für dich finden."

Ein furchtbares Erlebnis stellte die Treibjagd auf die Deutschen in Richtung nach dem Zuchower Wald dar. Da waren im August 1939 bei Dombie fünf deutsche Bauern ermordet worden. Als die deutsche Besetzung kam, wurden zwei Polen verhaftet, die auf früheren öffentlichen Versammlungen durch ihre Agitation den Mord heraufbeschworen hatten. Was von den Nazis mit den beiden Polen gemacht worden ist, hat niemand richtig erfahren, aber nun - 1945 - sollte man sie im Walde von Zuchow suchen, um festzustellen, ob sie da irgendwo erschossen lägen. Jede Woche trieb man die deutsche Bevölkerung zusammen, auch Pastor Rutkowski und Wankiewicz, und jagte sie nach Zuchow, um dort im Walde zu graben. Unterwegs wurden die Getriebenen geschlagen, sie waren hungrig und durstig, bekamen aber kein Wasser zu trinken. Alles aus Rache für die beiden Polen! Als Frau Wankiewitz bei der Arbeit im Walde geschlagen wurde und ohnemächtig hinsank, hat man verboten, ihr Wasser zu reichen. Nach der schweren Tagesarbeit hat man dann alle zurückgetrieben, indem man geschrien, gepfiffen und sie geschlagen hat. Unterwegs gab es Ohnmächtige, manch einer fiel vor Hunger und Erschöpfung auf die Straße, wurde aufgehoben, wurde weiter getrieben.

Im Altersheim lagen viele kranke Deutsche. Der Stadtrat kümmerte sich nicht um sie, sie lagen ohne Aufsicht. Nur die Bekannten brachten ihnen Essen und reichten ihnen, was sie konnten. Als ich einmal die Erlaubnis bekam, um die Kranken zu besuchen, gewann ich furchtbare Eindrücke von den dortigen Zuständen. Die Leute waren an Diarrhoe krank, sie lagen alle in dreckigen Betten, in der verpesteten Luft, hungrig und durstig, ohne Essen, ohne Diät, ohne Wäsche, ohne Seife und ohne ärztliche Hilfe - ganz sich selbst überlassen und warteten auf den Tod.

Ja, es waren trostlose Zeiten, wo die satanische Macht sich ausbreitete und das Böse im Menschen zum Vorschein kam:

Gefährlich ist's, den Leu zu wecken,

Verderblich ist des Tigers Zahn.

Jedoch der schrecklichste der Schrecken,

Das ist der Mensch in seinem Wahn.

Rache, Haß und Vernichtung der Volksdeutschen war 1945 ein Gebot des Tages, auch in Dombie.

                                            ... aber es gab auch Menschlichkeit

In all dem Trüben gab es erfreuliche Lichtblicke. Gerade in der bösen Welt von 1945 hat man viele Polen gefunden, die als Menschen gehandelt haben. Ich erinnere mich an eine Deutsche, die geschlagen und verletzt war, sie lag schwerkrank im Bett und hatte niemanden, der sie pflegen konnte. Eine Polin entschloß sich, die Kranke zu pflegen. Aus Furcht vor den anderen kam sie aber nur in der Nacht, sie machte kühle Verbände und brachte ihr Speise, um ihren Hunger zu stillen. Die Polin liebte ihre Kirche, sie mußte Liebeswerke tun, ihre Barmherzigkeit kam von Gott. -

Auch meiner Mutter brachte eine Polin jeden Tag einen Liter Milch; sie ließ immer ihre Holzschuhe draußen stehen und kam jeden Abend leise ins Haus, öffnete die Tür und lief davon.

In der Karwoche wurde um 24 Uhr an der Tür geklopft, es war gerade Samstag. Den nächsten Tag sollten wir Ostern feiern. Ein Beamter stand vor der Tür, er überreichte mir eine große Kremetorte, die aus reiner Butter gemacht war, als Dank für die Behandlung seiner Frau, die an einer schweren Lungenentzündung litt. "Sie verstehen mich, Herr Doktor", sagte er zu mir, "warum ich so spät gekommen bin. Wir wünschen Ihnen allen ein frohes Osterfest". Auch der Herr Bürgermeister, der meine Mutter aus der Wohnung vertrieben hatte, hat für seine Behandlung ein Kilo Butter geschickt. Butter durften damals nur Polen essen. Als ich den alten Polen T. besuchte, bemerkte der: "Ja, wie schön und harmonisch war das Leben in Dombie in den alten Zeiten, an die wir uns noch erinnern. Da wohnten nicht nur Polen, ober auch Deutsche, Juden und Russen einträchtig beieinander. Wir brauchten damals kein Gericht und kein Gefängnis, denn wir hatten im Herzen die Gesetze Gottes, jetzt ober - vernichtet ein Volk des andere. Die russische kommunistische Lehre stiftet doch so viel Unheil on. Die vernichten ja alles, was ihnen nicht in den Kram paßt, jetzt die Volksdeutschen und später sind bestimmt wir Polen dran. Die haben nichts Heiliges, denn sie leben ohne Gott, ohne Kirche und chüren nur dauernd die Hetze gegen die Volksdeutschen. Wir alten Polen dagegen hoben mit den Volksdeutschen immer zusammengelebt und es war gut."

                                                                     (Fortsetzung folgt)

ßÄäÖöÜü

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz